Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Tutaj nie chodzi o bojkot
2012-05-13
Swiatosław Chomenko

Na tym zresztą nie koniec: wówczas wydawało się, że mistrzostwa Europy przyśpieszą również demokratyzację kraju. Przecież będziemy musieli dostosować się do zachodnich standardów i chcąc-nie chcąc pozamiatać na własnym podwórku. Tak wtedy myśleliśmy.

Co można powiedzieć dzisiaj, kiedy miejsce powszechnego entuzjazmu, zajmuje narodowy kac? Piłkarski turniej staje się obecnie wielkim przekleństwem: nie tylko zresztą dla ukraińskich władz, które już niecierpliwie wyczekują, aż cała impreza dobiegnie końca. Również europejskim politykom, którzy zastanawiają się czy jest sens bojkotować Euro 2012, cała sytuacja nie w smak.

I tutaj rzuca się w oczy główna różnica w podejściu obu stron do Euro. Europa, w tym również Polacy, widzi turniej jako wydarzenie sportowe, w mniejszym stopniu polityczne. A tymczasem nad Dnieprem cała impreza kojarzona jest przede wszystkim z korupcją i nieprzygotowaniem ukraińskich władz do organizacji mistrzostw.

Czym jest w takim razie Euro 2012? To brak dobrych dróg między największymi ukraińskimi miastami. To studenci wyrzucani z akademików, żeby zrobić miejsce dla kibiców. To coraz gorszy wizerunek Ukrainy za granicą: cały świat mówi o setkach okrutnie zabijanych psów czy astronomicznych cenach miejsc noclegowych podczas mistrzostw. To wciąż ujawniane przypadki korupcji na wielką skalę, jak zakup ławeczek przez miasto Charków za 26 tysięcy złotych za sztukę. I do czego doprowadziły te wszystkie nadużycia? Do niczego: ukraińskie władze wyprosiły w Międzynarodowym Funduszu Walutowym kolejną transzę kredytu, a Ukraina stara się o przyznanie jej organizacji… zimowej olimpiady w 2022 roku.

Dlatego właśnie dyskusja, która rozpoczęła się w Europie w związku z pomysłem bojkotu mistrzostw, w ogóle przeciętnych Ukraińców nie interesuje. Bierze się to chociażby stąd, że naród ukraiński zdążył już sam zbojkotować te mistrzostwa.

Wydaje się to niemożliwe? Wystarczy zasięgnąć języka u napotkanego przechodnia w Charkowie, a odpowie, że Euro to przede wszystkim święto miejscowego cara Aleksandra Jarosławskiego. Ci z Doniecka widzą mistrzostwa jako kolejny interes Rinata Achmetowa. Mieszkańcy Lwowa i Kijowa wykręcą się od odpowiedzi i po prostu opuszczą na miesiąc swoje miasta, aby udać się w jakieś spokojniejsze miejsce.

Ukraińcy mogą zobaczyć Euro, owszem, jeśli kupią sobie bilet na stadion. Rozczarowali się tym, że po raz kolejny Ukraina przepuściła szansę skoku cywilizacyjnego, a zamiast tego zbudowała kilka „wsi potiomkinowskich”. Poza tym jeśli ukraiński kibic rzuci okiem, z kim jego narodowej jedenastce przyjdzie się zmierzyć już w rozgrywkach grupowych, nie ma złudzeń, że jego ulubieńcy długo pozostaną w turnieju…

Jednego można być pewnym: bez względu na to, ilu europejskich polityków postanowiłoby bojkotować mistrzostwa, na zwykłych Ukraińcach nie zrobi to specjalnego wrażenia. Podobnie zresztą sprawy mają się z ukraińskimi władzami – one również machną na to ręką. Miejsce w loży dla VIP-ów i tak nie będą stały puste, nie ma obawy. Sam Wiktor Janukowycz, w obliczu utraty poparcia przez Partię Regionów, bardziej martwi się o to, żeby prędzej czy później nie znaleźć się na miejscu Julii Tymoszenko, a nie o to, żeby podać rękę Angeli Merkel czy Jose Manuelowi Barroso i wysłuchać kolejnych nudnych przemówień, w których często będzie padać słowo „demokracja”.

I właśnie o tym powinni dziś myśleć europejscy przywódcy, obmyślając następne kroki wobec Ukrainy. Zamiast marnować siły na bezowocne i mało interesujące debaty zastanawiając się, czy jechać czy nie jechać na kijowski finał, powinni raczej wziąć pod uwagę to, że najważniejszym tegorocznym wydarzeniem nad Dnieprem nie jest Euro, ale październikowe wybory, których uczciwe przeprowadzenie władzom nie w smak. W tych wyborach nie weźmie udziału opozycjonistka z najlepszymi notowaniami, przebywająca obecnie w więzieniu w jednym z miast-organizatorów turnieju.

Dla ukraińskiego społeczeństwa i ukraińskiej demokracji, których bojkot ani ziębi, ani grzeje, większą korzyść przyniosłyby konkretne kroki ze strony Zachodu. Tamtejsi politycy powinni dać do zrozumienia, że poza luksusowymi stadionami, chcieliby ujrzeć ogromne europejskie państwo, które zasługuje na więcej.

Zachód powinien mieć przed oczami przykład kolegi Janukowycza – Aleksandra Łukaszenki. W przypadku tego ostatniego, ani bojkoty, ani piękne deklaracje nie przyniosły realnego efektu. Historia pokazuje, że z takimi ludźmi trzeba postępować z wyobraźnią. Trzeba o tym wreszcie przypomnieć europejskim przywódcom. A już to, gdzie oni będą prowadzić taką politykę – czy w kijowskich lożach dla VIP-ów czy w swoich gabinetach – to mało istotne.


Z rosyjskiego przetłumaczył Zbigniew Rokita


Światosław Chomenko jest ukraińskim dziennikarzem i stypendystą Fundacji im. Lane’a Kirklanda.

 


Powrót
Najnowsze

Kraków: Debata "Wpływy rosyjskie w Unii Europejskiej"

14.12.2019
NEW
Czytaj dalej

Energia na Wschód. Polskie plany i ukraińska rzeczywistość

12.12.2019
Wojciech Jakóbik
Czytaj dalej

Szczyt potrzebny jego uczestnikom

10.12.2019
Andrzej Szeptycki
Czytaj dalej

Armenia: Serż Sarkisjan trafi do aresztu?

09.12.2019
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Koń trojański? Zwrócenie ukraińskich okrętów

09.12.2019
Marek Bogdan Kozubel
Czytaj dalej

Macron i Europa Środkowa, czyli samotność liberałów

05.12.2019
Piotr Oleksy
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu