Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Przyspieszona agonia Związku Radzieckiego
2011-08-19
Ze Sławomirem Popowskim rozmawia Paweł Pieniążek
PAWEŁ PIENIĄŻEK: W 1991 roku kryzys w Związku Radzieckim osiągnął apogeum. Jakie były wtedy nastroje społeczne i stosunek do ZSRR?

SŁAWOMIR POPOWSKI: Szczyt poparcia dla pierestrojki i popularności Michaiła Gorbaczowa przypadał na 1989 rok, potem zaczęła się jazda w dół. Z jednej strony narastał opór nomenklatury, a z drugiej – drogi nastawionej demokratycznie części społeczeństwa i Gorbaczowa zaczęły się stopniowo rozchodzić. W pewnym momencie stanął on między tymi grupami – jedni krytykowali go za to, że jest nazbyt reformatorski, inni – za jego ustępliwość wobec aparatu i konserwatywność.

Wtedy, w 1991 roku, już było wiadomo, że struktury państwowe przestają działać. Na to wszystko nakładały się potworne problemy gospodarcze. Jeśli na początku pierestrojki w latach 1985-1986 zaopatrzenie było chudobiedne, ale coś tam było, to w 1990 roku nie można było kupić właściwie niczego. Dla przykładu: moja żona musiała się nauczyć, jak robić biały ser dla naszego syna, bo nie można było dostać go w sklepach, natomiast na rynku kołchozowym był bardzo drogi. Jednak, aby przygotować go samemu, trzeba było kupić mleko, kefir i śmietankę. Problem polegał na tym, że jak się szło do sklepu, to rzadko kiedy były wszystkie składniki. W jednym była tylko śmietanka, w innym kefir.

Dzisiaj patrzymy na Związek Radziecki z perspektywy Moskwy, władz centralnych, a tymczasem byliśmy świadkami wzrostu znaczenia republik, gdzie coraz więcej się działo. Ekipa pierestrojki nie doceniała problemów narodowościowych. Zaczęło się w 1986 roku w Ałma Acie, a potem ruszyła lawina: pogrom Ormian w Sumgaicie, konflikt zbrojny wokół Górskiego Karabachu między Ormianami a Azerami, w 1989 roku w Gruzji radzieckie wojska MSW, wezwane do rozpędzenia demonstracji – w istocie niepodległościowej – zatłukły saperkami kilkanaście osób, w Ferganie mordowano Turków meschetyńskich. Narastało napięcie w republikach nadbałtyckich, które początkowo domagały się przejścia na rozrachunek gospodarczy, potem zaczęły tworzyć program autonomii, aby ostatecznie zmierzać ku ogłoszeniu niepodległości.

Na przełomie 1990 i 1991 roku było już wiadomo, że Związek Radziecki zaczyna pękać – jak mówią Rosjanie – po szwam, wzdłuż tych republikańskich „szwów”. Żeby temu zapobiec i uzyskać jakiś kapitał polityczny dla ewentualnych dalszych działań, ogłoszono referendum, w którym zapytano, czy obywatele chcą utrzymania Związku Radzieckiego, czy nie. Akcja typowo polityczna. Oczywiście, po zakończonym referendum odtrąbiono wielki sukces, bo ponad 60 procent uczestników odpowiedziało twierdząco. Tylko nie powiedziano jednej rzeczy: w referendum wzięła udział tylko część republik. Na przykład republiki nadbałtyckie w ogóle w nim nie uczestniczyły. Mało tego, do ostatniej chwili nie był pewien udział Rosji. Zostało to wykorzystane przez Borysa Jelcyna, który zgodził się na referendum, ale pod warunkiem, że na kartach do głosowania obowiązujących w Rosji zostanie dopisane jeszcze jedno pytanie: czy jesteś za tym, aby Rosja miała własnego prezydenta. Zdecydowana większość odpowiedziała, że chce mieć swojego prezydenta. W czerwcu odbyły się pierwsze wybory, w których Jelcyn uzyskał ogromną przewagę i wygrał w pierwszej turze.

Nie bez znaczenia były także nieudane próby uzyskania przez Gorbaczowa pomocy gospodarczej i stworzenia czegoś na kształt planu Marshalla dla Związku Radzieckiego. Na przykład pojechał na szczyt G7 do Londynu po to, żeby wytargować nowe kredyty. Owszem spotkano się z nim, porozmawiano, ale mu odmówiono. Wówczas, w samym Związku Radzieckim wykorzystywała to opozycja, bo po obaleniu muru berlińskiego i Jesieni Ludów nie miał już karty przetargowej wobec państw zachodnich.

W tym samym czasie przez ZSRR, ale przede wszystkim w samej Rosji, w Moskwie i Peterburgu, przetaczała się wielka fala demonstracji demokratycznej rosyjskiej opozycji. Zarówno w prasie, jak i w Radzie Najwyższej ZSRR, na forum Zjazdu Deputowanych Ludowych toczyły się ostre spory między „konserwą”, która zaczęła odzyskiwać siły i wpływy, a obozem reformatorów. To wszystko – w połączeniu z pogarszającymi się dramatycznie warunkami życia – miało wpływ na nastroje społeczne, które były wtedy złe.

Spodziewano się puczu?

O możliwości konserwatywnego puczu mówiono w Związku Radzieckim od wielu lat. Co najmniej od momentu, gdy w 1988 roku ukazał się słynny manifest Niny Andriejewej Nie mogu postupat’sia principami i od kiedy organizowano potężne demonstracje opozycji demokratycznej, w których uczestniczyło po kilkaset tysięcy ludzi. Natomiast już w krytycznym momencie, pierwszy o możliwości puczu, którego zalążki mogłyby tkwić w bezpośrednim otoczeniu Gorbaczowa, wspominał Eduard Szewardnadze. Po tym jak Gorbaczow odsunął Aleksandra Jakowlewa od ścisłego kierownictwa Partii, również on w nieco bardziej zawoalowany sposób przestrzegał przed taką możliwością. W ostatnim jego oświadczeniu, tuż po usunięciu z Partii, opublikowanym na dwa, trzy dni przed puczem, powiedział wprost, że istnieje możliwość konserwatywnego przewrotu. Wiele wskazuje na to – w każdym razie tak twierdzi Jakowlew i ówcześni doradcy Gorbaczowa – że przygotowania do sierpniowego puczu zaczęły się w marcu.

Było także głośne czerwcowe wystąpienie ówczesnego premiera Walenitna Pawłowa – powołanego przez Gorbaczowa na miejsce Nikołaja Ryżkowa – który podobno bez zgody prezydenta i ku jego zaskoczeniu zażądał na posiedzeniu Rady Najwyższej ZSRR specjalnych pełnomocnictw dla rządu. W gruncie rzeczy – na co zwracał uwagę Jakowlew – to był pomysł na wprowadzenie stanu nadzwyczajnego w Rosji zrealizowanego dwa miesiące później przez Komitet Państwowy Stanu Wyjątkowego (GKCzP), w czym zresztą Pawłow uczestniczył. Przynajmniej w pierwszym, przygotowawczym etapie, bo później „zapił” i był wyłączony…

19 sierpnia rozpoczyna się pucz. Pan w tym czasie jest korespondentem „Rzeczpospolitej” w Moskwie. Kiedy pojawiły się pierwsze informacje, że coś się dzieje?

Przyjechałem do Moskwy 17 sierpnia. Dzień później zdążyłem jeszcze przekazać do „Rzeczpospolitej” informację o ostrzeżeniach Jakowlewa i poszedłem spać (śmiech). 19 sierpnia około szóstej rano zadzwonił do mnie kolega, korespondent „Expressu Wieczornego” Bolesław Porowski: „Słuchaj, stan wojenny w Rosji, zobacz, co się dzieje!”. Zaspany wsiadłem do samochodu i pojechałem zobaczyć, jak to rzeczywiście wygląda. Jechałem szosą Mińską, licząc po drodze transportery opancerzone i czołgi ciągnące do Moskwy. Potem wracałem przez aleje Lenina i Mira, gdzie również było gęsto od wojska.

