Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Międzymorze / 24.07.2023
Wojciech Siegień

Rosjanie zrobili z edukacji broń. Ukraińcy stawiają opór

Na polach rosyjsko-ukraińskiej wojny walczą ze sobą nie tylko dwie armie, ale także dwie koncepcje państwa: imperialnej Rosji oraz demokratyzującej się, obywatelskiej Ukrainy, której jedną z najważniejszych broni może okazać się edukacja.
Foto tytułowe
Zniszczona szkoła w Charkowie (Shutterstock)

W medialnych doniesieniach z Ukrainy dominują tematy związane z armią, jej postępami na froncie, opieszałością sojuszników w dostawie broni czy perspektyw zaproszenia do NATO. Znacznie rzadziej słychać natomiast o problemach ukraińskiego systemu edukacji, a jest to kwestia daleko wykraczająca poza kontekst wewnętrzny.

Rok szkolny, który w lutym 2022 roku przerwała wojna, zaczęło w Ukrainie 4,2 miliona uczniów. Już w pierwszym miesiącu po pełnoskalowej agresji Rosji do Polski wjechało 1,8 miliona obywateli Ukrainy, z czego połowę stanowiły dzieci w wieku szkolnym. Z kraju wyjechał zatem duży odsetek ogólnej liczby uczących się, ale większość została w kraju i kontynuuje edukację w ramach systemu działającego w warunkach wojennych, często na obszarach przyfrontowych, a czasami wręcz okupowanych. Po zakończeniu roku szkolnego, który rozpoczął się w warunkach pełnoskalowej wojny, warto zadać pytanie o stan systemu edukacyjnego w Ukrainie, przyjmując jednocześnie założenie, że obok konwencjonalnego i informacyjnego, jest to jeden z kluczowych frontów wojny rosyjsko-ukraińskiej.
Agresja humanitarna – pojęcie używane w Ukrainie do opisu wrogich działań rosyjskich bez użycia broni palnej, czyli agresywnych działań z wykorzystaniem propagandy, cerkwi, szkoły i podręczników, form wojskowo-patriotycznego wychowania.

Na początku 2023 roku, a więc w trzy miesiące po objęciu dowództwa nad grupą wojsk rosyjskich w Ukrainie przez gen. Siergeja Surowikina, który rozpoczął zmasowane ataki na infrastrukturę krytyczną, prezydent Wołodymyr Zełeński porównał nauczycieli do broni pancernej, bo są równie istotni w walce z okupantem. To mocne porównanie, bo oddaje istotę roli systemu edukacji w trwającej wojnie: jego cywilni uczestnicy to obiekty agresji zbrojnej, ale także agresji humanitarnej Federacji Rosyjskiej.

W przypadku agresji zbrojnej infrastruktura edukacyjna stała się jednym z pierwszych celów zmasowanych ostrzałów rosyjskiej artylerii. Związane jest to oczywiście z taktyką wojenną, która wykorzystuje budynki szkolne do koszarowania żołnierzy lub składowania zapasów amunicji. W pierwszych dziesięciu miesiącach inwazji prawie 1300 budynków szkolnych zostało poważnie uszkodzonych, co stanowi 11% infrastruktury edukacyjnej w Ukrainie. W tej liczbie 223 szkoły zostały zniszczone całkowicie, z czego połowa znajdowała się w obwodach charkowskim, ługańskim i donieckim. W samym Charkowie, akademickim zagłębiu Ukrainy, uszkodzonych jest ponad połowa budynków szkolnych. Dla zobrazowania skali zniszczeń wystarczy przypomnieć, że w PRL-u w ramach programu uczczenia w 1966 roku Tysiąclecia Państwa Polskiego wybudowano 1400 tzw. tysiąclatek, które do dziś stanowią infrastrukturalny kościec naszego systemu edukacji. Prawie tyle szkół, ile z polecania Gomułki Polacy budowali stachanowskim czynem przez dekadę, Rosjanie w Ukrainie zniszczyli w niespełna rok.


Pod gruzami budynków w obwodach graniczących z linią frontu legły także efekty pierwszej całościowej reformy edukacji od czasów uzyskania przez Ukrainę niepodległości. Po Rewolucji Godności i zmianie wektora polityki na europejski rząd przygotował bowiem program reform nazwanych Nową Ukraińską Szkołą (NUS). Wprowadzane zmiany przekształcały filozofię nauczania z postsowieckiego, autorytarno-transmisyjnego na model wzorowany na europejskich wartościach demokratycznych, takich jak tolerancja, szacunek dla jednostki i praw człowieka oraz dialog, z zachowaniem silnego akcentu na wartości patriotyczne i obronność ojczyzny.

Reforma NUS zakładała także przekształcenie sieci szkół, która charakteryzuje się dużą dysproporcją w rozkładzie terytorialnym. W Ukrainie większa liczba placówek edukacyjnych znajduje się na terenach wiejskich, ale uczy się w nich nieznaczny odsetek wszystkich uczniów. To od lat powodowało obniżenie poziomu nauczania w takich jednostkach i dodatkowo (a z punktu widzenia władz państwowych przede wszystkim) było znaczącym obciążeniem dla budżetu państwa. NUS wprowadziła więc typ placówek nazywanych „szkołami wpierającymi”. Jest to rodzaj szkolnego hubu tworzonego w oparciu o najlepsze lokalne szkoły, do którego dowożone są dzieci z mniejszych miejscowości, w których niewydolne oddziały szkolne zostały zredukowane. Szkoły wspierające dostawały dodatkowe fundusze na remonty i zakup sprzętu, co znacząco polepszało warunki nauczania.

W miejscowościach, przez które przetoczył się front lub które znalazły się pod okupacją, kilkuletnie efekty inwestycji w nowoczesny sprzęt dydaktyczny literalnie wyparowały. Ma to oczywiście związek z wojennym szabrownictwem, które stało się znakiem rozpoznawczym rosyjskich żołnierzy. Liczba rozgrabionego sprzętu elektronicznego, interaktywnych tablic, telewizorów, projektorów czy wyposażenia laboratoryjnego sięga tysięcy. Podobnie sytuacja wygląda z autobusami służącymi do dowożenia uczniów do szkół, które wojskowi rekwirowali setkami.

Wszystko to razem anihiluje materialną strukturę systemu edukacji na terenach bezpośrednio sąsiadujących z działaniami wojennymi i jednocześnie uświadamia ogrom potrzeb, przed którymi stoją ukraińskie władze.


Dobre strony pandemii koronawirusa


W tej kryzysowej sytuacji w sukurs ukraińskim nauczycielom i uczniom przyszedł COVID-19, a dokładnie doświadczenie zdalnego nauczania podczas lockdownu. Wielu nauczycieli w wypowiedziach podkreśla, że pandemiczne know-how spowodowało, że po 24 lutego 2022 roku uczestnicy procesu edukacyjnego nie przeżyli szoku. Moje doświadczenie ze spotkań z ukraińskimi nauczycielami z charkowszczyzny pokazało, że są bardzo dobrze obeznani z wirtualnymi narzędziami dydaktycznymi. Nie można nie doceniać też zaangażowania globalnych platform komunikacyjnych takich jak Zoom, który zaraz po rosyjskiej inwazji udostępnił darmowe licencje dla instytucji edukacyjnych w Ukrainie, co pozwoliło na kontynuowanie zajęć w trybie zdalnym. Paradoksalnie więc przejście przez pandemię koronawirusa uodporniło nie tylko układ immunologiczny populacji Ukrainy, ale też wzmocniło rezyliencję systemu edukacyjnego, który był w stanie kontynuować działanie w skrajnie trudnych warunkach materialnych, bo potrafił już działać wirtualnie.


Reakcja ukraińskich nauczycieli nie jest jednak wyłącznie krzepiącą historią zmagań z okupantem jak z hollywoodzkiego filmu. Od strony technicznej komunikacja w ramach edukacji zdalnej ma charakter nieciągły z uwagi na oczywisty fakt ataków na infrastrukturę krytyczną, czyli braki prądu. Poza tym mamy do czynienia z banalnymi skutkami rozwarstwienia społecznego, kiedy większość dzieci z biedniejszych rodzin do edukacji zdalnej używa telefonu. Różne dane wskazują, że być może tylko co czwarty uczeń korzysta w nauczaniu z laptopa. Niektóre samorządy przy wsparciu międzynarodowych instytucji organizują więc coś w rodzaju komputerowych centrów interwencyjnych, ale jest to tylko kropla w morzu potrzeb.

