Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Ukraina / 24.02.2024
Paulina Siegień, Basil Kerski

"Trzymajmy się razem, nie dajmy się podzielić!". Potrzebujemy nowej solidarności z Ukrainą

Dwa lata temu nie chcieliśmy wierzyć, że ta wojna nie będzie długa, niestety dzisiaj jej wyraźnego końca nie widać. Potrzebujemy formuły Nowej Solidarności, opartej na wsparciu Ukrainy w długotrwałej walce i na rezyliencji polskiego społeczeństwa.
Foto tytułowe
Mural w miejscowości Borodzianka (fot. Paulina Siegień)


Posłuchaj słowa wstępnego drugiego wydania magazynu online!



Potrzebujemy Nowej Solidarności z Ukrainą


Sine ciało bez nóg i ręki. Twarz przewiązana bandażem. W ciemnym pomieszczeniu obok łóżka siedzi kobieta. Z podpisu dowiaduję się, że to ukraiński żołnierz, który stracił kończyny i wzrok. Ale przeżył. Obok siedzi jego żona.

Nie wiem, czy umiałabym odnaleźć to zdjęcie w internecie. Ale to ono najbardziej zapadło mi w pamięć spośród tysięcy wojennych zdjęć, zrobionych przez reporterów przez te dwa tragiczne lata, które zapoczątkowała pełnoskalowa rosyjska agresja na Ukrainę. Na zawsze zostanie też ze mną inne zdjęcie, które również obiegło świat. Pokazuje skutki rosyjskiego ataku rakietowego na Dnipro ze stycznia 2023 roku. Wysoko, w ruinach zawalonego bloku mieszkalnego, obok wyrwanej wanny siedzi młoda, zapłakana kobieta, która cudem ocalała. W kolejnych dniach dowiedzieliśmy się o niej więcej. Ma na imię Anastasija, a jej partner, Wład, był żołnierzem i zginął na froncie.


Zmęczenie wojną


Codziennie rano otwieram strony ukraińskich mediów. „W Odessie trzy osoby zginęły w wyniku ataku dronem Shahed” – zazwyczaj od takich informacji zaczyna się dzień. Ukraińska dziennikarka, z którą koresponduję, parę dni temu napisała, że przeprasza, że od kilku godzin nie odpowiada na moje wiadomości: „Muszę dojść do siebie po ostrzale. A do tego mam dzieci w domu, nie poszły do szkoły, bo w szkole wyleciały okna od fali uderzeniowej”. Wciąż nie wiem, jakie są dobre słowa w takich sytuacjach.

Kiedy otrzymałam tę wiadomość, przypomniał mi się artykuł z okazji Dnia Dziecka, opublikowany w „Ukraińskiej Prawdzie”. Jedna z redaktorek tłumaczyła, jak oswaja swoje dzieci z warunkami życia w stolicy kraju, na która lecą wrogie rakiety. A przy okazji oswaja swój strach. Otóż obliczyła, że w Kijowie na tamtą chwilę wciąż dużo większe było ryzyko śmierci w wyniku wypadku drogowego, na przykład potrącenia przez samochód, niż trafienia przez rosyjski pocisk lub jego odłamki. I tego postanowiła się trzymać.

Od znajomych słyszę, że są chronicznie niewyspani. Rosyjskie ostrzały wzmogły się jesienią, co noc rozbrzmiewały syreny alarmowe, schodzili więc do schronu, tak jak w pierwszych dniach pełnoskalowej wojny. Potem wracali, potem schodzili, potem wracali. Chociaż rakiety i drony z Rosji spadają czasem tuż obok ich domów, wielu Ukraińców nie ma już siły na ciągłe ukrywanie się. Kładą się spać na podłodze, w korytarzach i łazienkach, bo te miejsca w przypadku trafienia w budynek dają największą szansę przeżycia. Właśnie tak wygląda zmęczenie wojną, która dla Ukrainy stała się codziennością.


To nie miała być długa wojna


Dla mieszkańców terenów przyfrontowych problemy lwowian czy kijowian wydają się jednak bajką. Tam rozgrywa się prawdziwe piekło, a śmierć, strach i cierpienie zamieszkały z nimi na stałe.

Dwa lata temu nie chcieliśmy wierzyć, że ta wojna będzie długa. Była zbyt szokująca, zbyt niesprawiedliwa, zbyt brutalna, żeby nie wywoływać nadziei, że ktoś albo coś w końcu przerwie to szaleństwo. Ale to się nie wydarzyło i dzisiaj patrzymy na wojnę bez jasnego i wyraźnego końca. To paradoks pierwszych miesięcy, które nastąpiły po otwartej rosyjskiej napaści. Z jednej strony było w nich tyle tragedii, takich jak rosyjskie zbrodnie w Buczy, Irpieniu, Borodiance, czy agonia Mariupola, ale z drugiej – tak dużo wiary w dobre zakończenie, entuzjazmu i międzynarodowej solidarności.

Dzisiaj naszych mediów społecznościowych nie zalewają już śmieszne filmiki o fajtłapowatości rosyjskich żołnierzy, nie dzielimy już Rosji i nie śledzimy śmiertelnych chorób rosyjskiego dyktatora. Po dwóch latach wiemy też, że ukraińskie bohaterstwo, które tak bardzo podziwialiśmy w 2022 roku, ma swoją wysoką cenę. Żołnierze i żołnierki płacą za nie życiem, kraj – permanentnym kryzysem, a kolejne pokolenia Ukrainek i Ukraińców zapłacą pewnie pokoleniową traumą. Wojna Ukrainy, która broni się przed Rosją, po dwóch latach nie przypomina już heroicznego zrywu, a pełną znoju i niewdzięczną tytaniczną pracę, której efekty pozostają niepewne.


Walka o państwo


Ukraińska armia na froncie walczy o zachowanie ukraińskiej państwowości, choć sojusznicze wsparcie militarne kuleje, a płynące zza oceanu pogróżki Donalda Trumpa w połączeniu z interesowną postawą części Partii Republikańskiej, blokującej pakiet pomocowy dla Kijowa, wywołują bardzo dużo obaw o dalszy przebieg operacji zbrojnych.

Ukraińska gospodarka walczy o przetrwanie. Kiedy niespełna rok temu rozmawiałam w Kijowie z jednym z drobnych biznesmenów z branży poligraficznej, przyznał otwarcie, że z punktu widzenia opłacalności działalność jego firmy nie ma sensu. Ale cel ekonomiczny ustąpił społecznemu, bo zarówno jemu, jak i pracownikom zapewnia poczucie względnej stabilności, daje powód, by wstać rano z łóżka. Nad chęcią zysku dominują poczucie obowiązku i potrzeba, by mieć bezpieczny punkt zaczepienia w niebezpiecznej rzeczywistości.

Walczą też ukraińskie władze i ukraińskie społeczeństwo obywatelskie, czasem ręka w rękę, a czasem przeciwko sobie. Zaufanie do struktur państwa podkopują ujawniane regularnie przez dziennikarzy śledczych afery korupcyjne, do których dochodzi na najwyższym szczeblu, także w Ministerstwie Obrony. Korupcja, podobnie jak przed rosyjską agresją, pozostała jednym z największych problemów Ukrainy. Zachodnie instytucje i struktury wymagają od władz w Kijowie konkretnych wysiłków, by jej przeciwdziałać, ale w warunkach wojny, która zawsze działa jak katalizator zjawisk korupcyjnych, trudno o fenomenalne efekty. Dlatego wciąż dziennikarze i aktywiści są w tym skuteczniejsi niż specjalnie powołane państwowe służby. Przykład korupcji doskonale pokazuje, w jakim klinczu znajduje się Ukraina, od której w warunkach regularnej wojny, dotykającej wszystkie obszary kraju, oczekuje się poprawy sposobu funkcjonowania instytucji państwa, decentralizacji, przyspieszenia procesów demokratyzacji. Wojna tradycyjnie wyzwala przeciwstawne tendencje i dzisiaj Ukraina próbuje pogodzić te dwa wektory. Kruchy system stabilizuje przede wszystkim świadome, zorganizowane społeczeństwo obywatelskie.


Borodzianka, obwód kijowski, ślady po rosyjskiej okupacji (fot. Paulina Siegień)

Erozja wsparcia


W drugą rocznicę rosyjskiej inwazji na Ukrainę w Polsce obserwujemy erozję wsparcia, które w lutym 2022 roku wywołało w naszym kraju wielki społeczny zryw. Wydawało mi się wtedy oczywiste, że prędzej czy później będzie musiał przygasnąć, że wrócimy do swoich spraw, inflacji, rat kredytów czy wewnętrznej walki politycznej, w której – obawiam się – bezpowrotnie ugrzęźliśmy. Ale równocześnie byłam przekonana, że dyktowany racją stanu konsensus przytłaczającej większości sił politycznych i społeczeństwa, że wspieranie Ukrainy w jej obronie przed Rosją są naszymi priorytetami. 22 lutego to data, która dla mnie już zawsze będzie oznaczała trzęsienie ziemi w świecie, jaki znałam. Moment, w którym Rosji udałoby się podporządkować Ukrainę, byłby jego końcem.




Protesty rolników i przewoźników, które bez przerwy trwają na granicy polsko-ukraińskiej, wyglądają dzisiaj jak negatyw tych obrazów z pierwszych dni i tygodni po wybuchu pełnoskalowej wojny, kiedy tysiące wolontariuszy, przy wsparciu organizacji pozarządowych, samorządów, ale też polskich służb, zjechały się tam, by zapewnić jak najlepszą opiekę docierającym do Polski ukraińskim uchodźcom. Otworzyliśmy granicę tak szeroko, jak było to możliwe, by każdy, kto tego potrzebuje, znalazł w Polsce schronienie.

Dzisiaj różne sfrustrowane grupy zawodowe zrobiły z ukraińskiej granicy narzędzie presji politycznej. Ich frustracja jest uprawniona, podobnie jak protest, do którego każdy z nas ma prawo w obronie swoich praw i interesów. Jednak statystycznym Polkom i Polakom coraz trudniej połapać się, o co w tym proteście chodzi, jakie są postulaty i możliwości ich realizacji. Czemu rolnicy protestują, skoro ograniczenia na import ukraińskiej produkcji wprowadził rząd Zjednoczonej Prawicy jeszcze w kwietniu minionego roku? Czy zboże i rzepak, które wysypują na tory na bocznicach kolejowych, miało przejechać przez Polskę tranzytem, czy wciąż jest przedmiotem handlu wewnątrz kraju? W jaki sposób Zielony Ład łączy się z problemem wejścia na europejski rynek towarów z Ukrainy? Czy to, że olej potaniał z 10 na 4 złote, wynika z tańszych, ukraińskich surowców? Czy można ten olej jeść, skoro zewsząd słyszymy, że ukraińska żywność jest toksyczna? Pilnie potrzebujemy odpowiedzi na te oraz inne, mnożące się pytania, zanim poczucie, że Ukraina jest winowajczynią wszystkim naszych krzywd, rozleje się po całym społeczeństwie, a pojawiające się na rolniczych protestach skrajnie radykalne hasła, takie jak wzywanie Putina do zrobienia porządku z Ukrainą i Brukselą, wejdą do głównego obiegu.

Owszem, negocjacje z Ukrainą w sprawach handlowych nie są wcale proste. Kijów jest zdeterminowany, by walczyć o jak najlepsze warunki dla siebie. Trudno oczekiwać, że argument wojny przestanie w tych negocjacjach odgrywać rolę, skoro w Ukrainie trwa wojna, a jej przedmiotem jest egzystencja państwa jako takiego. Takie sprawy należy rozwiązywać na szczeblu roboczym, tam powinny zostać wypracowane odpowiednie środki zaradcze. Musimy jednak pamiętać, że bez Ukrainy jakikolwiek protest – czy to rolników, czy innych branż i grup zawodowych – może okazać się bezprzedmiotowy.


→ Przeczytaj więcej artykułów dotyczących Ukrainy ←


Potrzebujemy symboli i Nowej Solidarności


Wołodymyr Zełenski w reakcji na doniesienia o wydarzeniach, do jakich doszło podczas protestu polskich rolników, odbywającym się kilka dni przed rocznicą rosyjskiej agresji, wezwał polskie władze do pilnego spotkania na granicy. Donald Tusk odpowiedział, że owszem, spotka się z ukraińskim rządem. Ale wtedy, kiedy było to planowane, czyli pod koniec marca. Niestety front i rosyjskie działania ofensywne mogą nie czekać do tej daty.

Polski premier stwierdził, że do spotkania na granicy nie dojdzie, bo „my w naszych relacjach symboliki nie potrzebujemy”. Tusk dodał, że „cały świat widzi, jak bardzo jesteśmy zdeterminowani w pomocy dla Ukrainy i nie potrzeba kolejnych strzelistych aktów solidarności”.

To prawda, że Donald Tusk regularnie podkreśla wsparcie dla Ukrainy, chociażby na konferencji prasowej z Ursulą von der Leyen, która przyjechała do Warszawy, by ogłosić uroczyście odblokowanie środków z KPO. Ale to też prawda, że Donald Tusk nigdy nie doceniał znaczenia symboli w życiu społecznym i sam niechcący wytworzył wtedy symbol, w którym skondensowana jest jego postawa, a mianowicie słynna „ciepła woda w kranie”. To nie była najmądrzejsza polityka.
Paulina Siegień - z wykształcenia etnografka, rosjoznawczyni i filolożka rosyjska. Absolwentka Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego. Z zawodu dziennikarka, tłumaczka i redaktorka naszego portalu. Stale współpracuje z „Krytyką Polityczną” i „Newsweek”. Autorka książki Miasto bajka. Wiele historii Kaliningradu, za którą otrzymała Nagrodę Conrada oraz nominację do Nagrody Ambasador Nowej Europy.

Inne artykuły Pauliny Siegień
Dlatego fundamentalnie nie zgadzam się z Donaldem Tuskiem także teraz. Nawet jeśli za nimi będą kryć się niemożliwa do przezwyciężenia gospodarcza konkurencja czy nieuniknione napięcia międzyludzkie, nawet jeśli wynikną z nich coraz to nowe trudności, to w relacjach polsko-ukraińskich dzisiaj bardzo potrzebujemy symboli, które wskażą nam jako całości polskiego społeczeństwa kierunek i przypomną, kto jest naszym przyjacielem, a kto wrogiem.

Zgadzam się jednak, że nie potrzebujemy „strzelistych aktów solidarności”. Dzisiaj w relacjach z Ukrainą – naszymi pochodzącymi z Ukrainy sąsiadami tu w Polsce i z ukraińskim społeczeństwem w kraju – potrzebujemy formuły Nowej Solidarności, opartej na wsparciu w długotrwałej wojnie. I na rezyliencji polskiego społeczeństwa.


***



Polacy i Ukraińcy: Jesteśmy jedna rodziną. Trzymajmy się razem, nie dajmy się podzielić!


Dwa lata temu Rosja napadła Ukrainę, aby odebrać naszym sąsiadom ich wolności i suwerenność. To była już druga rosyjska napaść na demokratyczną Ukrainę. Wojna trwa już od dziesięciu lat. Pamiętajmy, że w lutym 2014 roku Putin zajął Krym i wschodnie regiony Ukrainy, naruszając nietykalność granic Ukrainy, którą Rosja po 1991 w wielu międzynarodowych dokumentach gwarantowała. Pełnoskalowa inwazja Rosji dwa lata temu przekształciła wojnę w Ukrainie w największy konflikt militarny na naszym kontynencie po II wojnie światowej. Wojna ta nie jest konfliktem regionalnym, nie odbywa się gdzieś na peryferii, tylko jest globalną walką między demokracjami a dyktaturami. Agresora wspierają inne państwa autorytarne, wręcz totalitarne – Chiny, Iran, Korea Północna. Co gorsza, wysiłek Ukrainy umniejszany jest również przez populistów pokroju Donalda Trumpa. Wojna w Ukrainie rozstrzyga przyszłość Europy, a także całego ładu politycznego na świecie. Pytanie jest: czy świat zdominują demokracje, czy dyktatury, łamiące prawa człowieka?

Putin i jego sojusznicy sprawdzają naszą międzynarodową solidarność, naszą wierność wobec naszych humanistycznych wartości. W latach 1980-tych kolorami solidarności na świecie były biel i czerwień, barwy naszej polskiej rewolucji. Dziś europejską solidarność symbolizują barwy Ukrainy – żółty i niebieski.

Pamiętajmy, że Putin otwarcie kwestionuje skutki zwycięskich rewolucji obywatelskich lat 1989-1991: upadku żelaznej kurtyny. rozpadu imperium sowieckiego, budowy nowego demokratycznego ładu dla całej Europy. Naszym polskim zobowiązaniem jest, by bronić dziedzictwo rewolucji Solidarności. Dziś jako Europejczycy potrzebujemy solidarności z Ukrainą nie tylko w wymiarze humanitarnym i politycznym, ale też militarnym.

W tych dniach rocznicy wybuchu wojny w Ukrainie głęboko odczuwamy wspólnotę naszych losów – upamiętniamy ofiary wojny, zwiększając dług wdzięczności wobec naszego walczącego w obronie całej demokratycznej Europy sąsiada.

Basil Kerski - niemiecko-polski menadżer kultury, redaktor, politolog i eseista pochodzenia iracko-polskiego, od 2011 dyrektor Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku

Wojna zbliżyła jeszcze bardziej nasze narody. W tym tragicznych latach z narodu polskiego i ukraińskiego powstała jedna rodzina. Broniąc niepodległości Europy, niepodległości Ukrainy i Polski jesteśmy jedną rodziną – demokratyczną. Trzymajmy się razem, nie dajmy się podzielić!