Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Kaukaz / 02.10.2023
Ula Idzikowska

"Ale wojna w Ukrainie wszystko zmieniła." Spór o dolinę w Gruzji stał się jeszcze ostrzejszy

Gruzini sprzeciwiają się budowie hydroelektrowni Namahwani od ponad 30 lat. Politycy i lobbyści nazywają ich szpiegami, homofobami i ultranacjonalistami. „Próbują nas oczerniać, bo się nas boją”.
Foto tytułowe
Dolina rzeki Rioni (Shutterstock)


– Chwała twojej kobiecości i twojemu człowieczeństwu! Zdrowie tej, która nie dała się zastraszyć! – Mężczyzna wznosi toast na cześć aktywistki Maki Suladze. Wtóruje mu inny męski głos. – Jesteś jak członek rodziny! Uratowałaś dolinę Rioni! I nas wszystkich! Gdyby nie ty, byłoby tu ogromne jezioro!

52-letnia Suladze uśmiecha się w ich stronę, kiwa nieśmiało głową w geście podziękowania.

Stoimy w cieniu, w pobliżu rzeki. Mężczyźni nadziewają mięso na szpile i dolewają lokalnego wina do plastikowych kubków, kobiety szatkują sałatę i kroją pomidory. Wszyscy świętują. Bo nie wszystko zostało stracone. Nieco wyżej, na polanie, miejscowi i przyjezdni kryją się przed bezlitosnym słońcem pod daszkami stoisk. Zagryzają wino przekąskami: oliwkami, serami i chlebem z lobiani, czyli purée z czerwonej fasoli.

Festiwal wina we wsi Twiszi, 45 kilometrów na północ od miasta Kutaisi w zachodnio-środkowej Gruzji, to nie zwykła impreza, lecz „kontynuacja walki przeciwko inwestycji Namahwani”, jak podkreśla Suladze. – Chcemy pokazać, że wciąż działamy. Że się nie poddajemy. Że wciąż trzymamy się razem.


Zmora z czasów sowieckich


– Elektrownia wodna Namahwani to zmora, która nęka moją rodzinę od czasów sowieckich – mówi mi Suladze. Gdyby powstała, jej rodzinna wieś Mekwena, podobnie jak kilka innych miejscowości, zniknęłaby pod wodą. A wraz z nimi zabytki dziedzictwa kulturowego, obszary o ogromnej różnorodności biologicznej i unikatowe odmiany winorośli. Region Imeretia słynie też z upraw morw.

Pierwszy projekt wysokiej na 160 metry zapory zatwierdzono w 1985 roku. Budowy jednak nie rozpoczęto ze względu na protesty mieszkańców Imeretii i badania, które kwestionowały rentowność inwestycji.

Po rozpadzie Związku Radzieckiego projekt trafił na półkę. W 2009 roku próbował go wskrzesić Micheil Saakaszwili, który zainicjował boom na energetykę wodną, by Gruzja „stała się samowystarczalna w zakresie energii elektrycznej”. Jednak turecko-koreańskie konsorcjum, które miało wykonać prace, szybko wycofało się z projektu. Sprawa ucichła na sześć lat.

Utworzona tuż przed wyborami parlamentarnymi w 2012 roku partia Gruzińskie Marzenie obiecywała, że nie dopuści do budowy żadnej wielkiej elektrowni wodnej kosztem lokalnej ludności. – Bidzina Iwaniszwili powtarzał w wystąpieniach wyborczych nasze słowa, słowa osób protestujących przeciwko inwestycjom! – przypomina sobie Suladze.

Przekonał ją. Zagłosowała na jego partię. – Ale jak tylko doszli do władzy, kontynuowali tę samą politykę co poprzedni rząd!


Strażnicy Doliny Rioni


1 stycznia 2016 roku spłonął dom Suladze. – Od razu dostałam wiadomość, że firma Clean Energy Group, która chciała realizować projekt, zrekompensuje stratę, jeżeli tylko zgodzę się na relokację.

Suladze nie podpisała żadnej ugody. Odbudowała dom, mimo że jej wieś miała w przyszłości zostać zalana, i jak sama mówi, „dalej stawiała opór”. Myślała, że jest w tej walce osamotniona, dopóki w 2018 roku nie poznała „równie zaniepokojonych osób” i obrońców środowiska. Zaczęła brać udział w spotkaniach i protestach. Tak powstał ruch Strażników Doliny Rioni, który nie tylko zjednoczył protestujących przeciwko hydroelektrowniom w całym kraju, ale również otworzył Gruzinom oczy na ciemną stronę zagranicznych inwestycji.

– Jeżeli rząd przekonałby mnie, że relokacja całej mojej rodziny, włącznie z grobem mojego zmarłego brata, przyniesie pożytek dla kraju, to bym się zgodziła. Nie żądałabym nawet rekompensaty. Ale ta inwestycja jest po prostu szkodliwa. I to nie tylko dla nas, mieszkańców okolicy, ale dla całego kraju! – zapewnia Suladze.

Beka Natswliszwili, badacz i wykładowca ekonomii na Georgian American University w Tbilisi i były poseł z ramienia Gruzińskiego Marzenia, który opuścił partię w 2019 roku, zgadza się. – Umowa rządu z turecką firmą ENKA, która wykupiła wcześniejszego, norweskiego wykonawcę, to iście antygruziński kontrakt. Gruzińskie państwo miało zapewnić ENCE stały dochód ze sprzedaży prądu przez 15 lat. A skąd by wzięli te pieniądze? Z kieszeni podatników. Więc jaką czerpalibyśmy z tego korzyść?

Co więcej, po 15 latach ENKA miałaby prawo sprzedawać prąd, komu tylko zechce, również w czasie szczytowego zapotrzebowania na prąd w Gruzji. – Więc o czym tu mówimy? Jakie „bezpieczeństwo energetyczne”? Jakie uniezależnienie się od Rosji? – kpi Arczil Czachkiani, aktywista i producent wina, przy swoim festiwalowym stoisku. – Swoją drogą, przecież ta firma ma powiązania z Rosją!


ENKA zrealizowała trzykrotnie więcej projektów w Rosji niż w Turcji: była odpowiedzialna za przebudowę Dumy i Domu Rządowego oraz -kwater wojskowych w mieście Czajkowski. Obecnie buduje m.in. nową siedzibę giganta technologicznego Yandex, którego wyszukiwarka promuje rosyjską propagandę i usuwa krytyczne wobec Kremla treści, w tym doniesienia o rosyjskiej agresji na Ukrainę.

– To zabawne, że przy tym wszystkim nazywają nas rosyjskimi szpiegami! Sugerują, że finansuje nas Rosja. Ale jak popatrzysz na wyciągi z naszego konta, które są jawne, to zobaczysz mnóstwo drobnych datków: 5 dolarów tu, 5 euro tam. Nie płyną do nas ruble! – kontynuuje Czachkiani z rozbawieniem.

Mimo to Petre Tsiskariszwili, sekretarz generalny Zjednoczonego Ruchu Narodowego, partii założonej przez Saakaszwilego, twierdzi w rozmowie ze mną, że protestujący otrzymują wsparcie finansowe „z zewnątrz”. – Nie zapominajmy, że Rosja uwielbia wtrącać się w sprawy wewnętrzne Gruzji, podsycać konflikty z myślą o swoich korzyściach. W tym przypadku ma to jak najbardziej sens. Bo jeżeli nie będziemy w stanie wyprodukować wystarczającej ilości prądu, będziemy musieli go kupić od Rosji. To dlatego chcą powstrzymać Turcję, Unię Europejską, a nawet Amerykę przed inwestowaniem w naszym kraju!

O możliwym „zewnętrznym zaangażowaniu” i „hybrydowej wojnie” słyszę też od Murmana Margwelaszwilego, eksperta krajowego Międzynarodowej Agencji Energetycznej i dyrektora Instytutu Energii i Zrównoważonego Rozwoju na Ilia State University w Tbilisi. – Próbowałem rozmawiać z tymi ludźmi, wyjaśniać im, że elektrownie wodne są korzystne dla kraju, obalałem mity typu: elektrownie wodne tak naprawdę nie działają. Ale trafiłem na mur. Wtedy zacząłem podejrzewać, że coś jest nie tak. Wydawało mi się, że mogą być pod wpływem aktorów, którzy niekoniecznie chcą, by gruziński sektor energetyczny się rozwijał. Chodzi o oczywistych podejrzanych z północy. Ale mogą być też inni.

Również Giorgi Abramiszwili, lobbysta na rzecz hydroelektrowni, twierdzi, że protestujący stali się „narzędziem hybrydowej wojny, która ma doprowadzić do uzależnienia energetycznego od Rosji”.

– Oczywiście zdecydowana większość to uczciwi protestujący, ale wiadomo, że Rosja sieje dezinformację od czasów, kiedy odzyskaliśmy niepodległość. Często pada to na podatny grunt. Jak w przypadku Namahwani. Protestowali, bo wmówiono im, że muzułmanie stanowią zagrożenie dla chrześcijaństwa.

Suladze zaprzecza. – Co to za różnica, skąd pochodzi firma? Liczy się to, żeby traktowała ludzi sprawiedliwie i z szacunkiem. A ENKA nie jest odpowiedzialną, poważną firmą. Powinni skupić się na bezpieczeństwie. A robili dokładnie na odwrót! Kiedy protest przybrał na sile, zamiast rozpatrzyć skargi i ponownie zlecić testy i badania, zaczęli płacić ludziom, żeby ich przekonać lub uciszyć. Obiecywali rozwój. W miejscu, które miało zostać zalane!


Rosyjscy szpiedzy


„Wrogowie niezależności energetycznej, postępu i rozwoju”, „zacofani i niewykształceni”, „rosyjscy szpiedzy” – takie epitety pod adresem Strażników Doliny Rioni padają w szeregu kanałów telewizyjnych. Gruzińskie Marzenie prowadzi agresywną kampanię informacyjną od 2020 roku, kiedy protestujący rozbili pierwsze namioty.

– Podali nas nawet jako przykład, gdy chcieli wprowadzić prawo o „zagranicznych agentach”. Zażądaliśmy spotkania i przedstawienia dowodów. Ostatnia odpowiedź, jaką otrzymaliśmy od rządu, brzmiała: „Znajdźcie kogoś na swoim poziomie” – mówi Suladze ze spokojem w głosie.

Tak zareagowali przywódcy Gruzińskiego Marzenia, Irakli Kobahidze i Mamuka Mdinaradze na zaproszenie aktywisty Varlama Goletianiego do debaty w publicznej telewizji. Stwierdzili, że „Goletiani stoi po stronie pańsw, którym nie podoba się niezależność energetyczna Gruzji”.

Dla uczestników festiwalu wina Goletiani to legenda. Rodzina Czachkianich wspiera jego działania od 2018 roku. Wtedy o ruchu Strażników Doliny Rioni nie było jeszcze głośno.

Obecnie 30-letni Goletiani od początku nawoływał do pokojowych demonstracji, nawet gdy policja używała przemocy, by stłumić protesty. Podczas masowej demonstracji w lutym 2018 roku w Kutaisi podkreślał, że „trzeba uzbroić się w cierpliwość, bo chodzi o długą walkę” i że wygrana z rządem jest możliwa, ale tylko w przypadku, gdy ruch pozostanie pokojowy i zachowa jedność.

Suladze, która przemawiała przed Goletianim, opowiadała się za zupełnie inną taktyką: brutalnymi atakami. Przypominała, że w przeszłości protestujący przeciwko hydroelektrowniom w górzystej Swanetii na północnym-zachodzie kraju i Pankisi na wschód od Tbilisi dopięli swojego, dopiero gdy uciekli się do przemocy.

Strażnicy Doliny Rioni wybrali pokojową ścieżkę – trzymali straż w namiotowych miasteczku bez przerwy przez 208 dni. Dopóki policja nie usunęła namiotów i nie zablokowała terenu.


Niebezpieczny kontrakt


W 2021 roku ENKA wycofała się z projektu z powodu „naruszeń w umowie” i wystąpienia „siły wyższej”. Do tej pory nie znaleziono nowego inwestora. – To wina protestujących, że inwestorzy się wycofują! A rząd sobie z tym totalnie nie radzi. Powinni rozmawiać z miejscowymi od samego początku. To przecież logiczne, że jak ci zaczną demonstrować, to rząd ich potem nie przekona, żeby przestali dewastować sprzęt inwestora – stwierdza Petre Tsiskariszwili.

Oficjalnie ENKA nie poniosła żadnych strat w wyniku protestów. – Pojawiły się wprawdzie pomówienia o spaleniu sprzętu, ale nie zostało to udowodnione – mówi Dato Czipaszwili z organizacji pozarządowej Zielona Alternatywa. – Miejscowi podejrzewają, że ENKA sama dokonała zniszczeń. Bo jak możesz coś podpalić w miejscu strzeżonym przez całą policję zachodniej Gruzji?

Protestujący wielokrotnie powtarzali, że „destrukcyjne metody są nie do przyjęcia”. Gdy blokowali drogi do placu budowy w 2020 i 2021 roku, Marita Museliani, jedna z działaczek, podkreślała, że trzeba „opanować emocje, działać konstruktywnie i w ramach prawa”.

Nie wiadomo, co będzie dalej. Zgodnie z kontraktem ENKA żąda, by gruziński rząd odkupił ponad 600 hektarów gruntów, które firma kupiła lub wydzierżawiła na okres 99 lat za symboliczną kwotę. Może je odsprzedać Gruzji po cenach rynkowych. Sprawą zajmuje się międzynarodowy arbitraż w Paryżu. Ale nikt nie wie, na jakim etapie znajdują się negocjacje. Są tajne, podobnie jak wcześniej kontrakt między Gruzińskim Marzeniem a turecką firmą. Wyszedł na jaw w 2021 roku, dzięki dziennikarskiemu śledztwu. Do dziś wywołuje oburzenie.

– To bardzo niebezpieczny kontrakt! – mówi Czachkiani. – Mielibyśmy kupować drogi prąd. Droższy niż od innych dostawców! Komu się to opłaca? Na pewno nie nam.

– Jakimś sposobem rządzący myślą, że mogą robić, co im się żywnie podoba, i że społeczeństwo zaakceptuje ich decyzje. My jako pierwsi zaczęliśmy zadawać niezręczne, ale uzasadnione pytania i żądaliśmy jasnych, kompetentnych odpowiedzi. A oni odpowiedzi nie mają, bo ich działania są niezgodne z prawem, a ich projekty nie służą interesom społeczeństwa – stwierdza Suladze.


Posłuchaj podcastu:



Zmiana podejścia


Działania Strażników Doliny Rioni sprawiły, że nawet międzynarodowe instytucje finansowe zmieniły nastawienie do inwestycji w elektrownie wodne, uważa Lela Rekchwiaszwili, aktywistka i doktorka habilitowana w Instytucie Geografii Regionalnej im. Leibniza w Lipsku. – Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju (EBOiR) oraz Europejski Bank Inwestycyjny, które udzielają pożyczek na takie projekty, stały się mniej natarczywe w promowaniu energii wodnej.

Czipaszwili widzi przyczynę gdzie indziej. – Odkąd w 2020 roku zmienił się zarząd, widzimy inne podejście. Teraz EBOiR skupia się na efektywności energetycznej i różnych odnawialnych źródłach energii. W Strategii dla Gruzji na lata 2021–2026 zaznacza, że „w wytwarzaniu energii elektrycznej dominują elektrownie wodne, podczas gdy inne źródła odnawialne są w znacznym stopniu niewykorzystane”.

– Ale wojna w Ukrainie wszystko zmieniła – przypomina Rekchwiaszwili. – Rozmowy o inwestycjach hydroenergetycznych wróciły. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość i czy kabel pod Morzem Czarnym faktycznie powstanie.

17 grudnia 2022 roku przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen podpisała memorandum: UE współfinansuje kabel energetyczny łączący Unię z Gruzją. „Projekt może przynieść Gruzji ogromne korzyści: kraj mógłby stać się hubem elektroenergetycznym, a gruziński rynek energii elektrycznej mógłby zintegrować się z rynkiem UE”, zapewniała von der Leyen.

W przemówieniu na koniec roku premier Irakli Garibaszwili ogłosił wznowienie kontrowersyjnych projektów hydroenergetycznych. Podkreślał, że Gruzja może się znacznie wzbogacić na sprzedaży energii elektrycznej do Unii Europejskiej.

Rekchwiaszwili obawia się, że jeżeli UE nie potępi Gruzji za tłumienie protestów, wielkie elektrownie wodne mogą powstać.


Wygrana czy przegrana?


Zdaniem Leli Rekaszwili i Dato Czipaszwili ruch Strażników Doliny Roni wciąż może liczyć na znaczne poparcie gruzińskiego społeczeństwa, mimo że stracił wielu progresywnych zwolenników w wyniku incydentu z 5 lipca 2021 roku. Część Strażników wzięła wtedy udział w organizowanym przez Patriarchat Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego wiecu. „Nie występujemy przeciwko osobom LGBT+, tylko przeciwko paradzie równości”, zapewniała Marita Museliani. „Odpowiedzieliśmy na wezwanie Patriarchatu do protestu przeciwko propagandzie nietradycyjnego stylu życia”.
Ula Idzikowska - dziennikarka, reporterka. Pisze o migracji i tematyce społecznej, publikowała m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, Oko.press i „non/fiction”. Teraz we Lwowie.

Inne artykuły Uli Idzikowskiej

– Rząd zarzucał ruchowi ultranacjonalizm i bycie zbyt pro LGBT+, żeby go zdyskredytować. Przez długi czas ruch był w stanie odpierać te ataki, ale w końcu poległ z powodu homofobii. Stracił przez to wielu liberalnych zwolenników, w tym mnie – stwierdza z zawodem w głosie Rekaszwili. – Mniej lub bardziej liberalni członkowie społeczeństwa obywatelskiego i krytyczne media przestali zapewniać im zasięgi. Ale do tego czasu ruch wprawił w ruch tyle procesów, że nadal miał wystarczającą siłę, by zatrzymać ENKĘ. Na tym polu wygrali, jednocześnie przegrywając, bo rząd był w stanie ich zdyskredytować.

– Oczywiście, oczernianie nas doprowadziło do zmniejszenia poparcia społecznego dla ruchu, przyznaje Sulikadze. – Rząd wytoczył ciężkie działa, bo się przestraszył: wiedział, że nasza jedność może mu zaszkodzić.



Artykuł powstał dzięki wsparciu Journalismfund Europe.