Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Rosja / 15.09.2025
Lesia Bidochko

Drony nad Polską, dezinformacja w sieci. Rosja sprawdza czerwone linie NATO

Wtargnięcie rosyjskich dronów i rakiet w polską przestrzeń powietrzną jest echem taktyki ichtamniet – sarkastycznego określenia rosyjskiego żołnierza lub najemnika, którego obecności za granicą Kreml zaprzecza. To strategia od dawna testowana w Ukrainie, a teraz widoczna i tutaj. Kreml bada „czerwone linie” NATO, podczas gdy jego machina propagandowa stara się zacierać ślady pełzającej wojny.
Foto tytułowe
Jeden z dronów rosyjskich znalezionych w Polsce (epiotrkow.pl)

We wczesnych godzinach 10 września 2025 roku, podczas kolejnego zmasowanego rosyjskiego ataku dronów i rakiet na Ukrainę, rosyjskie bezzałogowe statki powietrzne (BSP) naruszyły polską przestrzeń powietrzną. Polska formalnie zażądała uruchomienia Artykułu 4 Traktatu Północnoatlantyckiego, który zobowiązuje państwa członkowskie do konsultacji, gdy którekolwiek z nich uzna, że zagrożona jest jego integralność terytorialna, niezależność polityczna lub bezpieczeństwo. Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych RP poinformowało na platformie X, że dzisiejszy atak Rosji na Ukrainę doprowadził do „bezprecedensowego naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej przez drony”, nazywając to aktem agresji stanowiącym realne zagrożenie dla bezpieczeństwa obywateli.

Podczas przechwytywania dronów szczątki lecące z powietrza spadły na budynek mieszkalny w miejscowości Wyryki-Wola, niedaleko granicy z Białorusią. Uderzenie uszkodziło dach i pobliski samochód, jednak nie doszło do pożaru ani nie odnotowano rannych. Incydent ten uwypuklił jednak wrażliwość regionów przygranicznych i potencjał do eskalacji, ponieważ drony były częścią szerszego ataku na Ukrainę, gdzie Rosja użyła setek bezzałogowców.
Magazyn Nowa Europa Wschodnia Online
jest bezpłatny.

Zachęcamy do wsparcia nas na Patronite

To wydarzenie wyróżnia się na tle poprzednich incydentów, kiedy rosyjskie rakiety lub drony przypadkowo wlatywały na terytorium Polski. Na przykład 16 grudnia 2022 roku rosyjski pocisk manewrujący Ch-55 zboczył z kursu podczas ataku na Ukrainę, przeleciał niewykryty nad Polską, a jego szczątki odkryto miesiące później pod Bydgoszczą, co zrodziło pytania o luki w obronie powietrznej. W grudniu 2023 roku inny rosyjski pocisk na krótko wleciał w polską przestrzeń powietrzną i był śledzony przez mniej niż trzy minuty, zanim ją opuścił, co skłoniło Warszawę do wezwania rosyjskiego chargé d’affaires. Z kolei w marcu 2024 roku pocisk manewrujący naruszył granicę w okolicach Oserdowa na 39 sekund, ponownie uruchamiając alarmy powietrzne NATO, ale bez reakcji kinetycznej. Tym razem Warszawa podjęła zdecydowany krok, po raz pierwszy wydając rozkaz aktywnego zestrzeliwania dronów, powołując się na bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego i rosyjską agresję. Decyzja zapadła w warunkach podwyższonego ryzyka dla wschodnich województw, gdzie wojsko wydało ostrzeżenia dla mieszkańców. Minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz podkreślił skalę naruszenia, wzywając do pilnej odpowiedzi.

NATO nie zaklasyfikowało incydentu jako bezpośredniego ataku Rosji na państwo członkowskie. Według agencji Reuters źródła w NATO odnotowały, że był to pierwszy przypadek, gdy samoloty Sojuszu zwalczały potencjalne zagrożenia w przestrzeni powietrznej kraju członkowskiego. W operacji uczestniczyły polskie F-16, holenderskie F-35, włoskie samoloty rozpoznawcze AWACS oraz samoloty tankujące NATO. Chociaż systemy obrony powietrznej Patriot wykryły drony za pomocą radarów, nie podjęły one bezpośredniego działania. Ta koordynacja podkreśliła solidarność sojuszniczą, choć decyzja o niepowoływaniu się na Artykuł 5 Traktatu NATO odzwierciedla ostrożne podejście.

