Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Donikąd. Podróże na skraj Rosji
2019-10-14
Michał Milczarek

Na początku była mapa. Jej kolory, linie, wzory intrygowały i nęciły. Można było przez nią patrzeć jak przez okno, zobaczyć daleki świat. Czytać ją jak najwspanialszą przygodową książkę. Potem były podróże wyobrażone, wytyczanie nowych szlaków długopisem w atlasie. W końcu Michał Milczarek spakował plecak i wyruszył w drogę. Donikąd to opowieść o wyprawach na końce świata: Kamczatkę, Kołymę, do Workuty, Ewenkii, Norylska. To zapiski z miejsc, w których byt graniczy z nicością. To obsesyjna wędrówka na wschód przez śnieg, kości i pustą przestrzeń w poszukiwaniu kresu mapy i kresu rzeczywistości. Zachęcamy do lektury fragmentu książki Donikąd. Podróże na skraj Rosji Michała Milczarka, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarnego 9 października.

 

Kilka tygodni później pojechałem z kolegą na Krym. Wtedy był jeszcze ukraiński. Granicę przekroczyliśmy w Medyce. Panował ciężki i lepki jak smoła upał. Nabuzowane fotony lały się na  przygraniczne pola jak z cysterny. W Szechyni wsiedliśmy do marszrutki. Gość jadący obok miał rybie oczy, tanie dresy z poliestru i zalatywało od niego kupą. Naprawdę. Być może właśnie dlatego od razu mi się tam spodobało. Bo znalazłem się na ziemi radzieckiej – i ten poliester, zapach kupy oraz zdezelowana marszrutka marki Mercedes oznaczały rozpad świata. Form, miar, skal, znaczeń. Były pierwszym przejawem dziwnej otchłani, która się tam otwierała. Za Medyką zaczynała się skala liczona w tysiącach kilometrów, zaczynało się wysokie niebo, prawdziwy wiatr i szerokie tory. Nie chodziło jednak o samą przestrzeń i mapę, ale także o ontologiczne dziedzictwo Sojuzu. ZSRR już niby nie było, ale wciąż jednak jakoś był. W powietrzu, gestach, betonie, na pustkowiach.

Miałem dwadzieścia jeden lat i świat mnie trochę rozczarowywał. W Norwegii i na Wyspach Owczych była tylko przestrzeń i fizyka, a ludzie wydawali się martwi. Bez nadwyżki sensu, idealnie dopasowani do samych siebie, harmonijni jak krajobraz. Jakby  życie się już skończyło. W Poradziecji wyglądało to inaczej. Człowiek był pęknięty, poharatany, nie mieścił się w sobie. Cała ta przestrzeń to była rozgrzebana rana. Trzewia świata. Antyświat. Wierzyliśmy wtedy, że to właśnie on jest prawdą, a nie uładzona, wyperfumowana i gładka rzeczywistość Zachodu. Był jak wywrócone na nice ubranie, które pod spodem wcale nie jest ładniejsze, ale ujawnia wszystkie szwy, łączenia i cięcia. Myśleliśmy, że prawda leży gdzieś tam – za Lwowem, w podziemiu. Czuliśmy, że zstępujemy. Śmierdziało kupą dlatego, że byt się obnażał, wychodził na jaw. Fizyka przestawała mieć znaczenie, przeoblekała się w metafizykę. Sens, który od progu brał za fraki i walił po pysku, był czymś więcej niż zbiorem cząstek, nie dawał się do nich sprowadzić. U nas metafizyki w takim stężeniu nie było, a tutaj wisiała w powietrzu, kryła się wszędzie. Osaczała pola, wirowała nad szosą i torami, przelatywała z drzewa na drzewo razem z pticami. Beton, sierp i młot, łady i wołgi, Wilk i Zając, epolety, rakiety, tundry, siermięga, Leniny i olimpijskie Miszki – to była metafizyczna kraina.

I ta metafizyka splatała się tu w jedno z geografią, ponieważ na Wschodzie wszystko było geografią. Inaczej tej przestrzeni ciągnącej się aż po Czukotkę nie uchwycisz, nie pojmiosz. Geografia stawała się językiem metafizyki – wyrażała ją, opisywała, kreowała i niszczyła. Dlatego przechodziło się na drugą stronę Medyki, rozkładało mapę Poradziecji i od razu w głowie pojawiały się bycie i czas, byt i nicość. Tak właśnie było.

