Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Kaukaz / 03.06.2021
Paweł Pieniążek

Niepewna przyszłości i słabnąca gospodarka. Armenia w obliczu pandemii, wojny i kryzysu politycznego

Tak złych wyników ekonomicznych Ormianie nie doświadczyli od ponad dziesięciu lat. Nadzieje na poprawę są małe tym bardziej, że nadchodzące w czerwcu wybory nie spowodują wyrwania Armenii z izolacji ekonomicznej i politycznej. Przegrana wojna z Azerbejdżanem o Górski Karabach w równym stopniu co pandemia koronawirusa przyczyniają się do kurczenia gospodarki tego kraju.
Foto tytułowe
(fot. Shutterstock)

Armenia przegrała wojnę z Azerbejdżanem, ale największym problemem dla jej gospodarki okazał się koronawirus. Pod koniec ubiegłego roku znajdowała się wśród dziesięciu krajów na świecie z najwyższą liczbą zachorowań na 100 tys. mieszkańców. To negatywnie wpłynęło na handel i sektor usług, w szczególności na turystykę (w minionym roku zyski spadły o niemal 90%). Z powodu pandemii granica z Gruzją jest zamknięta od roku (z wyjątkiem przewozu towarów), a wskutek konfliktu o Górski Karabach z Azerbejdżanem i wspierającą go Turcją – od ponad ćwierćwiecza. Przejścia funkcjonują tylko na odcinku z Iranem. W kraju wciąż panują liczne obostrzenia związane z pandemią.
Żołnierze sił specjalnych Armenii (Wikicommons)

Wojna stała się kolejnym obciążeniem dla i tak nadwyrężonej gospodarki. Według Globalnego Wskaźnika Militaryzacji przygotowanego przez Międzynarodowe Centrum Konwersji w Bonn, Armenia jest drugim po Izraelu najbardziej zmilitaryzowanym krajem na świecie. Wskaźnik uwzględnia m.in. wydatki na armię, liczebność personelu wojskowego i broni ciężkiej. W minionym roku Armenia wydała na sektor wojskowy 4,9% PKB (Azerbejdżan 5,4%, choć od niepodległości to zazwyczaj Armenia przeznaczała więcej budżetu na cele wojskowe), czyli aż 16,7% budżetu krajowego. Dla porównania celem NATO są wydatki na poziomie 2% PKB, a i tak w 2020 r. osiągnęło go tylko 10 z 29 państw sojuszu.

W rezultacie wojny i pandemii w 2020 r. gospodarka Armenii skurczyła się o 7,6%. – Jeśli dałoby się rozdzielić ich skutki, COVID-19 odpowiadałaby pewnie za 6,6%, a wojna 1% PKB – mówi Hrant Mikaelian, analityk Instytutu Kaukazu z siedzibą w Erywaniu.

Skutki konfliktu dadzą o sobie znać dopiero w bieżącym roku i mogą być bardziej długotrwałe.

Krótki sukces Górskiego Karabachu

W trakcie 44-dniowej wojny o Górski Karabach, która 10 listopada zakończyła się porażką Armenii, zginęło ponad 6 tys. osób. Konflikt obnażył słabość armeńskiej armii uchodzącej za najskuteczniejszą z państw Kaukazu Południowego. Nieuznawana Republika Górskiego Karabachu, zwana Arcachem, straciła 70% terytoriów, na których znajdowały się liczne pola uprawne, hodowle, kopalnie złota oraz 30 z jej 36 hydroelektrowni. – Możemy szacować, że PKB Arcachu spadnie o 75%, czyli około 450 mln dolarów – mówi Mikaelian.

Analityk traktuje nieuznawaną republikę i Armenię jako wspólną strefę ekonomiczną. Obowiązują tam armeńskie dramy, system bankowy jest połączony, a granice istniały tylko teoretycznie. Górski Karabach otrzymuje wsparcie finansowe z republiki Armenii poprzez subsydia i kredyty. Ponadto mieszkańcy republiki posiadają paszporty Armenii.

Choć Górski Karabach i otaczające go tereny znajdowały się pod kontrolą Ormian, to zgodnie z prawem międzynarodowym przynależą do Azerbejdżanu. Konflikt o ten region trwa od końca lat 80. Rozpoczął się od protestów i pogromów, a następnie przekształcił się w wojnę. W 1994 r. wygrała w niej Armenia, zajęła Górski Karabach i przylegające do niego terytoria. To właśnie tam powstała nieuznawana republika. Terytorium charakteryzowało się niską gęstością zaludnienia – zamieszkiwało je 150 tys. osób. Niektóre z miast, w których do wojny mieszkali głównie Azerowie, stały opustoszałe i niszczejące. Ziemie były wykorzystywane głównie w celach rolniczych. Po przegranej wojnie większość z tych terenów wróciła pod kontrolę Azerbejdżanu.

Nieuznawana republika była bardzo małą gospodarką, nawet w porównaniu do trzymilionowej Armenii. Jej PKB w 2019 r. wynosiło 713 mln dolarów, czyli trochę ponad 5% armeńskiego PKB. Gdyby republika została uznana jako niepodległy kraj, byłaby jedną z najmniejszych gospodarek na świecie. Rozwijała się bardzo jednak szybko – w ciągu ostatniej dekady mniej więcej o 10% rocznie, z rekordowym wynikiem 17% w 2017 r. To znacznie szybciej niż Armenia – średni wzrost w latach 2010–2019 wynosił około 4,5%. – Tak szybki rozwój był możliwy m.in. dzięki zaangażowaniu diaspory. Arcach był dużo mniejszy od Armenii, rzadziej zaludniony, więc wniesiony wkład finansowy był znacznie bardziej widoczny – mówi Mikaelian. – Obecnie perspektywy na wzrost zostały utracone.

Na skutki przyjdzie poczekać

Jak twierdzi analityk Instytutu Kaukazu, COVID-19 miał bezpośredni wpływ na gospodarkę Armenii, a wojna – na gospodarkę nieuznawanej republiki. Jednak to Armenia odczuje długofalowe skutki konfliktu.

W bieżącym roku Międzynarodowy Fundusz Walutowy oraz Europejski Bank Rozwoju i Odbudowy prognozują wzrost gospodarki Armenii – odpowiednio – o 1% i 4%. Ówczesny minister gospodarki Wahan Kerobian (obecnie pełni obowiązki ministra, bo cały rząd podał się do dymisji) stwierdził natomiast, że w tym roku Armenia zaliczy dwucyfrowy wzrost. Mikaelian twierdzi, że kraj będzie miał do czynienia z odbudową, nie z rozwojem, a przywrócenie gospodarki do stanu sprzed 2020 r. może zająć kilka lat. Na razie jednak trudno określić dokładne skutki wojny.

Jednym z problemów jest utrata kontroli nad częścią Sotk, czyli największej kopalni złota w kraju. Po podpisaniu porozumienia o zawieszeniu broni teren kopalni jest podzielony między Armenię i Azerbejdżan. W ubiegłym roku firma GMP Gold, która prowadzi wydobycie na terenie Sotk, była czwartym największym płatnikiem podatków w Armenii. Obecnie nie jest jasne, na jakich zasadach kopalnia będzie funkcjonowała. Wydobycie złota spadnie jednak o przynajmniej 20%.

Rolnictwo bez wątpienia odczuje skutki kryzysu, nie tylko w Górskim Karabachu, ale także na terenach pogranicznych Armenii. Rolnicy tam zamieszkujący często wykorzystywali ziemie nieuznawanej republiki do upraw i wypasania żywego inwentarza.


Dziekan Koledżu Biznesu i Ekonomii Amerykańskiego Uniwersytetu w Armenii Wacze Gabrielian, w latach 2014–2018 pełniący funkcję wicepremiera, przyznaje, że nie da się przewidzieć, jak będzie się rozwijała sytuacja gospodarcza. – Ekonomiczne skutki wojny odczujemy dopiero w tym roku. One nie pojawiają się od razu, potrzeba trochę czasu – mówi.

Droga donikąd

Podpisane w listopadzie przez premiera Armenii Nikola Paszyniana oraz prezydentów Azerbejdżanu Ilhama Alijewa i Rosji Władimira Putina porozumienie o zawieszeniu broni zakłada m.in. otwarcie szlaków komunikacyjnych między Armenią a Azerbejdżanem. Podczas styczniowego spotkania w Moskwie mieli się zgodzić, że połączenia transportowe i kolejowe miałyby przebiegać z Azerbejdżanu przez Armenię do Turcji, a także z Armenii przez Azerbejdżan do Rosji.

Mimo dodatkowych ustaleń dokonanych przez przedstawicieli zaangażowanych państw ten projekt logistyczny wciąż pozostaje wielkim znakiem zapytania. Nie są znane żadne, nawet najbardziej podstawowe zasady jego funkcjonowania – od tego, gdzie dokładnie będą przebiegały drogi, poprzez gwarancje bezpieczeństwa, aż po kontrole celne. – Nie mówię, że to wszystko jest niemożliwe, bo są różne doświadczenia międzynarodowe, ale to bardzo niejasne – przyznaje Gabrielian.
Przejście graniczne Armenii z Iranem w Nurduz (Wikicommons)

Wśród zwolenników otwarcia szlaków komunikacyjnych w Armenii pojawia się argument, że mogłoby one dać szanse rozwoju gospodarczego i otwarcia się na nowe rynki zbytu. Jak podkreśla Gabrielian, perspektywa nowych szlaków transportowych jest bardzo niewielka, ponieważ nie ma wielu towarów, które miałyby poprzez Turcję i Azerbejdżan dotrzeć do rynków zbytu.

Gabrielian dodaje, że w czasach Związku Radzieckiego większość ładunków przewożonych koleją stanowiła ruda, głównie miedzi. Obecnie trafia ona do Gruzji, skąd transportowana jest dalej. Jej głównymi odbiorcami są cztery kraje: Bułgaria, Chiny, Szwajcaria i Kanada. – Dla firm sprzedających towary, w szczególności rudę, na rynku międzynarodowym efektywniejsze może być korzystanie z obecnych szlaków niż z kolei przez Azerbejdżan, ponieważ ruda nie jest sprzedawana do Rosji.

Nieliczne korzyści dla Armenii powodują, że władze w Erywaniu, zajęte opanowywaniem kryzysu politycznego, opieszale podchodzą do tej kwestii.

Co przyniesie jutro?

Alijew odgraża się jednak, że jeśli Ormianie nie zbudują korytarza po dobroci, to Azerbejdżan rozwiąże sprawę siłą. To jeden z powodów powszechnej wśród mieszkańców Armenii obawy, że konflikt może mieć ciąg dalszy. Szczególnie, że porozumienie podpisane 10 listopada było jedynie zawieszeniem broni, a nie traktatem pokojowym. Jak przyznaje Mikaelian, strategia obronności kraju była zbudowana przede wszystkim wokół Górskiego Karabachu. Teraz się rozpadła. Ponadto Armenia jeszcze bardziej uzależniła się od Rosji. Jej żołnierze i straż pograniczna od lat stacjonują w kraju, a ponadto na skutek porozumienia wprowadziła ona kontyngent sił pokojowych do nieuznawanej republiki, a także umocniła swoją obecność na południu Armenii. – Nie wiadomo, jak rozwinie się sytuacja militarna. Czy armia azerbejdżańska znajdzie casus belli, przetestuje granice, czy też zadowoli się tym, co ma – mówi Gabrielian.

Armenia wciąż musi się zmagać z humanitarnymi konsekwencjami wojny i odbudować armię, która odstawała technologicznie od azerbejdżańskiej. – Do tej pory nie rozpoczął się proces pokojowy, więc wciąż musimy ponosić wydatki i będzie ich dużo. To wpłynie na gospodarkę – dodaje Gabrielian.

Paweł Pieniążekjest dziennikarzem, stałym współpracownikiem "Tygodnika Powszechnego". Relacjonował wydarzenia m.in. z Afganistanu, Iraku, Syrii i Ukrainy. Autor książek, w tym Po kalifacie. Nowa wojna w Syrii (Wydawnictwo Czarne 2019), za którą został nominowany do Książki Reporterskiej Roku 2020 Grand Press. Laureat nagrody dziennikarskiej MediaTory w 2019 roku.
Jak by było nie dość problemów, porażka postawiła pod znakiem zapytania zaufanie do obecnego rządu, który musiał się podać do dymisji, by potwierdzić legitymację. Przyspieszone wybory odbędą się 20 czerwca. Ubiegający się o reelekcję Paszynian i jego otoczenie wydają się być zagubieni w obecnej sytuacji.

Kraj jest toczony protestami, gwałtowną erozją zaufania do jeszcze niedawno popularnego premiera, a także groźbą dalszej eskalacji konfliktu z Azerbejdżanem. Wszystkie te problemy, mimo upływu czasu, nie są rozwiązywane. Nie wiadomo, czy w razie porażki obecnego gabinetu następny będzie w stanie uspokoić nastroje społeczne i wygasić napięcia. A od tego zależy najbliższa przyszłość, bo – jak podkreśla Mikaelian – bez stabilnej sytuacji politycznej nie ma mowy o prosperującej gospodarce.