Atak z 10 września uwidocznił ograniczenia strategii odstraszania NATO. Decyzja o uruchomieniu Artykułu 4, ale bez sięgania po Artykuł 5, ukazuje znany akt balansowania: pokazanie determinacji bez przekraczania progu bezpośredniej konfrontacji z Rosją. Ta powściągliwość może być postrzegana jako wahanie. Polscy urzędnicy od dawna ostrzegali, że każde „przypadkowe” naruszenie przestrzeni powietrznej przez rakietę lub drona osłabia zbiorowe bezpieczeństwo, jednak sojusznicy, tacy jak Niemcy i Francja, byli bardziej ostrożni, obawiając się wszelkich działań, które mogłyby zostać zinterpretowane jako eskalacja. Ta rozbieżność wewnątrz Sojuszu nie jest niczym nowym. W 2022 roku, po powtarzających się rosyjskich naruszeniach przestrzeni powietrznej w Rumunii i Mołdawii, członkowie wschodniej flanki naciskali na wzmocnienie wysuniętej obrony, podczas gdy inni podkreślali konieczność deeskalacji. Dzisiejszy incydent daje Warszawie potężny argument za wzmocnieniem wschodniej flanki NATO.

Ta niejednoznaczność jest na rękę Kremlowi. Rosja z lubością testuje „czerwone linie” i sprawdza, jak daleko może się posunąć, nie prowokując pełnoskalowego odwetu. Ten dylemat niemal na pewno zdominuje kolejny szczyt NATO, na którym członkowie ze wschodu będą naciskać na jaśniejszą definicję tego, co stanowi atak – i jak Sojusz powinien na niego reagować.

Od 2022 roku Polska zdefiniowała się jako najwierniejszy sojusznik Ukrainy i bufor bezpieczeństwa Europy. Każde naruszenie granicy przez drona czy rakietę wzmacnia ten status państwa frontowego. Ale rodzi też niewygodne pytania dla społeczeństwa: na ile gwarancje NATO mogą je realnie chronić?

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski określił wtargnięcie rosyjskich dronów w polską przestrzeń powietrzną jako niezwykle niebezpieczny precedens dla Europy. „Moskwa zawsze testuje granice tego, co jest możliwe, a bez silnej odpowiedzi pozostaje na nowym poziomie eskalacji. Dziś miał miejsce kolejny krok eskalacyjny – rosyjsko-irańskie Szahedy operowały w polskiej przestrzeni powietrznej, na terytorium NATO” – stwierdził.

Taktyka propagandystów rosyjskich

Relacjonując niedawny atak dronów, rosyjski segment Telegrama stosuje trzy główne taktyki: zaprzeczenie, przerzucanie winy na Ukrainę oraz umniejszanie wagi incydentu poprzez manipulowanie oficjalnym oświadczeniem NATO. Strategie te mają na celu ukrycie roli Rosji i zasianie wątpliwości wśród odbiorców. Pierwsza narracja zaprzecza, jakoby drony były rosyjskie, twierdząc, że Polska „podnosi fałszywy alarm” mimo braku widocznego zagrożenia. Propagandyści utrzymują, że Warszawa i Europa celowo eskalują napięcia, aby usprawiedliwić działania przeciwko rosyjskim dronom Szahed-136 nad Ukrainą. Na przykład kanał na Telegramie z 1,2 mln obserwujących, należący do prorządowego blogera, napisał: „To wygląda na operację przykrycia dla działań polskiej obrony powietrznej i sił powietrznych przeciwko naszym Gieraniom nad zachodnią Ukrainą. Nie ma dowodów na wlot Gierani do Polski”. „Przestańcie straszyć Polaków” – dodano w poście. Podobnie kanał z 861 tys. subskrybentów powołuje się na wypowiedź rosyjskiego ambasadora Siergieja Andriejewa: „Polska wielokrotnie oskarżała Rosję o naruszanie jej przestrzeni powietrznej, ale nigdy nie przedstawiła żadnych dowodów”. Ta taktyka przedstawia Polskę, Zachód i Ukrainę jako prowokatorów fabrykujących zagrożenia w celu eskalacji sytuacji.

