Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Kaukaz / 17.05.2021
Paweł Pieniążek

"Zostanę tam, gdzie ich grób." Ormianie nie chcą porzuć mogił poległych w wojnie w Górskim Karabachu

Kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców Górskiego Karabachu pozostaje na terenie Armenii. Z powodu zeszłorocznej wojny nie chcą lub nie mogą wrócić do swoich domów. W miejscowościach, z których uciekli przez Azerami pozostały mogiły ich bliskich poległych w czasie walk.
Foto tytułowe
(Shutterstock)


Groby wciąż są prowizoryczne. Jest ich ponad dwadzieścia. Usypane z ziemi, ozdobione otoczakami, pełne kwiatów. W każdy wbito niedużą płytę z imieniem. Za jakiś czas mają tam zostać położone jednakowe płyty nagrobne, by oddać należną cześć ormiańskim żołnierzom poległym podczas ostatniej odsłony armeńsko-azerbejdżańskiej wojny o Górski Karabach. W ciągu półtora miesiąca zginęło w niej ich co najmniej 3300.

Na dwóch grobach w ostatnim rzędzie nie ma jeszcze otoczaków. Leżą tam bracia – Gework i Koriun. Choć obaj zginęli jeszcze w październiku, to ciało Koriuna zostało pochowane dopiero w połowie kwietnia. Na prośbę rodziny ciało Geworka przeniesiono z pierwszego rzędu, by bracia leżeli koło siebie.

Większość z uchodźców z Górskiego Karabachu nie wróciła do domów, bo zostały zajęty przez azerbejdżańskie wojska, a także z powodów ekonomicznych lub obaw o bezpieczeństwo. Dla rodziny Aramianów głównym powodem, który nie pozwala im opuścić Gorisu, są groby. – Zostanę tutaj aż do kresu swoich dni. Tutaj są moje dzieci i nie mogą ich zostawić – mówi Magda Aramian, matka Geworka i Koriuna.

Mieszkańcy wracają do Górskiego Karabachu

Podczas wojny w 2020 r., według różnych danych, od połowy do dwóch trzecich ze 150 tys. mieszkańców nieuznawanej Republiki Górskiego Karabachu, zwanej też Arcachem, musiało opuścić swoje domy. Szukali schronienia w Armenii. Na skutek porażki parapaństwo utraciło 70% terytoriów, w regionie pojawiły się rosyjskie siły pokojowe, które m.in. pilnują wąskiego przesmyku, jako jedynego łączącego Górski Karabach z Armenią. Przebiega on w pobliżu Gorisu.

Gdy sytuacja zaczęła się uspokajać po wejściu w życie porozumienia o zawieszeniu broni, Ormianie zaczęli stopniowo wracać do Górskiego Karabachu. Ilu ich wróciło? Tutaj także pojawiają się bardzo różne dane. Według ONZ w Armenii pozostaje 68 tys. mieszkańców Górskiego Karabachu, a wróciły 22 tys. Według rosyjskich sił pokojowych wróciło 57 tys. Natomiast według byłego ministra pracy i spraw społecznych Armenii Mesropa Arakeliana wróciło 95 tysięcy osób.

Mimo sprzecznych liczb, gołym okiem widać, że w ostatnich miesiącach wiele osób wyjechało z miast takich jak Erywań czy Goris. Stepanakert, który w trakcie wojny straszył pustymi ulicami, jest pełen ludzi. – Stąd praktycznie wszyscy tam wrócili – mówi Magda.

W radzie miasta dwudziestotysięcznego Gorisu nie znają jednak liczby osób, które w nim i okolicznych wsiach przebywały lub wciąż przebywają.

Znaleźć nowy dom

Wewnątrz pięciopiętrowego akademika w Gorisie jest ciemno. W pierwszej chwili można pomyśleć, że jest porzucony. Jedynymi mieszkańcami z Górskiego Karabachu jest rodzina Aramianów. Reszta zajmuje akademik od lat. Aramianowie trafili do dawno nierementowanego dwupokojowego mieszkania z leciwymi meblami. Muszą płacić za prąd, wodę i gaz. Jak na siedem osób, miejsca jest bardzo mało, szczególnie że najmłodszy syn Magdy jest osobą z niepełnosprawnością i nie może się samodzielnie poruszać. Rodzina dostała jednorazowe wsparcie finansowe, trochę ubrań i pościel.

