Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Międzymorze / 28.12.2023
Maciej Piotrowski

"Nikt nie może zatrzymać tej masy wilgotnego światła”. Temat rzeka, czyli literacka odyseja ukraińskiego pisarza

Choć jego imię nie wskazywało na ukraińskie pochodzenie, to Mychajło Johannsen, znany jako "Mike", stworzył fascynującą opowieść o rzekach, i nieodkrytych zakątkach duszy. Polski czytelnik może dostrzec w Johannsenie nie tylko mistrza opisu przyrody, ale także mistyfikatora literackiego, który wykraczał poza konwencje swojej epoki.
Foto tytułowe
Fragment okładki książki Podróż uczonego doktora Leonarda i jego przyszłej kochanki, przepięknej Alcesty do Szwajcarii Słobodzkiej


Posłuchaj słowa wstępnego drugiego wydania magazynu online!


Polscy pisarze są w ostatnich latach pod silnym wpływem rzek. Choćby Olga Tokarczuk, która wzywała do uznania Odry za osobę. A co, jeśli powiedziałbym wam, że ukraiński literat podjął podobną próbę niemal wiek temu? I w jej rezultacie stracił życie?


Ostatnie lata, ze względu na powtarzające się susze i katastrofę ekologiczną na Odrze, zachęciły polskich pisarzy do zajrzenia nad rzeki. W Mein gott, jak pięknie Filip Springer wędruje nad wodami zachodnich Kresów dzisiejszej Polski, które nazwał Krainą, tam też wyprawia się Zbigniew Rokita, tylko nadaje tym terenom imię Nadodrzania. Jan Mencwel szuka odpowiedzi na polską hydrozagadkę, a Maciej Robert węszy za śladami rzek nieistniejących. I wspomniana noblistka, która jeszcze na początku wieku pisała, że „Odra jest żywą istotą. Czy nie zmieniała skóry jak wąż? Czy nie liniała jak zwierzę, zostawiając swoje stare, niepotrzebne zakręty na pastwę trzcin i wodorostów?”.



Wyścig z życiem


Podobne próby literackie podejmował w międzywojniu niejaki Mike Johannsen. Jego imię i nazwisko mogą na to nie wskazywać, ale tak – był to pisarz ukraiński. Urodził się jako Mychajło, syn Gervasiusa Johannsena, Niemca z Łotwy (czy słyszymy szum bałtyckich fal?), który przybył do Charkowa uczyć niemieckiego. W wieku dwudziestu lat zaczął pisać wiersze po ukraińsku. Przybrał pseudonim „Mike”, bo chciał zabrzmieć światowo. Jak sam stwierdził, „nieustannie starał się podnieść ukraińskie słowo do poziomu europejskiego”.

Dlaczego wybrał tożsamość ukraińską zamiast niemieckiej czy rosyjskiej? Tego do końca nie wiemy. Choć jest to wybór zadziwiający, nie był on jednostkowy. W tym samym czasie w Charkowie żyła inna ważna dla ukraińskiej kultury postać z niemieckimi korzeniami: George Schneider, który później został wybitnym językoznawcą Jurijem Szerechem-Szeweliowem. Badacz ten pisał, że kultura ukraińska przyciągnęła go ze względu na wolę trwania mimo represji (jak stwierdził: „ukraińskość jakoś irracjonalnie funkcjonowała w Charkowie”) i kompleks „underdoga”, czyli potencjalnego przegranego, któremu z pewnych powodów chcemy kibicować. „Prześladują ich, więc jesteśmy wspólnikami” – pisał Szeweliow. Wydaje się, że podobne motywacje miał Johannsen, który chciał być odbierany jako chłopak z charkowskiego podwórka. „Tak jak mój przyjaciel proletariat, uwielbiam futbol, amerykańskie kino, powieść awanturniczo-przygodową, wyprawy na ryby, polowanie oraz naturę” – mówił jeden z bohaterów jego powieści, i z tymi słowami utożsamiłby się pewnie sam autor.

