Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Międzymorze / 28.08.2026
Jarosław Kociszewski

Kompetencje, nie czołgi i samoloty, dadzą nam bezpieczeństwo [MAGAZYN]

W przestrzeni publicznej bardzo dużo mówi się o zmieniającym się charakterze wojny. Ukraina równoważy przewagę liczebną Rosjan, używając gigantycznej liczby dronów. Polska, ale też szerzej Zachód, zmaga się z wojną hybrydową, w tym z atakami cybernetycznymi i informacyjnymi. Tymczasem Izrael stoczył w ciągu ostatnich dwóch lat serię wojen z użyciem ogromnej liczby samolotów, czołgów i rakiet. Senator generał Mirosław Różański przekonuje, że kluczem do skutecznego zapewnienia sobie bezpieczeństwa nie są szybko rozwijające się narzędzia, tylko zrozumienie niezmiennych zasad sztuki wojennej.
Foto tytułowe
(Shutterstock)



Posłuchaj słowa wstępnego szóstego wydania magazynu online!



Czy z Pana doświadczenia, żołnierza, który rozpoczynał służbę w latach 80. ubiegłego wieku, wojna bardzo się zmieniła?


Na samym początku odwrócę to myślenie i powiem, że nie. Nic się nie zmieniło, jeżeli do wojny nie podejdziemy w sposób wyłącznie techniczny, czy wręcz technokratyczny, lecz potraktujemy ją jako konsekwencję pewnej myśli. Z tej perspektywy zasady sztuki wojennej nie zmieniają się na przestrzeni nawet nie tyle setek, co tysięcy lat. Elementy prowadzenia działań zbrojnych są w pewien sposób modyfikowane, ale te same zasady towarzyszyły wyprawom Aleksandra Wielkiego, obowiązywały podczas wojen napoleońskich czy wojen światowych. Czy pierwsza i druga wojna w Zatoce Perskiej bardzo różniły się pod tym względem od obecnej wojny w Ukrainie?
Pobierz magazyn ZA DARMO

Artykuł został opublikowany w szóstym numerze magazynu Nowa Europa Wschodnia Online. Obecnie wszystkie numery magazynu są bezpłatne!

Uruchomiliśmy także Patronite.
Będziemy wdzięczni, jeżeli wesprzesz jego rozwój i dołączysz do społeczności Patronów.



Niezależnie od tego, czy o wojnie pisali Sun Tzu, Napoleon Bonaparte, Carl von Clausewitz, czy nasi autorzy jak Mieczysław Skibiński czy Stefan Mossor, to pomimo różnic semantycznych kanony pozostają niezmienne. Na każdym etapie mówi się o czymś tak – wydawałoby się – oczywistym jak zaskoczenie. Manewr pozostaje nieodzownym elementem prowadzenia działań wojennych, podobnie jedność dowodzenia, ekonomia sił i ześrodkowanie.

Natomiast rzeczywiście zmieniają się narzędzia, co widzę wyraźnie także od czasu, gdy zaczynałem studia w ‘82 roku. W całej historii wojen możemy wskazać kamienie milowe zmieniające sposób prowadzenia wojen. Niewątpliwie jest to wynalezienie prochu strzelniczego przez Państwo Środka czy też wprowadzenie lotnictwa, które pierwszy raz zostało użyte w wojnie włosko-tureckiej w latach 1911–1912. Wówczas miało to znaczenie symboliczne, ale zmieniło sposób prowadzenia wojny, podobnie jak czołgi, które pojawiły się w czasie pierwszej wojny światowej. Nie mniejsze znaczenie miał pierwszy satelita telekomunikacyjny Telstar 1, umieszczony na orbicie w 1962 roku przez Stany Zjednoczone. Podobne znaczenie w chwili obecnej mają drony, które jednak nie zadebiutowały w Ukrainie, bo tak naprawdę jako pierwsza nacisk na ich użycie w walkach stawiała w latach 2009–2017 administracja prezydenta Baracka Obamy, który nie chciał angażować żołnierzy. Stąd pojawiła się myśl, żeby walczyć z terroryzmem i szerzej, z wrogami Stanów Zjednoczonych, z wykorzystaniem dronów. Trwa dyskusja dotycząca pierwszego zastosowania dronów w wojnie, ja za datę przełomową uważam rok 2020 i wojnę azerbejdżańsko-armeńską. To wówczas Turcja wyposażyła Azerbejdżan w drony rozpoznawcze i bojowe, które odegrały bardzo ważną rolę w walkach i miały wpływ na klęskę Armenii oraz upadek Górskiego Karabachu.

Moim zdaniem wojna w Ukrainie też jest takim kamieniem milowym w rozwoju techniki prowadzenia wojny, ale nie to przyciąga moją uwagę. Niepokoi mnie to, że eksperci, ale niestety także koledzy w mundurach zajmujący poważne stanowiska, zapominają o tym pierwotnym, fundamentalnym elemencie, który trzeba wykuć na pamięć jak dekalog – o zasadach sztuki wojennej [takich jak zmasowanie sił, manewrowość, zaskoczenie, jedność dowodzenia, morale, przywództwo, prostota, elastyczność czy ekonomia sił – przyp. J.K.]. Dopiero wtedy można zacząć mówić o supernarzędziach i ich zastosowaniu.


W takim razie jak radzić sobie z tym szybkim tempem rozwoju technologii wojennych?


Z uwagi na moje doświadczenie wojskowe ośmielę się powiedzieć, że jestem trochę planistą, bo uczestniczyłem w procesach planowania. Ten element chcę mocno zaakcentować. Każdy, kto zajmuje się budowaniem odporności i zabezpieczaniem kraju, nie może myśleć tylko o wojnach z przeszłości, od wojen punickich przez drugą wojnę światową po konflikty współczesne. Musi wybiegać myślą w przód i przewidywać, co się może wydarzyć, ale pamiętając o fundamentach, o których mówiłem, czyli o zasadach sztuki wojennej. Tylko w ten sposób można będzie zrozumieć, jak wykorzystać nowe narzędzia, które początkowo mogą być nawet trudne do zidentyfikowania.

Takim narzędziem na przykład były małe drony cywilne i Ukraińcy tę lekcję odrobili w trybie ekspresowym. Dlatego uważam, że zasady, których kiedyś mnie uczono, a później ich używałem, nie zdezaktualizowały się. Trzeba je znać i stosować, a do tego trzeba też mieć pewną odwagę, żeby sięgnąć po nowe narzędzia. To jest sposób myślenia o tym, jaka powinna być nasza armia – o który od lat apeluję razem z kolegami z Fundacji Stratpoints – aby mogła identyfikować zagrożenia i zwalczać je jeszcze poza granicami naszego kraju. Kwestia narzędzi pojawia się dopiero na kolejnym etapie.


Wracając do Clausewitza, wojna nadal oznacza użycie siły dla zrealizowania celów politycznych. Rodzi się tu jednak pytanie, co rozumiemy przez pojęcie „użycie siły” w świecie współczesnym. Innymi słowy, jak daleko zmieniają się proporcje pomiędzy użyciem siły fizycznej, wojny kinetycznej, dla zniszczenia przeciwnika czy zmuszenia go do posłuszeństwa a oddziaływaniem na świadomość społeczeństwa przeciwnika, aby koniec końców osiągnąć te same cele, czyli wojną kognitywną.


Carl von Clausewitz określił wojnę jako użycie siły w celu przymuszenia wroga do naszej woli. W chwili obecnej obserwujemy zmieniające się wyobrażenie o wojnie. Spójrzmy na Rosję. Czy ona stanowi zagrożenie dla Polski? Odpowiadam, że tak. Ale czy Rosja przekroczy granicę Polski z terytorium Białorusi czy z obwodu królewieckiego? Uważam, że nie, bo Rosja nie musi okupować naszego kraju w taki sposób, jak chce to zrobić z Ukrainą, bo może zmieniać relacje między Polską a Rosją właśnie w sposób niekinetyczny.

Moskwa oddziałuje w sposób, który nas nadal mocno zaskakuje, poprzez różnego rodzaju komunikatory czy szeroko rozumiany internet. W tej dyskusji pamiętać też musimy o wykorzystaniu sztucznej inteligencji. To właśnie tutaj widać zmianę w stosunku do myślenia o wojnie w Ukrainie, która od lat jest dla nas najbardziej wyrazistym przykładem konfliktu zbrojnego.

Jeszcze w 2023 roku mówiło się, że obserwujemy renesans czołgów i artylerii, co pociągnęło za sobą w Polsce decyzje o charakterze politycznym. Ich skutkiem jest sytuacja, gdy jeden rodzaj czołgów – abramsy – kupujemy w Stanach Zjednoczonych, a drugi rodzaj, K2, w Korei Południowej. W konsekwencji będziemy mieli ponad tysiąc czołgów. Artylerię, a zwłaszcza HIMARS-y, kupujemy w ilościach, których nawet nie posiadają Stany Zjednoczone. Decyzje te były podejmowane na skutek tego, co widzieliśmy w Ukrainie. Już kilka lat temu sygnalizowałem: stop! Przecież ta broń nie jest tym samym, czym była klasyczna artyleria, którą pamiętamy z obrazów z drugiej wojny światowej. Dzisiaj nowoczesny, inteligentny pocisk artyleryjski Excalibur, dzięki precyzji do 2 metrów, pozwala znacząco ograniczyć liczbę dział.

Spójrzmy też na wyrzutnię rakiet HIMARS. W Polsce mamy podobny system Langusta, tyle że w odróżnieniu od trzyosobowej obsługi systemu amerykańskiego, naszą wyrzutnię obsługuje sześciu żołnierzy. To kolejny przykład tego, jak poziom zaawansowania technologicznego wpływa na liczebność armii. Mam pewne wątpliwości, gdy słyszę w Polsce głosy o tym, że będziemy drugą pod względem siły armią w NATO z drugimi co do wielkości wojskami lądowymi. Na marginesie, niektórzy zapominają, że także Turcja ze swoimi siłami zbrojnymi jest w NATO, ale to już zupełnie inna sprawa.

Dlatego ja bym jednak bardzo uważnie spoglądał na to, co się dzieje w Ukrainie, i na przyspieszoną lekcję, którą przechodzą Ukraińcy. Szczególnie ważne są tu systemy bezzałogowe, i to nie tylko drony latające w powietrzu. Ukraińcy skutecznie operują bezzałogowymi systemami morskimi, a wojska lądowe stosują już nie tylko roboty inżynieryjne, ale także systemy ofensywne. Do tego trzeba dodać element, który może w przyszłości zdominować relacje między państwami, także konflikty – sztuczną inteligencję. Niegdyś fascynowały nas wielkie pokazy sztucznych ogni organizowane z różnych okazji, takich chociażby jak otwarcie igrzysk olimpijskich. Okazuje się, że teraz tysiące dronów mogą tworzyć na niebie animacje. Co więcej, są to niedrogie, wyposażone w cztery wirniki maszyny w rodzaju tych, które można kupić w sklepie. Do uzyskania fantastycznego efektu czasem wystarczy laptop.

Teraz wyobraźmy sobie, że oddajemy te możliwości w ręce mądrego wojskowego, który wykorzysta je zgodnie z zasadami sztuki wojennej. On wroga zaskoczy, wykona manewr, który wprowadzi przeciwnika w błąd. Tak ześrodkuje rój dronów, że osiągnie założony cel militarny, niekoniecznie wysyłając w rejon prowadzenia działań setki czołgów czy wykorzystując ogromne ilości artylerii.

Fot. Łukasz Kamiński / Kancelaria Senatu
Mirosław Różański (1962 - 2026) – generał broni w stanie spoczynku, doktor nauk w zakresie zarządzania podmiotami publicznymi. W czasie ponad 30-letniej służby wojskowej dowodził m.in. Brygadową Grupą Bojową podczas VIII zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Iraku. W latach 2015–2017 pełnił funkcję Dowódcy Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych. Po odejściu z czynnej służby założył Fundację Bezpieczeństwa i Rozwoju Stratpoints. W 2023 roku uzyskał mandat senatora XI kadencji, a następnie objął funkcję przewodniczącego senackiej Komisji Obrony Narodowej, którą sprawował do śmierci 24 sierpnia 2026 roku.

Jak rozumiem, narzędzia prowadzenia wojny zmieniają się w sposób trudny do przewidzenia, co stanowi podstawę do zaskoczenia przeciwnika. W tym obszarze kluczowa może okazać się sztuczna inteligencja. Wiemy też, że musimy przygotowywać się do masowego użycia dronów. Nie ma przy tym wątpliwości, że konieczne jest łączenie możliwości sił zbrojnych z odpornością społeczeństwa. Na przykład Duńczycy zaczynają wprowadzać tanie kursy pilotażu dronów dla wszystkich obywateli. Nadal bez odpowiedzi pozostaje jednak pytanie, jak doprowadzić do sytuacji, w której myślenie o wojsku i wojnie nie będzie sektorowe, a po stronie cywilnej nie będzie budziło wyłącznie strachu.


Na użytek tej rozmowy posłużmy się powszechnie rozumianą definicją bezpieczeństwa narodowego, jako przygotowania do ochrony i obrony przed zagrożeniami militarnymi i niemilitarnymi, zewnętrznymi i wewnętrznymi, z wykorzystaniem wszelkich sił i środków w państwie. Oznacza to, że skuteczne działanie wymaga holistycznego spojrzenia na bezpieczeństwo.

Tymczasem popatrzmy na polskie wojsko, a trochę się na nim znam i mogę powiedzieć, że jest to struktura bardzo oporna, która nie poddaje się zmianom. Podam przykład wykorzystania snajperów. O takiej potrzebie rozmawiałem już w 2005 czy w 2006 roku z Przemysławem Wójtowiczem, snajperem, weteranem i autorem książek. Widzieliśmy wtedy potrzebę posiadania snajperów, co jasno wówczas pokazywali Izraelczycy, Kanadyjczycy, Amerykanie czy Brytyjczycy. Dlatego zdecydowaliśmy się na swego rodzaju partyzantkę. Wyposażaliśmy żołnierzy w sprzęt kupowany przez cywilów. Na przykład pierwsze dalmierze laserowe kupował mój przyjaciel, który jest teraz prezydentem jednego z miast na Dolnym Śląsku. Z kolei moi przełożeni w wojsku pytali się wtedy, po co nam to. W rezultacie specjalność snajper w wojskach lądowych i w wojskach specjalnych została oficjalnie wpisana dopiero w 2024 roku, czyli dwie dekady później. To jest grzech, bolączka, która do dziś mnie niepokoi.

Spójrzmy teraz na to systemowo. Zgodnie z artykułem 134 Konstytucji RP prezydent jest zwierzchnikiem sił zbrojnych. Z kolei zgodnie z artykułem 146 Rada Ministrów, rząd, zapewnia bezpieczeństwo zewnętrzne i wewnętrzne naszej ojczyzny. Mamy wreszcie ministra obrony, który zgodnie z dogmatem cywilnej kontroli nad armią jest politykiem, nie żołnierzem. W rezultacie to prezydent, premier i minister, a więc nie ludzie w mundurach, odpowiadają za bezpieczeństwo.

Dobrze byłoby, gdyby te osoby zechciały spojrzeć na to, jak kształtuje się środowisko bezpieczeństwa, kto i jakich używa w tym celu narzędzi, i przekazały wojskowym, czego od nich oczekują. Nie mówię tu tylko o artykule 5 konstytucji, dotyczącym strzeżenia nienaruszalności naszych granic, niepodzielności terytorium itd. Chodzi o to, aby politycy jasno powiedzieli, do czego wojsko, jako narzędzie, ma być przygotowane. Co więcej, wojsko nie funkcjonuje w próżni. Armia musi być zasilana, zaopatrywana, a żołnierze muszą mieć poczucie, że ich rodziny są bezpieczne. Wojsko nie powinno zajmować się takimi przedsięwzięciami, które służą naszemu bezpieczeństwu, jak na przykład ochrona infrastruktury krytycznej, zapewnienie mobilności, czyli przejezdności dróg, autostrad itd. Oczywiście istnieją wojska inżynieryjne, ale w skali kraju to ktoś inny powinien się tym zajmować.

Tymczasem istnieje dokument zatytułowany Plan reagowania obronnego. Konia z rzędem temu, kto go zna, niedawno czytał czy choćby wie, gdzie on się znajduje – mam tu również na myśli niektórych wojskowych na bardzo wysokich stanowiskach. Wiem, że ten dokument nie był aktualizowany co najmniej od czasów, kiedy byłem jeszcze w armii, z której odszedłem w 2016 roku. Opisane są tam powinności, co i kto w państwie powinien zrobić na wypadek wojny. Z tego planu wynikają kolejne dokumenty.

Na przykład po wybuchu pełnoskalowej wojny Ukraina przekonała się o znaczeniu profesji cywilnych. Do prawidłowego funkcjonowania państwo potrzebuje nauczycieli, piekarzy, energetyków, drogowców i ludzi wszelkich innych zawodów. U nas też jest coś takiego, jak Program pozamilitarnych przygotowań obronnych, w którym wojsko określa, czego potrzebuje od społeczeństwa – i to w formie pewnej kontrybucji nakładanej na wojewodów, którzy wydzielają te niezbędne elementy zabezpieczenia. Teraz przejdę do teraźniejszości, czyli do Ustawy o ochronie ludności i obronie cywilnej. Tu pojawia się pytanie, czy Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji ma gwarancję, że siły, ludzie – przewidziani do realizacji zadań wynikających z tej ustawy – będą dostępni. Strażacy czy ratownicy niejako z automatu powinni stać się obroną cywilną, o której tak dużo teraz mówimy. Nasz system mobilizacyjny jest po prostu archaiczny i może wyrwać tych ludzi z obrony cywilnej. W warunkach pokoju to wszystko działa, ale wojna zmienia wszystko. Zatem MSWiA musi przedstawić do akceptacji Ministerstwa Obrony Narodowej listę osób zwolnionych ze świadczenia mobilizacyjnego na potrzeby obrony cywilnej. To trafi do urzędnika na niższym szczeblu, który jest rozliczany ze statystyk, czyli z osiągnięcia liczby 300-tysięcznej armii. Tymczasem ktoś chce mu zabrać ludzi z przydziałami mobilizacyjnymi. Pomimo problemów demograficznych nadal jesteśmy na tyle dużym społeczeństwem, żeby podzielić zadania w sytuacji zagrożenia. Aby tego dokonać, musimy jednak patrzeć szerzej niż wyłącznie przez pryzmat munduru, rakiet, czołgów. Konieczne jest zrozumienie i świadomość tego, że jeśli jestem energetykiem, to w sytuacji zagrożenia bądź uszkodzenia linii energetycznej czy stacji transformatorowej moim zadaniem na rzecz bezpieczeństwa państwa będzie jej naprawienie.

Tymczasem mam przekonanie graniczące z pewnością, że obywatele nie wiedzą, czego się spodziewać, a państwo podejmuje działania, które wywołują obawy. Przykładem jest informacja o gromadzeniu informacji na temat młodych ludzi osiągających wiek poborowy. Ludzie nie wiedzą, że nie jest to wezwanie do wojska, jedynie ewidencja, lecz i tak wywołuje to niepokój. Takie działanie nie jest potrzebne, bo przecież administracja, chociażby dzięki numerom PESEL, dokładnie wie, kto ile ma lat. Można byłoby uzupełnić wojskowe ewidencje bez wywołania niepotrzebnych emocji. Na marginesie, z tego samego powodu, czyli w związku z bezpieczeństwem państwa i potencjalną mobilizacją, żałuję, że odeszliśmy od obowiązku meldunkowego. Obywatel nie musi informować, gdzie mieszka, co robi, czy jest w Polsce czy we Francji. Unia Europejska jest otwarta, każdy może wyjechać, dlatego tak ważne dla bezpieczeństwa państwa jest budowanie świadomości obywatelskiej.

Uważam, że dzisiaj kluczowe nie jest opowiadanie, ile będziemy mieli czołgów, ile kupimy wyrzutni rakiet czy samolotów, bo to jest po części działanie poprzez strach. Tak działał rząd poprzedni i z ubolewaniem stwierdzam, że obecny robi to samo, czyli wskazuje kryzys, i wszyscy mówimy o tym, że będziemy wydawali coraz więcej pieniędzy na zbrojenia. Tymczasem, jak niedawno przekonywał w prasie generał broni w stanie spoczynku Andrzej Fałkowski, procenty nie walczą, a mówienie o tym, że będziemy wydawali 5 proc. PKB na bezpieczeństwo, wcale nie oznacza, że będziemy bezpieczni.


Jak rozumiem, lekcją, którą powinniśmy wyciągnąć z wojny w Ukrainie, jest ogromne znaczenie ludności cywilnej, bez której państwo po prostu przestaje funkcjonować niezależnie od tego, co dzieje się na froncie.


Tak, ale musi to wynikać z planu. W przeciwnym wypadku pojawi się przestrzeń dla manipulacji i oszustw, bo pojawią się kombinatorzy, którzy w ten sposób będą usiłowali wymigać się od obowiązku mobilizacyjnego. Podobnie systemowo i obowiązkowo musimy szkolić młodzież. Przedmiot związany z obronnością wprowadzany do szkół średnich nie może być fakultatywny. Albo jest, albo go nie ma.

Przykładem takich niejasności i udawanego działania są modne obecnie szkolenia weekendowe, podczas których dzieją się rzeczy straszne. Ludzie przechodzą tam podstawowe szkolenie z pierwszej pomocy, dostają fantom do uciskania, czasem dostaną do ręki granat ćwiczebny, którym nawet mogą rzucić. Słyszałem, że na niektórych kursach można oddać strzał z karabinka. Najgorsze jest jednak to, że po takim krótkim szkoleniu uczestnicy dostają certyfikaty i wracają do domów z przeświadczeniem, że zostali przeszkoleni i przygotowani. To złudne budowanie przeświadczenia o własnym bezpieczeństwie.

Spotkałem się nawet z taką sytuacją tutaj, w parlamencie. Jeden z polityków zaczął ogłaszać w Senacie, że zaprasza na takie weekendowe szkolenie. Podszedłem do niego i zapytałem, czy wie, co robi. Po pierwsze, zgodnie z prawem parlamentarzyści są zwolnieni z obowiązku mobilizacyjnego, więc takie szkolenie na wypadek wojny do niczego się nie przyda. Po drugie, w czasie wojny powinniśmy tym bardziej siedzieć tu, na miejscu, obradować i myśleć, co zmienić, żeby państwo sprawnie funkcjonowało w tych warunkach. W czasie wojny nie można parlamentu zamknąć. W razie potrzeby można zmienić lokalizację, ale parlament powinien funkcjonować, tak jak rząd. Co więcej, w Polsce dostępne są wyższe kursy obronne, które moim zdaniem powinny być obowiązkowe na szczeblu władz państwowych, wojewódzkich czy w parlamencie. Ich zadaniem jest podnoszenie poziomu wiedzy i świadomości uczestników. Rozmawiamy w gmachu Senatu, wyjdźmy na korytarz i zapytajmy, kto wziął udział w takim kursie.

Warto zauważyć dobry poziom kompetencji wśród średniego szczebla urzędników w różnych instytucjach, co jest ważne z perspektywy realizacji zadań. System szkoleń działa do pewnego poziomu, ale tam, gdzie prawo jest stanowione, tej wiedzy już brakuje. Trzeba przekonać wyborców, żeby otrzymać mandat i zostać senatorką czy senatorem. Wtedy można zacząć się wypowiadać o bezpieczeństwie, nawet nie posiadając odpowiednich kompetencji. To tak, jakby z chwilą otrzymania poświadczenia od przewodniczącego Państwowej Komisji Wyborczej człowiek stawał się mądrzejszym i nabywał prawo do publicznego wypowiadania się na ten temat. W rezultacie o naszym bezpieczeństwie nie decydują zakupy tych czy innych dronów, systemów antydronowych czy HIMARS-ów. Decydujące są kompetencje.


Wojna w Ukrainie pokazała, że kluczem do budowania odporności państwa, a co za tym idzie – skutecznej obrony, jest świadomość społeczna. Nie ma pan wrażenia, że nie da się jej jednak budować bez świadomości i zaangażowania polityków, decydentów? Bez tego jesteśmy też podatni na wpływy naszych przeciwników, którzy, jak już ustaliliśmy, nie muszą używać czołgów i rakiet, żeby osiągać swoje cele?


Rzeczywiście nie uda się przełożyć kompetencji specjalistów i urzędników na świadomość i możliwości społeczeństwa bez udziału decydentów. To politycy decydują o podstawie programowej w szkołach, które gałęzie gospodarki będą rozwijane, jak będzie wyglądała infrastruktura krytyczna. Decydują też o tym, jakie będziemy mieli siły zbrojne, wewnętrzne instytucje, takie jak policja, państwowa straż pożarna, straż graniczna, i jak je dostosować do obecnych warunków.

Na przykład podczas kampanii wyborczej w 2023 roku rozmawiałem z politykiem, z którym współpracowałem jeszcze w czasach, gdy byłem w armii. Zaproponowałem, żeby na chwilę zostawić na boku czołowych liderów politycznych, wyjść z założenia, że rząd składa się z 19 ministerstw, i jasno ocenić, w jakich obszarach mamy specjalistów w konkretnych dziedzinach, którzy są autorytetami nie tylko na skalę krajową, ale także na skalę europejską czy globalną. Jeżeli okaże się, że mamy deficyty, to przecież partie dostają gigantyczne pieniądze w ramach subwencji, które pozwolą wysłać ludzi na studia (czy to na uczelniach w Stanach Zjednoczonych, czy w warszawskiej Akademii Sztuki Wojennej), tak aby przyszli ministrowie, wiceministrowie, pozostali politykami, ale byli kompetentni. Dzięki temu partia, po wygranych wyborach, będzie miała ludzi, którzy wiedzą, czego chcą.

Usłyszałem w odpowiedzi, że to jest świetny pomysł, ale kompletnie niemożliwy do zrealizowania, bo wszystko rozstrzyga się po zamknięciu urn wyborczych. Dopiero wtedy, gdy pojawią się słupki poparcia, wyniki zostaną potwierdzone – co z kolei przełoży się na liczbę szabel w Sejmie i Senacie – zaczyna się tworzenie rządu, czyli układanie koalicyjnych puzzli. Jednak gdyby każda partia podjęła takie działania i przygotowała kadry na potrzeby ministerstw, to miałaby zasób kompetentnych ludzi przygotowanych do objęcia funkcji ministrów czy wiceministrów. Idea polega na myśleniu o wcześniejszym przygotowywaniu kadr i to nie tylko dla Ministerstwa Obrony Narodowej.

Czy to jest znowu zbyt nowatorskie, tak jak myślenie o snajperach w wojsku w 2005 roku? Uważam, że musimy wybiegać myślą naprzód, a inspirację czerpać zewsząd, nie tylko z wojny w Ukrainie. Gdy do kin wchodziły filmy o bombach w wieżowcach, nikt nie sądził, że takie rzeczy zaczną się dziać w realu. Juliusz Verne pisał o locie na Księżyc w pocisku wyposażonym w system amortyzujący uderzenia. Zapewne był idealistą, a jego wyobraźnia wyprzedzała czasy, w których żył. Dzisiaj rozmawiamy o wojnie, w której nie ma technicznych wyznaczników czy ograniczeń regulujących sposób prowadzenia działań. Jedynym ograniczeniem jest ludzka wyobraźnia.


Tymczasem uwagę skupiamy na schronach. Chyba słusznie, skoro wojna w Ukrainie pokazuje, z jaką łatwością Rosja podejmuje decyzje o atakowaniu celów cywilnych, miast.


To kolejny dowód na to, jak łatwo jest przyciągać uwagę, korzystając z braku świadomości obywateli, którzy słuchają dyskusji polityków i ekspertów o tym, ile schronów mamy, a ile musimy wybudować. Zastanawiam się, kto z osób wypowiadających się publicznie przeczytał definicję schronu i potrafi go odróżnić od miejsca ukrycia.

O tym, żeby przekonać się, jak wybudować schrony, najlepiej pojechać do Finlandii, zobaczyć, jak tam to wygląda, ale także zapytać, ile czasu zajęło osiągnięcie stanu obecnego. Niedawno byłem w Helsinkach, gdzie mogłem się o tym przekonać. W Finlandii jest blisko 500 schronów, przy czym w rozumieniu fińskim schronem jest miejsce, w którym może się ukryć do 5 tys. ludzi. W takim schronie znajduje się na przykład kolorowy, bogato wyposażony plac zabaw. Jest tam potężna hala fitness, restauracja, bar czy boisko jak do piłki ręcznej. Można tam uprawiać różne dyscypliny sportu, nie tylko w czasie wojny. Także w czasie pokoju, gdy pada deszcz czy jest zła pogoda, to mama zabiera dziecko na plac zabaw w schronie. Dzięki temu od najmłodszych lat schron nie kojarzy się z ciemnym, wilgotnym miejscem pod ziemią, tylko z placem zabaw, czymś kolorowym i przyjaznym, gdzie można się udać, gdy na dworze warunki nie sprzyjają. W ten sposób przez kilkadziesiąt lat Finowie budowali nie tylko schrony, ale także świadomość społeczną. Świadomość, że mają niebezpiecznego sąsiada. Tego samego, co my, bo z mojej perspektywy nie ma większego znaczenia, czy jest to Rosja, czy Białoruś należąca do państwa związkowego wspólnie z Rosją.

W Helsinkach rozmawiałem nie tylko z wojskowymi, ale także z przedstawicielami rządu, z ministrami i parlamentarzystami. Ktoś przedstawił się jako kapitan rezerwy. Mój odpowiednik w parlamencie fińskim jest kapralem rezerwy. Czy to nie za niski stopień w tym miejscu? Pytanie, czy to dużo czy mało, jeżeli chodzi o stopień? Uważam, że nie to ma znaczenia. U nas widzimy galopadę po gwiazdki, każdy chce być generałem, chociaż ważniejsze jest regularne uczestniczenie w ćwiczeniach, jak robią to Finowie.


Czy mamy szansę osiągnąć taki poziom świadomości? Przecież wojna w Ukrainie powinna nas mobilizować, zmuszać do myślenia i realnego działania.


Takiego poziomu nie osiąga się w rok czy dwa. Rozmawiałem z oficerami z fińskiego dowództwa obrony, które jest odpowiednikiem naszego sztabu generalnego. Zafascynowało mnie ich planowanie. Oni mają tam wszystko dokładnie rozpisane. Na przykład, podobnie jak my, będą wprowadzali do służby samoloty F-35. Jasno mówią, że gotowość operacyjną tych maszyn osiągną w 2036 roku. Porównałem to z naszym językiem debaty o bezpieczeństwie i wyobraziłem sobie, co by się stało, gdyby któryś z polityków rządzących czy opozycyjnych zaczął mówić, że nasze F-35 gotowość osiągną w 2036 roku. Na marginesie, zakładam, że tak jakoś to będzie wyglądało. Patrząc realnie, to może nawet w 2038 roku. Tymczasem słyszymy, że pierwszy przyleci już w 2026 roku. Co nam po jednym samolocie? Zgadzam się z tym, że F-35 jest naprawdę supersamolotem, ale w tej chwili to bez znaczenia. Słyszymy narracje wynikające z niekompetencji ludzi, którzy najpierw opowiadają coś w czasie kampanii wyborczej, a później odpowiadają za nasze bezpieczeństwo. To z kolei przekłada się na społeczeństwo, na obywateli, którzy słyszą tego rodzaju komunikaty i ufają informacjom docierającym do nich z telewizji czy internetu.


Dzieje się tak, bo bezpieczeństwo stało się kluczowym elementem gry politycznej, a zgodnie z logiką tej gry strony muszą się różnić. W świecie idealnym pewnie udałoby się bezpieczeństwo państwa z tej gry wyjąć jako temat zbyt istotny, wręcz egzystencjalny, wokół którego potrzebny jest konsensus.
Jarosław Kociszewski – redaktor naczelny portalu new.org.pl. Reporter i publicysta, wieloletni korespondent polskich mediów na Bliskim Wschodzie, obecnie, ekspert Fundacji Stratpoints i producent podcastów Free Range Productions.


Znowu sprowadzę to do kwestii kompetencji, bo przecież konsensus w zakresie bezpieczeństwa jest deklarowany przez polityków już od ładnych kilku lat, a w szczególności od rozpoczęcia pełnoskalowej wojny w Ukrainie w 2022 roku. Przykładem takiej zgody jest Ustawa o obronie ojczyzny. Natomiast już w rok po jej uchwaleniu, w ramach poprawek do Ustawy o agencji mienia wojskowego, wprowadzono 92 poprawki do Ustawy o obronie ojczyzny. Rząd przygotował akt prawny, który okazał się tak niedoskonały, że od razu trzeba było go aktualizować. To kolejny dowód na to, że musimy przygotowywać ludzi do zajmowanych stanowisk, w rządzie, w Sejmie i Senacie, a wtedy na pewno nasz kraj będzie bezpieczniejszy. Powtórzę, to nie liczba czołgów, wyrzutni rakiet i samolotów zapewni nam bezpieczeństwo, lecz intelekt ludzi, którzy będą wiedzieli choćby, czym są niezmieniające się zasady sztuki wojennej. Nie muszą nosić mundurów, natomiast muszą mieć wyobraźnię i wiedzę, jak wyciągać wnioski i patrzeć w przód. Wtedy rzeczywiście może coś z tego będzie.