Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Rozważania o Polsce
2019-09-26
Drago Jančar, Nikodem Szczygłowski (tłum.)

Wiosną sześćdziesiątego ósmego roku byłem w Krakowie. Demonstracje, które w styczniu wybuchły w Warszawie po zakazie wystawienia Dziadów Mickiewicza w Teatrze Narodowym, na wiosnę przerzuciły się także na Uniwersytet Jagielloński w Krakowie. Rzecz się miała przed Praską Wiosną i był to rodzaj szoku dla bloku sowieckiego. W Warszawie demonstracje miały jeszcze charakter „narodowy”, w Krakowie natomiast doszły żądania autonomii uniwersytetu oraz wolności demokratycznych. Aczkolwiek również byliśmy poniekąd z kraju komunistycznego, a jednak my – studenci ze Słowenii – mimo wszystko byliśmy tutaj trochę jak z innego świata. Socjalizm jugosłowiański właśnie był w swojej liberalnej fazie, siermiężne lata już dawno minęły, o procesach powojennych oraz represjach im towarzyszących z kolei nie wiedzieliśmy wówczas zgoła nic. Posiadaliśmy wszyscy paszporty, czytaliśmy Sartre'go, konflikt, który obserwowaliśmy z bliska wyglądał dla nas niezwyczajnie.

Nasze doświadczenia z lokalną władzą w Jugosławii wyglądały na tym tle niemal jak igraszki, tutaj, w Polsce, natomiast szło o coś, co było nad wyraz prawdziwe. Studenci w swoim zrywie pozostali jednak osamotnieni. Policja wdarła się na uniwersytet i bezlitośnie ich pobiła. Pewnej nocy, w jakimś mieszkaniu, w duchu całkowitej konspiracji, otrzymaliśmy ulotki, które z biciem serca przemyciliśmy z powrotem do kraju przez wszystkie granice i treść których następnie opublikowaliśmy w studenckim czasopiśmie „Katedra”.

Pewnych rzeczy po prostu nie dało się zapomnieć. W magazynach agenci tajnej policji cięli na kawałki grube kable, które rozdawali robotnikom. Tymi kablami następnie bito studentów, tych pasożytów i nierobów, bito gdzie popadnie. Nasi polscy koledzy pokazywali nam następnie sińce i ślady po uderzeniach.

Z powodu udziału w demonstracjach studenckich został zaaresztowany m.in. Adam Michnik, który lata 1968–1869 spędził w więzieniu.

Kiedy dwa lata później, w grudniu 1970 roku, zaczęły się demonstracje robotników w Gdańsku, Gdyni i Szczecinie, spowodowane wzrostem cen żywności, studenci do nich nie dołączyli. Ci z nas, którzy byli wiosną osiemdziesiątego szóstego w Krakowie, rozumieli dlaczego. Bilans zamieszek nad Bałtykiem był tragiczny: według danych oficjalnych ponad pięćdziesiąt zabitych, a około tysiąc osób odniosło urazy i poważne rany. Społeczeństwo przeżyło głęboki wstrząs. W państwie robotników, republice ludowej, właśnie ludzie pracy stawili opór władzy. Gomółka musiał ustąpić.

W społeczeństwie polskim, które pod władzą lokalnych przywódców wiodło żywot największej sowieckiej guberni i beznadziejnie poszukiwało wyjścia ze stanu ucisku oraz ciasnoty, panoszyły się służby specjalne i szerzył się dość obszernie rozumiany oportunizm we wszystkich niemal dziedzinach życia; przeważała apatia, lecz jednocześnie pewien stan ciągłego napięcia, które wisiało w powietrzu jako pozostałość po protestach studentów i robotników: było to prastare polskie dążenie do wolności.

Nierówna pozycja społeczna, cenzura, połączona z pompatyczną propagandą i pochodami pierwszomajowymi, stan ogólny w kraju bardziej niż gdzie indziej na wschodzie Europy wywoływał trwały i długi kryzys, mający w tle polskie dążenie do wolności o stuletniej tradycji, dążenie zawsze przygotowane na ofiary. Musieli zjawić się ludzie, którzy rozumieliby to, pracowali ofiarnie i byli przygotowani wziąć na siebie cały ciężar.

U nas, w Słowenii, był tylko jeden przykład, który znam z czasów komunizmu, kiedy intelektualista w istocie rozumiał, że opór wobec reżimu musi mieć oparcie w związku inteligencji i robotników. Był to oczywiście Jože Pučnik. Jakoś niedługo przed wydarzeniami w Polsce, Pučnik jechał w porannym pociągu, którym pracownicy dojeżdżają do pracy i tłumaczył jakiemuś napotkanemu robotnikowi swoje tezy, które następnie – w nieco bardziej rozbudowanej postaci – publikował w ówczesnych magazynach intelektualnych. Robotnik, któremu Pučnik tłumaczył, że ma prawo do strajku, a nawet wyjaśniał, iż strajk jest formą walki o swoje prawa, wyszedł z pociągu na pierwszej stacji i doniósł władzy ludowej na Pučnika. Oskarżenie zawierało zarzut o podżeganie do strajku, do swojego wcześniejszego wyroku Pučnik otrzymał dodatkowo jeszcze jeden. „Oni” dobrze wiedzieli dlaczego.

Grupa polskich intelektualistów w roku 1976 założyła KOR, Komitet Obrony Robotników. Wśród nich znalazł się wkrótce również Adam Michnik, członek KORu od 1977 roku. Brak zaufania pomiędzy poszczególnymi grupami ruchu oporu, łącznie z Kościołem, zaczął stopniowo się zmniejszać. Nowa formacja dysydencka, wykorzystując możliwość do stworzenia pewnej formy syntezy, rosła w potęgę w środowiskach kulturalnych, na uniwersytetach, dołączali do niej kolejni niezrzeszeni wolnościowcy, których już nie dało się dłużej uciszać, nie zważając na masowe aresztowania i rozmaite szykany. Do ruchu dołączyli m.in. pisarz Jerzy Andrzejewski, Jacek Kuroń, Jan Józef Lipski, Antoni Macierewicz, aktorka Halina Mikołajska, Leszek Kołakowski oraz Adam Michnik. Powstała wówczas idea solidarności w obliczu walki z terroryzmem, przemocą i propagandą, a także apatią i oportunizmem. Również zwykli ludzie, pochodzący z ludu, że tak powiem, zaczęli podnosić głowy: kiedy w tamtym czasie odwiedziłem Warszawę, taksówkarz, który wiedział, że jestem z zagranicy, przywiózł mnie na brzeg Wisły i powiedział, wskazując na Pragę – „tam w 1944 stali Rosjanie”, a następnie dodał, „kiedy nasi tutaj wykrwawiali się w powstaniu”. Następnie wiózł mnie obok sowieckiej ambasady i rzucił krótko: „Świnie”.

W sierpniu 1981 roku Lech Wałęsa przeskoczył przez ogrodzenie stoczni i stanął na czele strajku. Świat dowiedział się o silnym ruchu, do którego w kolejnych latach dołączą miliony, tak, dokładnie, miliony ludzi. Solidarność była czymś więcej niż intelektualnym sceptycyzmem i poparciem dla prześladowanych. Zjawiły się nowe polskie imiona, które uczyliśmy się wymawiać, aczkolwiek dawno minął już czas, kiedyśmy lubowali w zwycięskim brzmieniu imion, które musieliśmy zapisywać po słoweńsku, żebyśmy mogli je wymówić: „Sinkjevič, Skšetuski, pan Volodijovski i Zagloba”. Teraz oprócz Wałęsy, o którym słoweńskie gazety pisały bardzo pochlebnie, są też inne nowe twarze, których imiona i zdjęcia zaczęły się pojawiać na pierwszych stronach gazet: Zbigniew Bujak, Andrzej Celiński, Władysław Frasyniuk, Bronisław Geremek, Andrzej Gwiazda, Marian Jurczyk, Karol Modzelewski, Janusz Onyszkiewicz, Bohdan Lis, Józef Lipski, Jacek Kuroń, Jan Rulewski, Adam Michnik. I przede wszystkim to wspaniałe słowo „solidarność”. Skąd się wzięło wśród wschodnich niewolników, wśród których niemal każdy był pod batem jarzma? Nauczyliśmy się wówczas nawet całego zdania po polsku: „Nie ma wolności bez Solidarności”.

Solidarność, teraz już z wielkiej litery, utworzyła szczelinę w monolicie sowieckiego imperium, szczelinę, od której owo imperium upadnie. Już nie był to narodowy, wyłącznie polski ruch walki o ideę jakiejś bliżej nieokreślonej wolności. Ruch miał własny pomysł społeczny, był wypełniony głęboką treścią. Wśród tych, którzy nadawali ton poprzez swoje decydujące pomysły, którzy nie tylko angażowali się do wszystkiego z całym zapałem, lecz również odzwierciedlali sobą istotę ruchu oraz jego zasięg, co więcej, odzwierciedlali wiedzę i światłość, był również Adam Michnik.

W roku 1981 na ekrany kin wszedł „Człowiek z żelaza” Wajdy. Komuś, kto wciąż jeszcze nie był w stanie uświadomić sobie, że nie chodzi tu tylko o turbulencje polityczne o szerokim wymiarze, lecz raczej o podstawowe wartości człowieczeństwa, o ruchy oddolne, teraz, po tym filmie musiało zaświtać w głowie: chodzi o powszechną, globalną, całkowitą zmianę. Również władze to rozumiały, nie tylko w Warszawie, ale również te w Moskwie. Ponieważ nie dało się tego przeoczyć, zmiana, która nadeszła, miała charakter odśrodkowy, pionowy, sięgała od nieba po same głębiny ziemskie. Od transcendentycznej twórczości polskich poetów, arcybiskupa krakowskiego Karola Wojtyły i częstochowskiej Maryi, po groby powstańców warszawskich – żydowskich i polskich – aż po mrok Oświęcimia. Można było prześledzić jakieś fatum w tym wszystkim. Na południu Europy, w kraju o wolniejszej bądź co bądź wersji socjalizmu, z zapartym tchem śledziliśmy wydarzenia w Polsce, której groziła sowiecka interwencja. Wiedzieliśmy: jeśli to nastąpi, będzie znacznie gorzej niż w Czechosłowacji w 1968 roku, bardziej niż prawdopodobne, że również bardziej krwawo.

13 grudnia 1981 roku w Polsce został wprowadzony stan wojenny. Był to początek końca komunizmu w Europie Wschodniej, upadek Muru Berlińskiego był logiczną kontynuacją tego procesu.

Ktoś, kto chciałby jakoś opisać te gwałtowne zmiany, do których doszło w Europie Wschodniej, punkt zwrotny, aksamitną rewolucję, załamanie komunizmu, jakkolwiek zostanie to nazwane przez historyków, może użyć określenia przypisywanego Lechowi Wałęsie: „Solidarność wyciągnęła pierwszą cegłę z Muru Berlińskiego”.

Z kolei ktoś, kto chciałby lepiej zrozumieć ten czas, musiałby sięgnąć po twórczość Adama Michnika. Ponieważ zaliczam się do przyjaciół wspomnianego, powiem bardziej skromnie: również Adama Michnika.

W obydwu przypadkach nie obejdzie się bez opisu i zrozumienia Polski. To, co stało się z Murem Berlińskim, uzupełnione zostanie następnie szczęśliwie poprzez wydarzenia w Pradze z charyzmatycznym i uduchowionym Václavem Havlem na czele, coś, co odbiło się błyskawicznie w mrocznym dramacie rumuńskim, co przeistoczyło się w upadek imperium sowieckiego i jugosłowiańską katastrofę, której echa jeszcze dzisiaj, kiedy piszę te słowa, wciąż pobrzmiewają na ulicach Belgradu i Sofii, wszystko to w sposób oczywisty było obecne w rozmaitych totalitarnych odmianach tej samej idei. Dziś z łatwością moglibyśmy powiedzieć: z Księżyca chyba dało się dostrzec, że inaczej to nie może się skończyć. Lecz gdzieś jeszcze dwadzieścia lat temu zostało to sformułowane w sposób wyraźny w kontekście politycznym, lecz również społecznym, historycznym i kulturalnym? Odpowiedź brzmi: w Polsce.

W Słowenii każdy rozumie, co oznaczają Rozważania o Hiszpanii. W roku 1937 napisał je Edvard Kocbek i tym tekstem wywołał burzę debat i podział opinii. Poeta, socjalista chrześcijański i myśliciel indywidualista stanął po stronie rewolucji hiszpańskiej oraz przeciwko katolickim falangom, określił niebezpieczeństwa, związane z doktrynalnym katolicyzmem, nie tylko w Hiszpanii, gdzie jest gotowy sięgnąć po metody totalitarne w obronie przed komunizmem. Lecz to określenie jest tylko częścią prawdy, która czyni to dzieło epokowym. Odrzucenie przez Kocbeka totalitarnej idei komunizmu, która dąży do podporządkowania sobie każdego działania, nie jest czymś, na znak czego z podziwu zatrzymalibyśmy dech w piersi. Ostatecznie, w roku 1937 we wszystkich gazetach pisało się o czystkach stalinowskich. Rozważania o Hiszpanii również nie wzbudzają podziwu wyłącznie ze względu na odwagę. Autor opublikował swój tekst w stosunkowo normalnych warunkach pluralizmu, znacznie więcej odwagi potrzebował dopiero później, w czasie wojny, kiedy razem ze swoimi przyjaciółmi wchodził w koalicję z komunistami oraz później, kiedy to komuniści, razem z dawnymi przyjaciółmi z Frontu Wyzwolenia zaczęli prześladowania. Również wtedy, kiedy w celu osądzenia jego zbioru nowel zatytułowanego Strach i odwaga postrewolucyjni zeloci postawili pisarza przed trybunałem ludu pracującego. Rozważania Kocbeka są istotne z powodu tego wszystkiego, co już zostało wymienione, lecz przede wszystkim również dlatego, że w środku tych czasów, otwartych na rozmaite rozwiązania, rozpoznają historyczny postęp: wszystko, co się właśnie dzieje, co się wydarzyło w 1937 roku w Hiszpanii, kiedy Kocbek pisze swój tekst, jest embrionalnym stadium okropnego wiru wydarzeń, który dopiero ma nastąpić. Ma nastąpić w zakresie społecznym, ideowym, który to idee wytwarza, zgodnie z duchem czasu. Hiszpania jest zapowiedzią i początkiem, jest pierwszym widocznym przełomem w ekspansji, w totalnej konfrontacji odkupieńczych idei, które wciągają całą Europę i świat do swojego wiru.

I to, czym była Hiszpania w roku 1937, tym była Polska pod koniec lat siedemdziesiątych i na początku osiemdziesiątych. W bloku totalitarnym, przede wszystkim jeśli chodzi o totalitarną wizję świata, zawdzięczając polskiemu ruchowi solidarnościowemu, zjawiła się szczelina, która z czasem zaczęła się poszerzać. Nie chodzi o to, że już wcześniej na niespójność pomiędzy ideą a realnym życiem, na absurdalność reżimu komunistycznego nie zwrócili uwagę rosyjscy dysydenci oraz jugosłowiańscy heretycy, że była przecież próba Praskiej Wiosny w ‘68, również każdy z krajów realnego socjalizmu doświadczył własnych, coraz bardziej opóźnionych eksperymentów z rozmaitymi – mniej lub bardziej – liberalnymi wariantami socjalizmu; chodzi o to, że właśnie podczas polskich wydarzeń w Gdańsku coś naprawdę się zmieniło, ruszył do przodu proces, którego już nie dało się zatrzymać. Polska, o której wówczas mówiliśmy z podekscytowaniem i nadzieją, była punktem zwrotnym w szerzeniu idei wolnościowych, przeciwstawieniu się totalitaryzmowi, w szerszym zakresie – nowego syndykalizmu politycznego, poprzez intelektualne debaty o demokracji i wolności po przedefiniowanie katolicyzmu oraz jego dogmatycznego instytucjonalizmu. Jakkolwiek hiszpański front republikański zawierał w sobie obszerny zakres oporu wobec faszyzmu, mogliśmy w nim znaleźć niezwykłą mieszankę burżuazyjnych demokratów, anarchistów, liberalnych demokratów, katolickich dysydentów i ortodoksyjnych komunistów; tak również w Polsce w ruchu oporu wobec realnego socjalizmu byli zrzeszeni przedstawiciele niezadowolonych robotników, komunistycznych dysydentów, nacjonalistów, katolickich intelektualistów, a nawet duchowieństwa. Dla nas, którzy codziennie obserwowaliśmy rozwój wydarzeń w Polsce z perspektywy relatywnie otwartego społeczeństwa, najbardziej szokujące były dwie rzeczy. Po pierwsze, polski ruch robotniczy w sposób drastyczny wskazał na historyczny paradoks i wadę socjalizmu: najbardziej uciskaną klasą jest w rzeczywistości ta, na którą socjalizm się powołuje i na której powinien się opierać. I po drugie, Solidarność miała znaczyć coś więcej niż tylko solidarność między intelektualistami i robotnikami, lecz również wzajemne poznanie się dwóch dotychczas odizolowanych od siebie grup społecznych, wnoszące dynamikę w rozwój, który miał wszystko odmienić. Który nie miał przywrócić starego stanu rzeczy, lecz wnieść coś zupełnie nowego.

Dynamika rozwoju polskich wydarzeń przynosiła wciąż nowe idee, paralele, wywoływała kontrowersje, zmieniała czas. Już nie chodziło o pytanie, czy kolejne polskie powstanie zostanie stłumione czy też nie, również – patrząc z perspektywy – nie o to, czy Polska stoi w obronie zachodniej cywilizacji i chrześcijaństwa, jak co niektórzy Polacy tak chętnie chcieliby usłyszeć. Chodziło o stworzenie nowej społecznej kreatywności, w oporze przeciwko szarości siermiężnego socjalizmu. To wisiało w powietrzu, jak również poznawaliśmy kolejne imiona związane z twórczością artystyczną – imiona Wajdy, Herberta, Zagajewskiego, Andrzejewskiego, Miłosza i wielu innych.

Efekt polskiej Solidarności i KORu, ich masowe działania polityczne, etyczne, wśród których nie brakowało mocy i literackiej widowiskowości, poszerzył się za pomocą samizdatów i ustnych apeli po całym obszarze wschodniego bloku, wstrząsnął Kremlem i zmusił zachodnich analityków do ponownego wysiłku umysłowego, czynności od dawna uśpionej poprzez wieloletnią zimną wojną z „imperium zła”.

Solidarność rzeczywiście wybiła pierwszą cegłę w Murze Berlińskim, dziś już nie możemy w to wątpić. Jednak wciąż słyszę pytanie: co takiego nowego dla naszej epoki wniosła razem z całą swoją zróżnicowaną energią? Czy to, czym jest dzisiejsza Polska, Słowenia, Węgry lub Czechy? Odpowiadam: nie znalazła odpowiedzi społecznej, gdyż nie była ideologią marksistowską lub religią. Energia oporu, określana przede wszystkim przez negację, per negationem, była dążeniem, wolą zmiany. W tym dążeniu trzeba było zachować sens, w dynamice ryzyka i poszukiwaniach tkwił natomiast rdzeń czegoś, co po długim okresie przejściowym w gwałtownym pragnieniu powrotu do minionych „szczęśliwych czasów”, niezawodnie odkryje coś oryginalnego i nowego. Mało komfortowe to, lecz nadzieje są ogromne. I jeśli nie ma nic innego, do lepszych czasów demokratycznych pozostaje wspaniała nauka o tym, jakiego rodzaju społeczeństwo już więcej nie powinno być, nigdy więcej. I nic innego nie pozostaje, jak nadać temu sens indywidualistyczny, dissenterski, któremu przyświeca własna moralność oraz jej indywidualne traktowanie.

Rozważania o Polsce, jeśli weźmiemy Polskę jako metaforą naszych czasów, mam nadzieję, że mi to zostanie wybaczone, tak naprawdę napisał Adam Michnik. W jego esejach jest zeitgeist, jest podsumowanie „historii honoru”, postawa romantycznego patosu buntownika, nowoczesna ironia, intelektualny sceptycyzm i klarowna analiza społeczna. Ktoś, kto właśnie przeczytał to zdanie, możliwe, że zwątpi: w jaki sposób to wszystko trzyma się kupy? Niech czyta dalej, by się przekonać, czy miałem rację, czy też się mylę. To są właśnie próby określania relacji ludzkich w czasie totalitaryzmu, bunt, który nadchodzi; jest kpiną z tych bzdur, które generuje absolutna władza przeciętności. I każdy bunt jest siłą rzeczy nieco patetyczny, w szczególności polski. Lecz ten patos jest nieco rozrzedzony przez ironię intelektualną, częstokroć również sarkazm, w odpowiednim temu zakresie. Analizie, która tak czy owak dąży do normalności, nudnej demokratycznej normalności Europy Zachodniej, w tym sensie nie nadaję większego znaczenia. Myślenie analityczne oraz ustanowienie nowej równowagi może zostać wprowadzone przez dowolnie inną osobę, co więcej, w poszczególnych punktach być może nawet lepiej od Adama Michnika, który, jak tylko straci Wielkiego Przeciwnika, rozejrzy się za nowym, w postaci integracji Kościoła i nacjonalistów.

Adam Michnik nie jest oczywiście artystą, a jednak wszystko, co pisze, w jakiś cudowny sposób przypomina literaturę. Nie tylko ze względu na cechy stylistyczne, które przypominają dobrą stronę francuskich esejów oświeceniowych, również nie tylko z powodu namiętnych epistolarnych lub pamfletycznych notatek osobistych, i nie dlatego, że cechuje je mieszanka racjonalnej argumentacji i silnego zaangażowania emocjonalnego we wszystko, co robi, chociaż lepiej byłoby rzec: płonie zapałem. Naturalnie, Michnik prowadzi nas wprost do tego pomysłu, wykorzystując często cytaty z literatury polskiej i europejskiej, kompilacje i uderzające ulepszenia. Spójrzmy chociażby na jego Listy lat pięćdziesiątych. „Odkrycie zakazanego jest jednocześnie odkryciem literatury” – Czesław Miłosz. Musimy zwrócić uwagę na cytat, który zamyka ten genialny tekst: „Przeciwko zamkniętym oczom, twardym ustom, / przeciw milczeniu, które oznacza oddanie”. I jeszcze miejsce, w którym miała miejsce ewokacja – więzienie na Mokotowie, listopad 1983 roku. Oczywiście, tu już nie chodzi o styl, tylko treść. U dobrego pisarza treść sama odnajdzie właściwy styl. To elementarna postawa buntu, która czasami jest bardziej związana z absurdalnym człowiekiem buntu Camusa, czasami z kolei zbliża się do zaangażowania Sartre’a. Autorowi tych słów pierwsza definicja jest jakkolwiek bliższa. Bunt Michnika przeciwko brutalnemu, głupiemu i źle zorganizowanemu światu nie jest gestem rewolucjonisty, który zwalcza przemoc przemocą, lecz jest ugruntowaną postawą osadzoną głęboko w duchowości, w skomplikowanych stosunkach wzajemnych cywilizacji, kultury, poezji. Z tego wynika szczególna osobista wrażliwość, siła postaw i argumentacji, która jest daleko od płaskiej lewicowej rewolucyjności lub prawicowego zestawu wartości. List do generała Kiszczaka stanowi sam w sobie dzieło literackie, przykład duchownego epistolarnego morale. Brzmi nieco proroczo, kiedy w czasie świąt Bożego Narodzenia 1983 roku napisze i wyśle więzienną pocztą zaadresowane do ministra spraw wewnętrznych (a wiemy przecież jakim Minotaurem była postać takiego ministra w dowolnym kraju socjalistycznym) takie mocne słowa:

Niech Pan przy wigilijnym stole pomyśli przez chwilę o tym, że będzie Pan rozliczony ze swych uczynków. Będzie Pan musiał odpowiedzieć za łamanie prawa. Skrzywdzeni i poniżeni wystawią Panu rachunek. To będzie groźna chwila. Życzę Panu zachowania godności osobistej w takim momencie. I odwagi. Niech Pan nie tłumaczy się, jak Pańscy koledzy z poprzednich ekip, że Pan o niczym nie wiedział. Bo to nie wzbudza litości, tylko pogardę...

Bardzo dalekosiężne słowa. Skąd znalazł w sobie chęć, w tych świątecznych dniach spędzonych w więzieniu, aby „życzyć sobie, aby (…) umiał być na miejscu w samą porę, gdy generał będzie zagrożony i zdołał także mu dopomóc. Abym umiał raz jeszcze być po stronie ofiar, a nie wśród oprawców. Choćby potem nadal miał mnie Pan zamykać w więzieniu i nadal zdumiewać się moją głupotą”? I Adam Michnik, który został po raz pierwszy aresztowany, kiedy miał osiemnaście lat, którego notorycznie nękano później, który spędził za kratami cały okres od 13 grudnia 1981 roku do pamiętnego dnia w sierpniu 1986, kiedy ostatecznie go uwolniono; ten sam Adam Michnik, już jako poseł na Sejm w 1990 roku zakończy swoje przemówienie sejmowe tymi słowy: „Nie będę walczył bronią nienawiści”.

Skoro już jesteśmy przy literaturze, co nam to przypomina: „choćbyście nadal mnie zamknęli w więzieniu i nadal zdumiewalibyście się moją głupotą”? Walka o wolność łączy w sobie „straszliwie upokarzającą śmieszność z dziarskim entuzjazmem”. Czymże to jest jak nie donkichoterią? Wezwaniem do całego świata? Przede wszystkim, jak Michnik pisze, „nikt nie powinien płaszczyć się wobec władzy, która nagradza nas łaską, w zamian za zaprzeczenie rozumu i wyrzeczenia się cywilizacji”.

W roku 1986 roku poświęci Stanisławowi Barańczakowi swój esej zatytułowany Don Kichot i wyzwiska. Ponownie pisze z więzienia, tym razem kryminalnego. Esej opowiada o Thomasie Mannie, emigrancie, wyrzutku ze swojej niemieckiej i nazistowskiej ojczyzny, która z dnia na dzień coraz bardziej zawstydza pisarza. Bez nadziei na zwycięstwo Mann broni klasycznej tradycji humanizmu; nie jest już w stanie przeciwstawić się rewolucji narodowosocjalistycznej i jej złudzeniom w swoich listach, pozostają tylko przekleństwa. Rozległe cytaty z korespondencji i systematyczna analiza Michnika mają dla Polski w roku 1986, oczywiście, „wartość edukacyjną”, jak mówi z uśmiechem. Ale istnieje też prosta analogia między „poetami przeklętymi” wszechczasów, w czasach pomiędzy dwoma światowymi ideologiami totalitarnymi. Być na emigracji, być w więzieniu, rozumieć, widzieć i wiedzieć, nie mając sił zmienić przepływu świadomości, tłumów, ludzkiego okrucieństwa. Dawno, dawno temu, były wzniosłe czasy, w przeszłości istniała pewna forma duchowości życia, którą zdołali przenieść w te surowe obecne czasy tylko nieliczni. Don Kichot. Niczym swoiste powtórzenia tamtego Don Kichota, który nie dokonał niczego innego, jak rzekłby mój przyjaciel Rudi Šeligo[1], poza tym, że powtarzał dobre uczynki rycerza Amadisa.

Był to czas dysydencji i buntu. Dylematy, prezentowane przez Michnika były romantyczne, choć cholernie trudnie: pokój w niewoli lub zepsucie w wojnie? Był to czas donkiszoterii i przeklinania, który trzeba było znosić i nosić w sobie, ze wszystkimi kontrastami i złożonością. I nadszedł czas triumfu, który minął szybko i który nawet na chwilę nie oślepił Michnika. Zjawiło się dobrze znane w naszych stronach pytanie: postkomunizm czy antykomunizm. Dylemat, który prowadzi do złego wyboru, jakkolwiek spojrzeć. Obydwie opcje prowadzą do czegoś, co powinno było być już dawno przekroczone. Ale nie z pustą paplaniną o pojednaniu, lecz, jak to ujął Michnik: „nie ma potrzeby powtarzania kazania na temat pojednania, lecz należy dostrzec wewnętrzne napięcia rzeczywistości, wpływać na nią i odkrywać pułapki, które tam czekają”.

Zmiany przyniosły nagle nowe dylematy. Za wyjątkiem specyfiki historycznej i kulturowej oraz odmiennego rozwoju gospodarczego, są one podobne w całej postkomunistycznej Europie. Potem nastąpiły rozczarowanie i zdziwienie. Pierwotna akumulacja kapitału, jak to pięknie określano w czasach marksizmu, wyniosła na powierzchnię wszelkiego rodzaju demagogów, ale także nowych, choć jednocześnie starych – staronowych włodarzy. Wiele nadziei zostało zrujnowanych, pojawiły się natomiast nieoczekiwanie nowe dylematy. Cały konglomerat czasów współczesnych jest nam znany pod niezbyt fortunnym mianem transformacji. I interes Michnika, oparty na donkiszoterii trwa dalej. Antykomunizm z bolszewicką twarzą, ostrzeżenia przed fundamentalizmami, antysemityzmem, rozpad Solidarności, poszukiwanie pragmatycznych rozwiązań... Kolejny etap należało przedyskutować, przemyśleć, skomentować. Również za cenę kolejnego wstydu, moralnej i politycznej etykiety.

Społeczeństwo wciąż nie rozumie, kim jest Adam Michnik – intelektualistą, Don Kichotem, myślicielem czy kusicielem naszych czasów, który jest tutaj po to, by zadawać pytania, ostatecznie po to, aby w końcu nie zgodzić się z nim. Michnik musiał znosić surowe oceny swojej twórczości, a nawet osobiste ataki, na miarę czasów, w których żyliśmy. Na własnej skórze doświadczył tego, co mu się przydarzyło w latach osiemdziesiątych, kiedy analizował z kolei Thomasa Manna, i to, co zdarzyło się temu niemieckiemu intelektualiście w latach trzydziestych. Albo Czesławowi Miłoszowi w latach pięćdziesiątych, kiedy, jak pisze Michnik, został zaatakowany przez rodzimych pisarzy jako agent amerykańskiego imperializmu i sojusznik niemieckich neonazistów, z kolei prasa emigrancka i opinia publiczna widziała w nim sowieckiego szpiega i narodowego apostatę.

I czyż nie było dokładnie tak samo w przypadku Edvarda Kocbeka, który przez słoweńską opinię publiczną i partyjną został uznany za sprzymierzeńca środowisk emigracyjnych, kiedy to jeszcze w latach siedemdziesiątych, po interwencji Heinricha Bölla, otwarcie go piętnowano i wywoływano na przesłuchania. Jednocześnie, z powodu współpracy z Frontem Wyzwolenia Narodowego w ciągu wszystkich lat powojennych prasa emigracyjna oznakowała go swoim słynnym sformułowaniem: „lont zapalny do komunizmu”.

Wiele lat po szoku, którego doznałem podczas studenckich demonstracji w Krakowie, kiedy wielkie zmiany, które doprowadziły później do upadku komunistycznego monolitu, znajdowały się zaledwie w zalążku, byłem ponownie w Polsce, w czasie kolejnego wstrząsu. Społeczeństwo polskie przeżyło ten czas w duchu historycznego kompromisu. Tak zwane obrady Okrągłego Stołu ustaliły, że na wyborach do Sejmu 35 procent mandatów przypadnie kandydatom niezależnym, z kolei 65 procent – komunistycznej partii i jej satelitom. To była polska wersja tego, co w Słowenii nazywamy „miękkim przejściem” i dotyczyło decyzji komunistów o „oddaniu władzy”. Jednak tuż po wyborach z 4 czerwca 1989 roku rzeczywistość okazała się nieco inna. Większość w Sejmie uzyskali przedstawiciele Solidarności, wśród nich byli również tacy artyści jak Wajda. Partia zachowała swój kształt aż do końca procesu rozpadu. W Senacie, odnośnie którego nie było porozumienia o „miękkim przejściu”, Solidarność uzyskała 99 mandatów na sto, wśród nich również był Michnik. Wielka zmiana się dokonała, w Warszawie w tych sierpniowych dniach w powietrzu było czuć coś niezwykłego. Chociaż tym razem pojechałem do Polski już jako znany pisarz (przyleciałem samolotem na promocję polskiego wydania mojej książki pt. Galernik, wydanej w ponad dwudziestotysięcznym nakładem) i wyraźnie było czuć, że komunizm się kończy, wśród tego wszystkiego ponownie znalazłem się na „nielegalnym” spotkaniu, podobnie jak wiele lat temu, w 1986 roku, w pewnym krakowskim mieszkaniu, gdzie polscy studenci potajemnie przekazywali sobie zakazane druki.

