Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Międzymorze / 20.10.2021
Nikodem Szczygłowski

Jože Plečnik wśród pól kukurydzy i słoneczników Wojwodiny

W serbskiej Wojwodinie żyją Rusini. Mają własny system szkolnictwa, lokalny kanał telewizyjny, stację radiową, a także wydawnictwo i czasopisma we własnym języku. To niemałe osiągnięcia, szczególnie jak na mniejszość narodową liczącą 15 tysięcy osób.
Foto tytułowe
Kaplica Najświętszej Marii Panny w miejscowości Vodice, obok której jest źródło uważane za cudowne (fot. autor)

Greckokatolicka katedra pod wezwaniem św. Mikołaja w Ruskim Krsturze wyglądała jak typowy przykład budownictwa sakralnego, często spotykany na terenach dawnej węgierskiej części monarchii Habsburgów. Pomalowany na pastelowe kolory gmach kościoła, neobarokowa dzwonnica, kopuła o finezyjnym kształcie, zegar na wieży, który wybija godziny w leniwe letnie popołudnie, kiedy cienie stają się coraz dłuższe. Domostwa położone wzdłuż głównej ulicy noszącej imię Marszałka Tito wyglądają solidnie, niektóre z nich zapewne pamiętają czasy monarchii austro-węgierskiej, z pewnością zaś czasy pierwszej Jugosławii. Przy niewielkim placu, nieopodal magistratu i biblioteki, w kartonowych pudłach wystawione są do wzięcia za darmo stare czasopisma i książki – w większości w języku rusińskim. Wertuję kilka z nich – „Pionirska zagradka” („Ogród Pionierski”), numer poświęcony jubileuszowi 85-lecia Josipa Broza-Tity z 1977 roku. Uśmiechnięte twarze, piosenki i wierszyki. Po rusińsku.
(fot. Nikodem Szczygłowski)

Dziś język rusiński wciąż pobrzmiewa na ulicach miasteczka – podobnie jak w czasach Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii, międzywojennego królestwa Jugosławii oraz monarchii Austro-Węgierskiej. Pokrzykują w nim dzieci, pędzące na rowerach w kierunku odnogi kanału DTD (Dunaj–Tisza–Dunaj) na obrzeżach Ruskiego Krstura, rozmawiają dwie gospodynie domowe, które nieśpiesznie wybierają arbuzy na targowisku, oraz ekspedientka w sklepie wielobranżowym, odpowiadająca coś komuś przez telefon. Brzmi bardzo ciekawie i swojsko – trochę jak słowacki, trochę jak ukraiński, niektóre wyrazy pobrzmiewają w dziwny sposób niemal po polsku, na końcu zdania często pada twierdząco-pytające „hej”.

Moim wspaniałym przewodnikiem po świecie Rusinów Wojwodiny (autonomicznego okręgu w północnej Serbii) jest Nikola Šanta – pisarz, redaktor naczelny magazynu „Ruski Kalendar”, intelektualista, a prywatnie także pszczelarz, który mieszka w Kucurze – wsi położonej około 50 km na północ od Nowego Sadu. Kucura, Vrbas, Ruski Krstur, Kule i inne miejscowości stanowią osobliwy archipelag na tle wojwodińskiego mikrokosmosu. Największym ośrodkiem jest właśnie Ruski Krstur, z nieco ponad 5 tysiącami mieszkańców, wśród których 85% stanowią Rusini.

Kim są Rusini Wojwodiny? Borislav Sakač, prezes Narodowej Rady Rusinów, w swoim biurze przy ulicy Fruškogorskiej w Ruskim Krsturze pokazuje mi na mapę pod szkłem, która wisi na ścianie. Zaznaczone są na niej dzieje migracji Rusinów do Wojwodiny. Na mapie dość precyzyjnie zostały wskazane miejscowości położone wzdłuż łuku Karpat, które obecnie leżą na terenie wschodniej Słowacji, południowo-wschodniej Polski oraz południowej części obwodu lwowskiego i całego Zakarpacia na Ukrainie.

Rusini przybyli na te tereny jako osadnicy – precyzuje Sakač – w kilku falach, proces został zapoczątkowany przez cesarzową Marię Teresę w drugiej połowie XVIII wieku.
Tereny Wojwodiny stanowiły wówczas pogranicze dualistycznej monarchii – południowe kresy ziem Korony św. Stefana, graniczące z Sandżakiem Smedereva (inaczej zwanym Paszałykiem Belgradzkim) na drugim brzegu Dunaju, który należał do imperium Osmanów (po 1830 roku jako autonomiczne Królestwo Serbii). Były to ziemie słabo zaludnione, a w miejscach, gdzie Tisa szeroko się rozlewała na dzikie łąki, w większości bagniste. Decyzją cesarskiego rządu w Wiedniu sprowadzono więc tu kolonistów z innych terenów monarchii, którzy umieli uprawiać ziemię – sporo Niemców, ale także Słowaków, Czechów i właśnie Rusinów. Kolonizacja trwała właściwie aż do końca XIX wieku. W kolejnych falach przybyli tu m.in. Ukraińcy i Polacy z Galicji, osiedlali się także Rumuni z pobliskiego Banatu. Oprócz Węgrów i Serbów – dwóch największych narodów Wojwodiny – do II wojny światowej na tej ziemi obok siebie mieszkali przedstawiciele jeszcze kilku narodów.
(fot. Nikodem Szczygłowski)
Rusini byli pracowici, uczyli się od niemieckich kolonistów, więc z czasem udało się im przekształcić bagniste łąki, które otrzymali pod uprawę, w żyzne i płodne pola, dające wspaniałe plony. O przywiązaniu do etosu pracy wśród Rusinów – tak nietypowym raczej na „bałkańskim” południu – świadczy również folklor. Popularne przysłowie brzmi Ne ponaglaj z jezikom, ale z robotu.
Rusini dzisiaj stanowią prężną, zwartą wspólnotę liczącą niewiele ponad 15 tysięcy osób, skupionych poza Ruskim Krsturem w kilku wsiach. Mają jednak na koncie wiele osiągnięć, którymi nie mogą się poszczycić znacznie bardziej liczne mniejszości narodowe w wielu innych państwach.
Mają własny system szkolnictwa – od podstawówki po fakultet języka rusińskiego na Uniwersytecie w Nowym Sadzie, o którego pracy z pasją opowiada mi Helena Papuga, pełniąca funkcję kuratora oświaty w języku rusińskim i nadzoruje wydawanie podręczników w po rusińsku. Mają własny lokalny program telewizyjny i redakcję radiową w Nowym Sadzie oraz własne wydawnictwo i czasopisma kulturalne. Tworzą literaturę i poezję w swoim języku – która jest wydawana, czytana i tłumaczona na serbski, a czasami też na inne języki – o czym przekonuje mnie pani Olena Plančak-Sakač – redaktorka wydawnictwa Ruske Slovo w Nowym Sadzie, pisarka, tłumaczka i badaczka literatury, która pokazuje mi swoje książki, liczne publikacje i tłumaczenia – m.in. ze słoweńskiego.

Kiedy z Nikolą Šantą odwiedziliśmy wieś Kucura, w której mieszka, pokazał mi swój ogród, w którym rosną śliwy, gruszki i jabłka oraz – ze szczególną dumą – pasiekę. Jedliśmy jabłkowe ciasto przygotowane przez jego żonę Melanię i rozmawialiśmy o tym, jak to jest być pisarzem tworzącym w języku, w którym czyta zaledwie 15 tysięcy ludzi.
(fot. Nikodem Szczygłowski)

Swoją najbardziej znaną na chwilę obecną powieść, której pierwszą czytelniczką i recenzentką była jego córka Irina – Panoński potwór (serb. Panonska neman) – Nikola napisał i wydał jednak po serbsku, przede wszystkim po to, jak twierdzi, aby przekaz w niej zawarty dotarł do serbskiego czytelnika. Albowiem, jak mówi Nikola, „prawdy o sobie dowiadujemy się tylko wtedy, gdy ludzie, którzy mieszkają obok nas, mówią prawdę o nas”. Pragnie, aby wszyscy wspólnie zamieszkujący ziemię Wojwodiny dowiedzieli się prawdy o sobie, wypowiedzianą ustami sąsiadów. W powieści, w której opisuje m.in. rzeczywiste wydarzenia związane z oblężeniem Vukovaru trwającego od sierpnia do listopada 1991 roku, każdy ma własną prawdę, być może dlatego punkt spojrzenia Rusina został wykorzystany jako swego rodzaju soczewka, w której skupiają się różne poglądy.
(fot. Nikodem Szczygłowski)

W tych sierpniowych dniach 2021 roku, kiedy Nikola odkrywał dla mnie rusiński świat Wojwodiny, niedaleko stąd, po chorwackiej stronie granicy, trwały właśnie przygotowania do uroczystych obchodów 26. rocznicy Operacji „Oluja” („Burza”) z 4–7 sierpnia 1995 roku, wskutek której wojska chorwackie ponownie przejęły kontrolę nad terenami tzw. „Srpskiej Krainy”. Wspominano także rocznicę początku oblężenia Vukovaru. Kiedy z Wojwodiny wróciłem do Belgradu, oglądałem transmisję z obchodów z Vukovaru na chorwackim kanale HRT, natomiast później, kiedy udałem się na spacer śródmieściem, przy katedrze św. Marka odkryłem kamień upamiętniający „serbskie ofiary, które ucierpiały na terenach byłej Jugosławii wskutek wojen 1991–2000”. Obok leżały wieńce przepasane szarfami w barwach narodowych oraz świeże kwiaty. Nikola miał rację, „prawda” narodów w Vukovarze oraz Belgradzie dotąd miała nader odmienne oblicza.

Przez dwa dni razem jeździliśmy po rusińskich wsiach, spotykaliśmy się z różnymi ludźmi od Nowego Sadu po Vrbas i Ruski Krstur, gdzie słuchałem opowieści Rusinów o sobie, o ziemi, która jest ich ojczyzną od ponad 200 lat, o Serbii, Jugosławii, o polityce i zwykłym codziennym życiu. O tym, co oznacza przynależeć do małego narodu, który zawsze i wszędzie jest w mniejszości. Nasza podróż prowadziła drogami wśród żółtych pól słoneczników lub kukurydzy, zalanych promieniami południowego słońca, po drodze mijaliśmy stare remizy strażackie, domy kultury – czasami jeszcze w postaci „narodnych domów”, powstałych w czasach monarchii lub Królestwa SHS, kapliczki, kościółki, źródła uważane za cudowne oraz znaki drogowe – żółte tablice z nazwami miejscowości napisanymi w kilku językach – po serbsku oraz po słowacku, węgiersku lub rusińsku, w zależności od mijanej miejscowości.

Podczas zwiedzania greckokatolickiej katedry pod wezwaniem św. Mikołaja w Ruskim Krsturze, syn Nikoli, Mihajlo, który po studiach w seminarium w Użhorodzie został tutaj pomocnikiem proboszcza, wiedząc o moich zainteresowaniach i związkach ze Słowenią, tajemniczo się uśmiechnął i poprowadził mnie za ikonostas, gdzie wskazał na ołtarz.
Nikodem Szczygłowski - podróżnik, pisarz, eseista, reporter. Absolwent Archeologii śródziemnomorskiej Uniwersytetu Łódzkiego i CEMI - Central European Management Institute w Pradze. Biegle włada językiem litewskim i słoweńskim, znawca kultury słoweńskiej. Obecnie mieszka w Wilnie, laureat nagrody za osiągnięcia w publicystyce Ministerstwa Kultury Republiki Litewskiej (2020).
– Zwróć uwagę na to – powiedział, pokazując na tabernakulum i imponujący świecznik znajdujący się na ołtarzu. Styl wykonania rzeczywiście wydał mi się dziwnie znajomy, kiedy zaś ujrzałem także dwie charakterystyczne ozdobne kolumny z tyłu, spojrzałem pytająco na Mihajla. – Tak, tak – jego oczy zza szkiełek okularów się uśmiechały. – Wszystkie te elementy dla naszej katedry wykonał słynny słoweński architekt Jože Plečnik. Spotkanie z dziełem Plečnika, tak daleko od Tromostovja i brzegów Lublanicy, na dodatek w miasteczku, zagubionym gdzieś pomiędzy pól słoneczników i kukurydzy stanowiło samo w sobie niezwykłe doznanie. Podobnie, jak cała historia Rusinów Wojwodiny, która wciąż czeka na większe zainteresowanie