To tymczasowe rozwiązanie. Prędzej czy później będą się musieli wyprowadzić z akademika. Magda chciałby kupić nieduży dom w Gorisie, by mógł pomieścić ich wszystkich. To na razie odległe marzenia, bo ledwie wiążą koniec z końcem. Mąż Magdy podjął się pracy jako taksówkarz, ale trudno z tego utrzymać rodzinę. Jakby problemów było mało, ostatnio, gdy szwagier pożyczył samochód, ktoś w niego wjechał. Naprawa trwała kilka dni.

Magda z nostalgią wspomina ich niedawne życie w Górskim Karabachu. Aramianowie żyli skromnie, ale ich dom był wystarczająco duży i komfortowy. Do wszystkiego doszli ciężką pracą. Magda miała 15 lat, gdy urodził się jej najstarszy syn Gework. Łącznie miała czwórkę dzieci: trzech synów i córkę. Gdy mąż pracował całymi dniami, by zarobić pieniądze, ona zajmowała się domem i dziećmi. – Wstawałam wcześnie rano, a czasami nawet w nocy nie spałam. Pracowałam przez cały dzień, żeby moje dzieci miały wszystko, co tylko serce sobie zażyczy – mówi Magda.

Wyjazd na dłuższą chwilę

Mieszkali w małej wsi Arewszat (po azersku Dolanlar), niedaleko miast Hadrut i opustoszałego Cəbrayılu, na południu nieuznawanej republiki. To właśnie ta okolica stała się pierwszym celem azerbejdżańskiej ofensywy.

Wojna zaczęła się chwilę po siódmej rano. Od samego początku wszystko było słychać, potem widać, a wreszcie od wybuchów trząsł się cały dom. Po kilku godzinach konfliktu było jasne, że w Arewszat nie będzie bezpiecznie. – Powiedziałam mężowi, byśmy zabrali dzieci do Gorisu, a potem wrócimy – wspomina Magda.

Zależało jej na tym, by wywieźć syna z niepełnosprawnością, córkę, a także żonę Geworka, która była w zaawansowanej ciąży, i wnuka. Dziewiętnastoletni Koriun i dwudziestoczteroletni Gework służyli na froncie. Magda myślała, że jadą do Armenii tylko na kilka dni, a potem wrócą. Goris leży kilkanaście minut jazdy samochodem od granicy. – Nie wzięliśmy ze sobą praktycznie niczego, tylko trochę ubrań dla mojego niepełnosprawnego syna – mówi Magda.
Nie mogła wtedy wiedzieć, że nie zobaczy już więcej nie tylko domu, ale także dwóch pozostałych synów.

Straszny październik

Kristina ma 21 lat i ożeniła się z Geworkiem w ostatnich dniach 2018 roku. Spodziewali się drugiego dziecka. 2 października, czyli szóstego dnia wojny, ich syn Samwel (imię dostał po dziadku, czyli mężu Magdy) miał pierwsze urodziny. Wówczas Ariamianowie byli w jednym z goriskich hoteli, który bezpłatnie przyjmował uchodźców. Obsługa zrobiła im niespodziankę i wyprawiła małemu Samwelowi imprezę-niespodziankę. Na chwilę mogli zapomnieć o wojnie, ale radość nie trwała długo.

Wkrótce zadzwonił Gework, powiedział, że jego młodszy brat zginął. – Rzuciłam mu przez słuchawkę, że co on wygaduje, przecież to urodziny naszego syna – wspomina Kristina. Nie wierzyła w taki zbieg okoliczności. Magda dodaje: – Gdy świętowaliśmy, mojego syna nie było już wśród żywych.

O śmierci Koriuna nie pojawiła się oficjalna informacja. Nie znaleziono też ciała. Gework jednak powtarzał Magdzie: „Już nic dobrego o Koriunie nie usłyszysz”. Ona nie dopuszczała jednak do siebie myśli o śmierci syna. Podczas którejś z rozmów Gework rzucił: „Mamo, może któregoś dnia usłyszysz, że i mnie już nie ma”.

Dwa tygodnie później zadzwonił najpierw do matki, potem do żony. Nie rozmawiali długo, bo powiedział, że musi się przespać. Obiecał, że potem zadzwoni. Mijały godziny. Kristina usłyszała dzwonek i odebrała telefon. Nieznajomy głos oznajmił jej, że ciało Geworka znajduje się w prosektorium w Stepanakercie, stolicy nieuznawanej republiki. – Gdy się o tym dowiedziałam, nie chciałam żyć, mówiłam słowa, których nie powinnam była wypowiadać, ale to nie byłam ja, tylko moje płaczące serce – wyznaje Magda.