Przypominam sobie, że na to nielegalne spotkanie, w którym brał udział między innymi również Adam Michnik, przywiózł mnie policyjny radiowóz.

Był koniec sierpnia 1989 roku, stolica, a razem z nią cały kraj, drżała z napięcia. Jaruzelski wciąż jeszcze był prezydentem i „oni”, jak mi powiedziano, „oni” wciąż mają „wszystko w swoich rękach”. Polska była na skraju niedoboru towarów i załamania nerwowego, wyczerpana do cna niemal dziesięcioletnim stanem wojennym. Magda Petryńska, redaktorki wydawnictwa i znawczyni literatury południowosłowiańskiej, zorganizowała w swoim mieszkaniu spotkanie z niektórymi intelektualistami Solidarności. Przyszedł również Michnik. Spotkanie miało charakter konspiracyjny, że tak powiem nielegalny. Nielegalny? Do południa obserwowałem transmisję pełnych temperamentu obrad w Sejmie, kiedy nowo obrani posłowie, w zgodzie jednak ze starym zwyczajem, w sposób stanowczy używali w swoich wypowiedziach sformułowań typu „wysoka izbo” i z całą ostrością dokonywali analizy wciąż jeszcze trwającego, lecz widocznie upadającego systemu władzy ludowej. Wystąpił również Adam Michnik, senator z listy Solidarności i redaktor naczelny poczytnego dziennika „Gazeta Wyborcza”. W południe znaleźliśmy się wśród tłumu, zapalając świece przy dopiero co odsłoniętym pomniku ofiar Powstania Warszawskiego. Debatowaliśmy o nacjonalizmie, katolicyzmie, antysemityzmie, na każdym kroku panowała otwarta atmosfera, w społeczeństwie, które, pomimo wciąż znacznych trudności, stawało się otwarte i radosne. Jednak zapowiadane spotkanie wciąż było nielegalne. Dlaczego? Ponieważ policja wciąż szukała niektórych, dlatego, że nikt nie miał zaufania do nowej zaistniałej sytuacji, gdyż „oni”, realistycznie patrząc, wciąż mają wszystko w swoich rękach. A więc należy działać na dwa sposoby, zarówno jawnie, jak i nielegalnie.

Wziąłem taksówkę i ruszyłem przez Wisłę, na przedmieścia Warszawy, kilka przecznic od domu, w którym odbywało się tajne spotkanie. Wówczas, w tej części Warszawy każdy dom wyglądał tak samo, każda ulica była podobna do innej, a migające światła słabo rozświetlały deszczowy sierpniowy wieczór. Nie miałem mapy miasta, jedyna żywa dusza, której ludzka postać zamajaczyła w pobliżu, w odpowiedzi na moje pytanie wymruczała coś w rodzaju „daleko”. Wówczas policyjny radiowóz zatrzymał się obok na chodniku. W czym możemy panu pomóc? Znam ja was, wiem, jak umiecie pomagać, pomyślałem, widziałem kiedyś w Krakowie jak z waszego powodu ludzie się ukrywają; ostatecznie nie oskarżą mnie raczej o burzenie państwa polskiego, jeśli tylko zapytam o ulicę. Również przecież nikogo nie wydam tym pytaniem. Pytam więc o adres. Pan jest obcokrajowcem, mówią, proszę siadać, odwieziemy pana. Jeśli odrzucę ten gest niewiarygodnej życzliwości ze strony milicji ludowej, myślę, wtedy dopiero stanę się podejrzany. Wsiadłem więc do radiowozu i w ten oto sposób na nielegalne spotkanie przyjechałem policyjnym autem. Wieść o moim osobliwym środku transportu wywołała grozę wśród zgromadzonych w mieszkaniu, przyjęli to jako przykry żart i oczywiście w ogóle mi nie uwierzyli. Jeśli się nie mylę, Magda Petryńska i ówczesny dysydent, późniejszy ambasador w Jugosławii, pan Jerzy Chmielewski, nie wierzą w tę historię do dziś.

Z pewnością jest to jedynie nieznacząca anegdotka, lecz w ten sposób chciałem przekazać słoweńskiemu czytelnikowi, jak skomplikowanie wyglądał w Polsce okres zmian. Michnik nie uczestniczył w spotkaniu, ja z kolei do bladego świtu, o świcie polskiej demokracji, słuchałem opowieści o latach stanu wojennego, które jakoś nie chciały się skończyć. O nielegalnych drukarniach, o tajemnych spotkaniach, w których brały udział znaczące ilości osób, o mieszkaniach konspiracyjnych Michnika, które musiał zmieniać co noc. Ich okres zmian wyglądał inaczej niż nasz. Nikt nie mógł uwierzyć, że rzeczy się zmienią po dobremu, że nie stanie się nic gorszego, nie dojdzie do ponownego dojścia do władzy komunistów, inwazji sowieckiej, czołgów na ulicach. Pamięć genetyczna podpowiadała, że w Polsce żadne zmiany nie odbywają się w sposób pokojowy. Zresztą sami też śmialiśmy się z utartej formułki o „odstąpieniu władzy”, powtarzanej przez słoweńskich komunistów. Ostatecznie, cenzura w dalszym ciągu istniała. Kiedy następnego dnia popołudniu byliśmy razem z Michnikiem w prowizorycznym biurze „Gazety Wyborczej”, znajdującym się na parterze jakiegoś mieszkalnego bloku, chodził on tam i z powrotem i mówił o tym, jak o każdy artykuł musi zmagać się z cenzurą. „Jeszcze im pokażę” – machał pięścią. Właśnie „im”. Cenzurze i całej reszcie.

