Nasza strona używa ciasteczek do zapamiętania Twoich preferencji oraz do celów statystycznych. Korzystanie z naszego serwisu oznacza zgodę na ciasteczka i regulamin.
Pokaż więcej informacji »
Drogi czytelniku!
Zanim klikniesz „przejdź do serwisu” prosimy, żebyś zapoznał się z niniejszą informacją dotyczącą Twoich danych osobowych.
Klikając „przejdź do serwisu” lub zamykając okno przez kliknięcie w znaczek X, udzielasz zgody na przetwarzanie danych osobowych dotyczących Twojej aktywności w Internecie (np. identyfikatory urządzenia, adres IP) przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego i Zaufanych Partnerów w celu dostosowania dostarczanych treści.
Portal Nowa Europa Wschodnia nie gromadzi danych osobowych innych za wyjątkiem adresu e-mail koniecznego do ewentualnego zalogowania się przy zakupie treści płatnych. Równocześnie dane dotyczące Twojej aktywności w Internecie wykorzystywane są do pomiaru wydajności Portalu z myślą o jego rozwoju.
Zgoda jest dobrowolna i możesz jej odmówić. Udzieloną zgodę możesz wycofać. Możesz żądać dostępu do Twoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, przeniesienia danych, wyrazić sprzeciw wobec ich przetwarzania i wnieść skargę do Prezesa U.O.D.O.
Korzystanie z Portalu bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza też zgodę na umieszczanie znaczników internetowych (cookies, itp.) na Twoich urządzeniach i odczytywanie ich (przechowywanie informacji na urządzeniu lub dostęp do nich) przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego i Zaufanych Partnerów. Zgody tej możesz odmówić lub ją ograniczyć poprzez zmianę ustawień przeglądarki.
Ukraina / 06.09.2026
dr Rusłana Martseniuk
Rosja wywozi archiwa. Ukraina traci dostęp do własnej pamięci
Spalone książki i skradzione obrazy da się policzyć. Największej straty nie widać na żadnym zdjęciu. Rosyjska wojna przeciwko Ukrainie niszczy nie tylko budynki, muzea i dokumenty. Gdy znikają archiwa, inwentarze i dostęp do nich, społeczeństwo traci możliwość odtworzenia własnej historii, potwierdzenia praw do majątku czy odnalezienia losów swoich bliskich. Doświadczenia Ukrainy pokazują, że ratowanie pamięci wymaga dziś nie tylko ewakuacji akt, lecz także digitalizacji i współpracy ponad granicami.
(Shutterstock)
Posłuchaj słowa wstępnego siódmego wydania magazynu online!
Od czterech lat media informują o niszczeniu ukraińskich muzeów, bibliotek i archiwów jako o stratach materialnych: utracone eksponaty, spalone książki, skradzione obrazy. To prawda, ale niepełna. Przedmioty można policzyć i sfotografować, dlatego to one trafiają do wiadomości.
Tego, co ginie naprawdę, sfotografować się nie da. Archiwum nie jest skarbcem, tylko infrastrukturą: systemem kategorii, opisów, zasad dostępu i wiedzy ludzi, którzy potrafią odnaleźć to, czego szukamy. Kiedy znika ta infrastruktura, społeczeństwo traci zdolność zapisywania samego siebie. Tej straty nie ma na żadnym zdjęciu i nie mieści się ona w żadnym sprawozdaniu.
8 marca 1940 roku, późnym wieczorem, na posterunek graniczny koło wsi Biała Góra zgłosiło się trzech młodych Polaków. Wszyscy urodzeni w 1921 roku: Zenon Marian Zakrzewski z Gdyni, Mieczysław Tykarski i Benjamin Żuchowski z Torunia. Posterunek kontrolowało NKWD. Przyszli sami.
Dwaj Torunianie wyszli z miasta 17 lutego. Szli przez Warszawę, Rzeszów, Sanok. Tykarski, uczeń szkoły kreślarskiej, miał ciężko chorego ojca i żadnej pracy w okupowanym mieście. Żuchowski, murarz, bał się wywózki na roboty do Rzeszy. W Sanoku poznali Zakrzewskiego, którego ojciec zginął we wrześniu w obronie Warszawy, a matkę z rodzeństwem Niemcy wysiedlili z Gdyni. Uciekali przed jedną armią i weszli w ręce drugiej.
Postanowienie o aresztowaniu wypisano cztery dni później w Lesku, na drukowanym formularzu numer 21b. W rubryki wpisano nazwisko, rok urodzenia, narodowość – Polak – artykuł 80 kodeksu karnego Ukraińskiej SRR i jedno zdanie uzasadnienia: że przebywając na wolności, mógłby uchylać się od sądu i śledztwa. Nazajutrz prokurator zatwierdził areszt. Oskarżenie istniało w postaci formularza, zanim ktokolwiek zadał im choćby jedno pytanie.
W protokole rewizji spisano rzeczy odebrane Zakrzewskiemu: zaświadczenie o zameldowaniu, bilet kolejowy, pięć luźnych kartek, zaświadczenie Czerwonego Krzyża i blok-notes. W notesie przepisane były przeboje tamtego sezonu. Notes rozszyto i ponumerowano jako karty sprawy – piosenki dziewiętnastolatka stały się częścią akt, na podstawie których go skazano.
Sprawy nie rozpatrywał żaden sąd. Trafiła do Kolegium Specjalnego przy NKWD ZSRR – moskiewskiego organu administracyjnego, który rozstrzygał takie sprawy zaocznie, nie widząc oskarżonych na oczy. W powiadomieniu przygotowanym na to posiedzenie miejsce urodzenia każdego opatrzono tą samą adnotacją: Toruń – Niemcy, Gdynia – Niemcy. W dokumencie, na podstawie którego zapadł wyrok, Polski nie ma.
Na koniec przesłuchania padło rutynowe pytanie, czy oskarżony chce coś dodać. Zakrzewski odpowiedział, że nic dodać nie może i chce tylko, żeby szybciej skierowano go do pracy. Miał 19 lat.
Sygnatura jest wejściem
Wiem o nich to wszystko, ponieważ znam sygnaturę ich sprawy. Dla kogoś, kto pracuje z aktami, sygnatura nie jest tylko numerem. Jest wejściem – najczęściej jedynym – do życia konkretnego człowieka. Tyle że zbudowali je ludzie, którzy chcieli to życie zniszczyć.
W teczce śledczej prawda nie jest podana wprost. Jest protokół, a w protokole zdumiewająco mało człowieka i zdumiewająco dużo oskarżeń: dokładnie tych, których system potrzebował. Siedzę nad kolejnym przesłuchaniem i próbuję zgadnąć, co ten człowiek czuł, co usiłował powiedzieć śledczemu, zanim zrozumiał, że to nie ma znaczenia, i dlaczego za którymś razem nagle zgadza się z zarzutem, którego wcześniej nie przyjmował. Tego w dokumencie nie ma. Jest tylko podpis pod zeznaniem.
Żeby jednak znaleźć taką teczkę, potrzebne jest jeszcze coś, o czym nie pisze się w gazetach: inwentarz. Spis mówiący, że taki zespół archiwalny istnieje i że pod tym numerem znajduje się ta sprawa. To właśnie ten spis jest infrastrukturą, o której piszę. Cenny przedmiot można schować i przewieźć. Z porządkiem, który nadaje mu sens, tak się nie da.
I jeszcze jedno, co psuje romantyczny obraz archiwum: ponad połowa wniosków, które do niego trafiają, nie ma nic wspólnego z genealogią ani z badaniami historyków. To sprawy socjalne, jak potwierdzenie stażu pracy, zarobków, nabycia mieszkania. Kiedy archiwum przestaje być dostępne, człowiek nie dostaje emerytury, która mu się należy.
Zespół archiwalny 4033
W 2019 roku Państwowe Archiwum Obwodu Chersońskiego wydało zbiór dokumentów o specprzesiedleńcach – ludziach deportowanych w latach 30. z republik Azji Środkowej na stepy południowej Ukrainy. Przy każdym nazwisku podano sygnaturę. Zespół 4033: akta obwodowego zarządu służby bezpieczeństwa. Każdy, kto szukał w tych listach swojego dziadka, mógł przyjechać do Chersonia i zamówić konkretną teczkę.
Jesienią 2022 roku, podczas okupacji miasta, zespół 4033 wywieziono. Książka nadal istnieje. Sygnatury nadal w niej stoją, ale prowadzą donikąd.
Według dokumentacji przygotowanej przez ukraińskich prawników okupanci zabrali z Chersonia 359 881 jednostek archiwalnych – z prawie miliona, które tam były. Zabrali nie tylko akta: wywieźli też dokumentację ewidencyjną, czyli spisy mówiące, co w tym archiwum w ogóle było. Kto zabiera inwentarz, wie, co robi. Pracownicy, którzy wrócili tam po deokupacji, opowiadali potem, że pudła rozsypywały się przy wynoszeniu, a po dokumentach chodzono. Zostały puste regały i niedopałki.
Nie chodziło przy tym o same akta bezpieki. Wywożono księgi metrykalne, dokumenty administracji, sądów i prokuratury – wszystko, co pozwala ustalić, kto na danej ziemi mieszkał. Ta sama logika kazała okupacyjnej administracji Berdiańska niszczyć akta spisane po ukraińsku: rejestry praw własności, akty ziemskie, plany zabudowy. Bez nich przejęcie mieszkań i gruntów robi się prostsze.
Czego archiwista uczy się pod ostrzałem
Ukraińskie archiwa mają w tej wojnie 8 lat doświadczenia więcej, niż się zwykle zakłada. W 2014 roku, kiedy front przesuwał się przez Donbas, dokumentów nie udało się wywieźć. Oryginały archiwum krymskiego zostały w Symferopolu i znajdują się tam do dziś.
W 2022 roku ta sama groźba przyniosła inny rezultat. Państwowe Archiwum Obwodu Donieckiego ewakuowano po raz drugi – pierwszy raz placówka musiała opuścić Donieck w 2014 roku. Tym razem wywieziono około 200 tysięcy jednostek dokumentacji historycznej oraz 230 tysięcy akt osobowych, czyli dokumentów, na podstawie których można potwierdzić staż pracy. Z 36 instytucji archiwalnych obwodu ewakuowano 25; siedem zostało na terytoriach okupowanych, dokumenty Sołedaru zostały zniszczone w wyniku walk. Dyrektorka tego archiwum mówi o tym jak o logistyce: najpierw ewakuowano dokumentację historyczną, potem akta kadrowe, a dokładna liczba ocalonych dokumentów będzie znana dopiero po ich sprawdzeniu, które może potrwać lata.
Historia archiwum ługańskiego jest jeszcze bardziej pouczająca. Placówka opuściła Ługańsk już w sierpniu 2014 roku, ale wszystkie dokumenty przyjęte na przechowanie do 2014 roku włącznie zostały w mieście i są tam do dziś. Archiwum od tego czasu odbudowuje zasoby od zera, a od 2022 roku samo dokumentuje wojnę. Urząd istnieje, pracuje i przyjmuje akta. Jego własna historia została tam, dokąd nie ma już wstępu.
Najważniejszy jest jednak szczegół, który w komunikatach nie brzmi efektownie: akta pakowano razem z ewidencją. Najpierw spisy, potem teczki. Widać to i dziś po tym, co archiwum donieckie zdążyło zeskanować już po ewakuacji: 100 procent inwentarzy i 30 procent samych dokumentów. Najpierw odtwarza się spis, bo bez niego reszta jest tylko stosem papieru. Dokładnie to samo, tylko w odwrotnym celu, wywieźli z Chersonia Rosjanie.
Tam, gdzie okupacja przyszła szybciej niż kolumny ewakuacyjne, nie udało się uratować niczego: dokumenty z Mariupola, Wołnowachy i Marjinki zostały na miejscu. Wysadzenie kachowskiej tamy zniszczyło zbiory na lewym brzegu Chersońszczyzny – to, co po nich wydobyto, to pudła ze zlepionymi kartami, które trzeba rozdzielać arkusz po arkuszu.
Robią to sami pracownicy. Nie ma osobnej służby od ratowania archiwów, są ludzie, którzy w normalnych czasach opisywali zasoby, a teraz je pakują, wożą i skanują. Jeden człowiek zeskanował w dwa tygodnie ponad 200 ksiąg pogospodarczych – spisów gospodarstw prowadzonych od lat 40., często jedynego dowodu na to, kto z kim był spokrewniony i co do kogo należało. Nie ma kopii. Pojechał i skanował sam, żeby nie narażać współpracowników. W sąsiedniej hromadzie nie zdążył: archiwum przy radzie wiejskiej zostało zniszczone w wyniku ostrzału.
Digitalizacja przyspieszyła nie dlatego, że ktoś zaplanował modernizację, tylko dlatego, że okazała się jedyną dostępną formą ratunku. W 2019 roku zeskanowanie całego zasobu zajęłoby tysiąc lat; w ciągu niecałych dwóch lat tempo wzrosło pięciokrotnie, a w czasie wojny powstało ponad 100 milionów kopii.
Wojna przestawiła w tym zawodzie jeszcze jedno: dostęp, który w czasie pokoju jest istotą archiwum, stał się kwestią bezpieczeństwa. Archiwum donieckie publikuje w internecie komplet inwentarzy, żeby pozostać otwarte dla ludzi szukających potwierdzenia stażu. Zeskanowanych ksiąg z przyfrontowych hromad nie publikuje się wcale, bo front może wrócić, a spis mieszkańców jest gotowym narzędziem dla okupanta. Te same skany, dwie przeciwne decyzje, obie słuszne.
Czego nie widać w statystyce
Ukraiński Narodowy Zasób Archiwalny liczy około 86 milionów jednostek. Straty po lutym 2022 roku szef ukraińskiej służby archiwalnej ocenia na mniej niż 2 procent, przy czym protokołami potwierdzono dotąd około 0,3 procent. Osobno liczy się to, co od 2014 roku pozostaje na terytoriach okupowanych: ponad 5 milionów dokumentów.
Te procenty dotyczą jednak zbiorów zarządzanych przez państwową służbę archiwalną. Archiwa resortowe rządzą się osobnymi zasadami, a wśród nich są archiwa służby bezpieczeństwa, przechowujące akta śledcze osób represjonowanych – te same, z których znam historię trzech Polaków z Białej Góry. Co się z nimi stało na Krymie, Doniecczyźnie i Ługańszczyźnie, nie wiadomo. Nie ma inwentaryzacji, bo nie ma dostępu, i nie będzie jej przed deokupacją. To jest dokładnie ta kategoria, w której są teczki polskich uchodźców, oficerów i zesłańców.
Wiem, jak to wygląda od środka. W kijowskim archiwum centralnym po sprawach z Ługańska, Doniecka i Krymu zostały same nazwiska: zapisy w rejestrach mówiące, że taki człowiek był i że jego sprawa istnieje. Same akta znajdują się w archiwach obwodowych, do których od lat nie ma wstępu. Mam więc listę ludzi, o których wiem, że żyli i że ich sądzono – i nie mogę przeczytać ani jednej strony ich akt. To jest ta sama luka, od której zaczęłam: sygnatura jest, akt nie ma. Tylko że tym razem nikt ich nie wywiózł. Po prostu nie można już było tam pojechać.
Jedno wiadomo na pewno: 25 marca 2022 roku dwie rakiety trafiły w budynek obwodowego zarządu służby bezpieczeństwa w Czernihowie. Spłonęło tam ponad 10 tysięcy akt osób represjonowanych – to szacunek z tamtych dni, bo po pożarze nigdy nie przeprowadzono kontroli zasobu. I to jedyna liczba, jaką mamy w tej kategorii. Z własnego doświadczenia wiem, że życiorysów, których nikt już nie odtworzy, jest znacznie więcej. Nikt ich nie policzy, bo nie ma dostępu do miejsc, w których je przechowywano.
Kilka sposobów na to samo
Polska zna to doświadczenie lepiej niż inne europejskie państwa. Przed II wojną światową działało w Warszawie pięć archiwów, ponad 50 kilometrów akt; straty szacuje się dziś na 90–95 procent. Magazyny Archiwum Głównego Akt Dawnych podpalono 2 września 1944 roku, a zbiory ukryte w piwnicach Biblioteki Krasińskich spalono w październiku, już po ustaniu walk i wbrew warunkom kapitulacji. To nie były pożary od ostrzału, tylko osobna operacja, przeprowadzona wtedy, gdy nikt już nie strzelał. Przetrwało niemal wyłącznie to, co wcześniej wywieziono do Fortu Sokolnickiego. Choć i ewakuacja niczego nie gwarantuje: część polskich archiwaliów zniszczono wówczas w wagonach.
Natomiast w Sarajewie archiwa stały się celem ostrzału. 17 maja 1992 roku Instytut Orientalny ostrzelano z pozycji na wzgórzach pociskami zapalającymi – w gęsto zabudowanej okolicy żaden inny budynek nie został trafiony. Spłonęły 5263 kodeksy rękopiśmienne i ponad 200 tysięcy dokumentów osmańskiej administracji, w tym rejestry katastralne pokazujące, do kogo należała ziemia. W warunkach czystki etnicznej takie akta nie są stratą uboczną, tylko przeszkodą.
W Chersoniu wystarczyły ciężarówki i wywieziony inwentarz.
Najcichszy sposób to pozostawić dokumenty poza zasięgiem – dokumenty, które zostają tam, dokąd nikt nie ma wstępu. Efekt za każdym razem ten sam: znika nie papier, tylko zdolność społeczeństwa do odczytania samego siebie.
Charków, 23 marca 2022
Jest jeszcze piąty sposób, symboliczny. Na obrzeżach Charkowa, w Piatichatkach, leży Cmentarz Ofiar Totalitaryzmu – miejsce spoczynku ponad 4 tysięcy polskich oficerów i cywilów zamordowanych przez NKWD wiosną 1940 roku, więźniów Starobielska. 23 marca 2022 roku spadły na niego rosyjskie pociski; w postument jednego z krzyży wbił się korpus pocisku kasetowego, a odłamki zniszczyły tabliczki z nazwiskami. Tych ludzi zabito w 1940 roku. Osiemdziesiąt dwa lata później ich nazwiska zniknęły z tablic.
Tabliczki można odtworzyć, bo istnieją listy – a listy istnieją, bo ktoś przez dziesięciolecia przechowywał dokumenty i je opisywał. Jest jeszcze coś. Jeńców ze Starobielska zwożono do Charkowa, gdzie zabijano ich między kwietniem a majem 1940 roku.
Dokładnie w tym czasie w charkowskim więzieniu NKWD siedzieli trzej Polacy z Torunia i Gdyni, czekając na wyrok za przekroczenie granicy. Nie wiedzieli o tym i nie mogli wiedzieć. Łączy ich z tamtymi jedno: ta sama instytucja, ten sam miesiąc i to samo archiwum, w którym po jednych i po drugich pozostały teczki.
Ten spór trwa sto lat
Kwestia zwrotu dokumentów też nie jest nowa. Artykuł 11 pokoju ryskiego z 1921 roku zobowiązywał stronę sowiecką do zwrotu archiwaliów wywiezionych z ziem Rzeczypospolitej po 1772 roku. Wykonano to w zakresie ograniczonym do minimum, ale najciekawsze jest nie samo odmawianie, lecz sposób, w jaki to robiono. Wobec Metryki Wołyńskiej delegacja sowiecka zastosowała zasadę przynależności terytorialnej: skoro Wołyń został po stronie sowieckiej, akta miały pozostać tam, gdzie były. Wobec Metryki Litewskiej sięgnęła natomiast po zasadę przeciwną, nienaruszalności zespołu archiwalnego, którego dzielić nie wolno. Dwie sprzeczne reguły, obie prowadzące do tego samego: zostaje to, co chcemy zatrzymać.
Sto lat później rosyjskie media uzasadniały wywiezienie chersońskich akt do Krymu tym, że dotyczą one guberni taurydzkiej, „historycznie związanej z półwyspem”. Ten sam chwyt; zmieniły się tylko nazwy guberni. Wniosek jest prosty: w walce o odzyskanie archiwów przegrywa się nie na polu moralnym, lecz na gruncie definicji. A ponieważ część tego, co odzyskano na mocy artykułu 11, spłonęła później przy Długiej, płynie z tego także druga lekcja. Pamięć raz odzyskaną można stracić po raz drugi, a kopia wykonana zawczasu może okazać się warta więcej niż najlepiej sformułowane roszczenie.
Co Polska i Ukraina zdążyły zbudować
W ciągu ostatnich czterech lat między obu krajami powstało coś, czego nie zbudowały trzy wcześniejsze dekady sąsiedztwa: robocza infrastruktura ratowania pamięci. W pierwszych dniach wojny polscy archiwiści przysłali do Lwowa ognioodporne i wodoszczelne worki ewakuacyjne. Przekładano do nich pergaminy znoszone z czwartego piętra tamtejszego archiwum historycznego. Polskie instytucje znalazły się również wśród partnerów pomagających skanować ukraińskie zbiory.
Najbardziej znanym przykładem jest Muzeum Bohdana i Warwary Chanenków w Kijowie. Jego zbiory zabezpieczono w pierwszych dniach inwazji i dlatego przetrwały jesień 2022 roku, kiedy rosyjski ostrzał uszkodził budynek. Ale pierwszy list przyszedł wcześniej: na początku marca 2022 roku Zamek Królewski w Warszawie zwrócił się do Kijowa z pytaniem, w czym mógłby pomóc. Dyrektorka muzeum mówiła później, że ten list dawał nadzieję, iż nie są sami. Instytucje pamięci zaczynają się od takich listów, umowy przychodzą później.
Wiosną 2023 roku część kolekcji trafiła do Warszawy na przechowanie i konserwację finansowaną przez stronę polską; nad niektórymi obiektami prace trwały rok. W grudniu 2024 roku pokazano 37 dzieł, w tym portret Stanisława Augusta Poniatowskiego, namalowany krótko przed śmiercią i do niedawna uważany za zaginiony. Wizerunek ostatniego polskiego króla wrócił do Warszawy z kijowskiego muzeum – w środku wojny i dzięki decyzji instytucji, która sama była wtedy ostrzeliwana.
Ważniejsze od tego wydarzenia jest jednak to, co po nim zostało: wspólne procedury ewakuacji, kontakty między konserwatorami, uzgodnione zasady opieki nad cudzymi zbiorami. Pomoc doraźna zamieniła się w procedurę, a procedura jest początkiem instytucji.
Jest wreszcie pomysł, który powstał w archiwalnym środowisku i czeka na realizację od kilku lat: umowa między Polską, Ukrainą, Litwą, Łotwą i Estonią, uznająca dokumenty dawnej Rzeczypospolitej za wspólne dziedzictwo kulturowe tych narodów i gwarantująca równy dostęp do akt przechowywanych u pozostałych sygnatariuszy.
Granice przesuwały się przez te ziemie tak często, że na pytanie „czyj to dokument” nie ma jednej dobrej odpowiedzi. Na pytanie „kto ma prawo go przeczytać” odpowiedź już istnieje. Taka umowa nie rozstrzygałaby kwestii własności, ale pozwoliłaby ją ominąć – i byłaby pierwszą instytucją pamięci zbudowaną przez ten region dla siebie, a nie odziedziczoną po imperiach, które go dzieliły.
Dwie fotografie
Wyrok zapadł 27 lipca 1940 roku: trzy lata łagru dla każdego z młodych Polaków. Pod koniec sierpnia 1941 roku objęła ich amnestia. Mieczysław Tykarski trafił do Polskich Sił Powietrznych w Wielkiej Brytanii, dwukrotnie odznaczony Medalem Lotniczym; po wojnie został w Anglii, zmarł w 2008 roku. Benjamin Żuchowski jako kanonier 2. Korpusu walczył pod Monte Cassino. Losy Zenona Mariana Zakrzewskiego pozostają nieznane.
Losy dwóch z nich można prześledzić, bo gdzieś zachowały się dokumenty. O trzecim nie wiemy nic. W aktach znajdują się ich zdjęcia więzienne z 1940 roku: en face i z profilu, przy numerze. Zachowała się też fotografia z zakładu Polonia przy ulicy Łaziennej 28 w Toruniu, zrobiona 14 stycznia 1939 roku. Trzynaście miesięcy różnicy.
Dr Rusłana Martseniuk – ukraińska historyczka specjalizująca się w sowieckich represjach wobec obywateli polskich w latach 1939–1941. Pierwsze dwa lata pełnoskalowej wojny spędziła w Kijowie. Stypendystka Centrum Dialogu im. Juliusza Mieroszewskiego.
Otwarcie tych archiwów dało ludziom coś, czego nie zapewni żadna ustawa o pamięci: pozwoliło i spotkać się z własnymi przodkami. Przychodzą po nazwisko, a dostają twarz. Rodziny znają zwykle tę pierwszą fotografię – z atelier, ze ślubu, z ulicy rodzinnego miasta. Widziałam wiele razy, jak kładą obie obok siebie i milkną. Te dwie twarze nie chcą się na siebie nałożyć.
Po to pakuje się teczki do skrzyń, wozi je przez pół kraju i skanuje. Dla tej chwili przy stole, kiedy ktoś kładzie obok siebie dwa zdjęcia.