Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Międzymorze / 28.02.2023
Kamil Całus

Mołdawia odpycha Rosję. Nowy rząd, nowa narracja – Kiszyniów nie boi się Moskwy

Ostatnie dni w Mołdawii stały się niezwykle burzliwe. Nagła dymisja rządu i szybkie powołanie nowego gabinetu ale co najważniejsze to sensacyjne wystąpienie prezydent Mai Sandu. Oskarżyła w nim Rosję, mołdawską opozycję, a także bliżej nie określonych obywateli Serbii, Czarnogóry i Białorusi o to, że przygotowują zamach stanu i chcą odsunąć od władzy rządzącą krajem od drugiej połowy 2021 roku prozachodnią większość Partii Działania i Solidarności (PAS).
Foto tytułowe
Prezydent Mołdawii nie boi się radykalnych posunięć politycznych. "Neutralność nas nie obroni" i "Mołdawia musi być częścią nowej architektury bezpieczeństwa w Europie" z przemówienia Mai Sandu w połowie lutego (Twitter)

Jakby tego było mało, i tak wysoką już temperaturę mołdawskiej rzeczywistości politycznej i społecznej podnosiły dodatkowo pojawiające się niemal codziennie doniesienia o kolejnych obcokrajowcach – w tym serbskich kibicach – których nie wypuszczono z kiszyniowskiego lotniska ze względów bezpieczeństwa, rosyjskich rakietach przelatujących i spadających na terytorium Mołdawii czy zamkniętej przestrzeni powietrznej tego kraju. Co właściwie dzieje się w Mołdawii? Czy wszystkie te wydarzenia są ze sobą powiązane i czy faktycznie kraj ten może w najbliższym czasie stać się celem rosyjskiej dywersji?

Planowana, choć niespodziewana dymisja

Naszą analizę zacznijmy od pierwszego z punktu widzenia chronologii wydarzenia, czyli rezygnacji premier Natalii Gavrility, która miała miejsce 10 lutego. Choć moment ogłoszenia tej decyzji był dość niespodziewany – szefowa rządu dosłownie chwilę wcześniej wróciła ze szczytu UE, na którym zebrała mnóstwo słów poparcia dla jej działań, w tym prowadzonych przez nią reform – to sam fakt dymisji nie był szczególnym zaskoczeniem dla obserwatorów mołdawskiej sceny politycznej.

Plotki na temat planowanych zmian na stanowisku premiera oraz w kierownictwie części ministerstw pojawiały się w przestrzeni publicznej już co najmniej od listopada 2022 roku. Kierownictwo PAS, na czele z nieformalną liderką tego ugrupowania, prezydent Maią Sandu (jako głowa państwa nie może ona oficjalnie należeć do żadnej partii politycznej), powołując nowy rząd, chciało za jednym zamachem rozwiązać kilka coraz bardziej palących problemów.

Pierwszym z nich była niezadowalająca efektywność gabinetu Gavrility, przejawiająca się m.in. we względnie niewielkim tempem reform, których wdrożenie jeszcze w czasie kampanii wyborczej w 2021 roku obiecywał PAS. Chodziło przede wszystkim o radykalną reformę wymiaru sprawiedliwości. Mołdawskie sądownictwo i prokuratura uznawane są przez mieszkańców kraju za skrajnie skorumpowane. Co więcej, instytucje te od lat stanowiły filar systemu oligarchicznego i wykorzystywane były przez mołdawskich polityków i biznesmenów dla ochrony ich interesów finansowych oraz walki z przeciwnikami. Choć rząd Gavrility, a szczególnie odpowiedzialny za reformę wymiaru sprawiedliwości minister Sergiu Litvinenco, rozpoczął szeroko zakrojone zmiany w tym sektorze (m.in. inicjując program lustracji sędziów), to nie ustrzegł się przy tym błędów. Co więcej, efektów działań rządu na razie obywatele nie zdążyli jeszcze odczuć.

