Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Kaukaz / 25.04.2022
Bartłomiej Krzysztan

Wojna w Ukrainie a Kaukaz Południowy. Gruzja głęboko podzielona

Obok Ukrainy Gruzja jest powszechnie uważana za najbardziej antyrosyjskie i prozachodnie państwo w przestrzeni posowieckiej. Gruzińska postawa wobec rosyjskiej agresji jest jednak zaskakująco niejednoznaczna.
Foto tytułowe

Po rosyjskiej agresji na Ukrainę w mediach pojawiły się mniej lub bardziej uzasadnione porównania do sytuacji Gruzji w 2008 roku. Państwo, które kilka lat wcześniej zwróciło się ku zachodowi, starało się wówczas przywrócić integralność terytorialną przez wysłanie wojsk do Osetii Południowej. Skończyło się interwencją Rosji, pięciodniową wojną, zbombardowanym Gori i czołgami godzinę drogi od Tbilisi. A następnie uznaniem niepodległości i suwerenności Abchazji i Osetii Południowej. W efekcie wojny Gruzja jeszcze bardziej przyspieszyła proces integracji z Zachodem, zarówno w wymiarze militarnym, aplikując na członka NATO, jak i politycznym, zmierzając do akcesu do Unii Europejskiej. Bez szczególnie entuzjastycznego odwzajemnienia tych działań ze strony Zachodu.

Jakkolwiek kolejność wydarzeń w przypadku Ukrainy jest odmienna, to istnienie separatystycznych regionów wspieranych przez Moskwę, próba zmiany strategii geopolitycznej, a przede wszystkim otwarta agresja dawnego kolonialnego hegemona starającego się zachować wpływy, mocno sugerują porównania.

W kontekście regionalnych konfliktów wspieranych przez Rosję agresja na Ukrainę poza krótkim, ale krwawym wspomnieniem 2008 roku, wywołała jeszcze jedną analogię historyczną – konflikty z początku lat 90. XX wieku.
Wojsko gruzińskie podczas wojny z Rosją w 2008 (fot. Wikicommons)

Choć w zachodniej perspektywie rosyjska interwencja w Gruzji w 2008 roku była często postrzegana jako „mała wojna, która zszokowała świat”, a wzniecenie i podtrzymywanie separatyzmów na Donbasie i Krymie jako odnowę imperialistycznej, szowinistycznej polityki, dla Gruzinów, podobnie jak dla Ukraińców, działania Rosji są jednoznaczną kontynuacją niezmiennej polityki siłowego podporządkowywania.

Jej korzeni należy się doszukiwać jeszcze w mechanizmach uzależnienia z czasów Cesarstwa Rosyjskiego. Nic dziwnego więc, że drastyczne obrazy zbrodni przeciwko ludzkości popełnionej w Buczy sprowokowały w mediach społecznościowych wizualne porównania do ciał gruzińskich ofiar na plaży w Gagrze w 1992 roku. Narracja jest prosta: choć istota konfliktów, ich przyczyny i stopień zaangażowania Federacji Rosyjskiej są odmienne, mechanizmy działania agresora pozostają takie same, a wszystkie środki są dozwolone, by osiągnąć cel.

Wobec tego nie dziwi postrzeganie wojny przez Gruzinów. Jak wskazują badania socjologiczne i opinie ekspertów, znakomita większość w pełni popiera Ukrainę, wskazując często, że to ona jako pierwsza otwarcie poparła Gruzję w trakcie wojny w Abchazji w latach 1992–1993 (po stronie gruzińskiej walczył wówczas oddział Ukraińskiej Samoobrony Ludowej, przekształconej później w partię polityczną Prawy Sektor). Dla wielu Gruzinów, nie tylko walczących od 2014 roku w Legionie Gruzińskim, wojna w Ukrainie to zatem ich wojna.

Analogia jest narzędziem poznawczym o dużym potencjale, ale jednocześnie groźnym dla używającego, ponieważ wymaga konsekwencji. W tym przypadku wymagałaby całkowitego wsparcia Ukrainy wobec agresji, analogicznego do tego, jakiego Gruzja oczekiwała od wspólnoty międzynarodowej w 2008 roku, w tym od Ukrainy rządzonej wtedy przez elity wyłonione w pomarańczowej rewolucji. Był to oczywiście nieznaczący dla faktycznych decyzji gest, ale Wiktor Juszczenko stał wtedy na tbiliskim placu obok Micheila Saakaszwilego oraz przywódców Polski i państw bałtyckich.

Od 24 lutego 2022 roku deklaracje poparcia dla Ukrainy są widoczne na ulicach Tbilisi i w mediach społecznościowych, organizowane są oddolne zbiórki humanitarne, Gruzini dołączyli również jako ochotnicy do walki przeciwko Rosjanom. Szczególnie młode pokolenie, socjalizowane już po rewolucji róż, jednoznacznie wyraża swoje wsparcie.

Tego samego nie można jednak powiedzieć o reakcji gruzińskiego rządu.

(Nie)spodziewana odpowiedź elit

Dzień po rozpoczęciu inwazji premier Irakli Garibaszwili oświadczył, że rząd gruziński odrzuca możliwość przyłączenia się Gruzji do zachodnich sankcji, uznając je za nieefektywne. Nie zamknął również przestrzeni powietrznej dla rosyjskich samolotów. Jeśli pozostalibyśmy przy użyciu analogii jako mechanizmu poznawczego, wówczas, paradoksalnie, decyzję rządu gruzińskiego o stonowanej reakcji, w tym nieangażowaniu się w sankcje, należałoby uznać za racjonalną. Po 2008 roku Tbilisi jest świadome potencjału militarnego Rosji, a także własnych możliwości obronnych – nikłych, absolutnie nieporównywalnych z ukraińskimi. Należy do tego dodać długą granicę lądową, a także możliwość uderzenia od południa, na przykład z bazy wojennej obok ormiańskiego Giumri lub z baz na terytoriach Abchazji i Osetii Południowej, czy z Morza Czarnego, jak miało to miejsce w 2008 roku. Ze względu na to bezpośrednie niebezpieczeństwo stonowana postawa, wbrew społecznemu wsparciu, wydawała się przynajmniej w początkowym okresie wojny pragmatyczna.

Jest to kontynuacja gruzińskiej polityki przyjętej w momencie przejęcia władzy przez skupione wokół miliardera Bidziny Iwaniszwilego Gruzińskie Marzenie (GM) – normalizowania relacji z Rosją. To polityka, która północnego sąsiada nie będzie drażnić, nie pogorszy sytuacji Gruzji, szczególnie w kontekście Abchazji i Osetii Południowej.

Analogicznie do „podrażnienia” z 2008 roku, które doprowadziło do wojny.

Garibaszwili użył jednak odmiennej argumentacji, która w jakimkolwiek stopniu nie przystaje do okoliczności, stwierdzając, że sankcje uderzą w gruzińską turystykę, która czerpie niemałe przychody z rosyjskich turystów, oraz w inne gałęzie gospodarki, w tym budżety domowe gruzińskich rodzin, często żyjące z przelewów od bliskich pracujących w Rosji.

To wszystko wywołało niezadowolenie i zawód Wołodymyra Zełeńskiego, który 1 marca odwołał z Tbilisi ukraińskiego ambasadora (a następnie w ogóle zdjął go z urzędu bez wyznaczenia następcy). Gruzińskie potępienie rosyjskiego ataku w zgromadzeniu ogólnym ONZ oraz w Radzie Europy wyglądało wobec tego na pusty gest. Mimo że ścieżka Gruzji sprowadza się tylko do złych wyborów, wydaje się, że granice pragmatycznego i strategicznego wycofania zostały przekroczone, szczególnie w obliczu kolejnych doniesień o zbrodniach popełnianych przez rosyjską armię w Ukrainie, wobec obrazów z Mariupola, Buczy, Charkowa czy Irpinia.

Co więcej, na początku kwietnia ukraiński kontrwywiad oskarżył stronę gruzińską o udostępnianie dróg przemytu, które pozwalają na dostarczanie do Rosji towarów podlegających zachodnim sankcjom. Według strony ukraińskiej rząd gruziński miał nawet wydać swoim służbom specjalnym polecenie nieingerowania w działalność przemytników. W obliczu oskarżeń GM swoim starym zwyczajem niewzruszenie zarzuciło opozycyjnemu Zjednoczonemu Ruchowi Narodowemu (partii Saakaszwilego) prowadzenie hybrydowej wojny przeciwko gruzińskiemu państwu, której elementem jest przemyt. Jednocześnie rząd pozostaje twardo na swoim stanowisku, podkreślając, że dołączenia do sankcji wobec Rosji w ogóle nie bierze pod rozwagę.

Między społeczeństwem a władzą

Postawa władz wywołała wściekłość gruzińskiej ulicy. Pod główną siedzibą rządu przy Alei Rustawelego w centrum Tbilisi od ponad miesiąca regularnie zbierają się manifestanci, czasem w liczbie wielu tysięcy. Niezgoda na politykę gabinetu Garibaszwilego jest zdecydowana – podczas protestów wielokrotnie interweniowała policja, przykładowo gdy manifestanci obrzucili siedzibę rządu pomidorami.

Wściekłość wywołuje również postawa władz w kontekście wewnętrznej sytuacji Gruzji. Jeśli polityka cierpliwego czekania i nienarażania się Rosji przynosiłaby skutki, zapewne odpowiedź Gruzinów na ulicach byłaby odmienna.

Jednak od 2008 roku wzdłuż quasi-granicy separatystycznego quasi-państwa Osetyjczycy wraz z Rosjanami stawiają płot, przy okazji manipulując przebiegiem ustalonej po wojnie linii demarkacyjnej przez wchłanianie gruzińskich wiosek. Również gruzińsko-abchaski proces pokojowy znajduje się w stanie permanentnej stagnacji; podtrzymywany jest właściwie wyłącznie dzięki oddolnym inicjatywom trzeciego sektora.

A Rosja, na co zwracają uwagę gruzińscy eksperci, wykorzystuje separatystyczne republiki nie tylko do destabilizowania sytuacji Gruzji i odbierania jej suwerenności, ale również jako zaplecze militarne w wojnie w Ukrainie.

Dodatkowe znaczenie ma fakt, że polityka kaukaskiego appeasementu konsekwentnie podtrzymywana przez Tbilisi jest sprzeczna z gruzińską racją stanu i deklarowanym, niezmiennym dążeniem do integracji ze strukturami unijnymi i północnoatlantyckimi. Agresja na Ukrainę potwierdziła dosadnie, że wielokrotnie powtarzane przez Kreml utrzymanie we własnej orbicie „rosyjskiej strefy wpływów”, nie jest tylko narracyjną zagrywką wobec Zachodu, mającą zniechęcać wolny świat od polityki przyciągania do swoich struktur państw posowieckich. Jest realną, realizowaną stopniowo i skrupulatnie polityką przywracania imperialnego zasięgu Moskwy sprzed 30 lat. I jako takie nie dotyczy wyłącznie Ukrainy, ale również Kaukazu Południowego, w tym Gruzji. Jako że integracja z Zachodem jest nawet wpisana do pochodzącej z 2020 roku gruzińskiej konstytucji, sprzeciw wobec Moskwy i wsparcie Ukrainy zdaje się wobec tego nieuniknioną koniecznością. I tego też domaga się gruzińska opinia publiczna.

Podział na linii społeczeństwo–rząd nie jest jednak jedynym, który się ujawnił w konsekwencji wojny w Ukrainie.

Koniec jedynowładztwa

W Gruzji może się wkrótce rozpocząć nietypowy, a zarazem bardzo polityczny proces. Rządząca partia oskarża samą prezydent kraju, Salome Zurabiszwili. Jest to konsekwencja pełnego zaangażowania prezydentki we wsparcie Ukrainy, które jest sprzeczne z oficjalną polityką rządu. Zurabiszwili odbyła dwie podróże zagraniczne do Paryża i Brukseli, wspierając ukraińskie i gruzińskie przyspieszone akty akcesji do UE. Jednocześnie opowiedziała się po stronie protestujących przeciw polityce rządu, stwierdzając, że Ukrainie należy się pełne i niepodważalne wsparcie. Tym samym zakwestionowała formalne działania (a właściwie ich brak) rządu. Zdaniem polityków GM Zurabiszwili miała odbyć podróże zagraniczne bez wcześniejszej konsultacji z rządem oraz nie zgodziła się w ostatnim czasie na kilka proponowanych przez gabinet nominacji ambasadorskich, co ma wykraczać poza obowiązki reprezentacyjne prezydentki. Orzeczeniem jej winy w tej kwestii ma się zająć Sąd Konstytucyjny. Gruzińska opozycja zarzuciła rządowi chęć przeprowadzenia procedury impeachmentu, jednak GM nie ma wystarczającej liczby deputowanych, aby ją zainicjować. Wykorzystanie Sądu Konstytucyjnego, który od kilka lat podlega głębokiemu upartyjnieniu, ma zatem być sposobem na uciszenie prezydentki.

Doświadczenia Iwaniszwilego i GM są bowiem w tej kwestii złe. Poprzedni prezydent – Giorgi Margwelaszwili – naraził się elitom partii władzy swoją niezależną polityką, wobec czego stał się obiektem krytyki. W 2018 roku celem GM było więc wybranie na stanowisko prezydenta osoby, która będzie jednoznacznie, niczym pacynka, wspierać politykę rządu, a właściwie partii. Przez długi czas faktycznie można było w ten sposób postrzegać mandat Zurabiszwili, jednak wszystko zmieniło się 24 lutego tego roku.

Zurabiszwili sprzeciwiła się rządowi, inicjując własną linię polityczną, dzięki czemu zyskała uznanie w oczach wielu Gruzinów. Przeprowadzone na początku marca przez Caucasus Research Resource Centers badania opinii publicznej wskazują, że niemal połowa Gruzinów zgadza się z jej podejściem do kwestii wojny w Ukrainie, podczas gdy to samo o polityce rządu stwierdziło 2 procent ankietowanych. Niezależność prezydent Zurabiszwili jest zagrożeniem dla monowładztwa GM pod dyktando Iwaniszwilego. Nie chcąc tworzyć precedensu, ugrupowanie rządzące stara się procesem w Sądzie Konstytucyjnym zgasić problem w zarodku. Jednak znacznie bardziej prawdopodobny jest długotrwały konflikt na górze, którego konsekwencje dla Gruzji będą istotne, już całkowicie poza kontekstem wojny w Ukrainie.

Naród osetyjski zwraca się do Wielkiego Niedźwiedzia

Pod koniec marca prezydent separatystycznej Osetii Południowej Anatolij Bibiłow ogłosił, że osetyjscy żołnierze dołączyli do rosyjskich, uzasadniając to przy użyciu klasycznej narracji o konieczności podjęcia operacji mającej na celu denazyfikację Ukrainy. Brak natychmiastowych działań ze strony Osetii Południowej w Ukrainie będzie jego zdaniem skutkować tym, że w niedalekiej przyszłości faszyzm stanie się problemem na Kaukazie Południowym. Nie wywołało to powszechnej ekscytacji w separatystycznej republice, a przeciwnicy prezydenta zarzucili mu, że powinien bardziej zadbać o bezpieczeństwo narodowe w samym quasi-państwie, a nie angażować się w wojnę w Ukrainie kosztem życia osetyjskich żołnierzy.
Wtedy prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew z wizytą w Osetii Południowej. Rok po wojnie 2008 (fot. Wikicommons)

Takie przekonanie wynika z przeświadczenia, że Gruzja chce wykorzystać sytuację w Ukrainie do militarnej interwencji w Osetii Południowej, mającej na celu jej siłowe przyłączenie do Gruzji. To tylko przeświadczenie, bo żadnych sygnałów o takich zamierzeniach ze strony gruzińskiej nie ma, choć głosy, że otwarcie drugiego frontu w obu separatystycznych republikach byłoby słusznym działaniem przeciw Rosji, pojawiły się ze strony ukraińskich polityków.

30 marca w orędziu telewizyjnym Bibiłow ogłosił również, że w Osetii Południowej zostanie przeprowadzone referendum, w którym naród ma się opowiedzieć za przyłączeniem do Federacji Rosyjskiej. Nie jest to nic nowego – taka inicjatywa pojawiała się już kilkakrotnie, jednak za każdym razem była ona odrzucana przez stronę rosyjską. Tym razem reakcja Moskwy również jest powściągliwa. Problem w tym, że i w samej Osetii Południowej, na przykład ze strony równie prorosyjskiego byłego prezydenta Eduarda Kokojtego, pojawiają się krytyczne głosy wobec inicjatywy Bibiłowa. Ma to być bowiem populistyczna zagrywka, mająca na celu podniesienie jego notowań, słabych w efekcie kryzysu gospodarczego i korupcyjnych skandali.

Referendum wstępnie miało się odbyć razem z pierwszą rundą wyborów prezydenckich 10 kwietnia. Bibiłow wcale nie był faworytem i faktycznie do drugiej tury, która odbędzie się 24 kwietnia, przeszedł z drugim wynikiem, za Alanem Gaglojewem. Najważniejsza obietnica – referendum w sprawie przyłączenia do Federacji Rosyjskiej – pozostaje niezmienna.

Stonowana reakcja Moskwy wynika też z uległej postawy Tbilisi, która została nawet doceniona na Kremlu, co przekazał Grigorij Karasin, specjalny wysłannik Rosji do Gruzji (kraje formalnie nie mają relacji dyplomatycznych, wobec czego w Tbilisi brak rosyjskiej ambasady). To wszystko jeszcze mocniej podkreśla, wbrew opiniom prorządowych „realistów”, że gruzińska polityka balansowania i appeasmentu najbardziej służy Kremlowi.

Niepewność

Rosyjska agresja na Ukrainę ponownie rozbudziła głębokie podziały nie tylko w gruzińskiej elicie władzy, ale również pomiędzy rządem i społeczeństwem. Dla wielu Gruzinów postawa Ukraińców i bezkompromisowe przywództwo Wołodymyra Zełeńskiego w czasie wojny wskazują, że przyjęta przez Gruzińskie Marzenie polityka niedrażnienia Rosji dla utrzymania własnego bezpieczeństwa i nieeskalowania konfliktów w Abchazji i Osetii Południowej jest nieuzasadniona i ma służyć wyłącznie interesom rządzących, biznesowo mocno powiązanych z Rosją. Nie przynosi ona jednak żadnych wymiernych efektów dla rozwiązania gruzińskich problemów, szczególnie tych związanych z integracją terytorialną. Ukraina pokazała Gruzinom, że sprzeciw ma sens. Choć w ostatnich dniach, po wizycie marszałka parlamentu Szalwy Papuaszwilego w Buczy i Irpiniu i potępieniu rosyjskich zbrodni, napięcia na linii Kijów–Tbilisi nieco zelżały, do przyjacielskich relacji jest jeszcze daleko.
Bartłomiej Krzysztan jest adiunktem w Instytucie Studiów Politycznych PAN i niezależnym analitykiem. Zajmuje się antropologią polityczną, pamięcią zbiorową i konfliktami na Kaukazie.

Inne artykuły Bartłomieja Krzysztana

Prorosyjska postawa rządu w Tbilisi z pewnością nie ujdzie też uwadze Zachodu, co może mieć dramatyczne skutki dla gruzińskich marzeń o integracji z NATO i UE. Konsekwencje rosyjskiego przebudzenia i szowinistycznej, imperialnej agresji będą w Gruzji rezonować politycznie jeszcze długo po tym, gdy w Ukrainie zamilkną działa.