Druga i zarazem najbardziej manipulacyjna narracja pośrednio lub bezpośrednio przerzuca winę na Ukrainę, sugerując, że drony były ukraińskie. Propagandyści argumentują to na podstawie „nieproporcjonalnych” zniszczeń. Kanał z 2 mln subskrybentów stwierdza: „Gdyby to był rosyjski dron, zniszczenia byłyby znacznie większe. Zdjęcia z miejsca zdarzenia budzą pytania: Gierań-2, który atakuje infrastrukturę wojskową w Ukrainie, przenosi głowicę o wadze 90 kg. Zniszczenia, sądząc po nagraniach z polskich mediów, nie odpowiadają tej mocy. Eksperci cytowani przez [kanał] twierdzą, że taki ładunek mógłby zawalić część pięciopiętrowego bloku mieszkalnego, a uszkodzono tylko fragment dachu”. Inny kanał z 500 tys. subskrybentów idzie dalej: „Białoruś uratowała Polskę przed atakiem dronów. Sojusznicy w Mińsku przyjęli na siebie cios informacyjny i wyjaśnili, jak drony dostały się na terytorium Polski – podczas nocnej wymiany uderzeń BSP między Rosją a Ukrainą białoruskie siły monitorujące ostrzegły Polskę o nadlatujących dronach”. Ta narracja przedstawia Ukrainę jako prowokatora, który rzekomo „wciąga NATO do wojny”, by zapewnić sobie więcej pomocy. Kanał z 3 mln subskrybentów dodał kpiąco: „Naziści znów są rozczarowani, że kolejna próba bezpośredniego wciągnięcia kogoś w konflikt w Ukrainie nie powiodła się”.

Trzecia taktyka manipuluje oświadczeniem NATO, że incydent nie jest uważany za bezpośredni atak, przedstawiając to jako dowód „przesadzonej reakcji” Polski w celu zwrócenia na siebie uwagi. Rosyjskie kanały szeroko promują tę tezę, twierdząc, że Warszawa wyolbrzymia sytuację, by wzmocnić swoją pozycję w Sojuszu lub uzyskać większe wsparcie. Zauważają, że NATO nie uruchomiło Artykułu 5, co sugeruje, że „nic poważnego się nie stało”. Ta narracja dewaluuje odpowiedź Polski, przedstawiając ją jako „histerię” w celach autopromocyjnych, ignorując jednocześnie zaangażowanie NATO w przechwycenie. Na przykład kanał z 80 tys. subskrybentów stwierdził: „Polska próbuje grać ofiarę i nakręcać histerię. Media natychmiast opublikowały nagłówki o «rosyjskiej agresji». Wszystko to ma jeden cel – stworzenie wizerunku wroga (Rosji) i usprawiedliwienie zwiększonej militaryzacji”. Kanał z 3 mln subskrybentów opublikował: „Polskie MSW twierdzi, że znaleziono szczątki siedmiu dronów i być może jednego pocisku… Radziłbym im sprawdzić następnie główne gazociągi. Może brygada ‘Weteranów’ zbliża się już do Warszawy (gazu już tam nie ma) [60. Samodzielna Brygada Desantowo-Szturmowa ‘Weterani’, sformowana w 2022 r., znana jest z operacji sabotażowych i szturmowych, w tym infiltracji tyłów przez podziemne kanały komunikacyjne – red.]”.

