Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Kaukaz / 27.12.2023
Anna Żamejć

Konsekwencje przedterminowych wyborów w Azerbejdżanie. Nowy geopolityczny układ sił w regionie i zmiany w polityce wewnętrznej zapowiadają osłabienie relacji z Zachodem

Nagonka na Zachód, aresztowania niezależnych dziennikarzy, a w tle przedterminowe wybory prezydenckie i niespodziewane przyspieszenie rozmów pokojowych z Armenią. Azerbejdżan podkręca polityczne tempo w końcówce roku.
Foto tytułowe
Prezydent Ilham Alijew (president.az)


Posłuchaj słowa wstępnego drugiego wydania magazynu online!


Ostatnie tygodnie w Azerbejdżanie upłynęły pod znakiem nagonki na Zachód, największej od 2015 roku. Eskalacja antyzachodniej retoryki w lokalnych azerskich mediach nastąpiła po przesłuchaniu w sprawie Górskiego Karabachu zorganizowanym przez Komisję Spraw Zagranicznych amerykańskiej Izby Reprezentantów, które odbyło się 15 listopada. Sekretarz stanu ds. europejskich i euroazjatyckich James O’Brien potępił w nim przeprowadzoną we wrześniu błyskawiczną ofensywę wojskową Baku, w wyniku której azerską enklawę opuścili niemal wszyscy ormiańscy mieszkańcy.

O’Brien zapowiedział, że w stosunkach bilateralnych „nic nie będzie już takie jak kiedyś”, dwustronne spotkania na wysokim szczeblu zostaną odwołane, plany zawieszone. Zagroził również zamrożeniem wszelkiej pomocy finansowej dla Azerbejdżanu.

Dwa dni później Senat USA jednomyślnie zagłosował za projektem ustawy, która wstrzymuje pomoc wojskową dla Azerbejdżanu na kolejne dwa lata. Ustawa nabrałaby mocy prawnej dopiero po głosowaniu w Izbie Reprezentantów i podpisaniu przez prezydenta Bidena, ale było to wyraźny sygnał czerwonego światła dla rządów Alijewa.

Baku zrewanżowało się serią politycznych oświadczeń i artykułów zapowiadających wycofanie się z mediacji pokojowych z Armenią pod egidą USA. Azerbejdżan oskarżył Stany Zjednoczone o „finansowanie wywrotowych grup” i „budowanie siatek szpiegowskich” w kraju.

W odpowiedzi na komunikat na platformie X Samanthy Power, szefowej USAID (Amerykańskiej Agencji ds. Rozwoju Międzynarodowego), o przyznaniu 4 milionów dolarów na pomoc ormiańskim uchodźcom z Karabachu, Hikmet Hadżijew, szef departamentu spraw zagranicznych administracji prezydenta Ilhama Alijewa i jego główny doradca, napisał, że w Azerbejdżanie nie ma miejsca na działalność USAID.

Niespełna kilka dni później zaczęły się aresztowania przedstawicieli niezależnych lokalnych mediów uważanych za prozachodnie. W ciągu niecałych dwóch tygodni za kratki trafiło sześcioro dziennikarzy, w tym Ulvi Hasanli i Sevinj Vagifgizi z portalu Abzas Media, który popularność zdobył serią odważnych dziennikarskich śledztw obnażających korupcję wśród elit rządowych. Aresztowano również dziennikarzy telewizji internetowej Kanał 13. Na dywanik wezwano ambasadora USA oraz ambasadorów Niemiec i Francji, którym zarzucono nielegalne i niejawne finansowanie Abzasu.

W obliczu eskalacji konfliktu Amerykanie podjęli interwencję na wysokim szczeblu. Sekretarz Stanu Antony Blinken przeprowadził długą rozmowę telefoniczną z prezydentem Alijewem. Rezultatem była obopólna zgoda na pilną wizytę sekretarza O’Briena w Baku i zniesienie zakazu wysokich urzędników.

„Przeprowadziliśmy konstruktywne rozmowy z prezydentem Azerbejdżanu Ilhamem Alijewem na temat przyszłości stosunków amerykańsko-azerbejdżańskich” – poinformował James O’Brien w mediach społecznościowych 6 grudnia, tuż po spotkaniu z Alijewem.

„Po zakończeniu konfliktu i pełnym przywróceniu suwerenności Azerbejdżanu pojawiła się historyczna szansa na pokój, a Stany Zjednoczone mogą się do tego przyczynić, uwzględniając nowe realia” – zapowiedział Alijew. O’Brien dodał, że relacje między Baku a Waszyngtonem są „głęboko zakorzenione” i oba kraje są „dobrymi partnerami”.

Dyplomatyczna interwencja popłaciła. Prorządowe media nagle zmieniły ton o 180 proc. i zapowiedziały powrót do normalizacji bilateralnych stosunków, jednocześnie ogłaszając „triumf” po swojej stronie. „Amerykanie dostali nauczkę,” „Sieć szpiegowska zdemaskowana, brudne plany zawiodły, Stany Zjednoczone cofają się o krok” – komunikowano na paskach azerskiej państwowej telewizji.

Mimo, że kryzys dyplomatyczny został teoretycznie zażegnany, napięcia na linii Baku-Waszyngton mogą jeszcze długo się tlić. Niepewny jest los tzw. Ustawy o ochronie Ormian, która mogłaby doprowadzić do dwuletniej blokady pomocy wojskowej dla Azerbejdżanu.


Nowe wybory: bez perspektyw na zmiany


Tymczasem 7 grudnia pojawił się kolejny element układanki, który pozwala na spojrzenie w szerszym kontekście na antyzachodnią kampanię i aresztowania krytycznych wobec władz dziennikarzy.

Prezydent Alijew podpisał dekret zapowiadający przyspieszone wybory prezydenckie. Mimo że siedmioletnia kadencja prezydenta upływa dopiero w kwietniu 2025 roku, głowa państwa ogłosiła, że głosowanie odbędzie się już w lutym przyszłego roku.

„Represje wobec niezależnych mediów i prężenie muskułów w relacjach z USA były najwyraźniej elementem przygotowań do przedterminowych wyborów” – tłumaczy Nedżmin Kamilsoj, doktorant Uniwersytetu Karola w Pradze i bakijski analityk polityczny. „Podobne zdarzenia miały miejsce w 2013 roku. Przed wyborami aresztowano wiele osób, które mogły pokrzyżować szyki prezydentowi przez nagłaśnianie afer. Dzisiaj realizuje się podobny scenariusz”.

Pozostaje jednak pytanie, dlaczego Ilham Alijew zdecydował o organizacji wyborów ponad rok wcześniej niż planowane głosowanie. Azerski analityk polityczny i ekonomista Natig Dżafarli wskazuje na trzy główne przyczyny.

„Pierwsza kwestia to wysokie notowania samego prezydenta. Ilham Alijew wciąż korzysta z fali popularności, którą przyniosło mu odzyskanie całego Karabachu we wrześniu i przywrócenie integralności terytorialnej Azerbejdżanu. Po drugie, azerska gospodarka jest praktycznie w recesji, a w przyszłym roku może być jeszcze gorzej, co zwiastuje kłopoty dla władz. Po trzecie, nadchodzący rok przyniesie ważne wybory w Rosji i USA. Wydarzenia w obu krajach mogą wpłynąć na Azerbejdżan, więc bezpieczniej dla naszych władz jest nie czekać na rezultaty głosowania w Moskwie i Waszyngtonie” – wyjaśnia Dżafarli.

Trudno jednak w nadchodzącym głosowaniu doszukiwać się niespodzianek. Alijew, który sprawuje urząd od 2003 roku i rządzi krajem żelazną ręką, jest zdecydowanym faworytem wyścigu. Choć nie ogłosił jeszcze swojej kandydatury, najprawdopodobniej zrobi to w najbliższych dniach. To byłaby już piąta kadencja głowy państwa. W 2016 roku, w rezultacie ogólnokrajowego referendum, zniesiono w Azerbejdżanie limit kandydowania i teoretycznie Alijew może dożywotnio sprawować urząd.