Zwłoki przewieźli do Gorisu, gdzie Gework na cmentarzu wojskowym został pochowany jako jeden z pierwszych.

On jeszcze wróci

Mijały dni. Najpierw wieś Arewszat została zajęta, potem wojna skończyła się sromotną porażką dla Ormian, a mimo tego nie było żadnych informacji o Koriunie. Magda wciąż nie dopuszczała do siebie myśli o jego śmierci. Była przekonana, że Koriun jest w niewoli w Azerbejdżanie. Rozsyłała informacje o nim do różnych organizacji, grup wolontariuszy, społeczności internetowych z nadzieją, że ktoś powie jej coś więcej.

Samwel senior próbował ją przekonać, by się nie łudziła, że Koriun wróci. Kończyło się na kłótniach. Magda nie tylko nie ustępowała, a nawet wyobrażała sobie, że któregoś dnia ich syn zapuka do drzwi i powie głośno: „Mamo, przyszedłem, otwórz!”.

Po czterech miesiącach do męża Magdy zadzwonili wojskowi. Powiedzieli, że ciało Koriuna najprawdopodobniej zostało przekazane przez Azerbejdżan. Rodzina musiała udać się do prosektorium, by to potwierdzić. Na miejscu Samwel i Magda oglądali ciało, którego po takim czasie już nie dało się rozpoznać. – Już nie wyglądał jak nasz syn – mówi Magda. Samwel rozpoznał Koriuna, dopiero gdy zobaczył zdjęcia zwłok zrobione niedługo po śmierci. W szpitalu małżeństwu pobrano próbki DNA. Kolejne dwa miesiące czekali na wyniki. Magda wciąż nie wierzyła, że Koriun nie żyje.

W połowie kwietnia Samwel przyszedł do domu i powiedział, że go znaleźli. Magda z radości wstała na równe nogi. Szybko ostudził jej emocje. Wyjaśnił, że próbki DNA się zgadzają. – W jednej sekundzie siły mnie opuściły, moje nogi były jak z waty, prawie zemdlałam. Pierwsze, co powiedziałam, to: „Nie wierzę w to!” – wspomina.

Nie chciała, by dzieci się o tym dowiedziały i przeżyły to tak, jak ona. Zrobiła tort kremowy z bezą, przygotowała kawę i udawała, że nic się nie stało. Próbowała zagłuszyć wszystkie myśli. Ona też potrzebowała przerwy od płaczu i ciągłego myślenia o synu.

Pozory spokoju

Pogrzeb odbył się dwa dni później. Magda nie pamięta, co się z nią działo. Potem niektórzy z żałobników mówili, że wyglądała bardzo źle, jakby umarła. Lekarz musiał dać jej zastrzyk uspakajający. – Nie chciałabym, żeby żadna matka widziała ani czuła to, co ja. Nie mam już serca ani duszy – mówi. – Ukrywam swoje emocje, tworzę pozory jakby nic się nie zdarzyło, ale w środku jest ze mną źle. Gdy zostaję sama, ciągle płaczę.

Paweł Pieniążek jest dziennikarzem, stałym współpracownikiem "Tygodnika Powszechnego". Relacjonował wydarzenia m.in. z Afganistanu, Iraku, Syrii i Ukrainy. Autor książek, w tym Po kalifacie. Nowa wojna w Syrii (Wydawnictwo Czarne 2019), za którą został nominowany do Książki Reporterskiej Roku 2020 Grand Press. Laureat nagrody dziennikarskiej MediaTory w 2019 roku.
Magda jest jednak przekonana, że nie może pozwolić sobie na słabość, bo udzieli się ona wszystkim innym. Jak mówi, jeśli upadnie, to za nią reszta rodziny. W trakcie całej naszej rozmowy tylko raz załamuje się jej głos. Na cmentarzu nie chciała podejść do grobów. Obawiała się, że jeśli się nachyli, to zaleje się łzami, a nie chce, by rodzina to widziała.

Cieszy się jedynie z tego, że bracia znów są razem, a ona jest blisko. Nie chce ich już opuszczać.