Jednak decydujący moment Wielkiej Historii już się wydarzył. Z pewnością stało się tak wtedy, kiedy Solidarność wybiła pierwszą cegłę w Murze Berlińskim. Teraz cały ten mur właśnie się walił, a razem z nim i cały gmach. Nie było czołgów na ulicach, nie było krwawych starć. Wszystko to natomiast miało miejsce już wkrótce w innym miejscu, w Jugosławii, gdzie upadku władzy towarzyszyła ogromna katastrofa.

Tak się złożyło, że polska rewolucja, jeszcze przed czeską, wbrew oczekiwaniom okazała się równie aksamitna. A kilka lat później porodziła „aksamitną restaurację”, jak to określił Adam Michnik. Również tę historię dobrze znamy na naszym rodzimym przykładzie, choć w nieco bardziej liberalnej wersji: ludzie Solidarności byli ludźmi ryzyka, z kolei ludzie PRL byli posłusznymi urzędnikami i zręcznymi konformistami. Dziś nie ma już żadnych wątpliwości, kto z nich i z nas odnalazł się lepiej w nowej rzeczywistości. Rewolucja wzbudziła nadzieję, oznaczała pewien stały dynamizm. Restauracja, podobnie jak kiedyś francuska, jak pisze Adam, to zacisze martwego bagienka, targowisko drobnego intryganctwa, obrzydliwego łapówkarstwa. Aczkolwiek Michnik jak nikt inny z intelektualnego środowiska heroicznej epoki zastąpił bojownika i został w owym czasie strategiem odblokowywania i normalizacji, analitykiem całego demokratycznego spektrum, który szuka miejsca dla wszystkich grup społeczeństwa polskiego, wielowarstwowego niczym gibanica[2], na każdy gust i smak. Chociaż zawsze dąży do konsensusu społecznego, to jednak na liście osób aksamitnej rewolucji rozpoznamy starego Michnika, sarkastycznie uśmiechniętego, z podwiniętymi rękawami koszuli.

Tłum. Nikodem Szczygłowski

 

Niniejszy tekst ukazał się jako słowo wstępne do książki Adama Michnika, Diabeł naszego czasu, wydanej po słoweńsku w 1997 roku (Adam Michnik, Skušnjavec našega časa, Ljubljana: Mladinska knjiga 1997).

 

Drago Jančar (ur. 1948) – to jeden z najbardziej znanych słoweńskich pisarzy, eseista i dramaturg. Działalność literacką rozpoczął jeszcze w Jugosławii za rządów Tity, podczas studiów w Mariborze, w 1974 roku został oskarżony o „szerzenie wrogiej propagandy” oraz krótko więziony. Nie zważając na represje, kontynuował swoją działalność literacką, w latach 1987–1991 pełnił funkcję prezesa słoweńskiego PEN klubu. W 1994 roku brał udział w „desancie literackim” do oblężonego Sarajewa, w celu udzielenia moralnego wsparcia mieszkańcom miasta. Po tej podróży powstał jeden z najmocniejszych tekstów o tragedii Sarajewa – Krótki raport z długo oblężonego miasta (Kratko poročilo iz dolgo obleganega mesta“, przekład polski Joanny Pomorskiej, wydane m.in. przez Wydawnictwo Pogranicze w zbiorze Eseje pod redakcją K. Czyżewskiego, 1999). Jančar jest także znany jako powieściopisarz. Sporo jego utworów przetłumaczono na różne języki europejskie, w tym polski. Jest zaliczany do kręgu pisarzy środkowoeuropejskich, którzy pod koniec XX wieku popularyzowali ideę Europy Środkowej (Mitteleurope) jako wspólnej przestrzeni kulturowej.

 

[1] Rudi Šeligo (1935-2004) był słoweńskim pisarzem, dramaturgiem, eseistą i politykiem. Razem z Lojze Kovačičem i Drago Jančarem jest zaliczany do grona najbardziej znanych i cenionych przedstawicieli słoweńskiego modernizmu w literaturze w okresie po II Wojnie światowej (przyp. tłumacza).

[2] Gibanica – słoweńskie tradycyjne ciasto z Prekmurja

 

Fot. Fortepan (CC BY-SA 3.0) commons.wikimedia.org


Polecamy inne artykuły autora: Drago Jančar
Powrót
Najnowsze

Via Carpatia. Podróże po Węgrzech i Basenie Karpackim

19.11.2019
Ziemowit Szczerek
Czytaj dalej

Donbas: kruchy pokój?

18.11.2019
Aleksander Kowalewski
Czytaj dalej

Na Białorusi ludzie boją się zmian

17.11.2019
Małgorzata Nocuń Bartosz Panek
Czytaj dalej

Gruzini znów wyszli na ulice

15.11.2019
Wojciech Wojtasiewicz Jakub Janiszewski
Czytaj dalej

Gruzińskie Marzenie w obliczu kryzysu

15.11.2019
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Gra o tron w Gruzińskim Kościele Prawosławnym

14.11.2019
Daria Szlezyngier
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu