Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Międzymorze / 18.11.2021
Nikola Šanta (przekład z języka serbskiego Nikodem Szczygłowski)

Potwór panoński (fragment)

Trzydzieści lat temu, 18 listopada 1991 r., padł Vukovar. Przez niemal trzy miesiące armia jugosłowiańska i siły serbskie oblegały miasto bronione przez Chorwatów. W ciągu kolejnych lat następne oblężenia, zbrodnie i bitwy przyćmiły ten tragiczny fragment historii rozpadu Jugosławii. Niemniej miasto i jego wieża ciśnień stały się ważnymi symbolami tego, co na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku stało się na Bałkanach. W szczególności z mieszkającymi tam ludźmi. (JK)
Foto tytułowe
Wieża ciśnień w Vukovarze (Shutterstock)

„Historia, której się uczymy, to miód, cukier i propaganda wyborcza. To wszystko jest trucizną, zazdrością i zemstą”.
Béla Hamvas


Kucura, 25 sierpnia 1991 r.

Obok setek pędów akacji rośnie tu taka sama liczba pnączy winorośli. Muszę zadbać o moją winnicę, z motyką w ręku podchodzę więc – już po raz trzeci w tym roku – do pierwszego rzędu winorośli. Podkreślam, że winnica jest moja, ponieważ od dawna marzyłem o tym, żebym ja, jeden z trzech synów biednego, bezrolnego chłopa, miał wreszcie własną działkę.

Wyobrażam to sobie tak: planeta Ziemia jest okrągła, duża, a na tej kuli ziemskiej znajduje się mały kwadrat, plamka, punkt, który jednak można zobaczyć z kosmosu. To jest właśnie moja działka, a na niej jestem ja. Tam mieszkam i istnieję.

Nie mógłbym mieszkać w bloku na dziesiątym czy piętnastym piętrze. Muszę mieć codzienny kontakt z ziemią, z roślinami i zwierzętami. W moim odczuciu bez tego kontaktu człowiek traci coś ze swojej istoty. Napisałem nawet kilka zdań na ten temat, które załączam tutaj:

Nie wyobrażam sobie, jak można napisać wiersz
w mieszkaniu ze szkła i stali
na dziesiątym czy piętnastym piętrze,
w tym pudle z dwoma oknami,
jak z dwiema plastikowymi szkłami okularów,
szkłami obfitości i próżności,
szkłami, których nie można wytrzeć.
Nie twierdzę, że ponad ziemią, krzewami,
drzewami i trawą nie ma poezji.
Możliwie dobrzy poeci coś dostrzegają
z tej królewskiej wysokości.
Zwłaszcza z balkonu, który pachnie petuniami i gałką muszkatołową.
Ale z pewnością nie dostrzegają mrówki
z tej białości tkwiącej w powietrzu,
nie znają dramatu
przynoszenia okruchu chleba
z kawałków i ziół
kilkakrotnie większych od siebie.
Poeta, jak mrówka, próbuje
pokonać ciężar wielokrotnie większy,
więc sobie z nim radzi.
Zarówno mrówki, jak i poeta wiedzą na pewno
że siła nie tkwi w cienkich nóżkach
i słabym ciele
lecz w wierze jest moc ducha
i wciąż próbowaniu na nowo.


Dbanie o własną winnicę to dla mnie nie praca, lecz przyjemność. Przeciągam szeroką motyką przez miękką glebę, uważając, aby nie uszkodzić delikatnych korzeni dwuletnich winorośli. Jeśli znajdę stwardniałą grudkę ziemi, rozbijam ją tępą częścią motyki, a następnie prostuję się i potrząsam gałęziami winorośli. Winnica nie jest duża, ale jest piękna, bo jest moja. Zostawię ją dzieciom. Za dziesięć lat Mihajlo będzie już dużym chłopakiem, a winnica właśnie zacznie osiągać swój dojrzały wiek. Nauczę go, jak robić wino, a także domowej roboty lozovačę i komovicę.

Lozovača – rakija z winogron, uzyskiwana poprzez destylację ich sfermentowanych łodyg.
Komovica – rakija, którą otrzymuje się z wytłoków winogronowych pozostałych po wytłoczeniu wina, do których można dodać osad winny z drożdży. Zazwyczaj to produkt uboczny produkcji wina.
Każdej jesieni będę sadził kolejne kilkanaście nowych krzewów, aż w winnicy nie zabraknie dla nich miejsca. Stworzę tutaj istny raj na ziemi. Być może nawet Mina też go pokocha. Kto zechce, niech w nim pracuje i cieszy się nim. To dla mnie przyjemność, że mogę dbać o tę ziemię, tworzyć to miejsce i pozwalać innym cieszyć się owocami, które wydaje.

Czyżby to miłość ojcowska przemawiała we mnie?

Czy jest to oznaka dojrzałości?

Czy jest to przejście z biologicznego do duchowego etapu życia?

Opieram motykę o młodą czereśnię i idę w stronę końca ogrodu. Liczę. Ile kroków, ile metrów. Odmierzam. Tutaj mamy odmianę Prokupac, obok niej trzy rzędy Vranac, a tutaj posadzę Slankamenkę. Odmiany winorośli, słodkie i lepkie. Zatrzymuję się na chwilę, przeciągam się, czuję lekki letni poranny wiatr.

Obserwuję chmury. Nie da się ot tak po prostu patrzeć na chmury, nie myśląc o Bogu, aniołach, świętych, duszach zmarłych i nienarodzonych, o wszystkich tajemnicach, które nas nawiedzają, budzą naszą ciekawość, pobudzają do myślenia, czynią nas ludźmi.

Kiedy patrzę na chmury, to tak, jakbym widział siebie i swoje życie, nie to, które prowadzę teraz, lecz to, które prowadziłem do tej pory i to, które będę prowadził później.

Chmury kłębiaste, po łacinie zwane cumulusami, najbardziej pobudzają moją wyobraźnię. Towarzyszą nam przez całe życie, wpływają na nasze myśli i pobudzają głęboką tęsknotę, niezależnie od tego, w jakim miejscu świata się znajdujemy. Jest to rodzaj tęsknoty głębinowej, która jest pierwotnym uczuciem każdego człowieka, głęboka prawda, której nie potrafimy wyrazić słowami, więc po prostu ją czujemy. Uświadomienie sobie tego wszystkich nas zbliża do siebie. Nas, czyli społeczność, plemię, naród, ludzkość. To zaś, co nas dzieli, to próba wyjaśnienia tego głębokiego uczucia, wytłumaczenia tego niezwykłego stanu umysłu. Niektórzy tłumaczą to w jeden sposób, inni w inny. I wtedy powstają nieporozumienia między ludźmi. Podobnie jak wtedy, gdy chłopcy kłócą się o to, co rozpoznają w chmurach na niebie. Jeden widzi świętego Sawę, a drugi świętego Antoniego. Chociaż w rzeczywistości jest to tylko para wodna. I nic więcej.
Ruiny dworca w Vukovarze (Shutterstock)

Dziś będzie ciepło.

Wsłuchuję się w wiatr szeleszczący wśród gałęzi winorośli. Duże, ciemnozielone liście migoczą w słonecznym świetle. Słyszę trzepot skrzydeł stadka spłoszonych gołębi, których zaskoczył nagły skok kota. Dla mojego ucha ten dźwięk jest bardzo cenny, ponieważ przypomina mi późne dzieciństwo, kiedy to dopiero zaczynałem interesować się hodowlą gołębi.

Widzę przed sobą gołębie szare, plamiste, serbskie wysokolotne, angielskie tiplery i inteligentne gołębie pocztowe. Wśród nich jest również mieszaniec, nie jest rasowy, ale jest wytrzymały i dobroduszny. Moja córka zapytała mnie ostatnio: „Tato, czy w naszej rodzinie był ktoś ważny lub sławny?”. Odpowiedziałem, że powinna być dumna z całej swojej rodziny, a jednocześnie starać się pozostawić po sobie swój ślad, i że cokolwiek w życiu osiągnie, zostanie z nami, z nią i ze mną. I w myślach śmieję z tego, o czym myśli moje dziecko.

Wróćmy jednak do naszych gołębi. Oni są włodarzami wysokości. Ja też czasem lubię spojrzeć na świat z perspektywy wysoko latającego gołębia. Stamtąd wszystko wygląda inaczej.

