Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Międzymorze / 09.08.2021
Piotr Pogorzelski, Michał Potocki

Białoruscy dziennikarze znaleźli się na celowniku Łukaszenki. Upominają się o nich koledzy z Polski

9 sierpnia, w rocznicę sfałszowanych przez Alaksandra Łukaszenkę wyborów prezydenckich, w Polsce ukazuje się książka Partyzanci. Dziennikarze na celowniku Łukaszenki, która opisuje białoruskie realia z punktu widzenia pracowników mediów. Polscy dziennikarze postanowili napisać o swoich kolegach zza wschodniej granicy, z których większość znalazła się w ciągu ostatnich 12 miesięcy za kratami.
Foto tytułowe
(rys. Marcin Pańkowski)


Pomysłodawczynią książki i koordynatorką całego projektu jest Arleta Bojke. Za redakcję odpowiadał Michał Potocki, który był także autorem wstępu i jednego z rozdziałów. W rozmowie z Piotrem Pogorzelskim w podcaście “Po prostu Wschód”, dziennikarz “Dziennika Gazety Prawnej” podkreślił, że chodziło o opisanie nie tylko represji, do których dochodzi teraz, ale także pokazanie tego, na jakim tle mają one miejsce. Stąd, między innymi, opis mediów na Białorusi w poprzednich latach, w tym w latach ‘90.
Nie chcieliśmy żeby czytelnik miał wrażenie, że to jest książka bardzo bieżąca, która za pół roku się zdezaktualizuje. Chcieliśmy pokazać Białoruś przez pryzmat dziennikarzy różnych pokoleń, różnych mediów i różnych dekad niezależnej Białorusi - mówi Michał Potocki.

A jak ta książka pomoże białoruskim dziennikarzom? Michał Potocki podkreśla, że dochód ze sprzedaży książki trafi do Informacyjnego Biura Białoruś w Fokusie, które przeznaczy pieniądze na pomoc represjonowanym dziennikarzom. Chodzi zarówno o pomoc prawną, jak i sprzęt czy znalezienie mieszkania, gdy muszą uciekać z Białorusi. Rozmówca Piotra Pogorzelskiego zaznaczył też, że dla białoruskich dziennikarzy jest bardzo istotne, aby jak najwięcej mówić o ich kraju.


Rozmowa została udostępniona bezpłatnie w ramach współpracy pomiędzy autorem podcastu i portalem Nowa Europa Wschodnia. Projekt "Po prostu Wschód" można wesprzeć na Patronite.

Nad książką pracowali dziennikarze m.in. z TVP Info, „Gazety Wyborczej”, TVN24, Biełsatu po polsku, Telewizji Republika, Polskiego Radia, Radia Zet, Telewizji Polsat, „Newsweeka”, Onetu czy „Tygodnika Powszechnego”. Wśród opisanych są Kaciaryna Andrejewa (TV Biełsat), Kaciaryna Barysiewicz (Tut.by), Nadzieja Bużan („Nasza Niwa”), Andrzej Poczobut („Gazeta Wyborcza”) i Raman Pratasiewicz, a także Pawieł Szaramiet (Białoruski Partyzant), czy Maryna Zołatawa (Tut.by).
Alena Tałkaczowa

Wydawca udostępnił Nowej Europie Wschodniej fragment rozdziału “Pakiety przetrwania” autorstwa Justyny Prus, korespondentki PAP w Mińsku, poświęcony Alenie Tałkaczowej z portalu Tut.by.

W ręku trzyma komórkę i notes, w uchu ma słuchawkę. Uśmiecha się i wita, ale tylko oczami, bo działa w trybie online. Dyktuje newsy przez telefon albo szybko wklepuje notatki na smartfonie i wysyła je na redakcyjny czat. Gdy skończy, odpowiada krótkimi, urywanymi zdaniami, zwięźle, „tak” albo „nie” – jak w wojsku.

