Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Międzymorze / 29.01.2024
Daria Lobanova, Julia Kyryczenko

„Wszystko, co tak naprawdę mamy, to dzień dzisiejszy”. Trudne dzieje uchodźczyni z Charkowa

Wybuch wojny przyniósł dla Ołeny Kostiuk i jej syna nagły koniec spokojnego życia w Charkowie. Przymusowa emigracja do Polski, stała się wyzwaniem nie tylko z powodu wojennych realiów, lecz także ze względu na specjalne potrzeby syna. Ta niezwykła historia to nie tylko opis adaptacji do nowej rzeczywistości, ale także relacja o rozpoczęciu życia na nowo.
Foto tytułowe
(Shutterstock)


Posłuchaj słowa wstępnego drugiego wydania magazynu online!


Wychowywanie dziecka z zaburzeniami ze spektrum autyzmu w warunkach wojny i przymusowej emigracji, kariera w IT, działalność na rzecz praw człowieka i nowa miłość w obcym kraju. To nie jest zwiastun specjalnej edycji show „Supermama”, ale prawdziwa historia Ołeny Kostiuk – uchodźczyni z Charkowa, która w marcu 2022 roku znalazła schronienie w Pabianicach, miejscowości w centralnej Polsce. Półtora roku później kobieta dzieli się swoją historią z „Naszym Wyborem”.

Horyzont to dość przytulna, nowoczesna dzielnica mieszkaniowa na wschodnich obrzeżach Charkowa. Nowe budynki, duży park, kilka minut do stacji metra Industrialna, nowe place zabaw, dogodny dojazd samochodem do centrum miasta. Kupując tam kilka lat temu mieszkanie, Ołena wzięła pod uwagę wszystkie te czynniki, a także bliskość mieszkania swojej siostry Julii – jej najwierniejszej przyjaciółki, zawsze gotowej do pomocy. Nie można było przewidzieć jedynie agresywnych sąsiadów – od domu Ołeny do granicy z Rosją jest około 50 kilometrów.

– Rankiem 24 lutego mocno spałam, poprzedniego dnia pracowałam do późna. Zbudził mnie telefon: „Słyszysz to? Wygląda na to, że się zaczęło. Wojna”. A w mojej zaspanej głowie: „Stop, jaka wojna? Przecież dziś mam iść ze Swiatykiem na basen!”. Oczywiście, gdy w końcu się wybudziłam, od razu zaczęłam się pakować, bo musiałam wywieźć dziecko. W tym samym czasie zadzwoniła moja mama i powiedziała, że w nocy zmarła nasza babcia i trzeba coś z tym zrobić. Ale co robić? Nikt teraz nie zrobi pogrzebu, bo wszędzie trwa ostrzał i bombardowanie. Trzeba zorganizować kremację, bo tak jest nieco łatwiej – prochy można przechować jakiś czas, ale 24 lutego krematorium też nie pracowało. I to okropne zagubienie. Co robić? Wywozić dziecko? Pocieszać mamę? Próbować zorganizować pogrzeb? W końcu pojechałyśmy z siostrą do domu mojej matki, zostawiłyśmy jej trochę pieniędzy, a potem pomagaliśmy już zdalnie. Wyjeżdżałyśmy z miasta, a to zagubienie było czuć w powietrzu – jakby nikt nie wiedział, co jest w tej chwili słuszne.