Kiedy byłem miłośnikiem gołębi, siedząc czasami w cieniu drzew, dumnie myślałem, że jestem właścicielem ptaków, które obserwowały mnie z góry. Gdy wstrzymywałem oddech, czułem w płucach rozrzedzone powietrze. Ach, co za iluzja. Podobnie jak wtedy, gdy wydaje mi się, że jestem panem na swojej ziemi, bo to przecież nie jest tylko moja ziemia. Spójrz, tu są mrówki. Tam jest ich dom, mrowisko. Nie ma to żadnego wpływu na ziemię. Dlaczego mrówki nie zderzają się ze sobą, idąc w kolumnach w dwóch różnych kierunkach? Na czym polega siła, która reguluje ich relację? Dla gołębi, niezależnie od ostrości ich wzroku, świat mrówek wydaje się odległy. Nawet niewidoczny, co nie znaczy, że nie istnieje.

Jakich jeszcze światów nie widzę?

Jaki jest związek między mrówką, ptakiem i mną?

Co nas łączy poza powietrzem, którym oddychamy?

Co to za wątek? Nie widzę go, ale czuję, że istnieje.

Wiatr wieje z północnego zachodu, jakby z przyszłości, przynosząc ze sobą nowe dźwięki. Odgłos grzmotu. Słucham i rozpoznaję ten dźwięk. Te dziwne dźwięki nie pochodzą z przyszłości ani z przeszłości, ale docierają zza Dunaju, z Iloku, z Slawonii, z Vukovaru. Bam... Bam... Bam... Wreszcie zdałem sobie sprawę – to armaty! Oni bombardują Vukovar!

[…]

Dni mijały powoli. Noce były jeszcze dłuższe.

Choć wiedzieliśmy, że to prowokacja, byliśmy nieco rozczarowani, gdy usłyszeliśmy wiadomość, którą przyniósł nam oficer: – Najwyższe władze Republiki Chorwacji – od Parlamentu po prezydenta Tuđmana – zapomniały o was! Zostaliście złożeni w ofierze, ponieważ wasi przywódcy nie zgodzili się na wymianę was według zasady „wszyscy za wszystkich”! Wobec tego proponuje się, aby przedstawiciele każdej celi zebrali się razem i napisali listy, które następnie zbierzemy i wyślemy do waszego kierownictwa – oznajmił nam oficer.

Cóż to za bzdury słyszymy. Dlaczego chorwackie władze miałyby o nas zapomnieć? Dlaczego miałyby nas poświęcić? To tylko kolejny sposób wywarcia na nas presji. Co jeszcze wymyślą w tym celu? Jako dziennikarz zostałem poproszony o napisanie listu w imieniu naszej celi. Niektórzy z nas pisali długo i obszernie. Ja wybrałem styl krótkiej notatki prasowej:

„My, mieszkańcy Vukovaru, w tym członkowie Gwardii Narodowej i innych jednostek zbrojnych armii chorwackiej, zostaliśmy 18 listopada siłą zabrani z naszych domów i wywiezieni do Sremskiej Mitrovicy, a stamtąd trzy dni później do Niszu. Zwracamy się do instytucji rządowych Chorwacji z prośbą o wymianę nas na zasadzie «wszyscy za wszystkich»!”.
Vukovar. Dwa tygodnie przed upadkiem (Shutterstock)

Kruno przeczytał list w imieniu swojej celi i powiedział do mnie:

– Od razu wiedziałem, jaką wiadomość napiszesz. Dziennikarski styl, krótko i skutecznie! – chwalił mnie słynny mieszkaniec Vukovaru.

Przez okno obserwowaliśmy dziedziniec więzienny. Grudniowe dni stawały się coraz chłodniejsze. Śnieg wciąż jeszcze nie spadł, ale codziennie wiał zimny wiatr. Podwórko jest uporządkowane, drzew już dawno straciły liście. Róże są pieczołowicie przycinane, przykrywane, aby nie zamarzły. Trawa obok płotu wciąż jest zielona, mimo że ziemia już zamarzła.

Kiedy Drago i ja żartowaliśmy z siebie lub trochę się przekomarzaliśmy, aby przezwyciężyć apatię i cały bezsens sytuacji, w której się znaleźliśmy, Drago zwykle mówił:

– Czy wiesz, Mironie, ile czasu upłynie, zanim liście na drzewach znów się zazielenią i zakwitną róże? Dopiero wtedy nas wypuszczą.

– Drago, na dziedzińcu jest dużo ławeczek, będziemy mogli na nich usiąść i odpoczywać – odpowiadałem mu.

Zwykła przedpołudniowa cisza i nasza rozmowa tego razu została nagle przerwana przez rozkaz, który wydał Nail:

– Załóżcie swoje szynele i wychodzić na podwórko parami! Szybko!

Czy to możliwe, że w końcu odetchniemy świeżym powietrzem, nawet jeśli będzie zimne?

Ustawiliśmy się w szeregu na dziedzińcu, a Nail powiedział do nas:

– Słuchajcie uważnie! Jesteście pierwszą grupą, która stąd wyjdzie. Wkrótce przyjadą po was autobusy, więc przygotujcie się, zabierzcie swoje rzeczy osobiste, a w jadalni dostaniecie z powrotem wszystko, co wam zabrano, kiedy was tu przywieziono. A teraz – spocznij! Rozejść się! Obyście za godzinę wszyscy byli zgromadzeni na dziedzińcu!

Nie mogłam uwierzyć w jego słowa. Dziwne uczucia ogarnęły mnie i targały mną w środku. Wątpliwości co do prawdziwości słów strażnika, niepokój, a nawet strach, wszystko to mieszało się z zapalczywą radością, co do której nie byłem pewien, czy na nią zasługuje. W ostatnich miesiącach było zbyt wiele kłamstw i oszustw, abym mógł bez wątpliwości uwierzyć w prawdziwość komunikatu Neila. Podobnie zareagowali inni więźniowie. W tej grupie był też Drago Tvorek, z czego się ucieszyłem. Naszą konsternację przerwał ostatecznie właśnie on, pytając:

– A dokąd to właściwie pojedziemy? Gdzie oni nas przenoszą? Do jakiego miasta?

– Wiem tylko, że zabierają was do Nowego Sadu i tam powiedzą, co się z wami dalej stanie.

Nie było więcej pytań. Dzieliliśmy się ze sobą naszymi przemyśleniami na temat niepewności nowej sytuacji i zamieszania, które nas ogarnęło. Stopniowo, w miarę jak oswajaliśmy się z myślą o tym, co się dzieje, pojąłem wreszcie, że wydostajemy się z tego piekła. Jednak moja podświadomość podsuwała mi nowy dylemat. Jeśli mam wybór, dokąd pójdę, co uczynię, w jaki sposób? Co i jak mam zdecydować? A co, jeśli to całe oszustwo jest zaaranżowane przez serbski rząd, aby dowiedzieć się, kto z nas i dokąd chce się udać? Kto pragnąłby wrócić do Chorwacji, a kto chciałby zostać w Serbii? A jeśli to tylko gra psychologiczna, prowokacja? Ta nieufność zatruła moją cichą radość.

Kiedy my, ci, których nazwiska zostały odczytane, ponownie ustawialiśmy się w szeregu na dziedzińcu, uwierzyłem wreszcie, że nadszedł ten czas, kiedy naprawdę będę wolny. Pomyślałem, że sprawiedliwość w końcu zwyciężyła.


Spojrzałem na strażników. Nail, Zemo, Kubura, Kiro i kilku innych. Nie wiedziałem, po co to robię, ale bez żadnego przygotowania psychicznego i nie zastanawiając się zbytnio, dlaczego mam to zrobić, podszedłem do Kubury.

– Wyjeżdżam i pewnie już nigdy się nie zobaczymy – powiedziałem mu.

– No dobra, i co z tego? No, dalej! Idź! Przynajmniej nie będę już musiał oglądać tej twojej brzydkiej gęby.

– Chciałem cię prosić, żebyś mi wybaczył – powiedziałem, nawet nie wiem, dlaczego.

– Żebym ci wybaczył?! Chyba chciałeś powiedzieć, że to ja powinienem prosić cię o wybaczenie?

– Nie! To ja proszę ciebie o wybaczenie! – trwałem w swoim zamiarze, choć nie planowałem wcześniej takiej rozmowy. Chciałem tylko jak najszybciej opuścić to miejsce.

– Ja, który cię biłem, znęcałem się nad tobą, pogardzałem tobą, torturowałem cię, czy mam ci przebaczyć? Dlaczego? Przecież nie zrobiłeś mi nic złego.

– Więc dlaczego mi to wszystko zrobiłeś, skoro nie zrobiłem ci nic złego?

– Musiałem. Takie były rozkazy, które otrzymałem! – odpowiedział Kubura, odwracając się ode mnie plecami.

– Wtedy, kiedy mnie biłeś, znienawidziłem cię. Dlatego proszę cię o wybaczenie. Moja dusza była wtedy zatruta nienawiścią.

– Ja też cię nienawidziłem. Powiedziano nam, że zabijaliście serbskie dzieci, podpalaliście serbskie domy, gwałciliście serbskie kobiety. Dlatego cię tłukłem. I to mi się podobało, żebyś wiedział.

– Widzisz, uwierzyliście w te oskarżenia przeciwko nam i myśleliście, że czynicie dobro, ponieważ w ten sposób rzekomo pomściliście cierpienia waszych rodaków. A ja nienawidziłem cię, bo wiedziałem, że to wszystko kłamstwa i oszczerstwa. Ty nie mogłeś wiedzieć, ale ja znałem prawdę. Albo nie chciałeś wiedzieć. Potrzebowałeś wszystkich tych kłamstw. Dlaczego? Nie wiem, czy sam zdajesz sobie z tego sprawę.

– Dobrze, to powiedz mi ty teraz: czy zabiłeś kogoś lub zgwałciłeś? Czy jesteś winny tego, o co cię oskarżono?

– Nikogo nie zabiłem, nie zgwałciłem, nie podpaliłem, ale nienawidziłem, bardzo nienawidziłem tych, którzy bombardowali moje miasto, tych, którzy gwałcili nasze kobiety, tych, którzy zabrali nam wszystko, nasze życie. Jestem martwym człowiekiem. Zabiła mnie nienawiść. Wszystko, co było we mnie wartościowe, zostało wypalone przez nienawiść. Proszę więc teraz, abyś przynajmniej mi wybaczył, żebym mógł spróbować się odrodzić. Gdyż z nienawiścią nie da się żyć. Nienawiść to śmierć! A jeśli zapytasz mnie, czy jestem winny, odpowiem ci – tak, jestem winny! Jestem winny tego, że pozwoliłem, aby mną zawładnęła nienawiść. Więc żeby przebaczyć sobie, muszę najpierw poprosić o przebaczenie ciebie, którego nienawidziłem.
Nikola Šanta (ur. 1959) jest rusińskim pisarzem, publicystą, wieloletnim redaktorem pisma Ruske Slovo, intelektualistą, autorem kilku zbiorów esejów i powieści. Pisze po rusińsku i serbsku. Jego powieść Potwór panoński (Panonska neman), wydana w języku serbskim, opowiada historię Rusinów w Wojwodinie od rozpadu Austro-Węgier do rozpadu Jugosławii. Powieść opisuje prawdziwe wydarzenia związane ze zbrodniami węgierskiego reżimu okupacyjnego w 1942 roku. W mieście Đurđevo oraz w 1991 roku. oblężenie Vukovaru w sierpniu-listopadzie. Šanta mieszka w wiosce Kucura niedaleko Nowego Sadu w Serbii, opiekuje się sadem i pszczelarstwem, ale jego spostrzeżenia wykraczają daleko poza idylliczną Wojwodinę.

Strażnik zmieszał się. Zaczął nerwowo dreptać na miejscu, aż w końcu zalał się łzami:

– Co ty mi robisz, człowieku? Zostawże mnie w spokoju, wynoś się już stąd!

– Pójdę, ale najpierw wybacz mi – byłem uparty.

Kubura milczał. Odwróciłem się od niego i poszedłem w kierunku autobusu, gdzie byli już inni więźniowie. Za plecami usłyszałem:

– Poczekaj! Zatrzymaj się!

Posłuchałem.

Kubura podszedł do mnie, przytulił mnie i rozpłakał się. Chciał coś powiedzieć, ale zabrakło mu słów. Mamrotał coś, szlochając.

Wyrwałem się z jego uścisku i ruszyłem w stronę autobusu. Kubura stał na środku dziedzińca i machał do mnie, po czym odwrócił się i odszedł z pola widzenia i z mojego życia, pozostawiając głęboki ślad w mojej duszy.