Warto w tym miejscu podkreślić, że sama Gavrilita uznawała tę płynącą ze strony własnej partii krytykę za nieuzasadnioną, zwracając uwagę, że na przeszkodzie w skutecznym realizowaniu programu PAS (poza wciąż nabierającą doświadczenia, młodą administracją) stały obiektywne trudności, wynikające z licznych kryzysów, z którymi jej gabinet zmagał się właściwie od chwili powstania. Prowadziło to do napięć i rodziło w szefowej rządu zrozumiałą frustrację. Niewykluczone, że gdy podczas ogłaszana swojej dymisji Gavrilita stwierdziła, że jej „rząd mógłby utrzymać się dłużej, gdyby w kraju cieszył się takim poparciem jak za granicą”, nawiązywała ona właśnie do topniejącego wsparcia ze strony partyjnego kierownictwa – w tym prezydent Sandu.

Kolejny powód zmiany rządu bezpośrednio związany jest z pierwszym. Są nim spadające systematycznie od kilku ostatnich miesięcy notowania PAS. Wedle dostępnych sondaży, partia ta może obecnie liczyć na zaledwie ok. 23 procent głosów. To mało, jeśli wziąć pod uwagę, że ledwie półtora roku temu, w wyborach z lipca 2021 roku, zdobyła ona dobrze ponad pięćdziesięcioprocentowe poparcie. Co gorsza, partie prorosyjskie – tj. Blok Wyborczy Komunistów i Socjalistów oraz partia ȘOR – osiągają wedle tych samych badań opinii cieszą się wspólnie poparciem nawet 33 procent wyborów. W niektórych sondażach Sandu – będąca od wielu miesięcy liderką rankingu zaufania publicznego – traci tę pozycję na rzecz byłego socjalisty, obecnie nominalnie proeuropejskiego mera Kiszyniowa, Iona Cebana. Wreszcie – działalność rządu również nie znajdowała uznania w oczach elektoratu. Ok. 52 procent Mołdawian oceniało rząd Gavrility gorzej niż poprzednich gabinetów, a tylko 20 procent deklarowało, że był on od nich lepszy.

Dymisja dotychczasowego gabinetu miała także pozwolić na zręczną (tj. bez czynienia z nich kozłów ofiarnych) wymianę części ministrów, którzy w ostatnich miesiącach stanowili coraz większe wizerunkowe obciążenie dla PAS. Chodzi tu nie tylko o wspomnianego już wcześniej ministra sprawiedliwości, ale także (kojarzonego z bardzo wysoką, sięgającą w 2022 roku ponad 30 procent inflacją) ministra finansów oraz przede wszystkim ministra infrastruktury i rozwoju regionalnego – Andreia Spinu. To właśnie ten ostatni odpowiadał m.in. za kontrakty na dostawy gazu i energii elektrycznej, a co za tym idzie, jednoznacznie postrzegany jest przez Mołdawian jako odpowiedzialny za radykalny wzrost cen w sektorze energetycznym. Dość powiedzieć, że taryfy na gaz od października 2021 do października 2022 wzrosły ponad sześciokrotnie.

Nie chodzi zresztą tylko o ceny. Część Mołdawian uważa, że świadomie i dla uzyskania korupcyjnych zysków podpisywał on niekorzystne dla obywateli kontrakty (szczególnie kontrakt z Gazpromem). Wedle sondażu Watchdog.md z lutego 2023 roku 41 procent mieszkańców kraju twierdzi, że Spinu po prostu „okradał Mołdawian”. Oskarżenia te wydają się nieuzasadnione i wynikają raczej z błędów, jakie Spinu popełniał w komunikowaniu swoich działań mołdawskiemu społeczeństwu. Brak transparentności w tak skomplikowanej materii jaką jest energetyka sprawił, iż wielu wyborców uznało, że pewne fakty są przed nimi ukrywane, a władze wzbogacają się na rosnących cenach surowców i prądu. Sam Spinu, jako wpływowa postać w PAS, już po dymisji Gavrility – a więc zarazem całego rządu – został mianowany sekretarzem generalnym administracji prezydenta. Gest ten miał z jednej strony zrekompensować mu utratę stanowiska, wytłumaczyć, dlaczego nie obejmie on teki ministra w kolejnym rządzie oraz uciąć wszelkie spekulacje mówiące, że kierownictwo partii jest z niego niezadowolone i że utracił on zaufanie Sandu.

Bezpieczeństwo przede wszystkim

Do opisanych powyżej powodów zmiany rządu należałoby dodać jeszcze jeden. Jest nim chęć dopasowania administracji publicznej do wyzwań, przed którymi stoi obecnie Mołdawia, szczególnie do zagrożeń dla bezpieczeństwa kraju. Tymczasem kwestia ta nabrała w ostatnim czasie wyjątkowego znaczenia.
13 lutego prezydent Sandu wygłosiła przemówienie, w którym opierając się o materiały przekazane Kiszyniowowi kilka dni wcześniej przez wywiad ukraiński, poinformowała, że Rosja planuje przeprowadzić w Mołdawii zamach stanu. Moskwa miałaby wykorzystać w tym celu osoby z doświadczeniem wojskowym, które w strojach cywilnych przejęłyby kontrolę nad częścią budynków administracji publicznej oraz wzięły zakładników.

Wśród osób biorących udział w działaniach dywersyjnych mieliby jej zdaniem brać udział – poza Rosjanami – także obywatele Białorusi, Serbii oraz Czarnogóry. Jak tłumaczyła Sandu, już jesienią Rosja miała próbować doprowadzić do destabilizacji sytuacji w Mołdawii, czemu jednak zapobiegły lokalne służby. Prezydent stwierdziła także, że planujący obalenie obecnego rządu dywersanci liczą na wsparcie ze strony „wewnętrznych organizacji przestępczych”, wśród których wymieniła m.in. wyżej wspomnianą partię ȘOR oraz osoby związane ze zbiegłym z kraju oligarchą, Vladem Plahotniukiem.

To właśnie w związku z zagrożeniem ze strony Rosji, o którym mówiła prezydent, zdecydowano się przekazać tekę premiera Dorinowi Receanowi, którego gabinet uzyskał wotum zaufania już 16 lutego, mniej niż tydzień po ustąpieniu rządu Gavrility. Recean, który do niedawna pełnił funkcję doradcy prezydent Sandu ds. bezpieczeństwa, a w latach 2012-2015 kierował mołdawskim MSW jak niewielu zaprzyjaźnionych z PAS polityków (nie należy on bowiem do partii) zna się na funkcjonowaniu struktur siłowych, policji, służb oraz zagrożeniach z którymi te muszą się mierzyć. Obsadzenie go na stanowisku szefa rządu ma nie tylko poprawić bezpieczeństwo kraju, ale też wysłać jego obywatelom jasny sygnał, że obecne władze nie ignorują potencjalnego zagrożenia ze strony Federacji Rosyjskiej.

Nowy premier – który w czasie pełnienia funkcji ministra dał się poznać jako skuteczny administrator – ma także doprowadzić do poprawy efektywności i dyscypliny w instytucjach publicznych, co z jednej strony powinno przyspieszyć buksujące reformy, a z drugiej pokazać rozczarowanym wyborcom, że rząd panuje nad sytuacją w aparacie administracyjnym i pewną ręką kieruje krajem. To zaś – zgodnie z nadziejami PAS – powinno doprowadzić do wzrostu ich pikujących notowań.

Czy Mołdawii grozi rosyjska interwencja?

Wypowiedź Sandu odbiła się szerokim echem w światowych mediach. Nic dziwnego, jej wydźwięk był w końcu niezwykle sensacyjny. W rzeczywistości jednak, ani słowa mołdawskiej prezydent, ani doniesienia ukraińskiego wywiadu nie ujawniały niczego zasadniczo nowego. O rosyjskich przygotowaniach do akcji dywersyjnych w Mołdawii mówiło się od miesięcy. Jeszcze w drugiej połowie 2022 roku dziennikarze śledczy ujawnili szereg opracowań przygotowanych przez powiązanych z rosyjskimi służbami analityków, w których nie tylko dokonywali oni oceny sytuacji społeczno-politycznej w Mołdawii, snuli potencjalne scenariusze działań, które Rosja, z pomocą lokalnych sympatyków Kremla, mogłaby przedsięwziąć by zmienić prozachodni rząd w Kiszyniowie na taki przyjazny Moskwie.

Warte szczególnej uwagi są w istocie nie same doniesienia o rosyjskich planach wobec Mołdawii, ale fakt, że najwyżsi mołdawscy politycy mówią o nich obecnie tak otwarcie. Jeszcze jakiś czas temu, szczególnie w pierwszych kilku miesiącach wojny, władze w Kiszyniowie starały się nie komentować doniesień o potencjalnym zagrożeniu ze strony Kremla. Docierające do Mołdawii ostrzeżenia ze strony Kijowa starano się przemilczać, licząc na to że w ten sposób uda się uniknąć antagonizowania Rosji i nie wzbudzać w kraju niepotrzebnych niepokojów. PAS wyszedł bowiem z założenia, że – biorąc pod uwagę niewielki potencjał obronny Mołdawii i kruchość struktur administracyjnych – jedyne na czym można się realnie oprzeć to zapisana w konstytucji neutralność. Dość szybko okazało się jednak, że strategia ta nie przynosi żadnych wymiernych korzyści.

Rosyjscy politycy coraz częściej i śmielej atakowali Mołdawię za dowolny przejaw sympatii wobec Ukrainy czy też działania związane z procesem integracji europejskiej. Nad krajem – nie robiąc sobie nic ze wspomnianej neutralności – coraz częściej przelatywały też rosyjskie rakiety lecące na cele na terenie Ukrainy. W efekcie od drugiej połowy 2022 roku Mołdawia zaczęła wyraźną zmianę retoryki i polityki w tym zakresie. Kiszyniów otwarcie zaczął mówić o rosyjskim zagrożeniu. Zwiększył też wydatki na obronność i uzyskał od sojuszników wsparcie sprzętowe (w ostatnich tygodniach do Mołdawii trafiły np. podarowane przez Niemcy transportery opancerzone Piranha).
Prezydent Sandu otwarcie prosi też partnerów o przekazanie Mołdawii systemów obrony przeciwpowietrznej, które pozwoliłyby walczyć z rosyjskimi rakietami przelatującymi nad terytorium kraju. Choć więc słowa prezydent o groźbie rosyjskiego puczu należy traktować poważnie, to jednocześnie należy postrzegać je właśnie w kontekście zmiany paradygmatu mołdawskiej polityki wobec Rosji, która stała się bardziej asertywna i odważniejsza

Oświadczenie Sandu miało na celu nie tylko poinformowanie społeczeństwa o faktycznie istniejącym zagrożeniu ze strony Rosji, ale także zwrócenie uwagi skupionego na sytuacji na Ukrainie Zachodu na Mołdawię, która może stać się w każdym momencie ofiarą rosyjskiej dywersji.

Co więcej, miało ono także wymiar wewnątrz polityczny. Sandu po raz kolejny zręcznie – i nie bezpodstawnie – powiązała przynajmniej część opozycji z Rosją, wskazując przy tym, że jej (tj. opozycji) działalność może doprowadzić nie tylko do destabilizacji sytuacji w kraju, ale wręcz do aktów otwartej przemocy, w tym siłowego zajęcia budynków administracji czy wzięcia zakładników. Podkreślanie istnienia realnego zagrożenia ze strony Rosji stanowi także uzasadnienie dla niezbędnych – lecz krytykowanych przez prorosyjską opozycję i uważanych przez nią za antydemokratyczne – działań PAS zmierzających do rozszerzenia kompetencji mołdawskich służb.

Równocześnie władze przygotowują się do odparcia wszelkich możliwych prowokacji. To z tego powodu w ostatnich dniach co najmniej kilkukrotnie odmawiano wjazdu do kraju osobom mogącym stanowić choćby potencjalne zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego, takich jak chociażby kibice serbskiego Partizanu. Tego typu wydarzenie nie było jednak wbrew pozorom niczym nowym, a rozgłos medialny zdobyły głównie ze względu na kontekst – zarówno sportowy, jak i polityczny – związany z wcześniejszym oświadczeniem Sandu dotyczącym udziału obywateli Serbii w potencjalnym puczu.
Kamil Całus - analityk Ośrodka Studiów Wschodnich. Głównie zajmuje się Mołdawią, Rumunią czy problemami Naddniestrza i rosyjskich wpływów w regionie. Pisuje dla Tygodnika Powszechnego. Autor książki "Mołdawia. Państwo Niekonieczne"

Jeszcze w zeszłym roku służby graniczne zablokowały wjazd do Mołdawii dla ponad 200 obywateli Rosji pochodzących z Dagestanu. Nawet więc gdyby działania takie były tylko przysłowiowym „dmuchaniem na zimne”, to trudno im się obecnie dziwić.