Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Międzymorze / 04.01.2022
Mariusz Sawa

Zachować pamięć o każdej osobie. Ukraińcy zabici na ziemiach polskich w latach 40.

Dwóch historyków rozpoczęło liczenie ofiar polsko-ukraińskiego konfliktu. Rezultaty mogą się okazać nie po myśli żadnej ze stron dzisiejszego sporu o pamięć.
Foto tytułowe
Atak polskiego podziemia na wieś Sahryń. 10 marca 1944 (fot. Muzeum w Tomaszowie Lubelskim)

„Kasia Domska była z tego roku co i ja. […] Chodził do niej chłopiec, Polak, przed wojną. […] I żeby nie Niemcy, ona by za tego Polaka wyszła. On był spokojny, religijny. Jak Niemcy przyszli, mama mówi do Kasi: «Gdzież ty Kasiu pójdziesz teraz do kościoła, jak my mamy teraz władzę, jak Niemcy nam dali władzę». I wie pan, co się stało? Kasia wyszła za mąż za takiego Michała Łopusińskiego. On przed wojną był komunistą. […] To było w styczniu [1943 roku – przyp. M.S.], a w maju Niemcy przyjechali i wszystkich, kto się trafił, Polaków, Ukraińców, zabierali do Mołodiatycz do kozy przy gminie. Złapali też Łopusińskiego. Jakoś uciekł i zaczęli go szukać. […] Przyjechali po niego do domu i jego nie było, schował się. Wzięli więc żonę i brata […] W Mołodiatyczach przy wiatraku pod skarpą […] Kasia strasznie płakała. Była jedyną kobietą, reszta sami mężczyźni, Warszawiaki, co szmuglowali, handlowali. Kasia tak płakała. Kazali się odwracać twarzą do skarpy, a ona do nich… całowała ich po butach, żeby jej nie zabijali. Młoda była i w ciąży już była nawet. I zabili tę Kasię. […] Tylko przez niego… […] Ale cóż zrobić. Tak to wtedy było.”

To jedna spośród milionów wojennych opowieści, ale dla mojej rozmówczyni, Stanisławy Stopyry, była to historia wyjątkowa. Pod dębowy krzyż na prawosławnym cmentarzu w Gdeszynie, gdzie spoczęła Kasia pod nazwiskiem Domska-Łopuszyńska i napisem „ofiara terroru niemieckiego”, przybywam jako słuchacz tej relacji, ale także jako historyk. Jako badacz, który ma świadomość, że jest to jedno spośród pięciu tysięcy nazwisk Ukraińców z Lubelszczyzny, którzy stracili życie w czasie okupacji niemieckiej. Padli ofiarą Niemców, polskiego podziemia, podziemia ukraińskiego albo zwykłych bandytów.
Ukraińskie ofiary Chełmszczyzny i Południowego Podlasia w latach 1939–1944 (fot. Mariusz Sawa)

1200 śmierci jednego dnia

Dzięki żmudnej pracy dwóch badaczy oraz wsparciu Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego we Lwowie wiele podobnych Kateryn, Wasylów czy Hryhorijów oraz tysiące innych ukraińskich chłopów trafiło na karty książki. Historycy Igor Hałagida z Gdańska i Myrosław Iwanek z Toronto w 2021 roku wydali pierwszą publikację w serii dotyczącej ukraińskich strat osobowych na terenie dzisiejszej wschodniej Polski: Ukraińskie ofiary Chełmszczyzny i Południowego Podlasia w latach 1939–1944 (Lubelski dystrykt Generalnego Gubernatorstwa), ukr. Українські жертви Холмщини та Південного Підляшшя у 1939–1944 рp. (Люблинський дистрикт Генеральної Губернії). Ustalili dane personalne, okoliczności, daty i miejsca zgonu (lub ranienia, aresztowania czy zaginięcia) ponad 5000 Ukraińców. Stworzyli elektroniczną bazę danych, która umożliwia analizowanie materiału ze względu na okresy, miejsca, płeć czy nazwiska sprawców. Wyeliminowali powtórzenia i skorygowali bądź uzupełnili informacje obecne już w literaturze.

W publikacji na pierwszy plan wybija się szczegółowa analiza zbrodni polskiego podziemia dokonanej na Ukraińcach wiosną 1944 roku, w wyniku której tylko jednego dnia, 10 marca, zginęło ponad 1200 osób. Pierwotny zamysł autorów sprzed kilku lat dotyczył bowiem sporządzenia spisu ofiar konfliktu polsko-ukraińskiego. Stąd też wziął się, i taki pozostał, tytuł całego projektu: Ofiary konfliktu polsko-ukraińskiego lat 1939–1947.

Baza źródłowa, na podstawie której Hałagida i Iwanek odtworzyli personalia ofiar i okoliczności ich śmierci, jest szeroka. Obejmuje ukraińskie i niemieckie dokumenty z epoki, a także prasę. Autorzy ubolewają, że projektu nie rozpoczęto choćby ćwierć wieku temu, gdy żyli jeszcze świadkowie wydarzeń, ale zauważają też, że dzisiaj dysponują dodatkowymi dokumentami o ogromnej wartości, które nie były dostępne jeszcze dwie, trzy dekady temu, np. aktami sądowymi i prokuratorskimi z okresu komunistycznego.

Co ważne, przedsięwzięcie ma również objąć liczenie ofiar polskich na tych samych terytoriach. Obecnie uczestnicy projektu dokonują tego przy okazji. W projekcie, którego realizację zaplanowano na cztery–pięć lat, bierze udział sześcioro zawodowych historyków, dwoje z Polski i czworo z Ukrainy.