Drobna blondynka w niebieskiej kamizelce „Prasa”, która posiada najwyraźniej dar teleportacji, bo jest wszędzie, gdziekolwiek coś się dzieje, to Alena Tałkaczowa. W sierpniu 2020 roku, gdy na Białorusi trwają masowe protesty przeciwko sfałszowaniu wyborów prezydenckich i przemocy milicji, Lena – podobnie jak większość jej koleżanek i kolegów z niezależnych mediów – praktycznie nie śpi. Pracuje w terenie, relacjonując protesty, które spontanicznie wybuchają w różnych częściach miasta. Jest pod aresztem na ulicy Akrescina z setkami krewnych osób zatrzymanych przez OMON i na pierwszym wielkim proteście przed siedzibą parlamentu. Maszeruje obok zbuntowanych robotników, dopytuje dziennikarzy, którzy postanowili odejść z państwowej telewizji. Siedziba BT znajduje się zresztą niedaleko jej mieszkania, ale to wcale nie znaczy, że Lena będzie miała czas, by choć na chwilę się tam pojawić.

Od 18 maja 2021 roku Tałkaczowa siedzi w areszcie w związku z głośną sprawą portalu Tut.by, dla którego pracowała jako czołowa reporterka polityczna. Za kraty wraz z nią trafiło czternastu pracowników tego największego na Białorusi i najbardziej wpływowego niezależnego medium. Chodziło rzekomo o nadużycia podatkowe. Co ma do podatków redakcji dziennikarka newsowa, nie wiadomo.

– To zemsta za jej działalność zawodową. – Nie ma wątpliwości jeden z jej kolegów, który z powodu sytuacji w kraju wyjechał za granicę.

– Z jednej strony czuję odpowiedzialność, że to ja wprowadziłem ją w tę sferę, do pisania o polityce. Z drugiej widzę, że odnalazła się właśnie w tej dziedzinie, w dziennikarstwie politycznym – mówi Arciom Szrajbman, kiedyś reporter, od dwóch lat analityk.

Szrajbman mieszka obecnie poza Białorusią. Wyjechał w czerwcu 2021 roku, gdy w serii swoich wypowiedzi dla państwowej telewizji bloger Raman Pratasiewicz wskazał go jako jednego z uczestników czatu, który miał „koordynować protesty”. Gdy w 2017 roku Szrajbman, wówczas reporter polityczny Tut.by, opuszczał portal, Lena zajęła jego miejsce.

– Ona pracowała wtedy w dziale nieruchomości Tut.by, ale dużo i długo rozmawialiśmy o polityce i było jasne, że ten temat bardzo ją interesuje. Kiedy wyjeżdżałem i musiałem znaleźć kogoś do pracy na swoje miejsce, pomyślałem o niej. Pamiętam, że się łamała, bo myślała, że może nie dać sobie rady. Moim zdaniem świetnie sobie poradziła – ocenia Szrajbman.

– Jej mocną stroną jest praca w dynamicznych sytuacjach. Pod wpływem adrenaliny umie się zmobilizować i szybko pisać, wychwytywać najważniejsze rzeczy. W tym sensie jest idealym reporterem. Z tego, co wiem, nigdy nie żałowała, że dokonała tego wyboru, a moim zdaniem o wiele bardziej realizuje się w tekstach politycznych, niż pisząc o nieruchomościach – dodaje.

– Lena umie pracować na czas, pod presją. Jest bystra, precyzyjna. Lubię z nią pracować, bo się uzupełniamy. Ona zadaje jakieś pytanie, ja dopytuję, albo na odwrót, można powiedzieć, że urządzamy takiego ping-ponga – opowiada Tania Karawiankowa z agencji BiełaPAN. Z Leną łączy ją przyjaźń, która – jak mówi – „zrodziła się z pracy”.

Po rosyjsku pilna depesza nazywa się mołnia, czyli „błyskawica”. Mówiąc o Lenie, takiego właśnie określenia używa jeden z jej kolegów.

– Lena pracuje jak błyskawica. Zawsze mnie to zachwycało. Ja siedzę i próbuję coś zacząć pisać, a ona już dawno wysłała „krótką” i tylko na bieżąco ją uzupełnia – opowiada.

Zanim zaczęła pracę w Tut.by Tałkaczowa pracowała w „Komsomolskiej prawdzie w Biełorussii”. Studiowała dziennikarstwo, choć mama namawiała ją na uczelnię techniczną. Jak mówiła mediom pani Tacciana, Lena od małego była uparta i namawianie jej do zmiany zdania, gdy sobie coś postanowi, nie ma sensu.

Czasy, kiedy Karawiankowa i Tałkaczowa urządzały urzędnikom ping-ponga na konferencjach prasowych, a inni dziennikarze na wszelki wypadek trzymali się blisko nich, bo wiedzieli, że tam zaraz pojawi się news, to już zamierzchła i – jak się wydaje – bezpowrotnie miniona przeszłość. Dla białoruskich dziennikarzy poprzedni rok był pełen zmian i zwrotów akcji, ale obecnie ich sytuacja jest gorsza niż kiedykolwiek wcześniej.
Seria podcastów Białoruskie przebudzenie

– Ten rok był naprawdę trudny: staliśmy w kolejkach pod aresztami na ulicy Akrescina, w Żodzinie, w Baranowiczach, nocowaliśmy pod komisariatem, w którym zamknęli naszych kolegów. Jeszcze we wrześniu 2020 roku oburzaliśmy się pierwszymi trzema dniami aresztu zasądzonymi kolegom, a już w październiku cieszyliśmy się, że ktoś dostał piętnaście dni, a nie sprawę karną – mówiła Tałkaczowa w grudniowym wywiadzie o pracy reporterów.

Lena policzyła, że w czasie protestów w Mińsku pokonała dwieście dziewięćdziesiąt kilometrów, dwadzieścia godzin spędziła na komisariacie, a szesnaście – na podwórku otoczonym przez OMON.

– Widziałam, jak kobieta wyszła do protestujących z wiadrem jabłek i powiedziała, że inaczej po prostu nie może pomóc. Ale widziałam też tych, którzy byli gotowi otworzyć drzwi milicjantom, żeby zabrali ludzi, którzy chowali się na klatce schodowej. Ludzie są różni, kraj jest różny, ale cieszy mnie, że dobrych ludzi jest więcej – mówiła.

– Jeszcze do maja 2020 roku wydawało się, że kampania wyborcza przebiegnie raczej ospale. Wszystko nabrało tempa, gdy pojawili się nowi kandydaci, nowe nazwiska. Po kraju jeździł Siarhiej Cichanouski, zamiar udziału w wyborach ogłosił bankier Wiktar Babaryka. Ludzie zaczęli zbierać się na pikietach, w kolejkach do składania podpisów. Coś zaczęło się dziać. Wtedy właśnie zaczęło brakować czasu, by być w kilku miejscach jednocześnie – opowiada jeden z reporterów.

– Właśnie wtedy zaczęliśmy więcej razem pracować, zgrywać się, przekazywać informacje, gdzie coś się dzieje. Albo gdzie nic się nie dzieje, żeby ktoś niepotrzebnie tam nie jechał – mówi inna osoba z dziennikarskiej paczki. Cichanouskiego zatrzymano w maju, Babarykę – w czerwcu, ale mimo wyraźnego zamiaru władz, by w ten sposób sytuację wyciszyć, robiło się coraz goręcej i coraz głośniej. Na scenę wkroczyła – w zastępstwie męża – Swiatłana Cichanouska i niczym gwiazda rocka wraz z Maryją Kalesnikawą i Wieraniką Capkałą zaczęła „zapełniać stadiony”.
To tylko fragment opowieści o Alenie Tałkaczowej z książki Partyzanci. Dziennikarze na celowniku Łukaszenki. Polscy autorzy pracowali nad nią pro publico bono. Koszty jej wydania organizatorzy dzielą z Wydawnictwem Adam Marszałek, które zrzekło się swoich zysków.

- Chcemy udzielić konkretnego wsparcia dziennikarzom i mediom, dzięki którym wiemy, co się dzieje w kraju, w którym nie ma wolności wyrażania opinii. Dlatego prosimy o wsparcie naszej zbiórki na pomagam.pl. Wpłacając co najmniej 50 PLN, dostaniecie od nas w podziękowaniu książkę – podkreślają organizatorzy akcji.

– Nawet na prowincji przychodziło po kilka tysięcy ludzi. Jeśli ktoś nie zrozumiał tego wcześniej, to wtedy musiało do niego dotrzeć, że ta kampania będzie inna niż zwykle – mówi jeden z moich rozmówców. Szóste „wybory Alaksandra Łukaszenki” zaczynały się zupełnie nie według planu władz. Inne niż dotąd miały być także dla dziennikarzy niezależnych mediów.

– Jeszcze w kwietniu nikt nie spodziewał się czegoś podobnego, a już w sierpniu znaleźliśmy się na linii frontu we własnym kraju. Wydaje mi się, że to cena za prawo bycia świadkiem historii swojego kraju i narodu – mówiła Tałkaczowa.