Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Międzymorze / 15.06.2023
Kateryna Pryshchepa z Chersonia

Mieszkańcy Chersonia żyją pod ciągłym ostrzałem. Do tego doszła powódź. Walczą o okruchy normalności

Po zniszczeniu tamy w Kachowce przez rosyjskie siły okupacyjne 6 czerwca Chersoń stał się centrum wielkiej akcji ratunkowej. Miejscowi ewakuują tych, których domy ucierpiały w wyniku powodzi, ale także próbują nieść pomoc mieszkańcom okupowanego przez Rosjan lewego brzegu Dniepru.
Foto tytułowe
(Shutterstock)


Większość Chersonia jest położona na tyle wysoko, że ich powódź nie dotknęła. W tych dzielnicach życie po 6 czerwca przypomina wojenną normalność – miasto funkcjonuje w warunkach ciągłego ostrzału od jesieni ubiegłego roku. Mieszkańcy mogą dojechać do miasta i wyjechać z niego autobusami, sklepy spożywcze i kawiarnie są otwarte. Poziom wody w mieście osiągnął najwyższy punkt około 9 czerwca, następnego dnia zaczął stopniowo opadać. Prawdopodobnie miną jednak tygodnie, zanim mieszkańcy dzielnic, które znalazły się pod wodą, będą mogli wrócić do swoich domów.

Tak jest w przypadku Uliany. Odkąd jej dom na wyspie w Chersoniu został zalany, mieszka w swojej piekarni w centrum miasta. Piekarnia została zamknięta podczas okupacji, a Uliana otworzyła ją ponownie kilka miesięcy przed powodzią. Wraz z Andżelą, swoją sąsiadką z wyspy, zarządzają małym centrum wolontariatu zajmującym się dystrybucją darów dostarczanych przez organizacje pozarządowe i charytatywne z całej Ukrainy.

Andżela zaangażowała się w wolontariat w styczniu tego roku, kiedy życie na wyspie stało się ciężkie z powodu ciągłych rosyjskich ostrzałów. Mieszkańcy nie mieli prądu ani gazu, a sytuacja ekonomiczna w mieście była tragiczna, więc pomoc z zewnątrz była bardzo cenna. Andżela, była nauczycielka, zaczęła szukać źródeł pomocy i rozprowadzać darowizny wśród okolicznych mieszkańców. Teraz, w obliczu powodzi, sieć kontaktów, którą rozwinęła od stycznia, stała się jeszcze cenniejsza.

Produkty, które Andżela i Uliana rozdają, pochodzą głównie od organizacji charytatywnych, które wiedziały o nich przed powodzią i skontaktowały się bezpośrednio z nimi. Mówią, że ludzie z całej Ukrainy po prostu ładują samochody dostawcze i przyjeżdżają do Chersonia z zaopatrzeniem. Kiedy wpadam do piekarni w trakcie mojego obchodu miasta, spotykam Switłanę, która przewodniczy organizacji pozarządowej Wirni Nazawżdy (Wierni na zawsze) w Pyriatynie w obwodzie połtawskim. Switłana właśnie przyjechała z furgonetką załadowaną żywnością i innymi artykułami pierwszej potrzeby. „Wspieramy głównie jednostki wojskowe, ale to nagła sytuacja, której nie mogliśmy zignorować”– mówi. Po częściowym rozładowaniu furgonetki w piekarni udaje się wraz z kolegami z organizacji do zalanych wiosek po ukraińskiej stronie Dniepru, aby rozdać resztę.

Za zgodą właścicieli budynku, w którym znajduje się piekarnia, Uliana i Andżela wykorzystały puste pomieszczenia na magazyn i centrum dystrybucji. Rozdają butelkowaną wodę pitną, trwałe artykuły spożywcze, odzież i tabletki do uzdatniania wody. Uważają, że w najbliższych tygodniach będą potrzebować leków, małych butli gazowych, przenośnych kuchenek gazowych, generatorów i pomp wodnych.


Kilkaset metrów od piekarni Uliany, na jednej z zalanych ulic, gdzie cumują łodzie ewakuacyjne, mężczyzna rozmawia przez telefon z krewnymi. Próbuje ich przekonać do ucieczki z miasta Oleszki na okupowanym lewym brzegu Dniepru, które znalazło się pod wodą. Jego kolega mówi, że lekka pontonowa łódź zostałaby zniesiona przez nurt wody bliżej miejsca na rzece, gdzie inna łódź będzie mogła ją przechwycić i przyholować na ukraińską stronę. Rozmówcy po drugiej stronie słuchawki uważają, że plan jest zbyt ryzykowny, i decydują się pozostać w zatopionym mieście. Mężczyzna próbuje zorganizować dla nich lekarstwa zrzucane przez drona. Władze regionalne w Chersoniu twierdzą, że do tej pory tylko 123 osobom udało się uciec z lewego brzegu Dniepru.

Grupa wolontariuszy ratujących zwierzęta z zalanych dzielnic Chersonia czekała na powrót swoich kolegów z misji. Silnik ich łodzi padł i zespół musiał wiosłować. W grupie oczekującej na powrót łodzi jest Natalia, która od kilku miesięcy pomaga ulicznym zwierzętom w Chersoniu. Po powodzi nawiązała kontakt z organizacjami charytatywnymi w innych miastach Ukrainy i od kilku dni wysyła uratowane zwierzęta do schronisk w Odessie, Charkowie i Kijowie. Kiedy łódź w końcu przybywa, Natalia i jej koleżanka przyjmują z jej pokładu trzy kocięta.


Media, które szkodzą


Kiedy zauważają kamery, niektórzy wolontariusze zaangażowani w akcję ratunkową wygłaszają nieprzychylne komentarze na temat dziennikarzy. Uważają, że reporterzy sprowadzili rosyjski ostrzał na jedno z miejsc w Chersoniu, gdzie cumowały łodzie ewakuacyjne. Obawiają się również, że twarze ratowników zostaną upublicznione. „Wiesz, kiedy przyszła woda, pierwsi, którzy przedostali się na drugą stronę i zdołali kogoś ewakuować, to byli ludzie pochodzący stamtąd. Wciąż mają rodziny na terenach kontrolowanych przez Rosję i lepiej nie pokazywać ich w telewizji” – wyjaśnia Olena, wolontariuszka, która przez kilka ostatnich dni rozdawała paczki żywnościowe.

Podczas rozmowy z Oleną podchodzi do mnie jeden z wolontariuszy i prosi o przekazanie wiadomości włoskiemu fotografowi, który od kilku minut robi zdjęcia. Jedna z osób obecnych na miejscu nie życzy sobie publikacji swojego wizerunku. Fotograf mówi, że nie opublikuje zdjęć z mężczyzną, o którym mowa, ale nie usunął żadnego z aparatu.

Wielu lokalnych mieszkańców obawia się, że fotografie i filmy z miasta w publicznym dostępie mogą w jakiś sposób pomóc wrogowi. Następnego dnia, kiedy robiłam zdjęcia kościoła zniszczonego przez rosyjski ostrzał jakiś czas temu, zostałam zaczepiona przez kobietę mieszkającą w domu po drugiej stronie ulicy. Widząc mnie z aparatem, zaczęła oskarżać o pracę dla wroga. „Jesteś zdrajczynią – krzyczała. – Dlaczego teraz robisz te zdjęcia? Poczekaj, aż wojna się skończy, a potem przyjdź i fotografuj”.

Stosunek miejscowych do prasy nie jest jednak jednoznacznie negatywny. Niektórzy ufają mediom i wierzą, że mogą pomóc. Mają jednak nadzieję, że zwrócą większą uwagę na to, co faktycznie mają do powiedzenia. Olena, która opuściła lewy brzeg Dniepru dopiero w lutym tego roku, po podróży przez okupowany Krym, Rosję i kraje bałtyckie, aby wrócić do swojego mieszkania w Chersoniu, mówi, że jest sfrustrowana tym, jak mało międzynarodowe media informują o warunkach życia i łamaniu praw człowieka w okupowanych częściach Ukrainy. „Wydaje się, że nie wierzą w nasze słowa. Dlaczego nie rozumieją, że kiedy rosyjscy żołnierze biją cię lub okradają twój dom, nie jesteś w stanie tego sfilmować, aby później przedstawić dowody?” – pyta retorycznie.


Pod ostrzałem


Godzina policyjna w Chersoniu trwa obecnie od 21:00 do 5:00, ale miejscowi nadal starają się zakończyć wszystkie najważniejsze sprawy dnia przed 16:00 lub nawet 15:00, wyjaśnia Mykola, mój tymczasowy lokalny przewodnik. Nawyk ten rozwinął się podczas okupacji.

Życiu w mieście towarzyszy również ciągły hałas ostrzału artyleryjskiego. Do miasta dolatują rosyjskie pociski, a ukraińska artyleria ostrzeliwuje cele na lewym brzegu Dniepru. Jak żartuje jeden z mieszkańców, zapytany, czy istnieje pora doby, kiedy ostrzał jest mniej prawdopodobny, „mogą sobie zrobić sjestę w środku dnia”.

Spacerując ulicami kilka dni temu zalanymi przez wodę, zauważyłam kilka budynków, które zostały uszkodzone przez ostrzał, a później przez powódź. Ślady pozostawione przez wodę pokazywały, jak wysoko sięgnęła 9 czerwca.

Jak w każdym mieście w Ukrainie zmuszonym do życia pod ostrzałem, miejscowi bez problemu odróżniają hałas nadlatujących i odlatujących pocisków. Chersoń jest jednak prawdopodobnie jedynym ukraińskim miastem, w którym zamiatacze ulic noszą kamizelki kuloodporne (przynajmniej jedynym, w którym to widziałam). Jest to również pierwsze miejsce w Ukrainie w pobliżu strefy walk, gdzie miejscowi pytali mnie: „Dlaczego jeszcze nie nosisz kamizelki?”. Wkrótce zrozumiałem, dlaczego.

Wołodymyr, mieszkaniec ulicy Sobornej, która od dłuższego czasu jest celem ostrzału, pokazuje mi odłamek, który podniósł tuż przed swoim mieszkaniem niecałą godzinę temu. „Świeży. Był jeszcze gorący, kiedy go podniosłem” – mówi. Jakieś rosyjskie pociski z pewnością wylądowały w pobliżu domu Wołodymyra, ale nie widzieliśmy miejsca trafienia. Odłamek, kawałek metalu z ostrymi krawędziami o długości około dziesięciu centymetrów i szerokości dwóch centymetrów, trafił do jego podwórka, co jasno pokazuje, że mieszkańcy Chersonia mogą zostać ranni nawet będąc daleko od miejsca, w którym trafił pocisk.

Dom Wołodymyra został trafiony rosyjskim pociskiem w styczniu tego roku, a mieszkanie na najwyższym piętrze budynku zostało zniszczone. Pocisk uszkodził również rury wodociągowe w budynku, a mieszkanie Wołodymyra zostało zalane w środku zimy. Mężczyzna nie ma środków, aby je w pełni wyremontować. Przykrył okna sklejką. Mimo to jego matka Larysa z nim mieszka, ponieważ jej własny dom na wyspie Chersoń jest obecnie zalany przez powódź. Dom został zbudowany przez ojca Larysy przy użyciu lokalnej techniki budowlanej i materiałów – gliny i słomy. Larysa obawia się, że nie przetrwa powodzi i się po prostu rozpadnie.


Wszystkie obawy mieszkańców Chersonia


Ostrzał nie jest jednak największym zmartwieniem mieszkańców Chersonia. Jest nim groźba wybuchu w elektrowni jądrowej w Zaporożu. Wszyscy, z którymi rozmawiam, mówią, że po zniszczeniu tamy w Kachowce nie mają żadnych wątpliwości, że Rosjanie mogą do niego doprowadzić. Według nich nie byłby to wypadek, ale celowe działanie z użyciem materiałów wybuchowych.



Po powrocie do swojej piekarni Uliana mówi, że zaopatrzy swoją piwnicę w koce, zapasy żywności i wody, aby mogła tam spędzić trochę czasu, jeśli dojdzie do eksplozji w elektrowni. Nie uważa, że wybuch jest nieunikniony, ale nie sądzi, by można było zignorować taką możliwość.

Mieszkańcy Chersonia muszą też się martwić o możliwe lokalne skutki powodzi. Nie jest jasne, co się stanie z dostawami wody w mieście. Chersoń czerpał ją ze zniszczonego Zbiornika Kachowskiego. Istnieje zatem duże prawdopodobieństwo, że powódź przyniosła rosyjskie niewybuchy do zalanych części miasta i będzie potrzebny czas na oczyszczenie terenu, gdy woda opadnie.

Wśród wszystkich obaw mieszkańcy starają się zachować okruchy normalności, kiedy tylko jest to możliwe. Późnym wieczorem rozmawiam z Olią i jej matką Tamarą, które pielą klomb. Olia mówi, że zawsze zajmowała się tym ich sąsiadka, ale odkąd rozpoczęła się rosyjska inwazja, ewakuowała się do Hiszpanii. Zastąpiły ją i wysyłają jej regularne raporty fotograficzne.
Kateryna Pryshchepa - jest dziennikarką ukraińską, freelancerką współpracującą z New Eastern Europe.
Naszej rozmowie towarzyszy hałas ostrzału artyleryjskiego. „Jest głośno, ale wiemy, że to pocisk wychodzący z naszej strony, więc jest w porządku – uspokaja mnie Olia. – Szkoda by było, gdyby klomb zarósł chwastami, a pracownicy gminy przyszliby i wycięli kwiaty razem z nimi”.