We Lwowie na parapetach wygrzewały się koty i pachniało lipą. W hali dworca wisiały żyrandole jak w carskich pałacach. Pociąg do Symferopola miał odjechać pięćdziesiąt minut po północy, więc przez trzy godziny snuliśmy się z Margańskim po peronach. Lokomotywy były większe niż czołgi. Nawet stare manewrówki. Maszyniści wychylali się z papierosami bez filtrów w ustach jak z ciemnej czeluści. W środku paliły się tylko jakieś czerwone światełka. Kosmos. Najpiękniej było, kiedy pociągi odjeżdżały – powoli i bezgłośnie. Kijowski o dwudziestej drugiej czterdzieści pięć ruszał przy dźwiękach marsza. Byliśmy już po wódce, więc wpadliśmy w euforię. To była zapowiedź ogromu, który przerastał wszystko, co było i co będzie. Który nadawał rzeczywistości wymiar planetarny. Już tutaj, we Lwowie, niecałe sto kilometrów od Przemyśla.

Nasz pociąg składał się z dwudziestu czterech wagonów. Tłukliśmy się nim dwadzieścia osiem godzin. Witia z Kerczu czytał gazetę „Bulʹwar”, a babcia z Drohobycza karmiła nas pieczoną kurą, pomidorami i twarogiem. Wszystko swoje: z ogrodu, obory i kurnika. Najwięcej było przestrzeni, słoneczników i drzew czereśniowych. Poza tym pył, puste kołchozy, zapach suszonej ryby i melony zwożone z pól w małych przyczepkach. Słońce lało się jak żółty syrop. Resztki stepu miały srebrzysty odcień.

Znalazłem się we wnętrzu radzieckiego atlasu – cała ta przestrzeń stanęła otworem. Pisane bukwami nazwy miast i puste przestrzenie pomiędzy nimi, odwzorowane w gównianej szacie graficznej – wszystko przekształciło się w rzeczywistość. Nie ma w życiu nic lepszego, niż być we wnętrzu mapy. To fajniejsze niż seks. Poza tym jak na razie nikt nas nie okradł ani nie zajebał, co przewidywali niektórzy rodacy. Można było jechać, można było patrzeć, można było wszystko. Jak gdyby nastało królestwo niebieskie. Czas wypełnił się i nabrał absolutnego sensu. Nie miał żadnych szczelin, toczył się po wypolerowanym nieboskłonie śladem słońca.

Stacje po drodze były jak objawienie. Chodziliśmy po asfaltowych peronach i patrzyliśmy na lśnienie nagrzanych torów, poradzieckie budynki z białej cegły, entropię betonu oraz babuszki w podomkach i umajonych chustach. Sprzedawały pierogi z kartoszką, jajka na twardo, jabłka w wiaderkach, pomidory, melony, różowe oranżady i ze trzy rodzaje miejscowego piwa. Dajmy na to: Obołoń, Czernichowskie i Zaporoskie z podobizną Kozaka z osełedcem na etykietce. Trzymały towar w dwukołowych wózkach albo ręką przyciskały butelki do cyca. Chciałem kupić wszystko i zjeść wszystko, bo to było jak komunia. Chciałem jechać tym pociągiem w nieskończoność, a zarazem nie mogłem się doczekać stacji końcowej.

Przed Dniepropietrowskiem słońce nasiąkło barwą radzieckiej flagi, a potem zaszło, jakby ktoś ściągnął ją z masztu. Step potężniał, połyskując fioletowo. Malowane błękitem domy i eternit na dachach oddawały ciepło w przestrzeń międzygwiezdną. Za szerokim jak morze Dnieprem była już noc. Czerń południa gęstniała, robiła się oleista jak smar w silniku. Ramiona galaktyki falowały. […]

Z Symferopola chodziły nocne autobusy do Krasnodaru w Rosji. Takiej pokusie nie można było się oprzeć. Kupiliśmy bilety. Wiózł nas stary ogórek z zaokrąglonym zadem, na rosyjskich blachach. Siedzenia pod tylną szybą grzały się od silnika. Najpierw zobaczyliśmy wypadek. Było już ciemno. Potrącony facet leżał na asfalcie, a kobieta lamentowała. Zdaje się, że był martwy. Latarnie nie świeciły, więc łatwo było umrzeć. W Kerczu natomiast dwóch gości napieprzało się pod barem oświetlonym czerwono-zielonym neonem. Niedobrze zaczynała się ta podróż.

Cieśninę Kerczeńską przepłynęliśmy koło drugiej w nocy. Na maszcie wisiała flaga imperium, asfalt był już rosyjski, a powietrze – wilgotne, miękkie i lekko orientalne. Kierowca stojącej obok ciężarówki ZIŁ miał w ustach papierosa bez filtra, a w rękach emaliowany kubek. Pomyślałem wtedy, że dopiero tutaj wszystko jest na serio. Emaliowane kubki, fajki bez filtrów, błękitne ziły, druga w nocy, geografia i wielki na pół Azji trup komunizmu.

Ale nie wpuścili nas do Rosji. Wtedy nie wymagano jeszcze wiz, wystarczyło zaproszenie, voucher albo pieczątka AB. Nie mieliśmy nic, myśleliśmy, że się uda. Pogranicznik był miły. W jego oczach czaiło się jednak fatum przestrzeni. Wtedy zobaczyłem je po raz pierwszy. Władza promieniowała ze źródła znajdującego się jakieś tysiąc pięćset kilometrów stamtąd. Nie mógł nas wpuścić, bo daleko na północy leżały jakieś dokumenty. Nigdy ich nie widział ani nie miał ujrzeć, ale oddziaływały one na całą tę bezgraniczną przestrzeń, czyniąc ją bezwładną. Ta odległość rodziła niemoc, fatalizm i nieokreśloną tęsknotę.

– Gdzie wasze zaproszenia? Kak wy? Nu… Niet, nie pojedziecie. Ja rozumiem, rozumiem, cały jestem rozumieniem, ale przepisy… Problema, ponimajetie? Przykro mi…

Mówiliśmy, że zapłacimy, nie precyzując za co, żeby w razie czego usprawiedliwić się, iż mieliśmy na myśli kupno vouchera. Ale nie. Nieprzekupny strażnik imperium o smutnych oczach tylko pokręcił głową.

Tymczasem autobus, w którym zostały bagaże, wcale na nas nie czekał. Nikt nie liczył pasażerów w środku nocy. Biegnijcie, powiedział pogranicznik, nie oddając paszportów. Dogoniliśmy go przed ostatnim szlabanem. Pół minuty później byłoby za późno. Kierowca wysiadł i otworzył drzwiczki bagażnika, trzymające się na śrubie z nakrętką. A potem odjechał w otchłań.

Z powrotem na prom eskortował nas żołnierz z kałasznikowem. Uśmiechał się i pytał, dlaczego nas nie wpuścili. Szliśmy między zasiekami i drutem kolczastym po ziemi imperium, po bezkresie. Niebo zasnuwały chmury, ale i tak widać było przestrzeń pozaziemską. Trikolor łopotał na kosmicznym wietrze. Wirowały stratosfery, układy planetarne, galaktyki, wszystkie modele wszechświatów, wszystkie nieeuklidesowe geometrie.

Prom płynął w deszczu. Stałem na rufie i nie zwracałem na to uwagi. Patrzyłem na oddalający się brzeg. Horyzont falował, a światła majaczyły. Za nimi rozpościerała się czerń mapy przechodząca w czerń kosmosu.

 

Premiera 9 października

Więcej


Polecamy inne artykuły autora: Michał Milczarek
Powrót
Najnowsze

Zatrzymanie Ihora Mazura. Rosyjska prowokacja

13.11.2019
Eugeniusz Sobol
Czytaj dalej

Mołdawia: Upadek egzotycznej koalicji

12.11.2019
Piotr Oleksy
Czytaj dalej

Profesor Andrzej Nowak odznaczony Orderem Orła Białego

12.11.2019
NEW
Czytaj dalej

Czy USA wycofa się z traktatu o otwartych przestworzach?

12.11.2019
Waleria Szackaja
Czytaj dalej

Polska nie wybuchła

11.11.2019
Sonia Knapczyk Andrzej Leon Sowa
Czytaj dalej

Retrospektywa filmów Pawła Łungina z udziałem reżysera

09.11.2019
Grzegorz Szymczak
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu