Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Jedwabny Szlak / 13.05.2021
Jarosław Kociszewski

Spory zamiecione pod dywan nie wygasają. Historia Izraelczyków i Palestyńczyków jest tego bolesnym przykładem

Izraelczycy i Palestyńczycy znowu ze sobą walczą. Są dziesiątki zabitych i setki rannych. Jednak tylko pozornie jest to kolejna odsłona jednego konfliktu. Kryją się za nią wydarzenia z początków państwa żydowskiego, dekady zaniedbań oraz polityczne machinacje. Poszczególne elementy oddziałują na siebie, ale stanowią oddzielne rozdziały tej burzliwej, a niekiedy krwawej opowieści.
Foto tytułowe
Izraelscy policjanci na Wzgórzu Świątynnym w Jerozolimie (Shutterstock)

Nad ranem 12 maja jedna z setek rakiet wystrzelonych ze Strefy Gazy trafiła w dom rodziny Awadów w arabskiej wiosce Dahmasz na wschód od Tel Awiwu. Zginęli 53-letni Halil i jego 16-letnia córka Nadine. Padli ofiarą splotu wydarzeń, polityki, napięć i frustracji, które doprowadziły do gwałtownego zaognienia konfliktu izraelsko-palestyńskiego.

Mieszkańcy Dahmasz od dawna prosili lokalne władze o zbudowanie schronów w ich wiosce na wzór tych, które znajdują się w żydowskich miejscowościach w całym Izraelu. W końcu centralna część kraju była już celem ataków w przeszłości i nietrudno było przewidzieć, że prędzej czy później nadejdzie kolejna wymiana ciosów z Hamasem w Gazie czy Hezbollahem w Libanie, co oznacza, że praktycznie cały Izrael jest w zasięgu rakiet z południa czy północy. Prośby zostały odrzucone, a cenę zapłaciła rodzina Awadów, wpisując się w historię nierówności i podziałów na tle religijnym i etnicznym leżących u podstaw obecnej eskalacji.
Dahmasz jest małą miejscowością, położoną ok. 20 km na południowy wschód od Tel Awiwu, założoną przed 1948 r. Podczas izraelskiej wojny o niepodległość była miejscem masakry dokonanej przez Żydów na 176 Palestyńczykach szukających schronienia w lokalnym meczenie. Miejscowość, w której obecnie żyje ok. 1 tys. osób, nigdy nie została zalegalizowana, co powoduje, że władze okolicznych miast odmawiają mieszkańcom jakiegokolwiek wsparcia infrastrukturalnego, w tym budowy schronów czy opieki zdrowotnej. Do 2010 r. od czasu do czasu izraelskie władze wyburzały część domostw stawianych w wiosce bez pozwoleń, których mieszkańcom odmawiano. Dahmasz jest uważane za jedną z najbiedniejszych miejscowości w Izraelu.

Uchodźca uchodźcy nie równy

Bardzo podobna logika, choć jeszcze wyraźniejsza, leży u podstaw sporu w dzielnicy Szech Dżarach na północ od jerozolimskiej starówki, który wyzwolił falę przemocy. Tam historia sięga pierwszej połowy ubiegłego wieku, gdy Żydzi zamieszkiwali kilka domostw w arabskiej dzielnicy, a raczej jeszcze wiosce. W wyniku izraelskiej wojny o niepodległość w 1948 r. Żydzi uciekli, Szech Dżarach stała się częścią jordańskiej Jerozolimy, a w pożydowskich domach zamieszkały rodziny uchodźców palestyńskich, którzy z kolei stracili ziemie w centralnej części powstającego państwa żydowskiego. (Dopiero w ramach układu pokojowego zawartego w 1994 r. Jordania i Izrael porozumiały się, by w takich wypadkach uznać prawo uchodźców do zamieszkiwanych nieruchomości).

Sytuacja zmieniła się po Wojnie Sześciodniowej, gdy w 1967 r. Izrael zdobył całą Jerozolimę, anektując wschodnie dzielnice miasta, w tym Szech Dżarach. Jej dawni żydowscy mieszkańcy zaczęli się upominać o swoje prawa. Według obrońców praw człowieka z Peace Now przedmiotem ich roszczeń było ok. 200 budynków znajdujących się na starym mieście lub w jego pobliżu.

Spór prawny wciąż trwa, a kolejne sądy izraelskie przyznały prawa do domów ich dawnym mieszkańcom, czego nie uznają Arabowie, którzy co prawda mieszkają w mieście uznawanym przez Izrael za swoje, ale nie są jego obywatelami. Oznacza to, że reprezentowani obecnie przez powiązane ze skrajną prawicą organizacje Żydzi mają prawo do eksmitowania sześciu rodzin arabskich. Sprawa trafiła do Sądu Najwyższego, który zaproponował kompromis, aby Arabowie pozostali w domach do końca życia obecnych, dorosłych mieszkańców, płacili czynsz, a po ich śmierci nieruchomości przeszłyby w ręce właścicieli żydowskich. Ten kompromis nie został przyjęty, a nad Szech Dżarach zawisło widmo eksmisji kilkudziesięciu osób.

Na prawym marginesie izraelskiej sceny politycznej działają organizacje nacjonalistyczno-religijne, które domagają się m.in. wypędzenia arabskich mieszkańców Zachodniego Brzegu Jordanu. Najbardziej znaną z nich była partia Kach założona przez rabina Meira Kahanego zabitego w 1990 r. w Nowym Jorku, a następnie ruch Kahana Hai (Kahane żyje). Oba ugrupowania zostały zdelegalizowane w 1994 r. z powodu działalności terrorystycznej. Działacze nieformalnie kontynuujący tradycję Kachu należą do Religijnej Partii Syjonistycznej, która posiada sześć mandatów parlamentarnych. Wśród nich jest Itamar Ben Gwir, lider małego, ultranacjonalistycznego ugrupowania Siła Żydowska.


W reakcji działacze arabscy wyszli na ulice, podkreślając jawną niesprawiedliwość sytuacji, w której spadkobiercy uchodźców żydowskich mają prawo do odzyskania nieruchomości utraconych w 1948 r., ale już palestyńskim uchodźcom tego prawa się odmawia, przez co grozi im utrata dachu nad głową. Sytuację pogorszył fakt, że spór wokół Szech Dżarach zbiegł się z końcem Ramadanu, świętego miesiąca islamu. Jak zwykle w takich sytuacjach niepokoje przeniosły się na Wzgórze Świątynne znane ze Złotej Kopuły, a dla muzułmanów stanowiące miejsce wniebowstąpienia proroka Mahometa. Upamiętnia to meczet Al-Aksa, trzecie najświętsze miejsce islamu.

Izraelska policja niezwykle ostro zareagowała na wzburzenie młodych Palestyńczyków. Doszło do kilkudniowych starć, podczas których granaty hukowe i kanistry z gazem łzawiącym wybuchały nawet wewnątrz świątyni. Setki ludzi zostało rannych. Sytuację na jerozolimskiej starówce, w Szech Dżarach i innych miejscach świętego miasta podsycała skrajna prawica. Arabów publicznie lżył wybrany niedawno do Knesetu prawnik Itamar Ben Gwir powiązany z nielegalną żydowską organizacją terrorystyczną Kach, który w młodości dokonał fizycznego ataku na limuzynę premiera Icchaka Rabina. Co prawda skrajnie prawicowe ugrupowanie oficjalnie nie funkcjonuje, ale jego emblematy pojawiają się na ulicach, a politycy i działacze tacy jak Ben Gwir otwarcie nawiązują do jego ideologii. Grupa prawicowych działaczy pojawiła się nawet pod słynącym z otwartości Uniwersytetem Hebrajskim, co sprowokowało kilkugodzinne starcia z arabskimi studentami, do których dołączyli młodzi Arabowie z okolicy. W takich sytuacjach izraelska policja nie jest bezstronna – chroni „swoich”, usiłując spacyfikować Arabów.

Wojna ze świętem w tle

Wydarzenia w Jerozolimie połączone z ważnym dla muzułmanów ostatnim piątkiem Ramadanu doprowadziły do mobilizacji Arabów, obywateli Izraela. Co roku w ten dzień masowo odwiedzają Al-Aksę, ale kontekst polityczny wyraźnie zwiększył zaangażowanie i liczbę chętnych do udziału w tegorocznych uroczystościach. Wyjątkową niekompetencją popisała się policja, która chciała zapobiec eskalacji, lecz zamiast zatrzymać dziesiątki autobusów wyjeżdżających z arabskich wiosek, utworzyła blokady pod Jerozolimą. Tysiące pielgrzymów ruszyło pieszo ku Al-Aksie, ze wsparciem jerozolimskich muzułmanów podwożących przyjezdnych własnymi samochodami. Przez cały czas na Wzgórzu Świątynnym dochodziło do zamieszek.

Obrazy walk w świętym miejscu wywołały wzburzenie w krajach arabskich. Do sporu włączyły się także ugrupowania ze Strefy Gazy. Dżihad Islamski ostrzelał rakietami okolice Jerozolimy, co spotkało się z odwetowymi nalotami izraelskiej armii. Także Hamas postawił Izraelowi ultimatum, żądając wycofania się policji z okolicy Al-Aksy, co z perspektywy rządu było warunkiem niemożliwym do spełnienia. Nastąpiła szybko eskalująca wymiana ciosów rakietowych i nalotów. Po obu stronach zaczęli ginąć ludzie. Już w pierwszych godzinach śmierć poniosło kilkunastu Palestyńczyków. Po kolejnych salwach rakiet także z Izraela zaczęły napływać informacje o zabitych i rannych. W pierwszej dobie wymiany ognia życie straciło 28 mieszkańców Strefy Gazy i pięcioro obywateli państwa żydowskiego. Izraelska obrona przeciwlotnicza, Żelazna Kopuła, przechwyciła setki rakiet lecących aż do Tel Awiwu.

Nie są to już chałupnicze rakiety montowane z rur kanalizacyjnych, tylko lokalnie produkowane pociski oparte na nowoczesnej i skutecznej technologii irańskiej. Teheran od lat doskonalił swoją wiedzę i umiejętności, przygotowując projekty uproszczonych, ale skutecznych rakiet, wychodząc z założenia, że łatwiej jest przemycić wiedzę i kluczowe, niewielkie komponenty niż całe, czasem ważące setki kilogramów pociski. W rezultacie rakiety tego rodzaju zaczęły być produkowane i używane w Jemenie, Iraku, Syrii, Libanie, a teraz także w Strefie Gazy.

Stąd na Izrael zaczęły spadać rakiety Badr-3 przenoszące na odległość do 150 km głowice zawierające 250 kg materiałów wybuchowych. Żelazna Kopuła przechwyciła większość z nich, ale nawet 90% skuteczności oznacza, że niektóre pociski się przedrą i spowodują straty. Jeden z nich zabił członków rodziny Awadów z Dahmaszu. Palestyńczycy używają także nowoczesnych pocisków przeciwpancernych, którymi atakują pojazdy izraelskie wokół Gazy.

Paradoksalnie żadna ze stron nie jest zainteresowana eskalacją walk aż do poziomu otwartej wojny lądowej. Izrael i Hamas od dawna za pośrednictwem Egiptu negocjują długoterminowe zawieszenie broni, które ma uspokoić region na 25 lat, umożliwiając rozwój gospodarki, wymianę więźniów i powolną normalizację z nadzieją, że po upływie ćwierćwiecza wojna nie będzie się nikomu opłacać. Zanim to nastąpi, organizacje palestyńskie w Strefie Gazy reagują na wydarzenia w Jerozolimie i, prężąc muskuły, starają się poprawić swoją pozycję za stołem negocjacyjnym.

Powoli tracący zdolność odstraszania (ang. deterrence) Izrael stara się ją odbudować pokazując możliwość niszczenia celów o dużej wartości dla Hamasu i zadania strat, których uzupełnienie zajmie lata. Stąd intensywne ataki wymierzone przede wszystkim w podziemną infrastrukturę w Gazie, czyli ukryte wyrzutnie rakiet, składy broni, centra dowodzenia i zakłady produkcyjne. W oparciu o dane wywiadowcze Izraelczycy zabijają także wysokich rangą dowódców palestyńskich w Gazie i niszczą banki obsługujące zbrojenia Hamasu.

Wbrew pozorom obie strony zarządzają eskalacją konfliktu, reagując na wydarzenia, ale starając się unikać działań zmuszających stronę drugą do jeszcze większego zaangażowania. To bardzo niebezpieczna rozgrywka, a słuchając izraelskich komentatorów wydaje się, że w państwie żydowskim dojrzewa myśl, aby za cenę krwi własnych żołnierzy „przystrzyc trawnik”, czyli zadać Hamasowi poważne straty, które na lata obniżą poziom konfliktu. Tak było po operacji Płynny Ołów na przełomie 2014 i 2015 r., w której zginęło 73 Izraelczyków i 2200 Palestyńczyków. Tym razem straty w Izraelu mogą być wyższe, ale politycy i dowódcy wojskowi przede wszystkim szacują wartość odstraszania istotnego także na „froncie północnym”, czyli na granicy z Libanem. Tam działa Hezbollah, znacznie lepiej wyposażony i wyszkolony od Hamasu. Według niezależnych szacunków libańska organizacja może przez miesiąc codziennie wystrzeliwać ok. 5 tys. rakiet różnego zasięgu w kierunku Izraela.

Zaniedbania się mszczą

Wydarzenia w Jerozolimie i Gazie intensywnie rezonują w niemal dwumilionowej społeczności arabskiej, stanowiącej jedną piątą populacji Izraela. O ile jeszcze niedawno rosnąca liczba jej członków, zwłaszcza młodych, identyfikowała się z państwem, o tyle teraz wzrasta w siłę tożsamość Arabów ’48, czyli potomków tych, którzy po powstaniu państwa żydowskiego zostali w jego granicach. Wydarzenia wokół meczetu Al-Aksa wyprowadziły na ulice sfrustrowanych mieszkańców Akki, Hajfy, Lod i innych miejscowości o mieszanej, arabsko-żydowskiej populacji.

Komisja zarządzająca Lod pierwszy raz powstała w 1999 r., gdy ówczesny burmistrz Pinchas Idan postanowił przyjąć bardziej intratne stanowisko w Zarządzie Portów Lotniczych. W 2002 r. odbyły się wybory, które wygrał polityk związany z Likudem Maxim Lewi, jednak jeszcze w tym samym roku zmarł. Stanowisko burmistrza objął jego zastępca Beni Rege, który wygrał wybory, lecz w 2007 r. został usunięty ze stanowiska z powodu nieprawidłowości. Dopiero w 2013 r. burmistrzem Lod został Jair Rewiwo, prawicowy polityk i bliski sprzymierzeniec premiera Benjamina Netanjahu, który więcej uwagi poświęca wielkiej polityce niż samorządowi lokalnemu.


Symbolem tych niepokojów stało się Lod na wschód od Tel Awiwu, w pobliżu lotniska Ben Guriona. To miasto słynące z bezprawia, które przez wiele lat zarządzane było przez specjalną komisję zamiast burmistrza. Nie dość, że infrastruktura komunalna czy poziom edukacji znacznie odstają od reszty kraju, to służby bezpieczeństwa osiedlały tam zdemaskowanych „masztapów”, palestyńskich kolaborantów ewakuowanych z Zachodniego Brzegu Jordanu czy Strefy Gazy. Lod ma także reputację miasta gangów i narkotyków (co tłumaczy broń pojawiającą się na demonstracjach), w którym stróże prawa, podejrzewani niekiedy o korupcyjne powiązania ze światem przestępczym, działają opieszale. W reakcji na zamieszki, podczas których płonęły samochody policyjne, rząd wprowadził tam stan wyjątkowy i przerzucił dodatkowe siły.

Konflikt zewnętrzny bardzo szybko przeniósł się na ulice wielu izraelskich miast, od Akko i Tyberiady na północy, aż po Beershewę na południu. Pojawiły się gangi liczące kilkudziesięciu, a czasem kilkuset młodych Arabów lub Żydów atakujących każdego, kto wydał się być "tym innym". Żydowscy nacjonaliści w Bat Jam pod Tel Awiwem najpierw zdemolowali należące do Arabów sklepy, a następnie wyciągnęli z samochodu arabskiego kierowcę i zlinczowali go przed kamerą telewizyjną prowadzącą transmisję na żywo. Mężczyzna w ciężkim stanie trafił do szpitala, a Izraelczycy na żywo zobaczyli, że takie akty barbarzyństwo mogą być dokonywane także pod flagą z gwiazdą Dawida. Ajelet Szaked, była prawicowa minister wyraziła szok mówiąc o "bankructwie moralnym".

W tak skomplikowanej sytuacji pojawia się pokusa, aby połączyć wydarzenia w Szech Dżarach, Al-Aksie, Gazie i Lod w jedną logiczną całość, a odpowiedzialność złożyć na barki premiera Benjamina Netanjahu walczącego o władzę i wolność w procesie korupcyjnym. Tymczasem są to wydarzenia, warstwy i sploty, które się wzajemnie napędzają, jednak nie stanowią całości. Batalia prawna uchodźców z 1948 r. wiąże się z sytuacją w Gazie, ale nie ma bezpośredniego przełożenia na próby Hamasu poprawienia swojej sytuacji strategicznej wobec Izraela. Ciągnące się od dekad zaniedbanie arabskich miejscowości i poczucie beznadziei wiąże się ze wzrostem siły nacjonalistycznej, izraelskiej prawicy, ale niekonieczne ma bezpośrednie przełożenie na spór wokół miejsc świętych w Jerozolimie.

Benjamin Netanjahu jest niewątpliwie sprawnym politykiem, który nie cofnie się przed niczym, aby zachować władzę i wolność, ale to nie znaczy, że jest w stanie budować makiaweliczne plany tłumaczące wszystkie zawiłości bliskowschodnich konfliktów. Sprawność ludzi tego rodzaju polega na umiejętności budowy kapitału politycznego na kryzysach i nieszczęściach, które jednak do końca nie kontrolują. Obecna eskalacja może się zakończyć w ciągu najbliższych dni bądź przerodzić się w przerażający rozlew krwi i destrukcję.
Jarosław Kociszewski, publicysta, komentator, przez wiele lat był korespondentem polskich mediów na Bliskim Wschodzie. Z wykształcenia jest politologiem, absolwentem Uniwersytetu w Tel Awiwie i Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie. Obecnie jest ekspertem Fundacji "Stratpoints" i redaktorem naczelnym portalu Nowa Europa Wschodnia.
Jest wynikiem takiego właśnie splotu wydarzeń i historii sięgających dekad wstecz, które chętnie będą wykorzystywać pozbawieni skrupułów politycy po wszystkich stronach konfliktu, a cenę zapłacą cywile, tacy jak Halil i Nadine Awad.