Od czerwonych linii do szarej strefy tolerancji

Naruszenie polskiej przestrzeni powietrznej przez rosyjskie drony podczas zmasowanego ataku na Ukrainę jest przykładem kremlowskiej taktyki pełzającej agresji, strategii systematycznie stosowanej w celu podważania stabilności sąsiednich państw i testowania granic zachodniej odpowiedzi. W przeciwieństwie do bezpośredniej, jawnej agresji, zainicjowanej przeciwko Ukrainie w lutym 2022 roku, kiedy Rosja rozpoczęła pełnoskalową inwazję z jednoczesnymi uderzeniami na wielu frontach, podejście wobec Polski obejmuje mniejsze, rozproszone działania, które na pierwszy rzut oka wydają się odizolowanymi incydentami. Ta metoda pozwala Moskwie unikać bezpośredniej konfrontacji z NATO, jednocześnie stopniowo normalizując naruszenia suwerenności Sojuszu.

Agresja na Ukrainę była nagła i wszechogarniająca: według raportów ONZ i zachodnich wywiadów Rosja zgromadziła ponad 150 tys. żołnierzy wzdłuż granic, przeprowadziła ataki rakietowe na infrastrukturę cywilną i próbowała zająć kluczowe miasta, takie jak Kijów, w ciągu pierwszych tygodni. Wywołało to natychmiastową międzynarodową reakcję – od sankcji po dostawy broni – ze względu na niezaprzeczalne intencje i skalę agresji. W przeciwieństwie do tego działania Rosji wobec Polski mieszczą się w „szarej strefie”, charakteryzującej się drobnymi incydentami, takimi jak drony zbaczające z kursu podczas „operacji ukraińskich”, spadające szczątki rakiet czy „przypadkowe” naruszenia granicy.

Tym razem incydent nie spowodował znaczących zniszczeń ani ofiar. Nie jest to jednak odosobnione wydarzenie: podobne naruszenia miały miejsce w latach 2022–2024, kiedy rosyjskie rakiety i drony wlatywały w przestrzeń powietrzną Polski, Rumunii i Mołdawii, by następnie zostać zbagatelizowane jako „błędy techniczne” lub „skutki uboczne” uderzeń na Ukrainę.

To rozproszenie jest kluczowym elementem strategii. Skoordynowany, zmasowany atak – taki jak bezpośrednie bombardowanie polskich celów – prawdopodobnie skłoniłby NATO do powołania się na Artykuł 5 o zbiorowej obronie, klasyfikując go jako klasyczną inwazję. Jednak te pojedyncze „incydenty” zacierają granice rzeczywistości, a każdy z nich jest traktowany jako niezamierzone lub przypadkowe zdarzenie. Daje to Moskwie pole do manewru, stopniowo erodując zachodnie „czerwone linie” i przekształcając je w niejasną strefę tolerancji.

Historyczne paralele są oczywiste: podobna pełzająca agresja została użyta w Gruzji w 2008 roku (zaczynając od sił „pokojowych” przed eskalacją do pełnego konfliktu), na Krymie w 2014 roku („zielone ludziki” bez insygniów) i we wschodniej Ukrainie (wspieranie „separatystów” bez formalnego uznania). W każdym przypadku Rosja badała globalne reakcje, stopniowo eskalując, unikając jednocześnie progu, który doprowadziłby do pełnej izolacji.
Lesia Bidochko – adiunkt w Katedrze Nauk Politycznych Akademii Kijowsko-Mohylańskiej (Ukraina), pracownik naukowy (non-resident) Europejskiego Uniwersytetu Viadrina we Frankfurcie nad Odrą (Niemcy), zastępca kierownika Centrum Badawczego Detector Media (Ukraina).

Inne artykuły autorki

Rosyjska propaganda zazwyczaj przedstawia takie incydenty nie jako akty agresji Moskwy, ale „wypadki” lub „drobne zdarzenia” – drony rzekomo zboczyły z kursu z powodu ukraińskiej interwencji, ukraińska obrona powietrzna jest „nieskuteczna”, a Polska „wyolbrzymia zagrożenie, by usprawiedliwić eskalację”. Te manipulacje mają na celu sianie paniki wśród polskich cywilów, moralne rozbrojenie społeczeństwa i uczynienie go podatnym na dezinformację. Zacierając granice między wojną a pokojem, taktyka ta wciąga polskie społeczeństwo w „mgłę wojny”.