Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Moscoviada > Ikona / 21.04.2024
Igor Krawetz

Pomnik wystawiony samej sobie. Rosyjska kultura zwalnia z odpowiedzialności za zbrodnie

Rosyjskie władze często wypowiadają się przeciwko narracjom imperialnym. Wiele uniwersytetów ma studia postkolonialne, ale tam mówi się o Anglii, Portugalii, Indiach. A Rosja – dziś jedyne tak ogromne imperium – nigdy nie rozliczyła się z kolonializmu. I to jest nie tylko problem Kremla, ale także intelektualistów, ludzi na ogół krytycznych wobec władz.
Foto tytułowe
(Shutterstock)



Posłuchaj słowa wstępnego drugiego wydania magazynu online!



Na początku kwietnia 2024 r. w Petersburgu zatrzymano Aleksandra Skobowa – dysydenta z czasów sowieckich – któremu postawiono zarzuty za rzekome „usprawiedliwianie terroryzmu”. Kilka dni wcześniej mieszkający w Rosji 66-latek apelował o wsparcie dla rosyjskich batalionów ochotniczych walczących po stronie Ukrainy. Teraz grozi mu za to nawet pięć lat więzienia.
W czasach Breżniewa Skobow — człowiek o lewicowych, lecz antysowieckich poglądach — był dwukrotnie aresztowany i wysłany do szpitala psychiatrycznego na przymusowe leczenie, m.in. za napis na murze „Polska Solidarność żyje”. Później w dobie Jelcyna w sposób otwarty sprzeciwiał się wojnie Rosji w Czeczenii, a za Putina potępiał aneksję Krymu i okupację części Donbasu przez armię rosyjską.

Potrzebne jest tylko zwycięstwo Ukrainy, tylko wyzwolenie wszystkich terytoriów zajętych przez Rosję, przywrócenie granic z 1991 r., zadośćuczynienie za agresję i postawienie przed sądem członków wojskowo-politycznego kierownictwa Rosji, którzy rozpoczęli wojnę – powiedział kilka dni przed aresztem w rozmowie z Radiem Swoboda.


Katerina Margolis, rosyjska artystka i aktywistka mieszkająca w Wenecji, zwraca uwagę na to, że w przeciwieństwie do wielu Rosjan — także tych, którzy uciekli na Zachód — Skobow nie poddał się restrykcjom władz i stał zawsze krok dalej niż nakazywała cenzura. – Podjął się działania bezpośrednio i świadomie. Nie dostosowywał się do restrykcyjnych wymogów władz – mówi Margolis. – Nie bawił się w gry. Nie eksponował tego, że jest ofiarą reżimu. Człowiek trzeźwy, mądry, odważny – i dlatego nie ma go na żadnych sztandarach.



Tymczasem szereg „znajdujących się na sztandarach” rosyjskich publicystów — o co ma pretensje Margolis — nadal oznacza każdy swój materiał, każdy wpis, każdy komentarz w mediach społecznościowych absurdalnym, lecz zgodnym z putinowskim prawem tekstem: „NINIEJSZY MATERIAŁ (INFORMACJA) ZOSTAŁ WYPRODUKOWANY, ROZPOWSZECHNIONY I (LUB) WYSŁANY PRZEZ AGENTA ZAGRANICZNEGO (IMIĘ, NAZWISKO) UMIESZCZONEGO W REJESTRACIE AGENTÓW ZAGRANICZNYCH) LUB DOTYCZY DZIAŁALNOŚCI AGENTA ZAGRANICZNEGO (IMIĘ, NAZWISKO) UMIESZCZONEGO W REJESTRACIE AGENCJI ZAGRANICZNYCH”. Robią to m.in. mieszkający na Zachodzie Wiktor Szenderowicz, Jekaterina Szulman, Andriej Makarewicz czy Dmitrij Bykow.


Zbiorowy „Tołstojewski”


Rosyjski XIX-wieczny historyk Wasilij Kluczewski na początku swojego Kursu rosyjskiej historii pisze: „Historia Rosji, historia kraju, który jest kolonizowany”. Margolis jest krytyczna wobec swoich rodaków, a obiektem krytyki nierzadko czyni rosyjskie opozycyjne media czy polityków, którzy znaleźli się na Zachodzie. Uważa, że nie wystarczy potępienie agresywnej napaści na Ukrainę, a później stwierdzenie, że to „wojna Putina”. Jej zdaniem za tę wojnę współodpowiedzialni są wszyscy Rosjanie. By tę odpowiedzialność przezwyciężyć, Margolis postanowiła w ubiegłym roku zainicjować edukacyjny kurs „Rosja i dekolonizacja”, którego pierwsza edycja skończyła się w kwietniu. Zaproszeni eksperci wraz ze słuchaczami omawiają imperialne narracje, które do dziś funkcjonują na poziomie rosyjskiej kultury, publicystyki, historii czy polityki. Również tej opozycyjnej, która potępia wojnę w Ukrainie.
– Uświadomienie siebie jako nosiciela kultury imperialnej wymaga niebagatelnej cierpliwości i zaangażowania – mówi Margolis. – Teraz trauma tylko się pogłębia. Biegniemy za pociągiem, który dawno temu odjechał. Bo w Rosji jako taka nie istnieje edukacja obywatelska, choć pewną pracę na tym polu robił „Memoriał”. Ale na poziomie obywatelskim, jednostkowym czy rodzinnym więzi są zerwane. Mało kto wie o prześladowaniach czy represjach wobec własnej rodziny: dziadek lub babcia kiedyś uznali, że sama znajomość tego faktu stanowi zagrożenie dla następnego pokolenia. Zerwanie tych więzi doprowadziło do całkowitego braku solidarności, umiejętności solidarnego działania, rozumienia wolności.

Kurs o dekolonizacji Rosji i Rosjan traktuje nie tylko o solidarności i wolności. To także praktyczna praca polegająca na rozliczeniu się z własną tożsamością – „z Tołstojewskim”, jak żartują uczestnicy. Okazuje się, że nie jest to proces łatwy.
– Kiedy tylko pojawiło się ogłoszenie o kursie, spotkaliśmy się z ogromną falą krytyki – wspomina jego inicjatorka. – Jedni zarzucali nam, że dekolonizacja to „modny temat”, że gonimy za trendami. Z kolei przedstawiciele narodów skolonizowanych mieli żal, że „znów Rosjanie postanowili ich uczyć”. To spory problem, bo nie możemy przestać być sobą, ze swoją tożsamością i ze swoimi traumami. Ale nie rozliczymy się z kolonializmem, jeśli nie będziemy słuchać przedstawicieli Kałmucji, ludów Kaukazu czy Północy, Ukrainy czy Polski. O kolonizacji warto mówić w pierwszej osobie, pokazać, że to nie tylko głos ofiar, ale także głos ludzi, specjalistów, którzy mają możliwość intelektualnego zrozumienia tego wyzwania z innego punktu widzenia.

Jak mówi Margolis: „Nie jesteśmy ekspertami w dziedzinie, która jeszcze nawet nie istnieje”. Chodzi o to, że dekolonizacja świadomości jako praktyka jest działaniem na pograniczu nauki i aktywizmu obywatelskiego. W trakcie kursu, podkreśla Margolis, bazą teoretyczną są m.in. prace Edwarda Saida. Słowa Margolis o nieobecności wątku dekolonizacji w Rosji jeszcze w 2015 r. potwierdziła badaczka kolonializmu Madina Tlostanova:


„W Rosji nie ma ustalonego dyskursu postkolonialnego, nie ma badań na ten temat, nie ma praktycznych seminariów dekolonialnych. Rzadko ten temat pojawia się w sztuce, ale głównie intuicyjnie i nieświadomie wyrastając z sensacji czy postrzeganiem świata. Rzadko ma to związek z praktyką”.



To o tyle paradoksalne, że w ZSRR kolonializm odmieniano przez wszystkie przypadki. Ale nie swój, a zachodni. To dzięki sowieckim towarzyszom w grudniu 1960 r. XV sesja Zgromadzenia Ogólnego ONZ po burzliwej dyskusji przyjęła deklarację w sprawie przyznania niepodległości krajom i narodom kolonialnym. Jej sens polityczny polegał na tym, aby ukształtować pozytywny wizerunek Związku Sowieckiego jako „bojownika o prawa narodów uciskanych”. Tę narrację w ubiegłym roku próbował wskrzesić Putin, krytykując Zachód i kierując swoje słowa do społeczeństw Afryki, Ameryki Łacińskiej czy Azji. „My pomagaliśmy, a co zrobili dawni kolonialiści? Pokazano mi ostatnio zdjęcia przedstawiające ludzi przywożonych z Afryki w klatkach do krajów europejskich. Nie da się patrzeć na to bez łez. Nikt w Afryce tego nie zapomni” – żalił się Putin, ścigany przez haski trybunał za deportację ukraińskich dzieci.

– Rosyjskie władze często wypowiadają się przeciwko narracjom imperialnym – wyjaśnia Margolis. – Wiele uniwersytetów ma studia postkolonialne, ale tam mówi się o Anglii, Portugalii, Indiach. A Rosja – dziś jedyne tak ogromne imperium – nigdy nie rozliczyła się z kolonializmu. I to jest nie tylko problem Kremla, ale także intelektualistów, ludzi na ogół krytycznych wobec władz. To także problem zachodnich studiów, slawistów, którzy nadal popierają modele rusocentryczne, zbudowane wokół „wielkiej kultury rosyjskiej”.


„Nie wyobrażam sobie poważnej literatury po ukraińsku”


O przykłady takiego podejścia nietrudno. Wystarczy prześledzić stosunek Rosjan do języka ukraińskiego. Słowianofilska gazeta „Dzień” krótko po powstaniu styczniowym pisała o nim tak: „Język małorosyjski komponowany przez chachłomanów [znieważ. „Ukraińcy” — red.] nie może być ani językiem rządu, ani językiem oświaty”. Po 160 latach, w maju 2022 r., po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę i po ujawnieniu zabójstw w Buczy Sewa Nowgorodcew – od dawna mieszkający na Zachodzie publicysta rosyjskiej redakcji BBC, dysydent – powiedział: „Język ukraiński, mimo całej swojej melodii i słodyczy, nie posiada narzędzi, które zgromadziły się w językach świata, angielskim, francuskim, hiszpańskim, a nawet rosyjskim. Nie wyobrażam sobie książki o fizyce kwantowej po ukraińsku”.

– Kurs o dekolonizacji Rosji jest potrzebny, aby nawet prozachodni Rosjanie, którzy z pewnością nie popierają wojny, którym bliskie są wartości demokratyczne, spojrzeli na Rosję bez różowych okularów – tłumaczy Katerina Margolis. – Chodzi o to, żeby zobaczyli, jak dominująca, powszechna i okropna jest kolonizacyjna narracja. To nie tylko idea, bo za tą ideą kryją się miliony istnień ludzkich, więc trzeba coś z tym robić. Poczuć, że cała rosyjska kultura jest tą narracją przesiąknięta, zatruta w najmniejszych sylabach, to dla Rosjan bardzo trudne wyzwanie. Nie tylko zrozumieć, ale też poczuć poprzez głos, optykę i spojrzenie Innego – podkreśla Margolis. Aktywistka i artystka dodaje, że rosyjskie przekonanie o wyższości własnej kultury już dawno zostało opisane przez badaczy rasizmu. Jest to tzw. biały przywilej, „white privilege”, który sprawia, że ludzie wierzą we własną przewagę społeczną, kulturową, wykluczającą stanowisko Innych.

To zjawisko nie zostało odkryte dzisiaj. W maju 1988 r. w Lizbonie odbyła się konferencja rosyjskich i środkowoeuropejskich pisarzy uważanych za „antykomunistów”. Jej uczestnikami byli m.in. Iosif Brodski, Siergiej Dowłatow, Tatiana Tołstaja czy Czesław Miłosz i Adam Zagajewski. Zachował się konspekt tego wydarzenia. Rosyjscy pisarze cały czas odwołują się do „humanizmu” czy „wartości ogólnoludzkich”. Kiedy jednak węgierski pisarz György Konrád pyta o sowieckie czołgi stojące w jego ojczyźnie, rosyjscy pisarze zaczynają odsłaniać własną traumę. Brodski mówi: „Własne problemy Rosji są tak duże, trudne i złożone, że rosyjscy obywatele mają niewiele czasu, aby śledzić to, co dzieje się poza Rosją”. Tołstaja dodaje:


„Ja chcę rozmawiać o literaturze Polski, Czechosłowacji, Jugosławii, Albanii i kto tam jeszcze… Po to tu przyjechaliśmy. O literaturze rosyjskiej nie powiedziano ani słowa, mam wrażenie, że wszystkie naciągane stwierdzenia i wyrzuty były skierowane do nas. To bardzo dziwne, bo my też mamy wystarczająco dużo własnych problemów. A każdy z tych, którzy tu przyszli, ma wobec nas jakieś pretensje, wyrzuty, jakbyśmy mieli wycofać czołgi. To oczywiste, że nie możemy tego zrobić. Jesteśmy ludźmi, którzy mają swoje tragedie, swoją trudną historię”.



„Ta rozmowa budzi we mnie nieprzyjemne wrażenie – z goryczą stwierdził György Konrád – że koledzy ze Związku Radzieckiego mówią o wieczności, a jednocześnie o nieistotności sowieckiej obecności wojskowej. To nieprawda. Jestem przekonany, że Państwa ogólna postawa, ideały moralne, Państwa literatura ma odzwierciedlać fakt, że to Państwa czołgi wdarły się do nas, i nie może was to nie dotyczyć. Aby zmienić klimat w swoim kraju, nie wystarczy mówić jedynie o konieczności odbudowania rosyjskiej gospodarki. Należy także rozważyć imperialną politykę Rosji, zarówno przeszłą, jak i obecną”.


Kolonizacja wewnętrzna


Dziś, po 36 latach, ta rozmowa jest nadal aktualna. Co więcej, wybrzmiewają w niej dokładnie te same słowa i argumenty. Że Rosjanie nie są w stanie zatrzymać czołgów. Że to nie ich wojna, tylko „wojna Putina”. Że, wreszcie, to oni sami są ofiarami reżimu, a nie sąsiedzi, którzy żyją pod ciągłym ostrzałem.

Współczesny rosyjski historyk i kulturoznawca Aleksander Etkind stworzył pojęcie „kolonizacji wewnętrznej”, patrząc na elity rosyjskie jak na kolonizatorów, natomiast na społeczeństwo rosyjskie – jak na kolonizowanych: „Kolonizacja wewnętrzna to długi proces historyczny, w którym państwo kolonizowało w swoich granicach własny naród, jednocześnie przesuwając te granice i dokonując kolonizacji zewnętrznej”.

Rosja, w percepcji Etkinda, w przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii czy Hiszpanii miała być „imperium na odwrót”, o czym świadczyłyby: wyższy poziom dochodów i wykształcenia wśród Polaków, Finów, Ukraińców i Żydów w przeciwieństwie do Rosjan, niższe podatki na Kaukazie i Syberii oraz krótsza średnia „rosyjskiego” życia w przeciwieństwie do ludów bałtyckich, Żydów, Ukraińców, Tatarów i Baszkirów.

(Shutterstock)
Krytycy Etkinda twierdzą, że we wszystkich koloniach trwają procesy kolonizacyjne nawet po przesunięciu granicy. Kolonia nie staje się metropolią, a różnice polegają nie na stanie dobrobytu czy zdrowia, tylko na hegemonii kulturowej i wyzysku gospodarczym. Tym niemniej koncepcja tego, że Rosjanie są ofiarami na równi z narodami skolonizowanymi, całkiem dobrze ma się w środowisku rosyjskiej opozycji:
– To ucieczka od własnej odpowiedzialności w wiktymizację – uważa Margolis. – Spora grupa ludzi uważa, że tak właśnie jest, że oto winien jest reżim Putina i że to my jesteśmy jego ofiarami na równi z Ukraińcami. To bycie „obok” jest jednak ułudą; właśnie ze względu na kolonizację Ukrainy „rosyjskie” jest w pozycji uprzywilejowanej. Katerina Margolis wspomina swoją rozmowę o rosyjskim kolonializmie z pewną włoską intelektualistką i pisarką, która zgadzała się: „Tak, to jest straszne, ten imperializm!”. A na końcu zapytała: „To powiedz mi, Katio, czy w ogóle istnieje jakaś literatura ukraińska?”.

Rosyjska kultura i literatura rozwijały się kosztem kultury kolonizowanych społeczeństw, a do tego są autoreferencyjne, to znaczy odsyłają do samej siebie, stanowią dla siebie jedyny punkt odniesienia, a przez to zamykają się we własnych przekonaniach.
– To optyka, która pozwala na ciągłe wykluczanie się ze obszaru odpowiedzialności. Na zewnątrz demonstrowane są narcyzm, podwójna wiktymizacja, poglądy autoreferencyjne. Rosjanie rozmawiają z Rosjanami o tym, co Rosjanie zrobili innym narodom – twierdzi Margolis.

Zapytana o pochodzenie, Margolis ciągle spotyka się z komplementami dla „wielkiej rosyjskiej kultury”. – W pewnym momencie zapytałam – wspomina – czy gdybym powiedziała, że jestem Brytyjką, to każdy uważałby za potrzebne powtarzać mi, jak lubi Byrona czy Szekspira? Rosyjska literatura sama sobie postawiła pomnik i zmusiła cały świat, by prawił mu komplementy.


Zdjąć cudzysłów z języka


Margolis widzi nadzieję w ludziach, szczególnie młodych, którzy uświadomili sobie wagę rozmowy o dekolonizacji samych Rosjan.
– Wśród tych, którzy zgłosili się do udziału w naszym kursie, są ludzie gotowi pracować nad sobą, którzy taką pracę już wykonują. Chcą dojść do sedna tej sprawy. Chcą zniszczyć tę „białą kruchość” [White Fragility – książka Robin DiAngelo o tym, dlaczego białym ludziom trudno jest rozmawiać o rasizmie – red.]. Nie możemy tworzyć Rosjanom wygodnych warunków do mówienia o dekolonizacji. To nie może być przyjemny i komfortowy proces. Podobnie jak w procesie uzdrawiania, można pacjenta przekonać, czemu leczenie jest potrzebne, ale nie da się go przeprowadzić bez jego zaangażowania.

Twórczyni kursu o dekolonizacji Rosi liczy, że jej projekt będzie się rozwijać.
– Każdy z nas musi znaleźć swój obszar odpowiedzialności i zobaczyć, jak dużo jest tam pracy dekolonizacyjnej – mówi Margolis. – Myślę, że tu ważny jest wiek. Bardzo duża liczba przedstawicieli młodszego pokolenia Rosjan nie potrzebuje autorytetu „silnego”. Dla młodych ludzi ten system wartości wciąż się kształtuje. To bardzo istotny czynnik, dzięki któremu młodzi ludzie chętniej o tym rozmawiają.

Młodym Rosjanom łatwiej przychodzi rozmowa o prawach kobiet, LGBTQIA czy ruchu BLM, w przeciwieństwie do starszej generacji rosyjskich dysydentów i opozycjonistów. Dla wielu przedstawicieli prozachodniej rosyjskiej inteligencji początku lat 90. wezwanie Michaiła Gorbaczowa do „przyłączenia się do cywilizowanych krajów” oznaczało, że należy stać się krajem uprzywilejowanym. Dlatego wielu nowych rosyjskich emigrantów na Zachodzie włączyło się w walkę z „lewactwem” czy „cancel culture”, odbierając zachodnią debatę publiczną na temat kolonializmu czy praw mniejszości jako chęć odebrania im „białego przywileju”.

Drugą stroną tej logiki jest narracja „to ja jestem ofiarą”, która ma zwalniać z odpowiedzialności. „Reżim Kremla prześladuje własny naród i kulturę z taką samą wściekłością, z jaką działa na okupowanych terytoriach Ukrainy. Co więcej, wykonawcami są te same osoby. Tortury w rosyjskich aresztach śledczych nie różnią się od tortur w Iziumiu” – pisał we wrześniu 2023 r. rosyjski publicysta Aleksandr Goldfarb.
– W języku rosyjskiej debaty publicznej wiele rzeczy straciło sens, jest w cudzysłowie. Owszem, to dobry sposób na ironiczne zdystansowanie się od bezpośredniego znaczenia słów - Ale w pewnym momencie tego stało się tak dużo, że przysłoniło realne znaczenie wielu rzeczy, wzmacniając moralny nihilizm. Usunięcie cudzysłowów ma przywrócić sens debaty, będzie dużym krokiem naprzód – podkreśla Margolis.

Igor Krawetz – dziennikarz, bloger, prowadzi fanpage Ukrainiec w Polsce. Współpracował z Gazetą Wyborczą, Polityką, Wirtualną Polską i Resetem Obywatelskim, z szeregiem mediów ukraińskich. Od 2015 razem ze Związkiem Ukraińców w Polsce zwalcza antyukraińską mowę nienawiści. Uczestnik ruchu Obywatele RP, absolwent Studium Europy Wschodniej UW.

[szukaj Krawetz] Inne artykuły Igora Krawetza
Wszystko to Margolis nazywa „schizo-kolonializmem”. Około 10 lat temu w rosyjskiej publicystyce, kiedy rozwijały się neofaszytowskie „rosyjskie marsze”, a jednocześnie zaczęto wojnę w Ukrainie przeciwko „faszystom”, pojawiło się pojęcie „schizo-faszyzmu”. Margolis w tym widzi korzenie napaści na Ukrainę: w imperialnym światopoglądzie pod przykrywką walki o wyzwolenie od dyktatury. To łączy Rosjan z diaspory i tych, którzy zostali w kraju – główną funkcją „schizo-kolonializmu” jest usprawiedliwianie porządków kolonialnych. Podwójne standardy sięgają XIX w., a zostali nimi skażeni także ci, którzy szczerze wierzyli w ideały humanistyczne. Jednak ich ciągle życie w represyjnej świadomości nie pomaga przezwyciężeniu schizofrenii, lecz rodzi kult wyrzeczenia się odpowiedzialności, podkreślenia własnego cierpienie albo wręcz przywłaszczenie cierpienia innych: Ukraińców, a wcześniej Polaków, Węgrów czy Czechów.
- Patrząc na wszystko, nie zapominajmy o optyce Innego Człowieka- podsumowuje Margolis. - Słuchajmy go. Bądźmy podmiotem. Nie odbierajmy jednak prawa do bycia podmiotem innym.