Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Kaukaz / 16.02.2021
Bartłomiej Krzysztan

Czy coś zostało z aksamitnej rewolucji? Armenia szuka winnych utraty Górskiego Karabachu

W ramach walki politycznej w Armenii po porażce w drugiej wojnie karabachskiej odwiecznym zwyczajem lud i trybuni domagają się kozła ofiarnego. Ma nim zostać premier Paszinjan, odpowiedzialny za hańbiący pokój. Problem w tym, że wraz z nim mogą zostać pogrzebane wszelkie osiągnięcia i potencjał aksamitnej rewolucji.
Foto tytułowe
Demonstracja w Erywaniu po przegranej wojnie w Górskich Karabachu (Shutterstock)

W niedzielę, 17 czerwca 2018 roku, w przytulnym pensjonacie w górskim Dilidżanie napięcie jest duże. Kiedy Gajane patrzy w ekran telewizora, na jej twarzy wyraźnie rysują się emocje. „Przecież to był bohater, weteran z Karabachu, jak to możliwe, że robił takie rzeczy” – mówi. Dzień wcześniej, w prowincji Armawir, na południowy zachód od Erywania, aresztowano Manwela Grigorjana, bohatera pierwszej wojny o Górski Karabach i ówczesnego parlamentarzystę z ramienia Republikańskiej Partii Armenii (RPA). Emocje Gajane pewnie nie byłyby tak mocne, gdyby chodziło wyłącznie o aresztowanie.

Aksamitna rewolucja odsunęła od władzy klan karabachski dwa miesiące wcześniej, a nowo wybrany premier Nikol Paszinjan od początku wprowadził zdecydowaną politykę rozliczania dawnych, skorumpowanych elit. Jednak to, co znaleziono w jednym z domów Grigorjana, uświadomiło ormiańskiemu społeczeństwu, że w przedrewolucyjnej Armenii nie obowiązywała żadna granica przyzwoitości. A znaleziono – i pokazano w narodowej telewizji – prywatne zoo z tygrysami i niedźwiedziami, które były karmione racjami darowanymi żołnierzom służącym na froncie karabachskim przez szkoły i przedszkola. Niektóre racje zawierały nawet patriotyczne listy pisane przez dzieci do żołnierzy.

Dla Gajane i pewnie dla wielu innych Ormian, którzy wbrew wszystkiemu pozostali w ogarniętym biedą kraju, było to zbyt wiele. Wszyscy wiedzieli, że była korupcja, że członkowie klanu karabachskiego oraz politycy i biznesmeni skupieni wokół niego w RPA nie mieli ograniczeń w przywłaszczaniu tego, co powinno być publiczne. Naród słyszał, że trzeba zaciskać pasa, żyć skromnie, bo wróg w każdej chwili może zaatakować, by zabrać Karabach, a przecież to ziemia uświęcona krwią bohaterów. Żył więc dwie dekady w apatii, wierząc, że pewnego dnia stan zawieszenia się skończy, i podskórnie czując, że skończy się dla Armenii źle.

Koalicja Mój Krok, marsz Paszinjana z Giumri do Erywania w proteście przeciwko nominacji byłego prezydenta Serża Sarkisjana na stanowisko premiera i będące jego konsekwencją finalne ustąpienie Sarkisjana wywołały delikatne ożywienie, ale to dopiero zdjęcia z domu Grigorjana, kolejne aresztowania i podobne obrazy, które ujawniły skalę korupcji (i zły gust) republikanów, dały nową nadzieję, rezygnację zmieniły w ekscytację, a wyczekiwanie – w wolę zmiany na lepsze. Na fali entuzjazmu, w wyborach w grudniu 2018 roku, Paszinjan zdobył pełnię władzy i coś w Armenii dotychczas nieznanego: legitymizację i poparcie społeczne, a wraz z nimi – przyzwolenie na wprowadzanie rewolucyjnych zmian.

Ta zgoda dotyczyła wewnętrznego oczyszczenia państwa. Znacznie trudniejsze było znalezienie metody na zredefiniowanie miejsca Armenii w geopolitycznej układance, a przede wszystkim przeformułowanie polityki wobec Karabachu, zarazem przekleństwa i świętości. Nie było wówczas wątpliwości, że jeśli coś może zawrócić Armenię z porewolucyjnego szlaku reform, to właśnie karabachska pułapka. Jesień i zima 2020 roku pokazały, że nie było to przeświadczenie na wyrost.

Aksamitna rewolucja a Karabach

Paradoksalnie można dziś przyznać, że przekonanie klanu karabachskiego, że wyłącznie on w pełni rozumie specyfikę nieuznawanej republiki, a co za tym idzie, może kontrolować dynamikę dyplomatycznych rozmów o rozwiązaniu konfliktu, a także odpowiednio reagować w przypadku ewentualnych eskalacji, okazało się niemal prawdziwe, a wręcz prorocze. Wiadomo jednak, że „niemal” zwykle niesie za sobą więcej znaczenia, niż ta pozornie samospełniająca się przepowiednia. To „niemal” uwidacznia się, gdy prześledzi się zmianę optyki Paszinjana na konflikt karabachski oraz pułapkę lat zaniedbań.

Zaraz po objęciu stanowiska premiera, 9 maja 2018 roku, Paszinjan wybrał się do Stepanakertu, podkreślając jeszcze bardziej stanowcze stanowisko Erywania wobec rozmów z Azerbejdżanem. Armenia nadal miała być gwarantem bezpieczeństwa Republiki Górskiego Karabachu, przy czym dalsze rozmowy z Azerbejdżanem miały być prowadzone, wyłącznie gdy reżim Ilhama Alijewa uzna Ormian z Karabachu za stronę w negocjacjach oraz zaakceptuje ich prawo do samookreślenia. Jednocześnie, co podkreślało znaczącą zmianę, Paszinjan wskazywał, że dialog z Baku jest możliwy tylko pod warunkiem zarzucenia militarystycznych azerbejdżańskich narracji, w których rozwiązanie korzystne oznaczałoby zajęcie nie tylko Karabachu, ale również niemal połowy terytorium Armenii, uznawanego przez nacjonalistów za ziemie „odwiecznie azerbejdżańskie”.

Z upływem czasu retoryka premiera coraz bardziej się zaostrzała. Wskazywał, że nie widzi możliwości oddania Azerbejdżanowi siedmiu okupowanych przed drugą wojną karabachską terytoriów otaczających dawny Górsko-Karabachski Obwód Autonomiczny, dodając wręcz, że Azerbejdżan okupuje kilka ormiańskich miejscowości. Coraz mocniej podkreślał również postawę wyrażaną hasłem „Najpierw Armenia”. Do łask powróciła również popularna na przełomie lat 80. i 90. idea miatsum, a więc zjednoczenia Republiki Armenii z Górskim Karabachem.

Dziś, wiedząc, jak skończyła się wojna, można stwierdzić, że radykalizacja postawy premiera wiązała się z coraz wyraźniejszym dostrzeganiem tkwienia w karabachskiej pułapce. Stojąc u sterów władzy, Paszinjan coraz bardziej zdawał sobie sprawę, że nieprzejednana postawa nie znajduje podstaw w rzeczywistym potencjale kraju. Armia była zdezorganizowana po rozliczeniach wewnętrznych, uzbrojenie, którym dysponowała, było przestarzałe i nie przystawało do wyposażenia nowoczesnej armii azerbejdżańskiej, jednocześnie entuzjazm rewolucji okazał się mieczem obosiecznym. Ormiańskie społeczeństwo uznało, że państwo jest na tyle silne, że nie ma potrzeby myśleć o jakichkolwiek ustępstwach.

W tym samym czasie odsunięci od władzy notable dawnego reżimu cierpliwie kolportowali przekaz, że prawdziwym celem Paszinjana jest sprzedanie Górskiego Karabachu Azerbejdżanowi. Pozbawiony ruchu premier zradykalizował swoją narrację, licząc, że jeśli wydarzy się nieprzewidziana eskalacja na niespotykaną od połowy lat 90. skalę, wówczas będzie mógł liczyć na wielkiego i jedynego sojusznika – Rosję. Jednak nadzieja zastępująca kalkulację nigdy nie jest dobrym narzędziem prowadzenia polityki.

Ostatnia kropla krwi

„Jesteśmy gotowi walczyć do ostatniej kropli krwi, prędzej zginiemy wszyscy, niż oddamy Karabach” – krzyczeli. Obserwując, tym razem z dystansu, emocje na twarzach protestujących, którzy wdarli się do budynku armeńskiego parlamentu po podpisaniu listopadowego rozejmu, można było dostrzec wściekłość z domieszką niedowierzania. Długie lata kłamstw, niedopowiedzeń, kształtowania przekonania o niezniszczalnej armeńskiej armii i niepokonanym bojowym duchu Ormian przyniosły konsekwencje. Gdy Paszinjan podpisał 9 listopada 2020 porozumienie trójstronne z Baku i Moskwą, niewiele pewnie było Ormian, którzy byli skorzy przyznać mu rację. Dla nich wypełniła się przepowiednia republikanów: oto Paszinjan sprzedał Karabach.

Racjonalnie trudno mieć do premiera pretensje. Zdając sobie sprawę, że całkowita porażka jest nieuchronna, zachował tyle, ile w danym momencie się dało. Choć nigdy się nie dowiemy, czy kierował się tą przesłanką, jednocześnie sprawił, że zachowanych zostało wiele młodych ormiańskich żyć, które skończyłyby się, gdyby z wolą narodu zdecydował się bić do końca. Polityczność emocji, jak zwykle w takich sytuacjach, wzięła górę nad rozsądkiem. Gwałtowność protestów, wściekłość tłumu i determinacja ukarania kozła ofiarnego były całkowite, tak jak przed rewolucją pełna była apatia, a w jej trakcie i zaraz po niej – entuzjazm.


Od razu pojawili się trybuni ludowi, którzy przypomnieli profetyzmy dawnego establishmentu, starając się zbić polityczny kapitał na emocjach tłumu. Nie jest zaskoczeniem, że przeciwko Paszinjanowi wystąpili jego nemesis Robert Koczarjan i reszta klanu karabachskiego oraz drżący na niepewnych, korupcyjnych majątkach przeciwnicy polityczni, jak oligarcha Gagik Carukjan. Gorzej, że neutralny dotychczas prezydent Armen Sarkisjan (zbieżność nazwisk z Serżem przypadkowa) również otwarcie poparł pomysł dymisji premiera. Zapewne znacznie boleśniejsze i trudniejsze do przezwyciężenia było odsunięcie się sprzymierzeńców, jak lidera Jasnej Armenii Edmona Manukjana, czy nawet bliskich współpracowników, jak byłego ministra spraw zagranicznych Zohraba Mnacakanjana. Kampania przeciwko premierowi jest postmodernistyczna w formie, choć jak najbardziej realistyczna w treści. Paszinjan i jego współpracownicy są atakowani fake newsami o ich rzekomej agenturalnej działalności na rzecz sąsiadów, odbywa się również nagonka na rodziny poszczególnych polityków.

Paszinjan ustępować nie chce, a nawet gdyby jego wola i przekonanie o posiadaniu legitymacji społecznej do rządzenia były inne, nie bardzo wiadomo, kto mógłby go zastąpić. W rządzącym ugrupowaniu brakuje poza nim wyrazistych liderów. Zjednoczenie opozycji jest złudne, gdyż opiera się wyłącznie na jednym celu – usunięciu premiera-zdrajcy. Gdyby doszło do przedterminowych wyborów, nie ma gwarancji, że „stabilni” republikanie bezproblemowo powrócą do władzy. Może to grozić jeszcze poważniejszym kryzysem, skutkującym destabilizacją państwa.

Pozostawanie Paszinjana u władzy może wynikać nie z samej chęci jej utrzymania, ale faktycznej dbałości o zachowanie resztek z aksamitnej rewolucji. Wydaje się, że wściekłość społeczeństwa na rezultat wojny przesłoniła całą racjonalność. Aby osiągnięcia rewolucji nie stały się historią, Ormianie muszą przypomnieć sobie wszystkich Grigorjanów z ich złym gustem, prywatnymi zoo i brakiem przyzwoitości. Paszinjan musi natomiast przeczekać pod ogniem krytyki. Dopiero wówczas ktoś być może wypowie zdanie dziś niewyobrażalne, że porażka w wojnie z Azerbejdżanem i praktyczna utrata Karabachu może zadziałać na korzyść przyszłości Armenii.

Sojusze i deterministyczna geopolityka

Od momentu, kiedy przecięły się drogi Imperium Rosyjskiego i Ormian, istnieje wśród nich przekonanie, że ich przetrwanie jest uzależnione od sojuszu z Rosją, niezależnie od jej aktualnego wcielenia i stanu. To u carów poszukiwali pomocy Ormianie osmańscy, gdy sułtanat chylił się ku upadkowi i w geście agonalnej rozpaczy wskazał na nich jako na kozła ofiarnego. Nie inaczej było, gdy Armenia, osłabiona trzęsieniem ziemi w 1988 roku, weszła w niepodległość w stanie wojny z Azerbejdżanem, zablokowana jednocześnie przez Turcję. Głęboko zakorzenione przekonanie, że mały kraj może zawierzyć jedynie Rosji jako gwarantowi bytu, było wówczas faktycznie uwarunkowane okolicznościami. W międzyczasie pojawiały się nieśmiałe próby dywersyfikacji sojuszy i zbalansowania polityki zagranicznej objawiające się w bliskich relacjach z Iranem, a także w próbach integracji z Zachodem. Była to jednak namiastka, a wraz z upływem czasu uzależnienie od strategicznego sojuszu z Rosją stawało się coraz wyraźniejsze.

Dochodząc do władzy, Paszinjan wiedział, że jego pole manewru jest ograniczone, złożył więc niemal wasalną wizytę w Moskwie. Dla Kremla był pariasem, trybunem finansowanym przez Zachód, który odebrał władzę bliskim i lojalnym przyjaciołom. Ze związanymi rękoma nowa ekipa mimo wszystko podjęła trud prowadzenia bardziej zróżnicowanej i aktywnej polityki zagranicznej. Wsparcie faktyczne mogło jednak w przypadku eskalacji nadejść wyłącznie z Rosji. Trudno orzec, czy faktycznie w Moskwie kierowano się diabolicznym planem, w myśl którego porażka Armenii w wojnie z Azerbejdżanem miała być wykalkulowana, a jej celem było upokorzenie i – w najlepszym wypadku – pozbycie się nieprzewidywalnego Paszinjana. Pewne jest natomiast, że wojna karabachska pokazała, że w stosunkach międzynarodowych opieranie się na jednym sojuszu jest ślepą uliczką.

Teraz porewolucyjna ekipa, jeśli uda jej się utrzymać u władzy, może dokonać prawdziwej rewolucji. Realiści, choć takich w Armenii wielu nie ma, powinni sobie zdawać sprawę, że jedyną drogą do stabilizacji, modernizacji, wyjścia z biedy i izolacji jest nowe otwarcie z Turcją, stworzenie cywilizowanych platform dialogu z Azerbejdżanem oraz próba skłonienia Iranu do większego zaangażowania na Kaukazie Południowym. Jednocześnie zbliżenie z Zachodem, choć w przeciwieństwie do bogatego w surowce Azerbejdżanu Armenia nie ma mu wiele do zaoferowania, powinno być podstawą polityki zagranicznej. Nie tylko od Armenii rzecz zależy – dużą rolę będzie odgrywać polityka nowej amerykańskiej prezydentury wobec Kaukazu i Bliskiego Wschodu, wola Unii Europejskiej do większego zaangażowania, a także, co najtrudniej przewidzieć, otwarta postawa autorytarnych dyktatorów Alijewa i Erdoğana.

Jeśli tylko duma pozwoli, Erywań wykonać może pierwszy gest. To by była prawdziwa rewolucja. Inną drogą jest stagnacja, która może całkowicie zaprzepaścić z wolna budowaną od 2018 roku armeńską demokrację, spychając kraj ponownie do roli jednego z wielu quasi-demokratycznych, półautorytarnych państewek, bez nadziei na zmianę. Pseudodemokracji oligarchów i partii władzy, uzależnionej od sojusznika, którego zwykle nie ma, gdy sojusznicy są najbardziej potrzebni.

Zmiana?

Po zakończeniu wojny w mediach społecznościowych regularnie odbywają się debaty Ormian (zarówno tych z kraju, jak i z diaspory) o osiągnięciach Paszinjana. Poza oczywistymi głosami wskazującymi, że żadne z nich nie usprawiedliwia straty terytorium i ludzkiego życia, pojawiają się w tych dyskusjach konkretne pozytywne aspekty jego rządów. Część z nich jest wymierna i namacalna, jak organizacja w pełni wolnych wyborów, regulacja podatków i zwiększenie ich ściągalności, transparentność ceł i likwidacja korupcji na granicach, rozliczenie z oligarchami i walka z „kryszami”, próba reform systemu sądowego, zwiększenie odsetka legalnego zatrudnienia i walka z szarą strefą, zapoczątkowanie reform edukacji i służby zdrowia. Część z nich to kwestie tożsamościowe i narracyjne, długofalowo zapewne jeszcze ważniejsze – ukazanie możliwości wprowadzenia rządów innych niż oligarchiczno-klientelistyczny system z przewodnią rolą partii władzy, przywrócenie wiary w państwo jako instytucję, większe zaangażowanie obywateli i organizacji pozarządowych w jego działanie. Na tym polega nowoczesne przeobrażanie i reformowanie państwa. Na ile jednak racjonalna ocena jest w tej sytuacji w stanie przeważyć nad emocjonalnymi przekazami? To wciąż pozostaje pytaniem bez odpowiedzi.
Bartłomiej Krzysztan jest adiunktem w Instytucie Studiów Politycznych PAN i niezależnym analitykiem. Zajmuje się antropologią polityczną, pamięcią zbiorową i konfliktami na Kaukazie.

Rewolucję zawsze określa się tym mianem, gdy już się dokona. Jej nieoczekiwany często sukces trudno przełożyć na faktyczną zmianę społeczną, nie mówiąc o całościowej zmianie tożsamości państwa, zarówno w wymiarze geopolitycznym, jak i wewnętrznym. Idealizm i emocje uczestnictwa w wydarzeniu trzeba zamienić na cierpliwą pracę u podstaw, bolesną drogę reform i zdecydowanych posunięć. Do wybuchu wojny, pomimo wymuszonej radykalizacji narracji o Karabachu, zdawało się, że Armenia jest na właściwej ścieżce. Szok i trauma porażki mogą mieć katastrofalne konsekwencje, ale mogą być też katalizatorem jeszcze intensywniejszego działania. Jeśli tak się nie stanie, wszystko, czego dokonano od wiosny 2018 roku, stanie się tylko kuriozalnym epizodem, a przyszłość – beznadziejną walką o przetrwanie.