Moralny obowiązek

Iwanek (w projekcie uczestniczył tylko przy okazji tomu o dystrykcie lubelskim) oraz Hałagida to potomkowie Ukraińców zamieszkujących historyczną Ziemię Chełmską. Obaj urodzili się już na północy Polski, gdyż właśnie tam ich przodkowie trafili w wyniku akcji „Wisła”. Pierwszy z nich nie ukrywa, że praca historyka jest dla niego poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie, kim jest, skąd pochodzi, jakie są jego korzenie i dlaczego jest dzisiaj tu, a nie gdzie indziej.
Groby ofiar polskiego podziemia z wiosny 1944 (fot. M. Sawa)

„Na mnie i na Igorze ciążył moralny obowiązek – mówił Iwanek w przeprowadzonej przez Natalkę Popowycz rozmowie – jako na tych, którzy żyją i mogą coś zrobić dla tych, którzy w większości nie mają grobu, nie mają krzyża, nikt o nich nie wspomni. Poginęły całe rodziny, nawet nie miał kto zgłosić, by zamordowanych zapisać jako ofiary. Jeśli mamy możliwość przywrócić w pamięci i dać tym nazwiskom miejsce w historii poprzez umieszczenie w książce, to właśnie był nasz moralny obowiązek”. Z kolei rektor Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego we Lwowie ks. Bogdan Prach podkreślił, że „przeszłość jest mocno upolityczniana, [zwłaszcza] gdy brakuje realnych, solidnych, głębokich metodologicznie badań naukowych, wtedy też narastają różnego rodzaju mity, a w przestrzeni politycznej obrastają w nowe «argumenty» i dlatego też w różnych momentach stosunki polsko-ukraińskie wychodzą poza ramy normalnej dyskusji i miłości do bliźniego”.

Uczestnikom projektu zależało na tym, by – jak mówił Hałagida Katarzynie Komar-Macyńskiej z ukraińskiego tygodnika „Nasze Słowo” – „badania były niezależne od polskich czy ukraińskich instytucji państwowych, dlatego też projekt realizujemy przy Ukraińskim Uniwersytecie Katolickim”, który je finansuje. Ma on objąć także Podkarpacie, Wołyń i Galicję i już dzisiaj wiadomo, że liczba Ukraińców, którzy stracili życie z ręki Polaków na terytorium obecnej Polski, sięga 12 tysięcy. W przeważającej większości była to ludność cywilna. Kolejne tomy mają objąć także okres komunistyczny.

Dane liczbowe ustalone przez autorów obalają niektóre mity obecne w historiografii i powszechnym dyskursie. Hałagida zwraca uwagę na jeden z nich, mówiący o tym, że „w 1942 roku w dystrykcie lubelskim polskie podziemie dokonywało masowych zbrodni przeciwko ludności ukraińskiej”, co miało sprowokować rzeź zrealizowaną przez banderowców na Wołyniu w następnym roku. „Mimo że liczba ofiar pośród Ukraińców w 1942 roku nie jest duża, to trzeba zauważyć, że wówczas często ginęli ludzie, którzy zajmowali ważną pozycję w ukraińskiej społeczności: wójtowie, nauczyciele, spółdzielcy, członkowie komitetów pomocowych [legalnie działających pod okupacją organizacji społecznych – przyp. M.S.]. Zabójstwa te wywoływały rezonans i wiedziano o nich w Galicji i na Wołyniu, przepełniały ludzi trwogą, informowała o nich prasa i dlatego też akcentuje je ukraińska historiografia”.

Rezultaty badań mogą wyjść nie po myśli żadnej ze stron dzisiejszego polsko-ukraińskiego sporu o pamięć: „Może się na przykład okazać, że ofiar ukraińskich będzie mniej niż polskich, co może nie zostać odebrane przez historyków z Ukrainy pozytywnie – mówi Hałagida. – I nie zapominajmy, że czasami pojawiają się liczby nie mające pokrycia w faktach. Z drugiej strony mogą być wyższe niż te, które podają niektórzy polscy naukowcy”.


Wątpliwości pozostaną

Nie sądzę, by spory historyczne, zwłaszcza wokół wydanej za granicą książki naukowej, w zasadniczy sposób zredukowały społeczne uprzedzenia i obaliły stereotypy. Nie zanosi się na to zwłaszcza na terenie, gdzie doszło do tragicznych wydarzeń. Przewiduję to z perspektywy historyka, który odwiedza dębowy krzyż na mogile Kasi Domskiej oraz setki podobnych na zrujnowanych cmentarzach prawosławnych historycznej Ziemi Chełmskiej. Ale za wyrafinowanymi interpretacjami źródeł znajdują się historie takie jak opisana na początku: skomplikowane, wstrząsające i zmuszające do myślenia. Okazuje się też, że mobilizujące do działania.
Mariusz Sawa historyk relacji polsko - ukraińskich, jego pasją jest fotografowanie i dokumentacja prawosławnych nekropolii.

Inne artykuły Mariusza Sawy

Kilka lat temu miejscowy proboszcz polskiej parafii rzymskokatolickiej, również w oparciu o zasłyszaną historię, rozpoczął porządkowanie gdeszyńskiej nekropolii, co trwa do dzisiaj. Wypada mieć nadzieję, że podobne opowieści, które możemy wydobyć, studiując Ukraińskie ofiary…, dokonają przemiany nie tylko w akademickich gmachach.

Zrealizowano w ramach stypendium Polsko-Ukraińsko-Kanadyjskiej Fundacji Stypendialnej KALYNA