– Przy tym wszystkim zupełnie nie miałyśmy pojęcia, na jak długo wyjeżdżamy, myślałyśmy, że powinniśmy przeczekać weekend pod Charkowem, a tam wszystko się jakoś uspokoi, bo jak może być wojna na pełną skalę w XXI wieku? To było całkowicie irracjonalne myślenie, bo wiedziałam już, jak to było w Doniecku w 2014 roku, kiedy też wszyscy myśleli, że lada dzień wszystko się skończy, ale tak się nie stało i trwa do teraz. Jednak na racjonalne myślenie nie było sił, ledwo wystarczyło na podejmowanie jakichś półautomatycznych działań: zebrać minimum rzeczy, wsiąść do samochodu, udać się do krewnych w Połtawie. Cudem zabrałyśmy laptopy, raczej z myślą o kreskówkach dla dziecka niż o pracy. Z Połtawy już nie wróciłyśmy. Po tygodniu pobytu u krewnych zdałyśmy sobie sprawę, że nie możemy już siedzieć im na głowie, i ruszyłyśmy dalej. Początkowo myślałyśmy o Iwano-Frankiwsk, ale ostatecznie pojechałyśmy do Polski. Po drodze okazało się, że w pośpiechu zapomniałam dokumentów stwierdzających inwalidztwo syna i musiałam zostać na kilka dni na Zakarpaciu, żeby je wyrobić.

Spotkałyśmy się z Ołeną w niewielkim mieszkaniu w centrum Pabianic, w którym już od prawie półtora roku mieszka z trzynastoletnim synem Światosławem.

Mieszkanie należy do matki Marty, która w marcu 2022 roku udzieliła rodzinie schronienia i pomogła osiedlić się w nowym kraju Ołenie z synem i siostrą z dwójką dzieci.

– Marta wszędzie nas zabierała: oprowadzała po mieście, pomagała w sporządzaniu dokumentów, znalazła osoby, które wynajęły mieszkanie dla Julii z jej synami. Przy czym w ogóle się wcześniej nie znałyśmy, była to stara znajoma mojego kierownika projektu, Polaka, która wyemigrowała do Hiszpanii – wspomina Ołena, nalewając herbatę. Tymczasem budzi się Swiat – dopiero późną nocą on, jego mama i jej partnerka Nastka wrócili z tygodniowego wypoczynku nad malowniczym jeziorem, więc chłopiec odsypiał. Po przebudzeniu Swiat śpieszy, aby przywitać się z mamą. Mają swój rytuał: on przyciska dłonie do policzków matki, przybliża do niej twarz i czeka na uśmiech. Widząc ją, śmieje się radośnie i powtarza to jeszcze kilka razy.

– To dla niego bardzo ważne, żeby widział, że się uśmiecham, dzięki temu czuje, że wszystko jest w porządku – wyjaśnia Ołena. Jej syn ma zaburzenia ze spektrum autyzmu. Jest to szczególny stan neurorozwoju, który charakteryzuje się trudnościami w zakresie relacji społecznych, komunikacji werbalnej i niewerbalnej, a także przejawami powtarzalnych zachowań, naleganiem na rutynowe i specyficzne reakcje na bodźce zmysłowe.

Zgodnie z danymi Światowej Organizacji Zdrowia co setne dziecko na świecie rodzi się z ASD [zaburzenia ze spektrum autyzmu – aut.]. Autyzm nie jest chorobą i nie może pojawić się na skutek działania czynników zewnętrznych. Nie można go „wyleczyć”, ale oparte na dowodach metody interwencji psychologicznej mogą znacząco przyczynić się do rozwoju umiejętności komunikacyjnych i adaptacji społecznej dziecka z ASD. Słowo „spektrum” w nazwie zaburzenia wskazuje na dość szeroki zakres przejawów: od ciężkiego upośledzenia funkcji poznawczych i inteligencji emocjonalnej po wysoką funkcjonalność, fenomenalną pamięć i niezwykłe zdolności w różnych dziedzinach sztuki i nauki.

– Przeprowadzka do nowego kraju stała się dużym wyzwaniem dla mnie i Swiata, ale on nie przestał mnie miło zaskakiwać swoją umiejętnością adaptacji. Wiele moich obaw się nie spełniło, a przynajmniej w znacznie mniejszym stopniu, niż się spodziewałam. I tak na przykład Swiatyk zawsze był bardzo wybredny w jedzeniu, jadł raczej ograniczoną liczbę znanych mu potraw: lubił małe dziecięce parówki, spożywania innych odmawiał, jadał tylko serki Agromolu [produkt Charkowskich Zakładów Mleczarskich – aut.], kanapki tylko z miękkim serkiem – twardego sera nawet nie chciał próbować. I wiele innych tego typu specyficznych rzeczy, które po przeprowadzce stały się niedostępne. Szczególnie martwiłam się, będąc w drodze: nie mogliśmy zaopatrzyć się w żywność na całą długą podróż – jechaliśmy samochodem, oczywiście, bez lodówki. Bliżej granicy i już po jej przekroczeniu znajdowały się punkty wolontariuszy, w których karmiono, głównie kanapkami, czasem gorącym posiłkiem. Wówczas Swiat po raz pierwszy zjadł kanapkę z twardym serem. Tutaj w Polsce stopniowo się do tego przyzwyczailiśmy, ale nie powiem, że było to łatwe – wiele produktów wydaje się bardzo podobnych, jednak wedle jego wybrednego gustu wciąż są bardzo różne. Z językiem okazało się łatwiej. Moje dziecko jest niewerbalne i skupia się bardziej na intonacji i kontekście niż na konkretnych słowach. Syn wychował się w środowisku rosyjskojęzycznym, najlepiej rozumie rosyjski. Jednak w jego życiu obecne są jednocześnie cztery języki, dlatego staram się mu w tym pomóc. Czasami idziemy ulicą, mówię jakieś zdanie po rosyjsku, upewniam się, że zrozumiał, o czym mówię, i tłumaczę: najpierw na ukraiński, potem na angielski i, jeśli znam tłumaczenie, na polski. W szkole zajęcia prowadzone są całkowicie po polsku, ale najwyraźniej nie ma z tym żadnych problemów.

Przed narodzinami syna Ołena pracowała jako dziennikarka, redaktorka i prezenterka w kilku charkowskich stacjach radiowych. Po zajściu w ciążę w 2010 roku rzuciła pracę i skupiła się na wychowaniu Swiata. Po paru latach stało się jasne, że chłopiec nie będzie mógł chodzić do przedszkola: nie mógł komunikować się w grupie, przestrzegać wymagań i zasad instytucji. Wówczas Ołena zaczęła się konsultować z psychologami, zabierać dziecko do logopedów, specjalistów rozwojowych i specjalnych ośrodków dla dzieci z autyzmem. Z czasem w jednym z tych ośrodków otwarto prywatną szkołę, której dyrektorki i nauczycielki same były matkami dzieci z ASD, dlatego szczerze wspierały jak najlepszą organizację procesu edukacyjnego. Zdaniem Ołeny była to najlepsza z placówek, do których uczęszczał Swiatyk.

– Nauka odbywała się według ogólnego programu nauczania szkoły podstawowej: uczyli się matematyki, uczyli się pisać w wypełnionych drukowanych zeszytach. Na trójkę dzieci przypadało pięciu nauczycieli – wydawać by się mogło, że to za dużo, ale takie podejście stworzyło warunki do dobrego i bezpiecznego rozwoju dzieci. Niestety, szkoła ta nie przetrwała długo – opowiada o pierwszej szkole swojego syna. Po zamknięciu tej placówki wybór padł na inną prywatną szkołę w Charkowie – tym razem o kształceniu ogólnym, ale ze specjalną klasą dla dzieci z niepełnosprawnością rozwojową. W nowej szkole dzieciom z klasy specjalnej nie przydzielano zadań z programu kształcenia ogólnego, lecz skupiono się na adaptacji społecznej. Ogólnie rzecz biorąc, zdaniem Ołeny, wybór placówki edukacyjnej dla jej dziecka w Charkowie nie był łatwym zadaniem: liczba dostępnych miejsc była bardzo ograniczona, a koszty edukacji wysokie. Dlatego też miłym zaskoczeniem było znalezienie publicznej szkoły specjalnej tuż obok ich nowego domu w Pabianicach.

– Nawet ta superklasa w tej szkole jest bardzo podobna do tej w Charkowie. Kiedy przyszłam tu po raz pierwszy, żeby porozmawiać o nauce Swiatyka, w ogóle nie mówiłam po polsku, większości słów nawet nie rozumiałam. Specjalnie dla nas znaleźli nauczyciela, który mówił doskonale po angielsku i pomógł nam w tłumaczeniu. Oprócz formalności związanych ze złożeniem dokumentów skierowano nas na konsultację z psychologiem, który ustalił, jaki program będzie realizował Swiat. Obecnie są to głównie zajęcia twórcze, poznawanie otaczającego świata – pór roku, zjawisk przyrodniczych, a także pewne umiejętności praktyczne. Uczą się na przykład liczyć pieniądze. Nie wiem, na ile jest to skuteczne w przypadku mojego dziecka, ale ogólnie jestem zadowolona. Po zajęciach głównych dzieci udają się do świetlicy, gdzie pod opieką mogą rysować, bawić się, jeść i spacerować na świeżym powietrzu. Dzięki temu mogę spokojnie pracować, w przeciwieństwie do charkowskiej szkoły, gdzie dziecko trzeba było odebrać najpóźniej o godz. 14. Musiałam jeździć na zmianę z Julią – każda z nas poświęcała czas pracy na opiekę nad dzieckiem. Jej wsparcie przez te wszystkie lata jest absolutnie bezcenne. Nie wiem, jak bym sobie poradziła bez mojej siostry.

W 2018 roku, kiedy Swiat skończył osiem lat, Ołena postanowiła wrócić do samorealizacji zawodowej. Wraz z siostrą ukończyła kurs inżynierii jakości i od prawie pięciu lat z sukcesem pracuje w nowym zawodzie. Od 2021 roku jest zatrudniona w międzynarodowej firmie informatycznej, która w każdy możliwy sposób wspierała kobietę na etapie trudnej przeprowadzki i adaptacji w nowym kraju.

Praca i opieka nad dziećmi to nie wszystko, co siostry robią razem. Obie przez wiele lat można było zobaczyć na charkowskich wydarzeniach związanych z prawami człowieka, w tym LGBT+ i feministycznymi. A od 2019 roku są współzałożycielkami chóru Queer Essence, który nie tylko nie przestał istnieć w czasie pełnowymiarowej wojny, lecz również miał możliwość występować w Polsce, a nawet wziąć udział w międzynarodowym festiwalu chórów LGBT Different Voices w Bolonii.

– To spotkanie chóru offline po tak długiej rozłące było prawdziwym cudem – mówi Ołena. – Przyjemnie było znów się przytulić, pośpiewać razem. Chociaż, nawet nasze próby i rozmowy online też są bardzo pomocne. To z jednej strony ważny fragment przeszłości, charkowskiego życia, a z drugiej zaś – możliwość kontaktu. Oprócz Julii i naszych dzieci przez długi czas nie miałam nikogo w Polsce, jakoś bardzo trudno było mi nawiązać kontakty towarzyskie, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności.

To właśnie brak kontaktów towarzyskich i pragnienie nowych znajomości zaprowadziły pewnego kwietniowego wieczoru Ołenę na Tindera. Przyznaje, że nie szukała niczego konkretnego – chciała popatrzeć na ludzi, z kimś porozmawiać. Jeszcze tego samego wieczoru spotkała się z Nastką Pilichowską, socjolożką i menedżerką projektów z Łodzi. Żadna z nich nie przypuszczała, że nocna pogawędka przerodzi się w długotrwały związek.

Posłuchaj podcastu:



– Nawet nie wiem, jak odpowiedzieć na pytanie, jak długo jesteśmy razem – mówi Nastka, śmiejąc się. Włączyła się do rozmowy już po obiedzie, bo przyjechała z Łodzi. Podróż samochodem zajmuje tylko pół godziny, więc takie wyjazdy w gości stały się dla dziewczyn codziennością. Cała nasza czwórka wybiera się na spacer do parku. Jedziemy samochodem Nastki – ona prowadzi, Ołena obok, a Swiat i ja na tylnych siedzeniach. Dziewczyny rozmawiają ze sobą po angielsku. Ołena przyznaje, że czasami ćwiczą po polsku i po ukraińsku.

– Od czasu do czasu organizujemy tematyczne rozmówki. Umawiamy się na przykład, że idąc do sklepu, będziemy rozmawiać wyłącznie po polsku: jakie towary się w nim znajdują, co powiedzieć przy kasie, jak poprosić o torebkę i tak dalej. Czasem na odwrót – ja uczę Nastkę ukraińskiego. Ona bardzo interesuje się Ukrainą i jej kulturą. Pomagała Ukraińcom w Polsce, jeszcze zanim się poznałyśmy. Chcesz, żebym ci pokazała, czego słucha w samochodzie? – Kiwam głową i od razu w głośnikach prawie na całą moc zaczyna grać „Dancing Lasha Tumbai” Wierki Serdiuczki. Dziewczyny wesoło podśpiewują, a Swiatyk co jakiś czas zanosi się od śmiechu. Ołena mówi, że to jedna z ich ulubionych wspólnych rozrywek – podróżowanie samochodem, śpiewanie ukraińskich piosenek, żarty i poznawanie nowych miejsc. Mówią, że w ciągu ponad roku znajomości przejechały razem ok. 200 tysięcy kilometrów.

– Nie było jakiegoś konkretnego momentu, w którym nadałyśmy temu związkowi jakiś status. Wszystko rozwinęło się jakoś organicznie, choć dość szybko. Tyle że obie zrozumiałyśmy, że jest nam razem dobrze i ciekawie, więc po co się temu opierać. Z czasem zapoznałyśmy dzieci – mam ich dwójkę: dwunastoletniego Juliana i dziesięcioletniego Jana. Po Bolonii pojechałyśmy razem do Ukrainy. Chciałam zobaczyć rodzinne miasto Ołeny, poznać jej rodziców. Charków jest bardzo piękny, nawet teraz ze śladami ostrzałów. Naprawdę nie przyszło mi do głowy, jak ktoś mógł zrobić coś tak okrutnego, dzikiego, okropnego i wywołać tyle biedy. Pewnej nocy przespałyśmy wszystkie alarmy, nawet nie słyszałyśmy wybuchów. Budzimy się rano, czytamy wiadomości i powiadomienia od bliskich i zastanawiamy się, jak to możliwe, że nic nie słyszałyśmy – opowiada Nastka.

Ołena dodaje: – To było bardzo dziwne doświadczenie. Wracasz do swojego miasta i nie wiesz, czego się spodziewać. Charków wygląda jak Charków, lecz jeśli przyjrzysz się uważnie, zobaczysz te blizny, zniszczenia. Ale jest tak, że wczoraj trafili w budynek, a rano wszystko zostało uprzątnięte i ulica znów wygląda prawie tak samo.

Na koniec rozmowy ośmielam się zapytać Ołenę i Nastkę, czy omawiały plany na wspólną przyszłość.

– Wojna zmusiła nas do porzucenia nie tylko planów, ale także nawet samej idei długoterminowego planowania. Patrzymy na siebie i rozumiemy, że chciałybyśmy się razem zestarzeć. Czasami mówimy o pewnych możliwościach: życia w dwóch krajach i po kolei odwiedzania siebie nawzajem, wspólnej przeprowadzki do trzeciego. W tych rozmowach pojawiają się frazy „po zwycięstwie”, „kiedy dzieci [Nastki] dorosną i usamodzielnią się”, jednak każda z tych rozmów urywa się gdzieś pośrodku, przeradzając się w lęk i niepewność. W końcu, jedyne, co mamy, to dzień dzisiejszy.

Publikacja powstała w ramach projektu "Akademia Reporterek" wspieranego przez Kolegium Europy Wschodniej

Artykuł opublikowano również w Nasz Wybir