Pierwsze godziny to był stan oczekiwania i niepewności. Gorączka polityczna wśród Rosjan była wówczas wysoka. Ludzie byli przyzwyczajeni do demonstracji, więc podchodzili do tych czołgów, niektórzy wygrażali żołnierzom pięściami, inni płakali, jeszcze inni mówili: „nie, kochani, nie będziecie strzelać”. Koło godziny jedenastej odbyła się słynna scena, kiedy Jelcyn wszedł na czołg i ogłosił, że Rosja oraz Biały Dom nie podporządkują się puczowi i że jest to państwowy zamach stanu. Mniej więcej koło godziny trzynastej rozpoczęło się budowanie pierwszych barykad.

Porównywałem to wówczas ze stanem wojennym w Polsce i różnic było wiele. Mieszkałem na Prospekcie Kutuzowskim, sto metrów od hotelu Ukraina. Kilkaset metrów dalej, po drugiej stronie rzeki i mostu budowano barykady. W budynku hotelu, jednej z tak zwanych moskiewskich wysotek, takich jak nasz Pałac Kultury, był sklep spożywczy – wielki gastronom. Był to dziwny widok. Z jednej strony tworzy się historia, budują barykady, a z drugiej – pod sklepem kotłuje się tłum babuszek, chcących cokolwiek kupić. Dla tych ludzi było obojętne, co dzieje się przed Białym Domem.

Kolejny przykład: szedłem przez most do Białego Domu. Nagle trolejbus się zatrzymał, przed nim stało już kilka innych. Pytam kierowcę, co się stało. Powiedział, że kazano im się zatrzymać, więc tak zrobił. Zdziwiony, kontynuuję: „I co, idzie pan do domu?”. Na co słyszę: „Tak, biorę teczkę i idę, co mnie to obchodzi”. Wyobraża pan sobie polskiego kierowcę, że w takiej sytuacji zatrzymuje autobus, bierze teczkę z kanapkami i idzie do domu?

Najbardziej dramatyczna była noc z 20 na 21 sierpnia, gdy nie wiadomo było, co się jeszcze będzie działo. Mówiło się o możliwym szturmie Białego Domu i że przybędą jednostki wierne puczystom. W poprzek Prospektu Kutuzowskiego ustawione w dwuszeregu dziewczyny blokowały przejścia, mówiąc, że czołgi przejadą dopiero po ich trupie. Było w tym wszystkim więcej emocji i demonstracji aniżeli rzeczywistego oporu. Chociaż był też dramatyczny moment, gdy grupa obrońców Białego Domu próbowała zatrzymać czołgi i wozy pancerne. Padły strzały i zginęły trzy osoby. Jedyne ofiary śmiertelne tego puczu.

Trzeciego dnia puczu, czyli 21 sierpnia, stało się jasne, że szturmu nie będzie, a wojsko zostanie wycofane z miasta. Pojawiły się też informacje, że ludzie Jelcyna lecą do Gorbaczowa i że właściwie pucz się kończy. Tego dnia, wieczorem, Gorbaczow wrócił do Moskwy i zaczęły się aresztowania puczystów. Jednak to była dopiero połowa wydarzeń.

Akcja przebiegała sprawnie czy raczej panował chaos?

Możliwe, że Polacy porównują moskiewskie wydarzenia do wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. Patrząc z tego punktu widzenia, to nawet żartowałem, że polski stan wojenny to był szczyt profesjonalizmu w porównaniu z tym, co działo się wówczas w Moskwie. Taki a nie inny przebieg sierpniowego puczu wynikał być może z tego, że jego organizatorzy nie bardzo wiedzieli, jak ma on wyglądać i co chcą osiągnąć. Polecieli do Gorbaczowa do Foros, chcąc go przekonać, aby zaakceptował wprowadzenie stanu nadzwyczajnego według pomysłów zgłaszanych między innymi przez Walentina Pawłowa albo żeby się wyłączył, a oni zrobią to za niego.