Johannsen był człowiekiem swojej epoki, łaknącym wrażeń. Przez jego twórczość przebija się witalizm, zachwyt cielesnością. Czekamy jeszcze na przekład jego wspaniałego wiersza: Ach, moje drogie życie, w którym podmiot liryczny boksuje się z życiem „okrągłym jak piłka”, ściga z nim po brzegu rzeki i pije ślinę z jego ust. Twórczość Johannsena, z jego wrażliwością do natury, przywodzi na myśl także poezję Bolesława Leśmiana. Choćby w tym fragmencie wiersza, przełożonym przez Adama Pomorskiego:

W stronę dzieciństwa wiedzie owo drzewo,
we mgłę, co burzy się nad rzeką,
za wzgórza, za którymi tajemnica
kryje się, znika gdzieś daleko,
w żyto, które chorąży wiatr
wiedzie za wzgórza, na spotkanie tobie,
miłości…


Rzeczny poeta na Saharze


Prozaik Jurij Smołycz pisał o charkowskich latach dwudziestych jako o „okresie bujnego rozkwitu literackiej bohemy – upojnym czasie literackiego kozactwa”. Johannsen – prowodyr tamtego środowiska – potrafił w jednym momencie kochać się w trzech dziewczynach o tym samym imieniu. Uwielbiał polowania i podróże (stworzył ukraiński reportaż), przez dziesięć lat grał w piłkę nożną, był mistrzem bilardu (w legendarnej rozgrywce pokonał Włodzimierza Majakowskiego i kazał mu przeczołgać się pod stołem).

W jego mieszkaniu, w charkowskim Domu Słowa – legendarnym budynku wybudowanym przez spółdzielnię socjalistycznych literatów – na centralnej ścianie wisiało wielkie wiosło do kajaka. Johannsen nad wszystko kochał wyprawy wodne. W pierwszej rozmowie ze Smołyczem tak opisał swoją pasję: „Łódka. Dwójka. Ósemka. Tylko, że w Charkowie nie ma sensownej rzeki”. W jednym z wierszy Johannsen pisze o ówczesnej ukraińskiej stolicy jako o mieście wielkim jak Sahara, z mirażami milicjantów stojących jak palmy oraz ze „zgniłą rzeką/ płynącą przez Most Garbaty”. Polski poeta Maciej Robert, który wywodzi się z Łodzi, miasta o historii nieco przypominającej Charków, napisał, że „człowiek bezrzeczny – jeśli tylko jest świadomy swojej bezrzeczności i wynikających z tego oczekiwań – to człowiek na głodzie”. Taką osobą był także Johannsen: pragnął rzeki i w każdej wolnej chwili szukał możliwości, by się w nią zanurzyć.


W jeziorach absurdu


Swojego zachwytu wodnymi podróżami Johannsen nie mógł nie oddać w literaturze i tak powstała powieść o zadziwiającym tytule: Podróż uczonego doktora Leonarda i jego przyszłej kochanki, przepięknej Alcesty, do Szwajcarii Słobodzkiej. Jej fabuła toczy się właśnie na ukochanym przez niego Dońcu Siewierskim w okolicach miejscowości Koropowe. Bohaterowie książki ruszają w podróż trasą dobrze znaną przez pisarza. Jest to jednak wyprawa w swojej fabule absurdalna, miejscami pogrążona głęboko w purnonsensie. „Postacie w wariackim tańcu pojawią się i znikają, odwracają się do was plecami i w ogóle męczą absurdalnymi decyzjami” – stwierdził autor w posłowiu.

Johannsen przyznaje tam szczerze, że zwodził czytelnika, i nie chodziło mu o przedstawienie konkretnej historii i bohaterów z krwi i kości, oddających ducha epoki (tak jak nakazywałyby tezy socrealizmu). Wręcz przeciwnie: uczony doktor Leonardo Pazzi, nadobna Alcesta, kozak Wyrwinos czy ślusarz Szaraban są postaciami jednowymiarowymi. To archetypy wyjęte z różnych konwencji literackich: średniowiecznego romansu rycerskiego, dziewiętnastowiecznej ukraińskiej powieści historycznej o kozactwie, socrealistycznej wyrobniczej nowelki czy niemego filmu z epoki. Po co więc było je opisywać? Johannsen wyjawia w posłowiu, że potrzebował ich tylko po to, by przyciągnąć uwagę odbiorców do rzecznych krajobrazów: „odtworzenia ich piękna z całą powagą i szczerością, na jakie było go stać”.

Okładka książki Mike'a Johannsena
Mike Johannsen - poeta, prozaik, tłumacz, krytyk, językoznawca, scenarzysta. Jeden z założycieli stowarzyszenia literackiego WAPLITE. Według niego największą inspiracją był sen i głód.
Tak więc w tej „księdze pejzażu” autor opowiada historię rzeki, pokazuje jej życie oraz niezwykłą zmienność na przestrzeni trzydziestu kilometrów, a także różnych pór dnia i nocy. To Doniec jest tu ukazany jako najjaskrawszy bohater powieści, to on, w przeciwieństwie do postaci ludzkich, ma wiele wymiarów i oblicz. Często jest personifikowany, jak choćby w tym fragmencie: „Doniec nie miał końca. Nie był szeroki, lecz płynął bystro, zaszywał się w sitowiu, wił się to na wschód, to na południe, to znów na wschód. Zdawało się, że niósł ich meandrami przez długie godziny, lecz wystarczyło, by obejrzeli się za siebie, a on znów, wodny kpiarz, szelmowsko ujawniał, że pokonali zaledwie pięćset kroków”.

Johannsenowskie charakterystyki Dońca nie brzmią jak nudnawe opisy przyrody z dziewiętnastowiecznych powieści, są bliższe stylowi, w który współcześnie Tokarczuk opisuje Odrę. Przypominają choćby te słowa noblistki: „Nurt był pospieszny i gorączkowy, kłębił się, jakby gotowała się od środka. Wlokła na swoim grzbiecie konary gałęzi, którymi rzucała o brzeg. Potrafiła być silna jak baśniowe juczne zwierzę, które wprawdzie samo nie ma konkretnego kształtu, lecz potrafi stać się każdą istotą, jaką zapragnie”.

Jednak czy Johannsenowi naprawdę chodziło tylko o piękny opis podcharkowskiej rzeki? Nie wierzmy autorowi, który już raz próbował nas nabrać i przyznał się do tego. Jego mistyfikacja ma drugie dno, sednem tego tekstu – jak twierdzi ukraińska literaturoznawczyni Wira Ahejewa – jest bowiem rozmowa o literaturze. Badaczka uważa, że autor „wykorzystuje wszystkie dostępne środki demonstrujące rzemiosło pisarza, samą technikę kształtowania nowej literackości”. Johannsen zaprasza nas, żebyśmy zajrzeli za kurtyny warsztatu pisarskiego, popatrzyli pod podszewkę literatury. Bezkarnie bawi się konwencjami, wyśmiewa je, pokazuje ich zużycie i pustkę. Cóż, takie zagranie nie mogło przypaść do gustu dogmatykom socrealizmu.




Doniec pożera czołgi


W Związku Sowieckim twórczość Johannsena przez lata była zakazana. Ukraina zaczęła ją odkrywać od lat dziewięćdziesiątych. Między innymi dlatego jego utwory nie zabrzmiały dotąd po polsku. Dopiero teraz Kolegium Europy Wschodniej prezentuje wiersze tego autora w przekładzie Adama Pomorskiego w Antologii poezji ukraińskiego modernizmu oraz prozę w postaci wspomnianej powyżej Podróży uczonego doktora… w moim tłumaczeniu.

Pracując nad tym tekstem, nie mogłem oderwać się od oglądania opisanych przez Johannsena krajobrazów – zarówno na starych mapach, jak i współczesnych panoramach z Google Maps. Ta kartograficzna lektura podpowiada: Dońcowi daleko do świętej rzeki Ukraińców. Nie jest to oczywisty kręgosłup ukraińskiego państwa. To nie Szewczenkowski Dniepr, który „jęczy i ryczy” czy też „huczy, / Wre i pianą ciska!”. Nie spoczywają nad nim wieszcze. To rzeka kręta jak ukraińska historia. Swoje źródła i ujście ma poza granicami kraju. Mija wielkie miasta, muska tylko prowincjonalny Ługańsk, ledwie zbliża się do metropolii Charkowa i Doniecka. W pierwszej części swojego biegu – czyli tym Johannsenowskim – jest jeszcze dziki, zachęcający do wypraw. Dalej staje się rezerwuarem wody dla przemysłu Zagłębia Donbaskiego, przez co został okrutnie zanieczyszczony.

I wreszcie – w 2022 roku stał się ukraińską linią oporu. Czytelnik polskich mediów mógł wielokrotnie słyszeć jego imię podczas doniesień z strefy frontowej. Rosyjskie wojska stały w odległości dwudziestu kilometrów od trasy podróży powieściowego doktora Leonarda. Gdy agresorzy próbowali forsować Doniec w okolicach Słowiańska, rzeka pochłonęła cały wrogi batalion. Płynęły nią trupy, czołgi, sprzęt. Media pisały wówczas o nadrzecznym „lesie śmierci”. Z drugiej strony, Doniec w okolicach Ławry Świętogórskiej i niesamowitego pomnika komunisty Artema przepuścił ukraińską armię na drugi brzeg podczas charkowskiej kontrofensywy we wrześniu 2022 roku.


Nad rzekami Charkowa


Johannsen w latach trzydziestych szykował się, by opisać inny fascynujący go fenomen. Miasto. „Charków jako temat interesuje mnie od dawna” – pisał. Zachwycała go niezwykła przemiana tej megapolis i chciał ją uwiecznić w formie literackiej. W 1936 roku Johannsen zaczął pisać powieść z nutką autobiograficzną, której bohaterem był chłopiec o wyjątkowym imieniu: Jugurta Jansson. Jak pisze literaturoznawca Rostysław Melnykiw, tekst był planowany jako „epicki obraz przedrewolucyjnego Charkowa z szerokim społecznym spektrum”.

Autor oddał wydawnictwu rękopis pierwszej części i pospieszył pracować nad drugim tomem. Nie zdążył. W sierpniu 1937 roku do jego mieszkania zapukało NKWD. Został skazany na rozstrzelanie za terroryzm i zamiar organizacji zamachu na władzę sowiecką. Oczywiście to uzasadnienie nie miało nic wspólnego z prawdą: tak naprawdę chodziło o jego niechęć do pracy na rzecz socrealizmu, o zabawy z formą, odwagę literacką i chęć nadania ukraińskiej literaturze europejskiego charme’u.

Rękopis obu części powieści o Charkowie skonfiskowano podczas aresztów i nigdy ich nie odnaleziono. Dziś jedynie mgliste wyobrażenie o jej kształcie może dać rosyjski przekład pierwszej części tego utworu. Nie został opublikowany – i nigdy do końca nie dowiemy się, jaki obraz tamtego miasta chciał przedstawić Johannsen.

A jednak w przyrodzie nic nie ginie. Wiele dekad później podobną próbę opisu Charkowa podjął Serhij Żadan. W zbiorze opowiadań Mezopotamia przedstawia on swoje miasto i jego metamorfozy, mieszkańców z różnych warstw społecznych, a przede wszystkim historie ich miłości, zdrad i rozstań. Pisarz ten jest zresztą wielkim fanem Johannsena i pożyczył od niego tytuł tomiku poetyckiego: Ballady o wojnie i odbudowie.

Najciekawsze jest to, że Żadan odkrył w Charkowie coś nowego. Narrator jednego z jego opowiadań wypowiada się w następujący sposób: „To dobrze, pomyślałem, miasto, które leży nad rzeką, jest bezpieczniejsze i spokojniejsze, życie w takim mieście utrzymuje się we własnym granicach i ma własny porządek. Później dowiedziałem się, że to nie jedyna rzeka. Miasto leżało na wzgórzach pomiędzy nimi, jakby na wyspie, błyszcząc wszystkimi swoimi białymi i czerwonymi budynkami, które otaczała gorąca majowa zieleń”. Charkowskie rzeczki, po których nie chciał pływać Johannsen, wiją się na kartach Żadanowskich opowiadań, oddziałują na bohaterów, wciągają ich i czarują.

W ostatnim opowiadaniu Mezopotamii padają zaś następujące słowa: „Rzeka przyniesie wszystkie intonacje, które usłyszałeś, rzeka zachowa całe pozostawione przy jej brzegach ciepło, rzeki umieją czekać, umieją zaczynać wszystko od początku. Dlatego, że istnieje ciągłość przepływu, ciągłość potoku i nikt nie może zatrzymać tej masy wilgotnego światła”.

Maciej Piotrowski -  - z wykształcenia historyk i ukrainoznawca, z pasji animator kultury. Tłumacz literatury z języka ukraińskiego m.in. utworów Mike'a Johannsena, Hryhorija Czubaja, Andrija Bondara i Wasyla Barki. Inicjator spotkań translatorskich Rozstaje. Współpracuje m.in. ze Stowarzyszeniem Folkowisko, Kolegium Europy Wschodniej i Stowarzyszeniem Czajnia. Pracował jako specjalista ds. merytorycznych przy projekcie wystawy stałej Muzeum Hołodomoru w Kijowie.

Inne artykuły Macieja Piotrowskiego
I chyba o to chodzi w całej naszej opowieści: o pamięć o wspólnocie nurtu i wiosłowanie w tym samym kierunku.

Cytaty z Mezopotamii Serhija Żadana w tłumaczeniu Michała Petryka.
Fragment wiersza Mike’a Johannsena Ach, drzewo… w przekładzie Adama Pomorskiego.

Fragment wiersza Tarasa Szewczenki Testament w tłumaczeniu Bohdana Łepkiego oraz wiersza Urzeczona w przekładzie Józefa Łobodowskiego

Pozostałe cytaty w tłumaczeniu autora.