Posłuchaj podcastu:

I tutaj dochodzimy do innego, kluczowego problemu związanego z rosyjską agresją humanitarną. Mam na myśli konsekwencje psychiczne, które ponoszą uczestnicy systemu w wyniku doświadczeń wojennych. To mniej wymierny obszar, ale niewykluczone, że o skutkach, które będą nawiedzały ukraińskie społeczeństwo znacznie dłużej niż zniszczone drogi i mosty.

Dlaczego społeczne koszty psychiczne są tak duże? Przede wszystkim dlatego, że nie są skorelowane geograficznie. Traumatyzujący stres spowodowany np. oczekiwaniem ostrzału bombowego dotyczy generalnie całego kraju, nie tylko terenów przyfrontowych. Kontynuowanie pracy nauczycielskiej w warunkach wojny staje się już nie tylko przekazywaniem wiedzy, ale rodzajem misji, formą społecznego oporu i jednocześnie psychoterapii grupowej dla jej uczestników. Ma to swoje konsekwencje.

Nauczyciele stali się znacznie bardziej obciążeni pracą, co przekłada się na silny skok wypalenia zawodowego. Wśród uczniów wiele badań wskazuje natomiast na typowe objawy PTSD – stany lękowe, apatię i smutek, poczucie samotności, złość. Oznacza to, że szacunkowo kilkaset tysięcy ludzi w sąsiednim kraju potrzebują jakiejś formy wsparcia psychologicznego. Jeśli spojrzymy na ten problem przez pryzmat polskiego, a więc pokojowego doświadczenia z zapaścią systemu psychologicznego wsparcia dla dzieci i młodzieży i agonalnego stanu psychiatrii, uzmysłowimy sobie skalę wyzwania, przed którym stoi ukraińskie społeczeństwo. W tym przypadku nasi sąsiedzi raczej nie mogą liczyć na polską pomoc, bo my sami nie radzimy sobie z tym problemem.


Edukacja jako rosyjska broń


Z kluczowej roli, jaką edukacja odgrywa w procesie ustanawiania kontroli nad społeczeństwem na danym terytorium, zdaje sobie sprawę także okupant.



Agresja humanitarna na Ukrainę była skrzętnie zaplanowana. Rosyjska ofensywa w sferze medialnej, wyznaniowej (z wykorzystaniem funkcjonariuszy cerkwi prawosławnej) i właśnie w obszarze szeroko rozumianej edukacji posuwała się znacznie efektywniej niż wojskowa. Celem była jak najszybsza transformacja systemu edukacji na okupowanych terenach do standardów rosyjskich tak, żeby mogły płynnie zlać się ze strukturami federacji jako tzw. nowe terytoria. Do tego celu wykorzystano sprawdzony schemat wyznaczania spośród rosyjskich instytucji kuratorów lub patronów, którzy nolens volens muszą sprawować kuratelę nad „noworosyjskimi partnerami”. Taka praktyka do złudzenia przypomina bandyckie porządki lat 90., kiedy złodziejska wierchuszka wyznaczała tzw. smotriaszczich, żeby nadzorowali porządek w danej dzielnicy w imieniu mafijnych bossów. W tym przypadku smotriaszczymi nominowano uczelnie rosyjskie, jednocześnie korumpując je i czyniąc faktycznie współuczestnikami międzynarodowych przestępstw.

O wadze tych działań dla decydentów na Kremlu świadczy prestiż uczelni, który zdecydowano się poświęcić, oraz tempo integracji. Dokładnie w trzy miesiące po rozpoczęciu inwazji na donbaskich uczelniach pojawili się przedstawiciele Wyższej Szkoły Ekonomii, Rosyjskiego Ekonomicznego Uniwersytetu im. Plechanowa czy Moskiewskiego Państwowego Uniwersytetu im. Łomonosowa, a więc najlepszych uczelni w całej Federacji Rosyjskiej. W ciągu kilkunastu dni zostały podpisane umowy o współpracy i przeprowadzono wspólne posiedzenia rad naukowych, zaczęto uzgadniać szczegóły wydawania podwójnych dyplomów. Biorąc pod uwagę opieszałość rosyjskiej biurokracji, odbyło się to z szybkością ponaddźwiękową.



Determinacja, z jaką władze okupacyjne podeszły do integracji sytemu edukacyjnego z rosyjskimi standardami, ma motywację pragmatyczną, ale też ideologiczną. Agresja militarna na Ukrainę rozpoczęła się w 2014 roku, ale ofensywa humanitarna trwała nieprzerwanie od upadku ZSRS. Doświadczenie tych dekad podpowiada, że kontrola nad pedagogiami, czyli różnymi, często nieformalnymi sposobami uczenia czy wychowywania, jest kluczowa. Obok przekazu medialnego najważniejsza jest edukacja rozumiana jako program szkolny, jego forma, w końcu język, w jakim się odbywa. To wszystko razem wzięte przez lata gwarantowało wygrane wybory dla rosyjskich protegowanych we wschodnich obwodach Ukrainy i na Krymie, a potem dało podstawę do inwazji.

Ręka w rękę z aspektem pragmatycznym idzie jednak zacietrzewienie ideologiczne włodarzy Kremla, które ucieleśniło się w koncepcji ruskiego miru. A w niej centralne miejsce zajmuje historia, a właściwie jej moskwocentryczna interpretacja. To właśnie na płaszczyźnie interpretacji przeszłości koncentrują się najpełniej wszystkie fenomeny odpowiedzialne za agresywną postawę Rosji: imperializm i poczucie wyjątkowości, resentyment, zamiłowanie do autorytaryzmu czy nekromania. Innymi słowy, ruski mir infekuje poprzez reinterpretację historii. To dlatego już 25 maja 2022 roku najpierw w tzw. Ługańskiej, a zaraz potem w tzw. Donieckiej Republice Ludowej otwarto filie Rosyjskiego Towarzystwa Historycznego. Nazwa organizacji może sugerować, że chodzi o stowarzyszenie zakurzonych archiwistów, zaczytanych w nikomu niepotrzebne woluminy. Tymczasem jest to prestiżowy instytut, korzeniami sięgający XIX wieku, zrzeszający ważne osoby z obszaru historii i wojskowości. Obecnie przewodniczącym Towarzystwa jest Siergiej Naryszkin, szef Służby Wywiadu Zagranicznego Federacji Rosyjskiej.


Trzeba było porwać dzieci


Z perspektywy kilkunastu miesięcy otwartej agresji widać, że i na edukacyjnym froncie Rosja poniosła klęskę i odbyło się to dzięki oporowi ukraińskich pedagogów. Dobitnie świadczy o tym chociażby sytuacja na chersońszczyźnie, gdzie okupanci musieli sprowadzać nauczycieli z Rosji lub z Krymu, żeby rozpocząć rok szkolny.

Odwrotną stroną tej niekorzystnej dla okupantów sytuacji jest nieefektywność systemu reedukacji, a więc asymilacji do rosyjskości na zajętych tymczasowo terenach.
dr Wojciech Siegień - etnolog, psycholog, absolwent Kolegium MISH UW, ekspert ds Europy Wschodniej. Prowadził badania terenowe w Białorusi i Rosji, a od 2017 roku w Donbasie. Specjalizuje się w problematyce militaryzacji społecznej i kulturowej. Wraz z Pauliną Siegień prowadzi podcast Na Granicy.

Więcej artykułów Wojciecha Siegienia

Można wnioskować, że to między innymi z tego powodu władze rosyjskie przeprowadzają wywózki ukraińskich dzieci do Rosji, za którymi często stoi podstęp, szantaż lub zwyczajne porwania z ukraińskich rodzin. Okazuje się, że w rozumieniu Rosjan jedynie radykalne wykorzenienie i przemieszczenie dzieci może zagwarantować oczekiwane efekty asymilacyjne. To smutne świadectwo tego, że dla zrozumienia tej wojny sfera edukacji, a więc oświaty, opieki i wychowania jest równie ważna jak sfera militarna. Bardzo prawdopodobne jest bowiem, że Ukraina wygra tę wojnę militarnie i będzie to triumf jej armii. Ale międzynarodowy sąd nad zbrodniarzem wojennym Władimirem Putinem rozpocznie się od odczytania zarzutów dotyczących bezprawnej deportacji ukraińskich dzieci.

Projekt "Wspieramy Białoruskie Przebudzenie" został dofinansowany przez Fundację Solidarności Międzynarodowej w ramach polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP kwotą 142 000 zł.

Publikacja wyraża wyłącznie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.