Mimo zmian kadrowych i wprowadzenia wielu technokratów do rządu w przeciągu ostatnich pięciu lat Alijew nie tylko utrzymał, ale wręcz umocnił autorytarny kurs zarządzania. Zachód, zainteresowany głównie rozwijaniem współpracy energetycznej z bogatym w złoża gazu i ropy Azerbejdżanem, przymyka oko na coraz bardziej despotyczny styl zarządzania.

Tymczasem w Azerbejdżanie, według raportów misji obserwacyjnych OBWE, w pełni wolnych i uczciwych wyborów nie było od lat 90. Freedom House, amerykańska organizacja, która od 1973 roku publikuje indeks państw pod względem poszanowania swobód obywatelskich, klasyfikuje Azerbejdżan jako kraj „niewolny”, z uwagi na stosowanie represji, łamanie praw człowieka, ograniczenie wolności mediów i przeszkody na drodze funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego.

Z rachunków lokalnych watchdogów wynika, że w Azerbejdżanie jest osadzonych ponad dwustu więźniów politycznych. Wśród nich ekonomista i uniwersytecki profesor z ambicjami politycznymi Gubad Ibadoghlu, który przebywa w areszcie od blisko pół roku mimo dramatycznie pogarszającego się stanu zdrowia. Bahtijar Hadżijew, aktywista, bloger i absolwent prestiżowego Uniwersytetu Harvarda, siedzi za kratkami bez wyroku sądu od roku. Obu, na podstawie sfingowanych zarzutów, grozi 12 lat więzienia.

W grudniu kontynuowano do tego falę motywowanych politycznie aresztowań, która rozpoczęła się od listopadowego kryzysu relacji z USA. Do więzienia trafili m.in. znany dziennikarz śledczy niezależnej agencji prasowej Turan - Hafiz Babali oraz jeden z liderów opozycji, Tofik Jakublu.

W tym kontekście przedwczesne głosowanie nie pozostawia wiele nadziei dla politycznych rywali Alijewa.

„Opozycja w Azerbejdżanie jest wymęczona, przestarzała i ideologicznie upadła. Żadna z grup opozycyjnych nie ma aktualnie zasobów, aby uczestniczyć w wyborach i zorganizować się na tyle, by rywalizować o władzę. Dlatego uważam, że nie ma innego wyjścia dla opozycji niż bojkot nadchodzących wyborów” –konstatuje Azer Gasimli, bakijski politolog i dyrektor Instytutu Zarządzania Politycznego w Baku.

Zdaniem eksperta komunikat o przedterminowym głosowaniu może mieć za to konsekwencje dla bezpieczeństwa w regionie.

„Najprawdopodobniej do zakończenia wyborów prezydenckich i inauguracji w Azerbejdżanie na granicy z Armenią nie będzie żadnych potyczek ani działań wojennych. Na jakiś czas będzie można zamknąć kwestię wymuszenia na Armenii zgody na korytarz przez jej terytorium pod kontrolą rosyjskiej FSB” – mówi Gasimli. „Ale po wyborach represje wobec społeczeństwa obywatelskiego, mediów i działaczy najpewniej będą kontynuowane, a wówczas istnieje ogromne prawdopodobieństwo starć na granicy ormiańsko-azerbejdżańskiej”.


Co dalej z rozmowami pokojowymi?


Dekret o przedterminowych wyborach nie był jedyną niespodzianką 7 grudnia. Tego samego dnia pod wieczór pojawiło się ważne wspólne oświadczenie Alijewa i premiera Armenii Nikola Paszyniana o gotowości obu stron do normalizacji stosunków. Liderzy obu państw poinformowali również o wymianie jeńców wojennych. To największy i bardzo potrzebny przełom w rozmowach pokojowych po wrześniowej ofensywie wojskowej Baku w Karabachu, ucinający spekulacje o możliwym ataku Azerbejdżanu na terytoria Armenii.

Dotychczasowe negocjacje za pośrednictwem Europy i USA utknęły jednak w martwym punkcie. Alijew najpierw nie pojawił się w hiszpańskiej Granadzie (5 października) na rozmowach dotyczących sytuacji w Górskim Karabachu, gdzie miał spotkać się twarzą w twarz z premierem Paszinianem po raz pierwszy od przejęcia pełni kontroli nad Karabachem.

Prezydent Azerbejdżanu wycofał udział w zaplanowanych na 20 listopada negocjacjach w USA, za przyczynę podając „stronnicze stanowisko Waszyngtonu” po przesłuchaniu w Kongresie Stanów Zjednoczonych, gdzie sekretarz stanu ds. europejskich i euroazjatyckich w ostrych słowach potępił Azerbejdżan za wrześniowe wydarzenia w Karabachu i zapowiedział konsekwencje.

Choć relacje między Baku a Waszyngtonem wróciły w ostatnich dniach do normy, geopolityczne przetasowania po drugiej wojnie w Karabachu znacząco osłabiły wpływy Zachodu w regionie.

„Baku nie wierzy, że Stany Zjednoczone są w stanie zająć sprawiedliwe stanowisko w kwestii Karabachu, szczególnie po exodusie Ormian. Próbują zatem ograniczyć rolę USA i zrównoważyć ją wpływami Turcji, Rosji i Iranu. Azerbejdżan chce traktatu pokojowego [z Armenią – przyp. red.], ale na własnych zasadach. A tutaj presja ze strony Zachodu mogłaby namieszać” – tłumaczy Kamilsoj. Analityk dodaje, że Azerbejdżan zainteresowany jest głównie formatem 3+3 – rozmów pokojowych między Baku a Erywaniem za pośrednictwem Rosji, Turcji, Gruzji i Iranu.

Z drugiej strony możliwy jest również scenariusz, w którym poszczególne kwestie traktatu pokojowego byłyby mediowane przez różnych partnerów, w tym kraje Zachodu. „Z perspektywy Azerbejdżanu opłaca się podtrzymywać kilka platform do negocjacji. Dlatego Baku raczej nie będzie odmawiać Brukseli czy Waszyngtonowi możliwości mediacji, aby całkowicie nie uzależniać się od kaprysów Rosji” – uważa Natig Dżafarli. „Oczywiście Moskwa naciska obie strony, aby wszystkie dokumenty były podpisane przy Putinie. Ale może się wydarzyć tak, że nie będzie jednego dużego traktatu pokojowego, a jedynie poszczególne protokoły składające się na jego całość. Na przykład wzajemne uznanie integralności terytorialnej mogłoby zostać podpisane za pośrednictwem Zachodu, a rozmowy dotyczące komunikacji w regionie i wytyczania granic, co może zająć lata, będą kontynuowane pod egidą Rosji” – dodaje.


Nowa geopolityka: coraz bliżej na Wschód?


Mimo aktualnej odwilży w relacjach z USA wizerunek Zachodu w Azerbejdżanie został w ostatnich latach mocno nadszarpnięty.

Azerowie mają żal do Europy i Stanów Zjednoczonych za „brak zrozumienia” w kwestii Górskiego Karabachu. Choć w kraju brakuje instytutów socjologicznych, które przeprowadzałaby rzetelne badania sondażowe, antyzachodnie nastroje są wyraźnie odczuwalne. Szczególnie negatywnie oceniana jest Francja, która jednoznacznie poparła Ormian w konflikcie oraz rozpoczęła współpracę wojskową z Armenią i transfer broni przez terytorium Gruzji.

„W Azerbejdżanie wielu jest zdania, że Zachód nie jest obiektywny, jeśli chodzi o konflikt w Górskim Karabachu, i popiera Ormian wyłącznie dlatego, że to chrześcijanie. Wszyscy pomagają Ukrainie odzyskać utracone terytoria, a my zrobiliśmy to samo i dostaliśmy jeszcze za to po głowie. Dlaczego Ukrainie wolno, a nam nie? To argumenty władz, ale ludzie się pod tym podpisują” –mówi Natig Dżafarli.

Nie ma wątpliwości, że wzrosły za to notowania i miękka siła Turcji – głównego wojskowego sojusznika Baku, który znacząco przyczynił się do zwycięstwa Azerbejdżanu w drugiej wojnie karabachskiej w 2020 roku.

Gdzie jest zatem pozycja Rosji w tej układance? Z jednej strony Azerbejdżan wytrącił Moskwie jeden z największych instrumentów wpływu w regionie – nieuznawaną republikę, przez którą Rosjanie przez ćwierć wieku wykorzystywali do wpływów na skonfliktowane strony.

Definitywny koniec separatystycznego Górskiego Karabachu we wrześniu nie był na rękę Rosjanom. Tym bardziej że rosyjskie siły pokojowe, które stacjonują tam na okres pięciu lat na podstawie porozumienia listopadowego z 2020 roku, straciły rację bytu. W regionie Karabachu pozostała garstka ormiańskich mieszkańców. Paradoksalnie jednak nie oznacza to, że Moskwa, zajęta przedłużającą się wojną przeciwko Ukrainie, traci znaczenie na Kaukazie Południowym. Geopolityczne trzęsienie ziemi w regionie raczej nie mogło się wydarzyć bez ostatecznej aprobaty Putina.

„Rosja wzmocniła swoje wpływy polityczne w Azerbejdżanie, gdyż elita władzy reprezentowana przez Alijewa jest jej sojusznikiem i beneficjentem. Po wojnie w Karabachu władzom udało się pozyskać poparcie społeczeństwa o poglądach nacjonalistycznych na rzecz Rosji jako gwaranta bezpieczeństwa podbitych terytoriów – w przeciwieństwie do proormiańskiej polityki Zachodu, co do której interpretacji nasz rząd nie omieszkał ludzi przekonać” – mówi Azer Gasimli.

Analityk podkreśla jednak, że antyzachodnie nastroje nie przekładają się na wzrost popularności Rosji wśród zwykłych ludzi. „W społeczeństwie Rosja nadal jest postrzegana jako agresor, inicjator 30-letniej okupacji Karabachu. Moskwa jest zatem silna nie w opinii publicznej, lecz w strukturach władzy” – mówi.

Interesy z Zachodem i jednocześnie utrzymywanie dobrych relacji z Rosją od lat jest częścią charakterystycznej polityki Ilhama Alijewa polegającej na balansowaniu między Wschodem i Zachodem. Unia Europejska jest głównym partnerem handlowym Azerbejdżanu i największym rynkiem eksportowym (głównie ropy i gazu), ale negocjacje z Brukselą w sprawie umowy partnerskiej, które rozpoczęły się w 2017 roku, utknęły w martwym punkcie. W rozmowach zakulisowych z europejskimi urzędnikami słychać opinie, że władze w Baku nie są zainteresowane podpisaniem nowego dokumentu wzmacniającego współpracę. Po przejęciu przez Azerbejdżan pełnej kontroli nad Karabachem, wpływy Zachodu w regionie jeszcze bardziej osłabły.

„Uważam, że Alijew podjął decyzję geopolityczną na korzyść Rosji. Myślę, że nie miał innego wyjścia, skoro Rosja podczas II wojny karabachskiej praktycznie pozostawała na uboczu i nie wspierała swojego sojusznika, Armenii, tym samym wzmacniając Alijewa. Alijew ma wszelkie szanse, aby zostać drugim Łukaszenką. W związku z tym nie przewiduję sojuszniczych lub wzajemnie korzystnych stosunków między Azerbejdżanem a Zachodem” – dodaje Gasimli.

Anna Żamejć -  jest niezależną dziennikarką i specjalistką ds. komunikacji. Była stypendystką Fulbrighta i International Peace Scholarship w 2013 r., co pozwoliło jej ukończyć studia magisterskie w zakresie studiów nad pokojem i sprawiedliwością na Uniwersytecie w San Diego w Kalifornii, gdzie uzyskała kwalifikacje mediatora sądowego. Anna pracowała jako korespondentka serwisu Radia Wolna Europa w Azerbejdżanie i udzielała się w różnych innych środkach masowego przekazu.

Inne artykuły Anny Żamejć
Bakijskiemu politologowi wtóruje Kamilsoj, który również nie widzi perspektyw na zacieśnienie relacji Azerbejdżanu z Zachodem w najbliższej przyszłości. „Wbrew pozorom pozycja Rosji wcale nie słabnie w Azerbejdżanie. Nie wszyscy są zainteresowani osłabieniem Rosji, bo mogłoby to utorować drogę bardziej asertywnej polityce Zachodu” – tłumaczy.

A taki scenariusz zdecydowanie nie byłby na rękę aktualnym władzom.