Dla każdego rozsądnego polityka, a Gorbaczow takim był, nie był to żaden wybór, bo obie opcje oznaczały de facto utratę władzy. Dlatego na to nie poszedł. Wprawdzie pojawiają się teorie o podwójnej grze Gorbaczowa, jednak ja się z nimi nie zgadzam.

Członkowie GKCzP nie mieli do końca jasnego planu. Niepewne było nawet stanowisko Jazowa, który początkowo zaakceptował swoją obecność w składzie puczystów i był nawet czas, że domagał się podjęcia surowych kroków. Jednak w decydującym momencie, gdy najpierw udziału w szturmie Białego Domu odmówiła słynna grupa Alfa (oddział specnazu KGB), a potem zaczęli wyłamywać się poszczególni dowódcy (między innymi Paweł Graczow dowodzący ściągniętymi do Moskwy oddziałami wojsk powietrzno-desantowych) – nie wydał bezpośredniego rozkazu użycia wojska. Zresztą, na co zwrócił uwagę we wspomnieniach Aleksander Jakowlew, niektóre czołgi w ogóle nie miały nabojów.

Poza tym, główni aktorzy tego dramatu też nie byli w stanie się zorganizować. Przykład: 18 sierpnia odbywała się narada na Kremlu, podczas której formalnie powołano do życia GKCzP i podpisano pierwsze dekrety. Bezpośrednio po tym spotkaniu większość jego uczestników, w tym Giennadij Janajew, piła do samego rana. Walentin Pawłow był właściwie wyłączony, bo był w zapoju. A potem odbyła się historyczna konferencja prasowa, na której Janajewowi trzęsły się ręce, i to nie ze strachu, a z przepicia.

To były dodatkowe elementy powodujące, że pucz czasami bardziej przypominał tragifarsę i operetkę, aniżeli rzeczywisty przewrót. Na formę puczu wpłynęło również to, że nie poparła go żadna republika. Był on wyłącznie sprawą Moskwy. Aczkolwiek sytuacja była wystarczająco groźna i napięta, bo wystarczyło, że którykolwiek z dowódców, nawet niższej rangi, wydałby rozkaz, a doszłoby do walki. Wówczas historia potoczyłaby się zupełnie inaczej. Wtedy nie wiadomo, jakby zachowały się inne republiki, na przykład, czy nie położyłyby uszu po sobie i nie podporządkowały się puczystom.

Czyli było takie zagrożenie, że puczyści zwyciężą i zdobędą władzę?

Trzeba sobie zdawać sprawę, że pucz był organizowany pod hasłem obrony i jedności Związku Radzieckiego, przywrócenia porządku w państwie, a w rzeczywistości jego głównym celem było niedopuszczenie do wyznaczonego na 20 sierpnia podpisania nowego układu związkowego. Oczywiście, przygotowano długą listę populistycznych działań, obietnice podwyżek i lepszego zaopatrzenia, aby przeciągnąć społeczeństwo na swoją stronę, ale wszystkie te kroki były nieskuteczne. Może, gdyby działania puczystów były bardziej zdecydowane, gdyby nie przegrali już po dwóch dniach – może wówczas mieliby większe szanse. Ale i wtedy, zwłaszcza w republikach, ryzykowaliby wojną domową, która pewnie zakończyłaby się kolejną epoką „wielkiego terroru”.

Z jednej strony byli ludzie broniący Białego Domu, z drugiej – ludzie pod sklepami. Czy były zatem jakieś grupy, które popierały pucz?

Aktywnie i czynnie – nie. Nie było czegoś takiego, że zwolennicy puczystów organizowali się w grupy, żeby pójść pod Biały Dom. Wówczas ta czerwono-brunatna opozycja, do której dwa lata później odwoływali się komuniści, gdy Biały Dom był szturmowany przez Jelcyna, nie była w stanie wyprowadzić ludzi na ulice. Oczywiście, między czołgami prowadzono rozmowy, dyskusje i spory, w których nie brakowało i konserwatystów, przywiązanych do idei wielkiego Związku Radzieckiego. Jednak bezpośrednich wystąpień sympatyków puczu nie było.

Dlaczego na lidera puczu wybrano Janajewa? To nie była postać szczególnie się wyróżniająca.

Dlatego że próbowano utrzymać pozorność legalnego działania. Był on wiceprezydentem, a do publicznej wiadomości podano, że prezydent jest chory i jego obowiązki przejmuje Janajew. Z materiałów śledztwa prowadzonego później przez rosyjską prokuraturę wynika, że nie był on do końca zdecydowany i nie był mózgiem puczu. Definitywnie przystąpił do junty dopiero 18 sierpnia podczas narady na Kremlu, ściągnięty z jakiejś popijawy.

Podczas tego posiedzenia doszło do sporu. Typowano bowiem dwie osoby, które miałyby firmować pucz: Janajewa i ówczesnego spikera Rady Najwyższej ZSRR Anatolija Łukjanowa. Ten drugi potem zarzekał się, że został wrobiony, co jest nieprawdą – uczestniczył w posiedzeniu i zaakceptował pucz. Jednak wymigał się od bycia jego „twarzą”, twierdząc, że skoro stan nadzwyczajny musi być zatwierdzony przez parlament, to on jako spiker nie może być przywódcą. Trochę na zasadzie faceta z łapanki przewodnictwo objął więc Janajew.

Mózgiem operacji był natomiast Władimir Kriuczkow, który – według Jakowlewa – pracował nad nią przynajmniej od marca 1991 roku, a wcześniej prowadził działania mające na celu dezinformację Gorbaczowa – o sytuacji, nastrojach w państwie etc. Wszystkie informacje, które dochodziły do Gorbaczowa, były filtrowane przez Kriuczkowa. Mocną postacią był także członek Biura Politycznego KC KPZR Oleg Szenin. Według Jakowlewa, to on na początku był typowany na szefa GKCzP. Kolejną liczącą się osobą był zastępca przewodniczącego Rady Obrony ZSRR Oleg Bakłanow. To były główne postaci w GKCzP.

Powiedział Pan, że pucz stanowił pierwszą część. Co było następną?

Podczas puczu Jelcyn wydał kilka decyzji, na które wówczas nie zwrócono uwagi, a które okazały się poważne w skutkach i miały daleko idące następstwa. Twierdząc, że tego wymaga sytuacja, Jelcyn wydał dekrety oznaczające przejęcie przez rosyjskie władze wszystkich struktur KGB, MSW i Ministerstwa Obrony, działających na terytorium RSFSR. Przez co – niezależnie od tego, jak by potoczył się pucz – Gorbaczow został pozbawiony władzy. Po jego powrocie z Foros praktycznie rządził już Jelcyn.

Niektórzy twierdzą, że błędem Gorbaczowa było to, że bezpośrednio po przylocie z Foros pojechał do domu z żoną Raisą, która w drodze powrotnej doznała częściowego paraliżu. Powinien stawić się w Radzie Najwyższej, gdzie mógłby wystąpić w charakterze uwolnionego bohatera i próbować odzyskać pozycję przywódcy. Jednak tego nie zrobił, zjawił się następnego dnia, a do tego na posiedzeniu Rady Najwyższej Rosji wygłosił durne przemówienie. Nie powiedział właściwie nic nowego, przemawiał tak, jakby nie dokonał się pucz, w starym Gorbaczowowskim stylu. Zostało to kiepsko przyjęte przez deputowanych. Jelcyn natomiast dokonał wówczas niesamowitej demonstracji – publicznie na forum Rady Najwyższej, gdzie siedział również Gorbaczow, podpisał dekret o rozwiązaniu KPZR i uznający ją za organizację przestępczą.

Krótko potem podniosła się fala rewolucyjna w Moskwie. Zaczęły odbywać się demonstracje opozycji demokratycznej. Ta pierwsza, najsłynniejsza, poszła pod siedzibę KGB Łubiankę i obaliła pomnik Feliksa Dzierżyńskiego. Wzorując się trochę na sytuacji niemieckiej czy rumuńskiej, tłum chciał zająć siedzibę KPZR na placu Starym (jakieś 500 metrów od Łubianki), by przejąć znajdujące się tam partyjne dokumenty, a przynajmniej nie dopuścić do ich zniszczenia. Wiktor Czerniajew wspomina, że wtedy po raz pierwszy przekonał się, iż rzeczywiście istnieje podziemne połączenie między Kremlem a KPZR.

Tłum, będący w rewolucyjnym nastroju, zamierzał jeszcze obalić pomnik Lenina. W otoczeniu Jelcyna uznano jednak, że sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli, i czołowi działacze opozycji demokratycznej dostali polecenie, aby uspokoić tłumy.

Dwa, trzy dni po puczu miał odbyć się wielki koncert zwycięstwa koło Białego Domu i kolejny wiec. Codziennie coś tam się działo, ale ten zapamiętałem w szczególny sposób, bo zrozumiałem wtedy, że coś się zmieniło, skończyło i do pewnych rzeczy już nie ma powrotu. Miałem również taką gorzką refleksję: po raz pierwszy zobaczyłem na tej demonstracji ludzi z tak zwanej elity, których wcześniej nie widziałem, ani pod Białym Domem, ani podczas wcześniejszych wielkich demonstracji opozycji demokratycznej. Teraz przyszli tylko dlatego, że wypadało się tu pokazać. W końcu w Rosji rodziła się nowa władza…

Pucz przyspieszył upadek Związku Radzieckiego?

Tak, zdecydowanie. Do puczu można było powiedzieć, że ZSRR znajduje się na równi pochyłej, jednak uruchomienie procesu Nowoogariowskiego było szansą na zatrzymanie tej negatywnej tendencji. Pucz spowodował, że wszystko to było już nieaktualne, przez co przyspieszył agonię systemu. Gorbaczow został pozbawiony władzy. Nie chodziło już tylko o to, że zabrano mu struktury, ale również o to, że nie miał już na kim się oprzeć. Dla wszystkich zajętych własną grą był już zbyteczny. Gorbaczow próbował jeszcze działać, coś reanimować, ale była to już wyłącznie gra na czas. Wszelkiego rodzaju pomysły, które zgłaszał, właściwie trafiły w próżnię. Jelcyn zawsze zasłaniał się tym, że Ukraina się nie zgodzi, a bez niej i tak nie da się nic zrobić.

Po zakończonym puczu, pod koniec sierpnia albo na początku września, odbyła się liczna demonstracja zwycięstwa, podczas której ludzie przeszli z wielką, trójkolorową rosyjską flagą w stronę Białego Domu, niosąc portrety tych trzech ofiar wydarzeń sierpniowych. Biały Dom był otwarty dla dziennikarzy, korespondentów i byłem tam wtedy częstym gościem, i nagle ni stąd, ni zowąd znalazłem się na długim balkonie nad głównym wejściem, z którego przemawiał Jelcyn. Rozmawiałem z Olegiem Rumiancewem, jednym z działaczy opozycji demokratycznej. Gdy podszedł Rusłan Chasbułatow, Oleg zapytał, co robimy dalej. „Jak to, co – odpowiedział Chasbułatow – przejmujemy wszystko, banki, przedsiębiorstwa, zakłady…”.

Powrót Gorbaczowa z Foros często porównuje się do stu dni Napoleona po ucieczce z Elby, z tą różnicą, że cesarz miał szansę stoczyć jeszcze jedną bitwę, a Gorbaczow nie miał już takiej możliwości. Do tego został całkowicie opuszczony przez Zachód. Pamiętam międzynarodową konferencję, odbywającą się na początku września, którą kiedyś uważano za znaczącą ze względów propagandowych, bo była poświęcona ochronie praw człowieka. Przyjechali na nią sekretarz stanu USA James Baker i ministrowie spraw zagranicznych, w tym Krzysztof Skubiszewski. Zabawne było, gdy Baker przerywał nagle rozmowę z Gorbaczowem, bo Jelcyn był ważniejszy. On się już w ogóle nie liczył i miał tego świadomość.

Po referendum niepodległościowym na Ukrainie i podpisaniu porozumienia w Puszczy Białowieskiej, 25 grudnia 1991 roku Gorbaczow wygłosił przed kamerami telewizyjnymi oświadczenie, w którym podał się do dymisji. Krótko potem wybrałem się na plac Czerwony, żeby zobaczyć ściągnięcie czerwonej flagi i wciągnięcie trójkolorowej rosyjskiej. Byłem zdumiony, że nie było tam prawie nikogo. Nie było poczucia ani triumfu, ani tragedii, nawet nie było ciekawości.

Długo wydawało mi się, że sytuacja na placu Czerwonym z opuszczeniem flagi i tak dalej jest najlepszym dowodem na to, iż system się wypalił, skoro nie miał kto go bronić, że Imperium upadło i Rosjanie już go nie chcą. Nawet przyjmowałem to jako obraz symboliczny, ale teraz, gdy czytam materiały o historii pierestrojki i rozpadu Związku Radzieckiego, dochodzę do wniosku, że Rosjanie nie rozumieli tego, co się stało. Przygnębieni i przytłoczeni kryzysem i nędzą, zmęczeni trwającą walką polityczną, wielkimi demonstracjami i kolejnymi reformami instytucji państwowych oraz samego państwa radzieckiego – z czego w gruncie rzeczy nic nie wynikało – w rzeczywistości, nie mieli świadomości, co naprawdę się dzieje. Nowa umowa związkowa, Nowoogariewo, federacja czy konfederacja, teraz, po spotkaniu w Puszczy Białowieskiej, jakaś Wspólnota Niepodległych Państw. Jeszcze jeden projekt, który pewnie skończy podobnie jak pozostałe. Sądzę, że tak chyba wówczas myślano.

Na początku 1992 roku mieszkał u mnie Ryszard Kapuściński. Spotkaliśmy się z naszą wspólną znajomą Iriną Szatunowską, zastępczynią redaktora naczelnego czasopisma „Łatinskaja Amierika”, Była zagorzałą demokratką, liberałką. Przyszła do nas wzburzona, mówiąc: „Zobaczcie, co się tu dzieje! Ja nie mogę pojechać teraz do rodziny na Łotwę i muszę się ubiegać się o wizę!”. Odpowiedziałem jej: „Irina, ale to się już stało, to jest niepodległe państwo”. Na co ona: „Nie, to ja tak nie chcę. Jak to możliwe? Tam mieszka moja rodzina i mam się starać o wizę?!”. Dopiero wówczas Rosjanie zaczęli sobie uświadamiać, co rzeczywiście się stało. Jeśli spojrzymy na dalszy ciąg historii: narastającą falę czerwono-brunatnej opozycji wobec Jelcyna, która skończyła się rozstrzelaniem Białego Domu 3-4 października 1993 roku, czyli dwa lata po puczu, to w gruncie rzeczy jest to ciąg dalszy tego procesu.

Sławomir Popowski jest wykładowcą w Wyższej Szkole Dziennikarskiej im. Melchiora Wańkowicza, członkiem zarządu Fundacji Centrum Prasowe dla Krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Od lipca 2008 członek zespołu „Studio Opinii”. W latach 1985-1990 był moskiewskim korespondentem Polskiej Agencji Prasowej, następnie w latach 1991-1995 oraz 2000-2003 korespondentem „Rzeczpospolitej”. Jest członkiem redakcji dwumiesięcznika „Nowa Europa Wschodnia”.

Powrót
Najnowsze

Książka Pawła Kowala nominowana do Nagrody Moczarskiego 2019

21.10.2019
NEW
Czytaj dalej

Protesty na Ukrainie – tymczasowy kryzys czy nowy Majdan?

21.10.2019
Marek Bogdan Kozubel
Czytaj dalej

Kaukaz a turecka inwazja w Syrii

17.10.2019
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Gazprom – rosyjski gigant na progu zmian

16.10.2019
Marek Budzisz
Czytaj dalej

Warszawa: Tango śmierci. Spotkanie z Jurijem Wynnyczukiem i Bohdanem Zadurą

15.10.2019
NEW
Czytaj dalej

Donikąd. Podróże na skraj Rosji

14.10.2019
Michał Milczarek
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu