Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Kaukaz / 19.04.2021
Paweł Pieniążek

"Jak nie pojechałem do Górskiego Karabachu." Reporterzy nie są już mile widziani

Odkąd Rosjanie pojawili się w Górskim Karabachu, zagranicznym dziennikarzom coraz trudniej się do niego dostać. W regionie zapanował spokój, ale jego mieszkańcy wciąż próbują ułożyć sobie życie na nowo po tym, jak rozdeptała je wojna. Ich historie jednak coraz rzadziej trafiają do mediów, bo enklawa jest stopniowo odcinana od świata. Jak informują Reporterzy bez Granic, od lutego przynajmniej dziesięciu zagranicznych dziennikarzy nie zostało wpuszczonych do regionu. Wśród nich znalazłem się też ja.
Foto tytułowe
Patrol rosyjski w Górskim Karabachu (Shutterstock)

– Nie otrzyma pan wizy – usłyszałem przez telefon od przedstawicielki nieuznawanej republiki.

Po chwili dostałem mail z informacją, że bez wizy nie mogę liczyć na akredytację do Górskiego Karabachu. Było to zaskakująco szybkie działanie tamtejszych instytucji, biorąc pod uwagę, że dokumenty wysłałem niemal miesiąc wcześniej. Dopiero gdy przyleciałem do Erywania, zajęto się moją sprawą i na odpowiedź musiałem czekać jeszcze tydzień. Po tak długim trzymaniu w niepewności nawet ucieszyłem się, że odmówiono mi zgody na wjazd, bo nareszcie sytuacja przynajmniej się wyjaśniła.

Miałem też względne szczęście, bo o odmowie poinformowano mnie już w Erywaniu. Niektórzy dziennikarze otrzymywali odpowiednie dokumenty, a ostatecznie po kilkugodzinnej trasie na pierwszym rosyjskim posterunku żołnierze i tak odmawiali im wjazdu. To oni teraz de facto sprawują władzę w regionie.

Wojnę ormiańsko-azerbejdżańską wstrzymało zawieszenie broni podpisane przez Armenię, Azerbejdżan i Rosję, na mocy którego spokoju w Górskim Karabachu pilnują rosyjskie siły pokojowe. Jak się okazuje, również przed zagranicznymi dziennikarzami.

Wojna podczas pandemii

Mimo wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych i pandemii, z którą świat mierzył się od miesięcy, dziesiątki, jeśli nie setki dziennikarzy udały się do ogarniętego konfliktem Górskiego Karabachu.

Zazwyczaj pracowali po stronie armeńskiej, bo Azerbejdżan przez większość wojny ograniczał dostęp do strefy działań zbrojnych. Nieliczne media, którym udało się tam dotrzeć, pozostawały pod czujną kontrolą władz. Przedstawiciele nieuznawanego Arcachu, lepiej znanego jako Republika Górskiego Karabachu, byli znacznie bardziej skorzy do współpracy z dziennikarzami, choć oczywiście też do wielu miejsc dostęp był ograniczony. Według Reporterów bez Granic pod względem wolności prasy Armenia znajduje się na 61. miejscu ze 180 państw, a Azerbejdżan na 168.

Hotele i centrum prasowe w 55-tysięcznym Stepanakercie, stolicy samozwańczej republiki, zapełniły się dziennikarzami z całego świata, którzy relacjonowali na bieżąco wydarzenia z pogrążającego się w wojnie Górskiego Karabachu. Dzięki temu informacje z regionu płynęły aż do ostatnich dni walk, w rezultacie których zginęło przynajmniej pięć tysięcy osób.

Sześć tygodni wojny


We wrześniu rozpoczęła się kolejna odsłona konfliktu trwającego od końca lat 80. W 1994 r., po dwuletnim konflikcie zbrojnym, Ormianie zajęli sporny Górski Karabach i otaczające go terytoria należące do Azerbejdżanu. Na tych ziemiach powstała nieuznawana przez żadne państwo na świecie (nawet Armenię) Republika Górskiego Karabachu. Azerska ludność była zmuszona opuścić te terytoria. Samozwańczą republikę zamieszkiwało 150 tys. osób, niemal wyłącznie Ormian. Choć w 1994 r. zostało podpisane porozumienie o zawieszeniu broni, to konflikt na dobre nie ucichł.

Eskalacja w zeszłym roku była najgorsza od ćwierćwiecza. W trakcie relacjonowania konfliktu przynajmniej siedmiu dziennikarzy zostało rannych, zginął też miejscowy fikser, czyli przewodnik pracujący z mediami.

Ta wojna potoczyła się dla Ormian fatalnie. Azerbejdżańskie wojska zajmowały kolejne terytoria, aż 8 listopada pod ich kontrolą znalazło się położone strategicznie na wzgórzu i symbolicznie ważne miasto Szuszi (po azersku Şuşa) znajdujące się nieopodal Stepanakertu. To zmusiło armeńskie władze do pójścia na natychmiastowe ustępstwa. 10 listopada weszło w życie porozumienie o zawieszeniu broni. Podpisy pod nim złożyli premier Armenii Nikol Paszynian oraz prezydenci Azerbejdżanu Ilham Alijew i Rosji Władimir Putin. Po sześciu tygodniach walk, poza nielicznymi incydentami, starcia ustały, a do Górskiego Karabachu natychmiast wkroczyły rosyjskie wojska mające pilnować, by porozumienie nie było łamane.

Odtrąbić sukces

Nieuznawana republika utraciła 70% terytoriów. Teraz z Armenią łączy ją jedynie korytarz laczyński, wąski przesmyk, w razie utraty którego Górski Karabach zostałby od niej zupełnie odcięty. To dlatego jest w szczególności strzeżony przez rosyjskie wojska. Już w pierwszych dniach po wojnie na trasie prowadzącej ze Stepanakertu do Armenii pojawiły się liczne rosyjskie posterunki rozdzielające od siebie Ormian i Azerów.

Kontrola tego strategicznego odcinka powoduje, że to rosyjscy żołnierze decydują o tym, kto może się dostać do Górskiego Karabachu. Początkowo na wjazd zezwalano wszystkim chętnym. Do Stepanakertu ciągnęły konwoje autobusów i samochodów wiozące mieszkańców, którzy musieli opuścić domy z powodu działań zbrojnych. Codziennie informowano o tysiącach ludzi udających się do już nieostrzeliwanego Górskiego Karabachu.

Rosyjscy żołnierze, choć oficjalnie nie zgadzali się na robienie im zdjęć, nie utrudniali pracy fotografom. Najwidoczniej Moskwie zależało na tym, by pochwalić się światu, że Rosjanom jako jedynym udało się wstrzymać konflikt, na którym zęby połamały sobie państwa zachodnie.

Karabach na cenzurowanym

Stepanakert zapełnił się mieszkańcami, a także tymi, którzy nie mogą wrócić do swoich wsi i miast zajętych przez azerbejdżańskie wojska. Wielu z nich pozostaje w niepewności, bo zawarte porozumienie jest niezwykle kruche, a także ograniczone czasowo – rosyjskie siły pokojowe otrzymały mandat na pięć lat. A to nich uzależnieni są dzisiaj karabascy Ormianie. Bez ich wsparcia Azerbejdżan przy użyciu wojsk będzie w stanie szybko przerwać drogę wiodącą przez korytarz laczyński.
Paweł Pieniążek jest dziennikarzem, stałym współpracownikiem "Tygodnika Powszechnego". Relacjonował wydarzenia m.in. z Afganistanu, Iraku, Syrii i Ukrainy. Autor książek, w tym Po kalifacie. Nowa wojna w Syrii (Wydawnictwo Czarne 2019), za którą został nominowany do Książki Reporterskiej Roku 2020 Grand Press. Laureat nagrody dziennikarskiej MediaTory w 2019 roku.

Reporterzy bez Granic wzywają Kreml, by wstrzymał blokadę dziennikarzy, bo Górski Karabach może zupełnie zniknąć ze światowych mediów. Jak do tej pory apel nie spotkał się z żadną reakcją.