Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Atom z epoki brązu
2019-07-03
Kate Brown, Tomasz Bieroń (tłum.)

Choć każdy słyszał o Czarnobylu, o Richland i Oziorsku tylko nieliczni. To nie dziwi, bo miejsca te ukrywano niczym tajne laboratoria z „Archiwum X”. Rosyjskie Ministerstwo Energii Atomowej nie udzieliło Kate Brown zgody na wjazd do Oziorska. Oba miejsca do dziś objęte są zmową milczenia. Już dziś ukazuje się drugie wydanie książki Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne. Zachęcamy do lektury fragmentu pt. Atom z epoki brązu.

 

Po podjęciu decyzji, kto zbuduje sowiecką bombę, Wannikow i Beria musieli ustalić, gdzie ją skonstruować. Podobnie jak w Stanach Zjednoczonych umiejscowienie fabryki plutonu na odludnych terenach oznaczało problemy z pozyskiwaniem, zakwaterowaniem i utrzymywaniem robotników budowlanych. Wynikłe z tego opóźnienia sprawiły, że budowano w pośpiechu i byle jak, a szefostwo musiało na wszystkim oszczędzać – na warunkach mieszkaniowych, zarobkach, bezpieczeństwie pracy, a nawet na bezpieczeństwie radiologicznym i zachowaniu tajności.

Z powodu braku dróg pierwsza ekipa szukająca miejsca pod fabrykę przemieszczała się pieszo. Szukali u podnóża południowego Uralu w zamkniętej strefie otaczającej obóz z niemieckimi jeńcami wojennymi, między przemysłowymi miastami Czelabińsk i Swierdłowsk. Z podobnych względów, dla których Matthias wybrał zachód, Rosjanie zdecydowali się na Ural: małe zaludnienie, rzeki o wartkim nurcie i silnie zaznaczająca się obecność instytucji państwowych. Dodatkową zaletą Uralu były dające osłonę drzewa i położenie daleko w głębi lądu, poza zasięgiem nieprzyjacielskich samolotów.

Zwiadowcy byli zgodni, że są to piękne tereny. Jeziora migotały pod pędzącymi po niebie cumulusami. Pola żółtej gorczycy i zielonej koniczyny odcinały się na tle sosnowych i brzozowych lasów. Niskie góry w oddali wyglądały jak fioletowy siniec. Tropiciele natrafili na kołchoz nad jeziorem Kyzyłtasz koło ruin dziewiętnastowiecznej fabryki. Dwudziestowieczni chłopi, żyjący w bardziej prymitywnych warunkach od swoich przodków, za pomocą wyplatanych z trawy sieci łowili ryby z dłubanek. Do Moskwy poszła wiadomość, że miejsce pod kombinat zostało znalezione.

Takie były początki sowieckiego atomu – osadzone w epoce brązu.

Nadzór nad budową fabryki plutonu Wannikow powierzył generałowi NKWD Jakowowi Rapoportowi. W latach trzydziestych Rapoport nabierał doświadczenia przy pracy nad jednym z hołubionych projektów Stalina, kanałem Bałtyk–Morze Białe. Projekt pociągnął za sobą ogromne straty w ludziach i był kompletną porażką ekonomiczną, ale sowiecka propaganda skutecznie przedstawiała Kanał Białomorski jako symbol tego, że system penitencjarny Gułagu potrafi przeobrażać geografię, ludzi i społeczeństwo w służbie socjalizmowi. W Czelabińsku Rapoport miał do dyspozycji wielki kombinat metalurgiczno-budowlany z czterdziestoma tysiącami pracowników, w większości więźniów. Połowę z nich stanowili skazani na zsyłkę etniczni Niemcy, którzy podczas wojny służyli w mobilnych drużynach pracowniczych zwanych Armią Pracy. Rapoport czerpał korzyści również z pracy tysięcy innych zesłańców. W latach trzydziestych władze sowieckie wysyłały setki tysięcy więźniów i zesłańców na Ural, do pracy w przemyśle ciężkim i kopalniach.

W listopadzie 1945 roku Rapoport wydał polecenie – ogólnikowe i pilne – stworzenia nowego działu budowlanego 11, „przy skrzyżowaniu T, w miejscu przecięcia się dwóch ścieżek w głębi lasu”. W 1945 roku na południu Uralu nie było asfaltowych dróg, a na obszarze wybranym pod kombinat nie było żadnych. Tłumaczyło to, skąd się wzięło niskie zatrudnienie. W stalinowskiej Rosji zamieszkiwanie na terenie odciętym od szlaków transportowych wiązało się z nieustannym znojem, okresowymi niedoborami żywności i ciągłym strachem przed mrozem i głodem. Na dawnych sowieckich mapach rozległe obszary pozbawione dróg i ludzkich osad zazwyczaj oznaczały, że znajdują się tam łagry. W rosyjskiej historii i literaturze pogranicze często jest przedstawiane nie jako przestrzeń niezależności i wolności, lecz jako uwięzione terytorium dla ludzi zakutych w kajdany albo otoczonych drutem kolczastym i objętych restrykcjami prawnymi, miejsce dla skazańców, ludzi z wyrokami, wysiedleńców i zbiegów.

styczniu 1946 roku generał Rapoport wysłał pierwszych stu więźniów-robotników do punktu T. Ekipa budowlana wysiadła z pociągu w Kysztymie, na długo po zmierzchu i pośród głębokiego śniegu, po czym zagłębiła się w las koło południowego brzegu jeziora Kyzyłtasz. Zatrzymali się w kołchozie złożonym z czterech niewielkich chat otoczonych szopami nad bagnistym brzegiem jeziora. Z chatynek wyszło kilku starszych chłopów i kilkoro dzieci. W wiosce zostali już tylko oni – podczas wojny osoby w wieku produkcyjnym zabrano do pracy w fabrykach albo do służby w wojsku.

To, że ekipa poszukiwawcza wybrała odludny, pozbawiony dróg region, przesądziło o dwóch niezwykle ważnych czynnikach przy budowie zakładów plutonowych Majak. Po pierwsze przed przystąpieniem do budowy kombinatu Rapoport musiał najpierw za pomocą prymitywnych narzędzi stworzyć całą infrastrukturę do obsługi placu budowy. Po drugie ze względu na słabe zaludnienie musiał się opierać na pracy więźniów, czyli w większości niewykwalifikowanych, wygłodzonych robotników, którzy mieszkali w fatalnych warunkach. Krótko mówiąc, Rapoport stawiał pierwszy sowiecki reaktor przemysłowy tępymi narzędziami bezdusznego Gułagu.

Władimir Bielawski pamięta jesienny dzień w 1945 roku, kiedy po raz pierwszy usłyszał o projekcie budowlanym w okolicy. Był inżynierem w przedsiębiorstwie budowlanym Rapoporta, ale mimo że zajmował kierownicze stanowisko, jego zarobki były marne. Nie starczało mu środków na zakup żywności i innych rzeczy. Jego maleńki syn spał w tekturowym pudle. Bielawski zgłosił się do pracy w tajnym, priorytetowym projekcie, licząc na lepsze racje żywnościowe. Został przyjęty i natychmiast wysłany do centrali w zaniedbanym miasteczku Kysztym.

W powojennym Związku Radzieckim praca na budowie była wyjątkowo nisko opłacana, toteż mało kto chciał się do niej najmować. Większość przysłanych na Ural robotników stanowili więźniowie albo zesłańcy. Dla Bielawskiego praca z więźniami nie była niczym nowym. Wcześniej nadzorował całą rzeszę zesłańców, przesiedleńców, internowanych członków mniejszości narodowych, nieletnich w koloniach pracy i jeńców wojennych – przedstawicieli pracowniczego systemu kastowego w późnostalinowskiej Rosji. Zatrudniający się dobrowolnie wyszkoleni pracownicy tacy jak Bielawski byli w tym systemie braminami.

Pierwszym zadaniem było doprowadzenie drogi do placu budowy. Przedsięwzięcie to powierzono Ottonowi Gorstowi, internowanemu Niemcowi z pochodzenia. Przydzielono mu grupę żołnierzy Armii Czerwonej wyzwolonych z nazistowskich obozów jeńców wojennych. Stalin uważał, że każdy żołnierz, który dał się wziąć do niewoli (łącznie z jego synem), prawdopodobnie jest zdrajcą. Funkcjonariusze NKWD przesłuchiwali powracających jeńców wojennych. Większość z nich nie przeszła testu lojalności i została skazana na dziesięć lat ciężkich robót w Gułagu. Gorst wspominał: „Tak zwani repatrianci w większości byli dorosłymi mężczyznami, czterdziestopięciolatkami albo starszymi. Do dzisiaj pamiętam ich ubrania: kufajki, nadpalone płaszcze, znoszone buty i brudne onuce. Wszystko było przetarte do nitki”.

Do przewożenia materiałów budowlanych przez wertepy brygadzie przydzielono trzy ciężkie czołgi z demobilu. Okazało się jednak, że czołgi grzęzną w ukrytych pod śniegiem bagnach. Żołnierze nie panowali nad tymi pojazdami i zdarzało im się ześlizgiwać do rowów. Za uszkodzenie drogiego sprzętu trafiali do łagru. Brygada zrezygnowała z czołgu na rzecz bardziej niezawodnego środka transportu – kłody drewna do budowy prymitywnej drogi prowadzącej do pierwszej w Europie fabryki plutonu wożono furmankami.

Ważnym przedsięwzięciem było również zdobycie materiałów budowlanych do przewiezienia nową drogą. Przedsiębiorstwo Rapoporta większość z nich produkowało samo18. Miało swoje stalownie, kopalnie, kamieniołomy i tartaki. Wydobywane tam surowce przewożono na plac budowy i w powstałych na miejscu warsztatach wytwarzano z nich taczki, młotki i młoty pneumatyczne. Żeby mieć czym nakarmić robotników, przedsiębiorstwo przejęło dwa lokalne kołchozy i zatrudniło w nich zesłańców. Najbardziej brakowało cementu i cegieł, potrzebnych do powojennej odbudowy kraju. Rapoport założył więc tartak, w którym więźniowie cięli deski i słupy na domy (baraki i budynki z prefabrykatów), rusztowania, nosidła, beczki, rury kanalizacyjne, chodniki, meble i wyposażenie laboratoriów. W lecie 1946 roku nie było jeszcze prądu. Pomieszczenia ogrzewano drewnem i węglem drzewnym, a oświetlano świeczkami i pochodniami. Wytwarzanie prawie wszystkiego na miejscu wymagało ogromnych nakładów pracy. Gułag mógł przysłać tysiące ludzi, ale Rapoport nie miał ich gdzie pomieścić. W 1946 roku więźniowie i żołnierze pospiesznie zbudowali pięć garnizonów wojskowych i jedenaście obozów pracy, żeby rosnąca ciżba robotników przymusowych – dziesięć tysięcy poborowych, szesnaście tysięcy internowanych etnicznych Niemców, osiem tysięcy dziewięciuset więźniów Gułagu – miała gdzie mieszkać. Jednak zwierzchnik Rapoporta generał Siergiej Krugłow wściekł się, kiedy dotarła do niego informacja o nowych obozach. Chciał wiedzieć, po co wydawać tyle pieniędzy na tymczasowe kwatery, skoro za dwa lata nie będą już potrzebne. Zarządził, żeby na cele mieszkaniowe wybudować dwa niewielkie osiedla dla przyszłej załogi kombinatu, w jego wyobrażeniach złożonej przede wszystkim z żołnierzy. Pozostałe zasoby kadrowe i materiałowe miały być skierowane na budowę obiektów przemysłowych.

Skąpstwo Krugłowa stworzyło sytuację błędnego koła, z którego Rapoport nie potrafił się wyrwać. Mieszkający w namiotach i lepiankach więźniowie byli kiepsko odżywiani, przez co zapadali na zdrowiu i nie wykonywali norm produkcyjnych. Zarządzający najważniejszym sowieckim przedsiębiorstwem budowlanym Rapoport nie miał baraków ani płaszczy, dzięki którym jego pracownicy by nie marzli. W pogrążonym w biedzie kraju nie mogło być inaczej.

Garnizony żołnierzy i obozy więźniów często zamieniały się rolami. Rapoport przenosił pracowników między nimi, jakby niczym się od siebie nie różniły. Warunki były fatalne. Żołnierze i więźniowie nie dostawali nic ciepłego do jedzenia, ich racje żywnościowe składały się przede wszystkim ze zgniłych ziemniaków, a w lepiankach i jurtach mościli sobie zaimprowizowane legowiska. W kiepsko ogrzewanych barakach zimą ściany pokrywał szron, a przez resztę roku pleśń. Z punktu widzenia Rapoporta więźniowie i żołnierze należeli do tej samej kategorii: „zmobilizowanej siły roboczej”.

Rapoport potrzebował do pracy zdrowych osobników, którzy w jego przedsiębiorstwie budowlanym stanowili statystyczną mniejszość. Do pracy nadawała się mniej niż połowa przybyłych. W czerwcu 1946 roku kilka tysięcy wychudzonych robotników przystąpiło do kopania fundamentów pod pierwszy sowiecki reaktor przemysłowy. Inżynierowie postanowili wkopać go głęboko w ziemię, żeby obiekt wyglądał jak każdy inny gmach publiczny epoki stalinowskiej, pałac kultury czy siedziba partii komunistycznej. Fundamenty stały się scenerią heroicznej walki człowieka ze środowiskiem. Zgodnie z planem wkopanie się na głębokość pięćdziesięciu metrów miało potrwać pół roku, ale ciągnęło się osiemnaście miesięcy. Były to największe tego rodzaju roboty ziemne w dziejach ludzkości.

Sierpień 1946 roku okazał się wyjątkowo ulewny, zimny deszcz bez ustanku padał na głowy żołnierzy i więźniów. Na dnie wykopu gromadziła się woda. Robotnicy pracowali głównie kilofami i łopatami – przez pierwsze dwa lata nie było buldożerów, koparek ani spychaczy, tylko kilka amerykańskich ciężarówek marki Studebaker, trochę czołgów z demobilu i ludzkie mięśnie, obolałe i zmarznięte. Robotnicy musieli się przekuwać przez skaliste podłoże. Kiedy pękł wysłużony taśmociąg, nasiąkniętą ziemię wożono taczkami po ułożonych z desek rampach. Więźniowie wykonywali czternaście–trzydzieści siedem procent dziennej normy. Najsilniejsi i najzdrowsi wytrzymywali te warunki przez kilka miesięcy, zanim skapitulowali wobec czyraków, uporczywego kaszlu i gruźlicy. „Robotnicy są u kresu wytrzymałości” – donosił funkcjonariusz gułagu.

Opóźnienia doprowadzały nadzorców do histerii. Zaplanowany na styczeń 1947 roku termin wielokrotnie przekładano. W marcu 1947 roku Rapoport zarządził, że wyspecjalizowani robotnicy muszą wykonywać dzienne normy niezależnie od stanu zdrowia, bo w przeciwnym razie nie dostaną swoich racji żywnościowych. Dla osób pracujących dziesięć–dwanaście godzin dziennie przez siedem dni w tygodniu było to zabójcze. Po wprowadzeniu tego zarządzenia więźniowie i zesłańcy próbowali uciekać. Większość z nich została schwytana albo znaleziona martwa i zamarznięta, a później ludzi tych pokazywano pozostałym ku przestrodze.

W październiku 1946 roku zaniepokojony pogłoskami o klęsce głodowej w zimie Rapoport wpadł na pewien nowatorski i okrutny pomysł – zmniejszył obostrzenia dotyczące paczek przesyłanych więźniom przez rodziny. Następnie nadzorcom łagrów wydano polecenie, żeby wprowadzili naukę czytania i pisania, tak aby więźniowie umieli napisać list do rodzin z prośbą o żywność i ubrania. Rapoport uruchomił pospieszną linię autobusową, z ciepłą poczekalnią, żeby członkowie rodzin mogli osobiście dostarczać prowiant i ubrania swoim uwięzionym krewnym. Była to bezduszna koncepcja. W tamtym czasie przeciętna sowiecka rodzina kupowała rocznie na osobę jeden skórzany but oraz jedną parę skarpetek i komplet bielizny. Podczas klęski głodu w latach 1946–1947 półtora miliona obywateli sowieckich zmarło na skutek chorób związanych z niedożywieniem.

Przepisy dotyczące paczek żywnościowych nie zawierały zalecenia cenzurowania listów i przeszukiwania przesyłek pod kątem kontrabandy. Zapraszanie członków rodzin do tajnego obozu nie było korzystne z punktu widzenia bezpieczeństwa, ale w tamtym czasie na placu budowy nie myślano za wiele o zachowaniu tajemnicy. Pod koniec lat czterdziestych amerykańscy komentatorzy rozpisywali się o stalinowskiej Rosji jako pilnie strzegącym swoich tajemnic „totalitarnym porządku”, gdzie obywatele ze strachu trzymali język za zębami i posłusznie wykonywali polecenia. Komentatorzy ci nie rozumieli, że porządek i tajność to artykuły luksusowe, z którymi nie było problemów w Hanford, ale musiało upłynąć wiele lat, zanim zaczęto je serwować na stalinowskim Uralu.

 Tłum. Tomasz Bieroń

 

Seria Reportaż, Wydawnictwo Czarne

Premiera: 3 lipca 2019

Więcej


Powrót
Najnowsze

Mołdawia: Upadek egzotycznej koalicji

12.11.2019
Piotr Oleksy
Czytaj dalej

Profesor Andrzej Nowak odznaczony Orderem Orła Białego

12.11.2019
NEW
Czytaj dalej

Czy USA wycofa się z traktatu o otwartych przestworzach?

12.11.2019
Waleria Szackaja
Czytaj dalej

Polska nie wybuchła

11.11.2019
Sonia Knapczyk Andrzej Leon Sowa
Czytaj dalej

Retrospektywa filmów Pawła Łungina z udziałem reżysera

09.11.2019
Grzegorz Szymczak
Czytaj dalej

Wybory w Kiszyniowie. Czas na Cebana

08.11.2019
Miłosz Szymański
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu