Nasza strona używa ciasteczek do zapamiętania Twoich preferencji oraz do celów statystycznych. Korzystanie z naszego serwisu oznacza zgodę na ciasteczka i regulamin.
Pokaż więcej informacji »
Drogi czytelniku!
Zanim klikniesz „przejdź do serwisu” prosimy, żebyś zapoznał się z niniejszą informacją dotyczącą Twoich danych osobowych.
Klikając „przejdź do serwisu” lub zamykając okno przez kliknięcie w znaczek X, udzielasz zgody na przetwarzanie danych osobowych dotyczących Twojej aktywności w Internecie (np. identyfikatory urządzenia, adres IP) przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego i Zaufanych Partnerów w celu dostosowania dostarczanych treści.
Portal Nowa Europa Wschodnia nie gromadzi danych osobowych innych za wyjątkiem adresu e-mail koniecznego do ewentualnego zalogowania się przy zakupie treści płatnych. Równocześnie dane dotyczące Twojej aktywności w Internecie wykorzystywane są do pomiaru wydajności Portalu z myślą o jego rozwoju.
Zgoda jest dobrowolna i możesz jej odmówić. Udzieloną zgodę możesz wycofać. Możesz żądać dostępu do Twoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, przeniesienia danych, wyrazić sprzeciw wobec ich przetwarzania i wnieść skargę do Prezesa U.O.D.O.
Korzystanie z Portalu bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza też zgodę na umieszczanie znaczników internetowych (cookies, itp.) na Twoich urządzeniach i odczytywanie ich (przechowywanie informacji na urządzeniu lub dostęp do nich) przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego i Zaufanych Partnerów. Zgody tej możesz odmówić lub ją ograniczyć poprzez zmianę ustawień przeglądarki.
Kaukaz / 07.12.2025
Mateusz Chudziak
Od Kurdystanu przez Syrię po Irak [MAGAZYN ONLINE]
Znak czasów – o samorozwiązaniu Partii Pracujących Kurdystanu
Decyzja Partii Pracujących Kurdystanu o złożeniu broni i samorozwiązaniu po blisko czterech dekadach walki z Republiką Turecką wzbudziła w kraju i na świecie nadzieje na trwały pokój, ale także wiele pytań. Za tym spektakularnym gestem kryją się bowiem zarówno wewnętrzne kalkulacje obozu rządzącego Recepa Tayyipa Erdoğana, jak i słabnąca pozycja samej PKK w zmieniającej się geopolityce regionu – od tureckiego
Diyarbakır, Turcja - 27 lutego 2025 r. - lider Partii Pracujących Kurdystanu (PKK) Abdullah Öcalan odczytano w Diyarbakır wezwanie do złożenia broni i zwołania kongresu (Shutterstock)
Posłuchaj słowa wstępnego piątego wydania magazynu online!
Ogłoszona 12 maja przez kongres Partii Pracujących Kurdystanu (PKK) decyzja o złożeniu broni i samorozwiązaniu organizacji po 46 latach od jej powstania i blisko 40 latach od rozpoczęcia wymierzonej w Republikę Turecką irredenty wywołała zrozumiały entuzjazm i nadzieje na trwały pokój zarówno w samej Turcji, jak i w świecie. Media zagraniczne i tureckie pośpieszyły do największych miast południowego wschodu Turcji by relacjonować reakcje Kurdów, wśród których – jak wynika z tych relacji – dominuje uczucie ulgi i nadziei. Eksperci zaś – dziennikarze, analitycy i byli urzędnicy, w znacznej mierze powtórzyli za mediami opinie o zakończeniu epoki bezsensownej przemocy i otwarciu drogi do ustanowienia trwałego pokoju, a nawet – jak powiada były dyplomata, a dziś analityk Sinan Ulgen – demokratyzacji Turcji. Sprawa nie jest jednak tak prosta. PKK ogłosiła swą decyzję zaznaczając, że jest ona dopiero wstępem do rozpoczęcia właściwego procesu pokojowego. Szczegóły nadal owiane są mgłą tajemnicy. Sam rząd w Ankarze natomiast, nie wyszedł póki co poza okrągłe deklaracje o „Turcji wolnej od terroru”. Niezależnie jednak od powodzenia całego procesu, deklaracja ukrywającego się w irackich górach Kandil przywództwa partii jest wydarzeniem doniosłym. Jako takie można potraktować je jako punkt wyjścia do rozważań nad współczesnym stanem relacji Turcja – Kurdowie, ale i pokusić się o szerszy namysł nad historycznym procesem, którego ostatnim są wydarzenia ostatnich kilku miesięcy.
Jeden z największych historyków XX w. Fernand Braudel przekonywująco dowodził, że krótkie trwanie, czyli historia wydarzeniowa, obejmująca przede wszystkim politykę, jest najpłytszą warstwą historii. Pod nią znajdują się bowiem cykle rozciągające się na kilkadziesiąt lat (średnie trwanie), na najgłębszym poziomie zaś znajduje się to co nazywał długim trwaniem, zwanym inaczej „czasem świata”, który obejmuje rozwój całych cywilizacji rozciągający się na kilkaset lat. Tym ostatnim w odniesieniu do Kurdów zajmować się nie będziemy, gdyż jest to zadanie, na które nie starczyłoby miejsca w kilku opasłych tomach (a i one zapewne nie wykroczyłyby poza formułę „zarysu” czy „wstępu do…”). Spróbujemy jednak przyjrzeć się temu, co zwykło się nazywać „kwestią kurdyjską” w jej krótkim i średnim trwaniu. Należy rzecz jasna zaznaczyć, że twierdzenie o „najpłytszej warstwie” historii w żaden sposób nie deprecjonuje zajmowania się bieżącą polityką – wypełniają ją ludzkie namiętności, a to one wypełniają życie każdego człowieka zasadniczą treścią (jak ujął to pewien dyplomata replikując na moją deklarację, że interesuje mnie głównie „szkielet” a nie „trzewia” – to właśnie w „trzewiach jest życie”). Ponadto, za naszego jednostkowego życia na własne oczy oglądać możemy przede wszystkim zdarzenia, składające się na procesy, a jedynie w małym skrawku ponadczasowe struktury. Tak więc mało rozsądnym byłoby okazywać zdarzeniom lekceważącą obojętność. Wobec tego, przyjrzymy się samym wydarzeniom, które znalazły finał w doniosłej deklaracji o samorozwiązaniu PKK, ale by lepiej doniosłość tę zrozumieć potrzebne będzie przedstawienie szerszego tła – średniego trwania politycznego ruchu kurdyjskiego. To zaś powinno wystarczyć, aby umiejscowić konflikt turecko-kurdyjski w skomplikowanych realiach Bliskiego Wschodu, który stanowi stały element krajobrazu coraz bardziej chaotycznej wsółczesnej polityki międzynarodowej.
Samorozwiązanie PKK jako zdarzenie: co z niego wynika dla bieżącej polityki?
Późną jesienią 2024 r. Devlet Bahçeli – wieloletni lider Partii Ruchu Nacjonalistycznego (MHP), wezwał osadzonego od 1999 r. w więzieniu na wyspie İmralı Abdullaha Öcalana – historycznego przywódcę PKK, aby potępił terror, wyrzekł się przemocy i wystąpił z oświadczeniem przed Wielki Zgromadzeniem Narodowym Republiki Tureckiej. PKK niemal natychmiast odpowiedziała (o ile nie planowała tego wcześniej) atakiem bombowym na siedzibę firmy produkującej sprzęt dla tureckiego lotnictwa wojskowego w Kahramankazan pod Ankarą (pięciu zabitych, 22 rannych), na co Tureckie Siły Zbrojne odpowiedziały kolejną serią nalotów na pozycje PKK w północnym Iraku (dokąd organizacja została wypchnięta w ostatnich latach i dzięki nowoczesnemu sprzętowi, jak na przykład drony, poważnie przetrzebiona).
Wezwanie Bahçelego było wielkim zaskoczeniem, a to z uwagi na profil kierowanej przez niego partii. Ta, jak żadna inna (poza kanapowymi organizacjami tureckich nacjonalistów, głoszącymi otwarty antykurdyjski rasizm) od wielu dekad wściekle oponuje przeciwko jakiejkolwiek emancypacji politycznej tureckich Kurdów.
Nie mniej gorliwie głosi też dogmatyczne „prawdy” tureckiego nacjonalizmu – „kto zamieszkuje Turcję, ten jest Turkiem”, obrona „niepodzielnej jedności państwa i narodu” (zarówno w odniesieniu do rozmycia tożsamości narodowej, jak i podważenia unitarnego charakteru państwa). Jest też pierwszą, która wzywa do twardej polityki wobec PKK, której pod żadnym pozorem nie wolno ustępować. Problem staje się jednak jaśniejszy, jeśli ująć go w ramy bieżącej kalkulacji obozu rządzącego. MHP od ponad dekady blisko współpracuje z rządzącą Partią Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana, a od 2018 r. pozostaje z nią w formalnej koalicji, dzięki której obóz władzy utrzymuje parlamentarną większość – wystarczającą by rządzić, ale zbyt małą by zmienić konstytucję. Istnieją różne teorie wyjaśniające posunięcie szefa MHP (choćby taka, że zaszantażowany kompromatami musiał być tym pierwszym, który rozpozna pole w potencjalnie niepopularnej sprawie). Najsensowniejszym wytłumaczeniem wydaje się jednak to, że został on przez Erdoğana „delegowany” do rozpoczęcia całego procesu, gdyż jako nacjonalista pozostaje impregnowany na ewentualne zarzuty zdrady i gotowości do nieakceptowalnych ustępstw, podczas gdy proces pokojowy jest niezbędny do pozyskania w kluczowej sprawie poparcia legalnej kurdyjskiej Partii Równości i Demokracji Ludów (DEM), powiązanej z PKK jak niegdyś Sinn Fein z IRA. Tą kluczową sprawą jest zmiana konstytucji. Wraz z głosami DEM, która wraz z lewicowymi (niekoniecznie kurdyjskimi) przybudówkami ma 63 miejsca w liczącym 600 posłów Zgromadzeniu, rządząca koalicja (273 mandaty) mogłaby wreszcie osiągnąć konstytucyjną większość 3/5 głosów i wreszcie zmienić ustawę zasadniczą. To zaś jest ważne dla Erdoğana z dwóch powodów. Pierwszy – praktyczny, to taki, że prezydent sprawuje chronologicznie rzecz biorąc trzecią, a od poprzedniej reformy konstytucyjnej z 2017 r. – drugą swoją kadencję i nie może kandydować po raz kolejny (seria poprawek i ustanowienie wykonawczej prezydentury wyzerowały jego licznik po upływie pierwszej kadencji). Prezydent niedawno, dość zaskakująco oświadczył, że nie ma zamiaru rządzić po 2028 r., lecz szybko z namowami pośpieszył Bahçeli, oświadczając, że „Turcja jest w wielkiej potrzebie posiadania takiego lidera jak Erdoğan”. Wiele już napisano o tym, jak trudnym do wyobrażenia jest wariant, w którym obecny przywódca jakby nigdy nic, po ponad dwudziestu latach i władzy, i przeszło dziesięciu – budowania efektywnego autorytaryzmu, jakby nigdy nic przekazuje pokojowo rządy komu innemu. Nie ma więc potrzeby sprawy roztrząsać, gdyż wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, podobne apele jak ten Bahçelego wybrzmią jeszcze nie raz, czemu Erdoğan w końcu „ulegnie”.
Aby utrzymać się u władzy, potrzebuje ponownego wyzerowania licznika kadencji, bądź w wariancie minimum – rozwiązania parlamentu, do czego też jest potrzebna DEM. Ta zaś mogłaby w końcu wzorem poprzednich partii kurdyjskich przestać martwić się stale wiszącym nad nią widmem delegalizacji (za rzeczywiste związki z PKK) i jednocześnie uzyskać jakąś formę autonomii kulturalnej dla Kurdów, którzy nie mogą uczyć się w szkołach własnego języka jako ojczystego (poza kursami w skąpym wymiarze), ani posługiwać się nim publicznie. Drugi powód jest zaś taki, że Erdoğan, przez dwie dekady rządów swoich i swojej partii przebudował republikę w sposób gruntowny tworząc „Nową Turcję”. Ukoronowaniem budowy tego gmachu byłaby więc cywilna konstytucja „podarowana” narodowi, który pamięta krwawy pucz wojskowy z 1980 r. (dziś w wielu rodzinach pamięta się represje jakie po nim nastąpiły). Ta obecnie obowiązująca, mimo iż wielokrotnie poprawiana, powstała w 1982 r. pod czujnym okiem wojskowej junty, rządzącej do 1983 r. Erdoğan zaś wielokrotnie mówił, że istnienie takiej konstytucji jest hańbą i obrazą dla demokracji (którą skądinąd rozumie na swój specyficzny plebiscytarny sposób).
Nie bacząc na kalkulacje obozu rządzącego, zarówno DEM, jak i sam Öcalan, pierwotnie skazany na karę śmierci, którą w 2002 r. zamieniono na dożywocie, przystali na propozycję. Uwięzionego lidera PKK odwiedzili politycy DEM, krótko po czym z İmralı popłynęły sygnały, że Apo („Wujek” – jak się go po kurdyjsku nazywa), nadal niekwestionowany autorytet wśród aktywu oraz zwolenników PKK i DEM jest gotów rozważyć ofertę. Nie wiadomo o niej wiele, ale prawdopodobne jest, że otrzymał co najmniej zapewnienie o poprawie warunków osadzenia, a możliwe też że i uwolnienia. Ponadto, jak przypomniał kilka miesięcy temu analityk Halil Karaveli na łamach „Foreign Affairs”, Öcalan, dziś już siedemdziesięciośećsioletni, mówił niegdyś, że „chciałby ujrzeć pokój zanim umrze”.
PKK z kolei, choć przeprowadziła zamach pod Ankarą, to musiała poważnie rozważyć obecne warunki, w jakich znalazła się jako organizacja polityczna i zbrojna. W przeszłości ogłaszała już zawieszenie broni (w 1993 r., po aresztowaniu swojego przywódcy w 1999 r. oraz po długich negocjacjach w 2013 r.), a nawet samorozwiązanie (w 2003). Tym razem jednak znalazła się pod ścianą. Ostatnia edycja konfliktu pomiędzy partyzantką a państwem tureckim rozpoczęła się latem 2015 r., kiedy organizacja zerwała zawarty dwa lata wcześniej rozejm. Była to odpowiedź na nieprzejednaną politykę Ankary wobec utworzonej przez filialną dla PKK Partię Unii Demokratycznej (PYD), kurdyjskiej autonomii w północnej Syrii. Turcja widząc polityczne laboratorium kurdyjskiego autonomizmu za swoją południową granicą zaczęła bezpośrednio i pośrednio wspierać wszystkich wrogów Kurdów, nie wyłączając Państwa Islamskiego, którego działalność co najmniej tolerowała. To doprowadziło do krwawych zamachów bombowych wymierzonych w wiece kurdyjskiej młodzieży w Suruç (lipiec 2015) i Ankarze (październik 2015). Zerwanie rozejmu przyniosło zaś pacyfikację kurdyjskiego południowego wschodu kraju, w skali nie widzianej od lat 90. XX w. Turecka armia dosłownie rozjeżdżała całe dzielnice ciężkim sprzętem. Utrzymywano przez wiele tygodni reżim godziny policyjnej, blokowano dostęp do opieki medycznej, nie wspominając już o blokadzie informacyjnej, za złamanie której groziły drakońskie kary (za „szerzenie propagandy terrorystycznej”). Wedle wyliczeń International Crisis Grup w ciągu kilkunastu miesięcy zmuszono 350 tys. osób do przymusowego przesiedlenia, a dzielnice Sur w największym kurdyjskim mieście Diyarbakırze oraz miasta Nusaybin i Cizre dosłownie zrównano z ziemią. Dwa ostatnie w przededniu walk liczyły po 70 tys. mieszkańców, zaś po roku z okładem – po mniej niż 2 tys. Efekty operacji wojskowych w Sur widziałem na własne oczy w kwietniu 2017 r., gdzie z historycznych murów starego miasta można było w miejscu niegdyś gęstych zabudowań oglądać goły plac, na którym armia pozostawiła jedynie szkoły, cmentarze i meczety wyrastające z pustki po jednej stronie, a także nowo wybudowany park z nieukorzenioną jeszcze trawą po drugiej. Oba widoki (oglądane przez mieszkańców tłumnie chodzących po murach) niosły ogromny przekaz symboliczny, co w Turcji zawsze musi mieć potężny wydźwięk. Z resztą nie bez efektów, gdyż miasto robiło wrażenie zamieszkanego przez ludzi złamanych i nie myślących o niczym innym, niż o tym, by obie strony dały im już święty spokój, tak by mogli zająć się przeżywaniem bólu po stracie bliskich i leczeniem własnych traum.
Po wypchnięciu PKK z terytorium Turcji oraz trzech operacjach wojskowych na terytorium Syrii, gdzie armia turecka utworzyła pas buforowy (wspomniane Cizre i Nusaybin znajdują się przy granicy i połączone były z Syrią podziemnymi tunelami), bojownicy PKK wycofali się do baz w Górach Kandil. Pozycje te były w ostatnich latach nieustannie bombardowane z użyciem coraz nowocześniejszego sprzętu. Gdy zaś w Syrii upadł reżim Asada, a władzę zdobyli bojownicy z dawnej islamistycznej organizacji Hajat Tahrir asz-Szam, dziś już formalnie rozwiązanej, lecz w Turcji upatrującej protektora, zaś Syryjskie Siły Demokratyczne, których rdzeniem są formacje kurdyjskie w Syrii, wstępnie zawarły z nowym rządem porozumienie o włączeniu w struktury odbudowywanego państwa, PKK dostrzegła, że radykalnie zmieniła się koniunktura. Öcalan w końcu napisał oświadczenie, które 27 lutego publicznie odczytali politycy DEM. Apo wezwał w nim PKK do złożenia broni i samorozwiązania. Öcalan napisał w pojednawczym duchu, że Turcy i Kurdowie od tysiąca lat walczyli na różnych frontach ramię w ramię, zaś okres konfliktu jest jedynie epizodem w całej historii dwóch narodów. Stwierdził też, że po upadku ZSRR walka pod hasłami marksizmu-leninizmu (czego z resztą PKK już dawno nie głosi) straciła sens, a wobec otwierającej się możliwości realizacji postulatów ruchu kurdyjskiego drogami demokratycznej polityki, należy wybrać właśnie to rozwiązanie.
Po kilku tygodniach niepewności, PKK wstępnie ogłosiła zawieszenie broni, które nadal ignorowała Turcja bombardując Kandil, tak jakby państwo musiało mieć w sprawie ostatnie słowo. Ostatecznie dowódcy polowi zwołali kongres partii, na którym podjęto końcową (przynajmniej na tym etapie) decyzję. To zaś otworzyło nowy rozdział w dziejach relacji państwa tureckiego z politycznym ruchem kurdyjskim. Nic jednak nie wiadomo z góry. Starzy dowódcy, jak Cemil Bayık, czy Murat Karayılan, od przeszło czterdziestu lat nie zajmujący się niczym innym niż partyzantką, gdy sprawy nie pójdą w oczekiwanym kierunku, mogą po prostu powtórzyć schemat z 2003 r., gdy PKK już ogłosiła samozwiązanie, po czym dwa lata później wróciła do walk. DEM niemal na pewno znajdzie się między młotem a kowadłem. Jako partia lewicowa sensu stricto w odróżnieniu od kemalistów z Republikańskiej Partii Ludowej (CHP) dryfujących pomiędzy socjaldemokracją przebrzmiałej „Trzeciej Drogi”, Nową Lewicą w starym zachodnioeuropejskim stylu, a autorytarnym i nacjonalistycznym kemalizmem, dotychczas stanowiła swoistą wyspę na tureckiej scenie politycznej. Głosząc hasła egalitaryzmu, decentralizacji i uznania praw mniejszości – tak religijnych i etnicznych, jak i seksualnych, przyciągała nie tylko Kurdów ze swojej naturalnej bazy wyborczej, ale i wielkomiejską lewicę. Teraz jednak, zanęcona przez Erdoğana wizją historycznego osiągnięcia, jakim niewątpliwie byłoby porozumienie pokojowe, wstrzemięźliwie zachowała się w obliczu masowej fali oburzenia wywołanej aresztowaniem burmistrza Stambułu Ekrema İmamoğlu, w którym upatrywano ostatniej nadziei na pokonanie Erdoğana. Choć CHP wcześniej czyniła podchody pod współpracę i mówiła o inkluzywnej Turcji, a na wiecach poparcia dla aresztowanego burmistrza powiewały flagi kurdyjskiej partii, to klarownych deklaracji ze strony DEM nie było. Jeśli więc proces pokojowy ma się utrzymać kosztem ostatecznego przypieczętowania i legalizacji erdoğanowskiej dyktatury, wówczas ucierpi wiarygodność DEM jako ostoi demokracji, tym bardziej że partia w końcu kwietnia doświadczyła bolesnej straty. Sırrı Süreyya Önder, poseł partii i wicespiker parlamentu zmarł w wyniku komplikacji po operacji aorty. Wcześniej ten reżyser, scenarzysta i żarliwy bojownik o równość w ramach demokratycznego socjalizmu był aktywnie zaangażowany w rozmowy z Öcalanem, w których osobiście uczestniczył, a na koniec poprowadził konferencję, podczas której odczytano oświadczenie. Była to postać nietuzinkowa – z pochodzenia potomek koczowniczych Turkmenów (Yörüków), a więc nie-Kurd, powszechnie szanowany za uczciwość i ceniony jako filmowiec, potrafił jak mało kto w Turcji łączyć lewicowość z wrażliwością na muzułmańską religijność. Choć sam religijny nie był, wyróżniał się tym, że w kraju, który nigdy nie wykształcił niczego na wzór „muzułmańskiej teologii wyzwolenia” (gdyż lewica turecka w swojej masie jest żarliwie laicka), łączył rewolucyjne z religijnym, zdobywając szacunek i posłuch z różnych stron.
Brakuje więc konkretów na temat faktycznej oferty jaką dostali Kurdowie z PKK i DEM, przyszłej możliwej amnestii dla bojowników oraz dawnych przewodniczących Demokratycznej Partii Ludów (HDP), nadal istniejącej partii kurdyjskiej, która w obliczu stałej groźby delegalizacji przekazała palmę pierwszeństwa w ręce DEM. Jedynym pewnikiem jest to, że panem sytuacji jest Erdoğan, który w równym stopniu co sytuacją wewnętrzną, interesuje się geopolityczną pozycją Turcji. Ta zaś rośnie wraz z możliwą neutralizacją Kurdów nie tylko w Turcji, ale też Syrii i Iraku, co pozwala mu się realizować w roli „silnego człowieka” w polityce tureckiej i międzynarodowej. Tak funkcjonujące państwo tureckie jest z resztą dobitnym przykładem czasów, w jakich znalazł się współczesny świat. Jest to świat „silnych ludzi”, w którym chwieje się porządek post-zimnowojenny, a nawet ten ustanowiony po II wojnie światowej, wraz z całą jego liberalno-demokratyczną aksjologią. To wydaje się odpowiednim punktem do przejścia na inne piętro namysłu nad tym, co zwykło nazywać się „kwestią kurdyjską” w jej średnim trwaniu.
Narodowe i rewolucyjne dzieje PKK
„Kwestia kurdyjska” oraz wprost z niej wynikające powstanie PKK jest efektem historycznego procesu, w którym gruzy po upadłym Imperium Osmańskim rozjechał z impetem walec nowoczesności. Turcja jako państwo niegdyś peryferyjne, a dziś półperyfryjne względem Zachodu, na którym nowoczesny świat się uformował, w wielu aspektach przypomina inne kraje o podobnym położeniu (głównie Ameryki Łacińskiej). Występowały tam też całkiem podobne zjawiska, choć elementów specyficznych dla Turcji również nie brakuje. Wysuwającym się na czoło elementem nowoczesnej rzeczywistości jest państwo narodowe, które z sukcesem zbudowali Turcy, a Kurdowie nie. Sam nacjonalizm turecki był na ziemiach dawnego Imperium jednym z ostatnich, jakie się uformowały (gdyż Turków pod tym względem o kilka dekad wyprzedziły inne grupy etniczne, które po przekształceniu się w narody nie zamierzały już żyć pod władzą sułtana). Nacjonalizm kurdyjski to zjawisko jeszcze późniejsze. Z tego też powodu nowoczesny naród kurdyjski do dziś pozostaje projektem niedokończonym.
W momencie formowania się nowoczesnej Turcji – po klęsce Imperium Osmańskiego w I wojnie światowej, a przed powstaniem republiki, budowniczowie nowego porządku, pod przywództwem Mustafy Kemala – już wtedy tureccy nacjonaliści – starali się pozyskać Kurdów do wspólnej walki z zachodnimi siłami okupacyjnymi, które zajęły pokaźną część terytoriów, na których miało powstać nowe narodowe i laickie państwo. Kemal, który wówczas posługiwał się hasłami religijnymi, odwoływał się do muzułmańskiej solidarności Turków i Kurdów. Sami Kurdowie stanowili w większości społeczność zorganizowaną na przednowoczesną plemienną modłę – więzy zależności i tożsamości łączyły ludność nie z abstrakcyjną wspólnotą narodową, ale z muzułmańskimi szejchami – najważniejszymi autorytetami „ludowego” islamu oraz agami – naczelnikami plemion i panami ziemskimi. Ten system społeczny utrzymał się z resztą długo później, stanowiąc jedną z głównych przeszkód dla efektywnego procesu narodotwórczego, ale też i inspirowanej ideami marksistowsko-leninowskimi modernizacji.
Plemiennie zorganizowani Kurdowie, wcześniej nęceni przez zachodnie mocarstwa planem zorganizowania im plebiscytu, w którym ludność miała opowiedzieć się w sprawie utworzenia niepodległego Kurdystanu odpowiedzieli na wezwania Kemala i stanęli z jego siłami do walki w wojnie wyzwoleńczej, która doprowadziła ostatecznie do unieważnienia Traktatu w Sèvres z 1920 r. (zakładającego rozbiór państwa Osmanów i utworzenie kadłubowej Turcji) i jego rewizji na mocy Traktatu w Lozannie z 1923 r. (podstawy na której uznano Turcję w jej obecnych granicach, z wyjątkiem przyłączonego później skrawka Syrii). Ważniejsze niż niepodległość Kurdystanu było bowiem pozbycie się z kraju „giaurów” – niemuzułmańskich okupantów. Gdy ten cel nacjonaliści tureccy osiągnęli, niewiele już stało na przeszkodzie do ustanowienia narodowego, laickiego i nowoczesnego państwa. Kemalistowska republika zlikwidowała najpierw sułtanat, później kalifat, a oficjalne instytucje religijne wchłonęła w obręb nowobudowanej biurokracji państwowej. Niemożliwe do podobnego zainkorporowania instytucje islamu „ludowego”, jak bractwa sufickie (w tym największe z nich i silne na trenach kurdyjskich Nakszbandijja i Kadirijja) zostały zdelegalizowane. Unikać zaczęto też używania samej nazwy „Kurdystan”, mimo że ta funkcjonowała w Imperium Osmańskim jako określenie krainy, a także pojawiała się w dokumentach przedrepublikańskich redagowanych przez kemalistów. Alergia ta przetrwała do czasów współczesnych, w których powszechne jest przekonanie, iż samo wypowiedzenie tej nazwy jest zamachem na unitarność republiki. Na te działania Kurdowie odpowiedzieli rebeliami, spośród których najbardziej spektakularną była ta dowodzona przez szejcha Saida, krwawo stłumiona w 1925 r. Mniejsze wystąpienia rozgromiono do 1930 r., a ostatnim aktem przemocy wczesnej republiki była pacyfikacja zamieszkałej przez wyznających heterodoksyjny alewizm prowincji Dersim w 1937-1938 r. Działania te mające na celu stworzenie narodowego państwa zostały uzupełnione przez rozwinięcie nacjonalistycznej i rasistowskiej mitologii, która nie przewidywała uznania odrębności Kurdów, których uznano później za „Turków Górskich”, w żyłach których płynąć miała „turecka krew”.
Przemoc tureckiego państwa względem rebeliantów, którzy – jak zrządził historyczny los – byli przedstawicielami innej grupy etnicznej, brutalna i bezwzględna, była jednak zjawiskiem typowym dla różnych rewolucyjnych porządków. Jak pisał znany historyk brytyjski Eric Hobsbawm, nawet terror jakobiński daje się wyjaśnić tym, że wobec wewnętrznego buntu i zewnętrznej presji militarnej stanowił on konieczny zestaw środków do utrzymania przy życiu państwa. Daje się więc tutaj dostrzec analogię pomiędzy jakobinami a kemalistami, którzy mając w świeżej pamięci rozbiór Turcji (słynny „syndrom Sèvres – do dziś istniejący lęk przed podziałem i upadkiem państwa) dążyli do jej ocalenia jako suwerennego podmiotu. Również laicyzacja, dziś uznawana za proces spektakularny, a przez ówczesnych Kurdów będąca główną motywacją do buntu w bronie kalifatu, nie odbywała się rękami „osobistych wrogów Pana Boga”, jak to miało wówczas miejsce chociażby w Meksyku rządzonym przez Plutarco Eliasa Callesa – ponurego autokratę, wściekle antyklerykalnego masona i spirytystę, nie mającego litości dla religijnych chłopskich Cristeros. Niemniej, Kurdowie w pierwszym zderzeniu z tureckim nacjonalizmem, ponieśli klęskę, która znacząco odsunęła w czasie uformowanie się nowoczesnego narodu i przekroczenie archaicznych struktur społecznych, określanych w etnografii mianem „lojalności pierwotnych”. Ostatecznie, gdy nacjonalizm ten się pojawił, przyjął formę nacjonalizmu antykolonialnego.
Republika, przez kolejne dekady odrębność kurdyjską zaciekle zwalczała. Sami Kurdowie, szczególnie ci pochodzący z obszarów wiejskich, dopóki żyli w rodzinnych stronach nie mieli szczególnie rozwiniętej samoidentyfikacji. W okresie powojennym działała wprawdzie nieliczna inteligencja, która nawet zasłużyła się na polu narodowego przebudzenia, lecz sprawy nie ułatwiali agowie, którzy układając się z republiką, tak jak niegdyś z władzą osmańską, petryfikowali dotychczasowy system społeczny. Wiele zmieniła jednak nowa dynamika, w której od lat 50. XX, na skutek gwałtownych przemian gospodarczych, urbanizacji i migracji na zachód kraju, ludność kurdyjska zaczęła spotykać się z otwartym rasizmem (David McDowall podaje przykłady takich relacji: „Jesteś Kurdem? No to gdzie masz swój ogon?” – z takimi oto pytaniami konfrontować musieli się nieraz migrujący mieszkańcy południowego wschodu kraju).
Przemiany społeczne drugiej połowy XX w. przekształciły całe społeczeństwo. Szybki przyrost demograficzny, urbanizacja i uprzemysłowienie przez substytucję importu (znów zjawisko typowe dla krajów peryferyjnych, które upatrywały w tym możliwości skoku w nowoczesność) stworzyły z jednej strony nowe masy post-chłopskiego proletariatu zamieszkujące osiedla bieda domków (gecekondu – „zbudowane nocą”), z drugiej zaś doprowadziły do radykalnego wzrostu liczebności młodzieży studenckiej, pozbawionej perspektyw na adekwatne do zdobywanego wykształcenia zatrudnienie. W połączeniu z liberalizacją polityczną epoki między dwoma zamachami stanu w 1960 i 1980 r., przyniosło to owoc w postaci rozwoju radykalnej i rewolucyjnej lewicy odwołującej się tak do czystego marksimu-leninizmu, jak i maoizmu. Tak powstał cały szereg militarystycznych organizacji prących do rewolucji społecznej i obalenia kapitalizmu. Spośród takich kręgów wywodzili się przyszli założyciele PKK – Abdullah Öcalan, Cemil Bayık, czy niekurdyjscy działacze Kemal Pir (pochodzenia lazyjskiego – mniejszość etniczna spokrewniona z Gruzinami) oraz Haki Karer (Turek). Początkowo działali w organizacji Młodzież Rewolucyjna (Devrimici Gençler), w 1969 r. zdelegalizowanej, później sympatyzowali i inspirowali się działaniami innych organizacji wojującej lewicy, stanowczo zwalczanej przez państwo oraz młodzieżówkę MHP Szare Wilki. Sama MHP, wówczas rządzona przez Alparslana Türkeşa, niegdyś admiratora Trzeciej Rzeszy i samego Hitlera, obok nieprzejednanego antykomunizmu głosiła wówczas nacjonalizm o czysto rasistowskim zabarwieniu – odwołując się do pism Nihaia Atsıza – teoretyka tureckiego faszyzmu, utrzymywała że Turkiem jest ten, w którego żyłach płynie krew turecka.
Pomimo państwowej presji i rosnących w siłę nacjonalistów, cieszących się opieką państwa, którego wojskowy i cywilny establishment zinternalizował antykomunizm będący naczelną (po kemalizmie) ideologią frontowego państwa NATO (czego rezultatem była operacja Gladio polegająca na szkoleniu prawicowych kontrpartyzantek), lewicowe organizacje działały w początku lat 70. w tureckim Kurdystanie. Öcalan i spółka nie byli jeszcze w te działania zaangażowani jako pierwszoplanowe postaci. To zaś, podobnie jak nieśmiałe próby rozbudzenia kurdyjskiej świadomości przez bardziej konserwatywne środowiska, jak powiązana z Demokratyczną Partią Kurdystanu (PDK) kierowaną przez ród Barzanich z północnego Iraku, spotykały się z represjami państwa, które – i znów agowie! – angażowało do najbrudniejszej roboty kurdyjskich naczelników plemiennych organizujących prywatne oddziały, zwane później „strażami wioskowymi”. Te odpowiedzialne były za najbardziej brutalne działania. Służby mundurowe wprawdzie pacyfikowały całe wsie, ale to strażnicy wioskowi – formacje przez naczelników plemiennych nieraz wykorzystywane do prywatnych – znęcali się nad ludnością cywilną, mordując, gwałcąc kobiety i publicznie upokarzając podejrzanych o działalność wywrotową cywili. Ci sami agowie, którzy takimi właśnie metodami nakręcali państwową przemoc wobec Kurdów, aż do ostatnich dekad XX w. utrzymywali przeżytki feudalnych układów, zmuszając chłopską biedotę do pracy na plantacjach bawełny. W takich oto warunkach, narodził się ruch odwołujący się do marksizmu-leninizmu, nawiązujący niekiedy do maoizmu i postulujący odrodzenie kurdyjskiej tożsamości.
Gdy w 1978 r. w wiejskiej chałupie pod miastem Lice powstawała PKK, cel był jeden – ustanowienie niepodległego i komunistycznego Kurdystanu na drodze wojennej. Öcalan, Kurd wychowany w środowisku miejskim (urodził się koło Urfy), mówiący po turecku, idee marksizmu-leninizmu łączył z strategią walki antykolonialnej wyłożoną w pismach Frantza Fanona. Podobnie jak ten martynikański psychiatra z urodzenia, a z wyboru algierczyk i bojownik o niepodległość nowej ojczyzny, uważał, że wyrwanie się z ucisku opresyjnego państwa nie tylko odmawiającego podległemu narodowi samostanowienia, ale i stosującego niewyobrażalną, systemową i perfidną przemoc, możliwe jest wyłącznie poprzez samodzielne użycie przemocy, mającej moc oczyszczającą.
Między założeniem partii, a pierwszymi akcjami w 1984 r. minęło sześć lat poświęconych na przygotowania. W międzyczasie miał miejsce wojskowy przewrót, po którym rozgromiono rewolucyjną lewicę. PKK nawiązała współpracę z Organizacją Wyzwolenia Palestyny – w syryjskich i libańskich obozach, pod protekcją Hafeza al-Asada, kurdyjscy bojownicy ćwiczyli się w działalności terrorystycznej. Pierwszych ataków dokonano w 1984 r. Państwo tureckie odpowiedziało jeszcze większą przemocą i wzmocnieniem systemu straży wioskowych. Siły mundurowe – jeszcze wtedy będące strukturami autonomicznymi wobec państwa, parły do konfrontacji. Inny pomysł miał premier (1983-1989), a następnie prezydent (1989-1983) Turgut Özal. Choć od bojowników PKK różniło go wszystko – był neoliberałem zapatrzonym w Reagana i Thatcher, pupilkiem Waszyngtonu i głównym rzecznikiem tureckiego turbokapitalizmu, to nawiązując do dziedzictwa osmańskiego, w którym Turcy i Kurdowie byli częściami muzułmańskiej Ummy, wierzył w porozumienie oraz braterstwo obu narodów. Sam też po matce miał pochodzenie kurdyjskie, o czym dowiedział się w dorosłym wieku. Żadnego rozwiązania pokojowego jednak nigdy nie doczekał, gdyż zmarł nagle w 1993 r. (coraz bardziej popularna w ostatnich latach teoria głosi, że został otruty przez służby, nie mogące zdzierżyć jego pomysłów federacji turecko-kurdyjskiej).
Artykuł został opublikowany w piątym numerze magazynu Nowa Europa Wschodnia Online. Obecnie wszystkie numery magazynu są bezpłatne!
Uruchomiliśmy także Patronite.
Będziemy wdzięczni, jeżeli wesprzesz jego rozwój i dołączysz do społeczności Patronów.
Niewątpliwym ciosem dla PKK był z oczywistych względów upadek ZSRR. Istnieje szereg relacji mówiących o wsparciu dla PKK płynącym z Moskwy, m.in. od byłych bojowników oraz dawnych funkcjonariuszy KGB z Aleksandrem Litwinienką na czele. Niewiele jednak wiadomo na temat skali tego wsparcia. Upadek realnego socjalizmu niewątpliwie wiązał się z kryzysem PKK i wszystkich tego typu organizacji na wielu polach. PKK nawiązywała przede wszystkim do ruchów rewolucyjnych w Trzecim Świecie. Cieszyła się protekcją arabskiego socjalisty Asada i sojusznika Moskwy. Jednak to ZSRR był komunistycznym supermocarstwem, które – co by dziś o nim nie myśleć – oferowało z jednej strony niekapitalistyczny model modernizacji, z drugiej – niezachodni uniwersalizm, atrakcyjny dla narodów, które pogrążone w zacofaniu doświadczyły kolonialnego ucisku. Upadek takiego państwa, będącego dla nich głównym punktem odniesienia wiązał się z jednym – światowym triumfem wolnorynkowego kapitalizmu.
Po pierwszym złożeniu broni i śmierci Özala w 1993 r. PKK wróciła do walk, a reakcja państwa była jeszcze bardziej brutalna. Mnożyły się zabójstwa polityczne, pacyfikacje całych miejscowości, nakręcała się spirala bratobójczej przemocy (za sprawą akcji straży wioskowych), zaś żandarmeria, pełniąca funkcje nie tyle wewnętrznej policji wojskowej, jak ma to miejsce na przykład w Polsce, ale raczej na wzór francuski – zmilitaryzowanej policji działająca w interiorze, wysunęła się na czoło, jeśli idzie o państwową opresję wymierzoną w Kurdów. Pod szyldem JİTEM – Jednostki Żandarmerii ds. Wywiadu i Walki z Terroryzmem, powołanej nie wiadomo kiedy i bez żadnej wiedzy władz cywilnych, funkcjonariusze nadal pacyfikowali wsie, dokonywali skrytobójstw i torturowali podejrzanych. JİTEM stanowiła istotną część zjawiska, które jak chyba żadne inne ilustruje patologie ówczesnego (a wiele wskazuje, że i współczesnego) państwa tureckiego. Zjawiskiem tym było „Głębokie Państwo” (Derin Devlet). Jest to nieformalna struktura, swą genezą sięgająca zimnej wojny. W jej ramach istnieje niejasny układ, między służbami mundurowymi, skrajną prawicą, mafią, niektórymi „wtajemniczonymi” politykami, a w przeszłości też strażami wioskowymi. Te struktury stały nie tylko za przemocą wymierzoną w faktycznych i domniemanych zwolenników PKK, ale też i we wszystkich innych, którzy ważyli się nazywać po imieniu organizacyjną, instytucjonalną i moralną zgniliznę schyłkowej „starej” republiki. Dziennikarz Uğur Mumcu, zamordowany został w 1993 r. gdy pracował nad materiałem o wsparciu samej armii udzielanym PKK (gdyż żadna armia nie lubi się nudzić, zaś armia turecka oprócz kreowania wroga musiała też dostarczyć sobie i światu pretekstu do utrzymywania swej pozycji).
W taki sposób upłynęła ostatnia dekada XX w., w której PKK i służby kontynuowały spiralę przemocy, a państwo pogrążało się w wielopoziomowym kryzysie. Liczni tureccy komentatorzy, jak ostatnio Cuma Çiçek z lewicowego pisma Birikim, czy też centrowi analitycy zachodnich think-tanków, powiadają że kwestia kurdyjska zawsze była papierkiem lakmusowym stanu tureckiej demokracji – im gorętszy konflikt, tym więcej autorytaryzmu i na odwrót. W odniesieniu do Turcji lat 90. ma to sporo sensu, ale nie wyjaśnia całości. Była to bowiem „stracona dekada”, by użyć określenia byłego prezydenta Meksyku Carlosa Salinasa de Gortariego (którego własna polityka sama kryzys napędziła). Tego doświadczyła większość państw nie mających szczęścia leżeć w politycznie i gospodarczo uprzywilejowanej części świata (kryzysy i niestabilność toczyły Amerykę Łacińską, Rosję, Azję Wschodnią oraz cieszące się odzyskaną wolnością kraje Bloku Wschodniego – choć tam przykrywała je transformacyjna zawierucha).
Przełom nastąpił w 1999 r. wraz z aresztowaniem Öcalana w Kenii – dotąd ukrywającego się w różnych krajach. Sukces tureckich służb nie uchronił żadnej establishmentowej partii od upadku, gdyż trzy lata później w wyborach do parlamentu weszła jedynie erdoğanowska AKP i CHP, w poprzednim Zgromadzeniu nie zasiadająca. W nowe tysiąclecie Turcja weszła z nowym proeuropejskim rządem, który chcąc łączyć islam z ideą integracji europejskiej przystąpił do demokratyzacji państwa. W jej ramach pochylono się nad prawami Kurdów, liberalizując prawo w zakresie edukacji i możliwości ekspresji. PKK w XXI w. weszła pozbawiona swojego lidera. Doszło do kolejnego złożenia broni i pierwszego samorozwiązania, lecz potem organizację odtworzono, rozbudowującą ją o Konfederację Związków Kurdystanu (KÇK) – ciało koordynacyjne rozciągające się nad PKK i jej „narodowymi” filiami w Syrii, Iraku i Iranie – wzmacniając instytucjonalną Hydrę, jaką stała się partia. Uwięziony lider natomiast miał sporo czasu na lektury i przemyślenia, których owocem była ewolucja ideologiczna. Öcalan porzucił zwulgaryzowany marksizm, dostosowany do założeń walki narodowowyzwoleńczej Kurdów („Komunizm narodowy jest komunizmem w stanie upadku” – można skomentować za Milovanem Djilasem – znanym jugosłowiańskim rewizjonistą marksistowskim). Walce o niepodległość Kurdystanu miejsca ustąpiła walka o radykalną decentralizację, przeniesienie politycznego procesu decyzyjnego z poziomu organizacji państwowej na poziom lokalnych wspólnot-kantonów. Do tego doszły postulaty ekologiczne i feministyczne. Od Marksa i Lenina, przez Fanona, przewędrował Öcalan do myśli amerykańskiego anarchisty Murraya Bookchina. Tak oto ideologią i programem politycznym PKK stał się „demokratyczny konfederalizm”. Młodzi rekruci obojga płci, w obozach nadal wprawdzie czytali klasyków zachodniej myśli lewicowej – Sartre’a, Althussera, czy Simone de Beauvoir, lecz co do zasady PKK nie była już ruchem żywcem wyjętym z krajów Trzeciego Świata okresu zimnej wojny, lecz formacją wizjonerską, proponującą przekroczenie kapitalizmu, nacjonalizmu i samego państwa. Jedno się jednak nie zmieniło. Organizacja nadal stosowała terror, czym ściągała na siebie odwetowe akcje służb mundurowych i straży wioskowych. Aktywnie działały jednak jej cywilne odnogi w postaci legalnych partii, cyklicznie zamykanych przez tureckie sądy i potem odtwarzanych. Ludność kurdyjska, przeszła w wyniku jej pracy proces modernizacyjnego „uświadomienia”. Ostały się wprawdzie struktury plemienne, lecz i one w pewnym momencie zaczęły współgrać z lewicowym ruchem politycznym – na przykład w 2015 r. naczelnicy plemion uradzili przesunięcie poparcia z AKP na HDP.
Aż do wybuchu wojny domowej w Syrii ewoluująca PKK ustępowała w walce o rząd kurdyjskich dusz AKP, która obok wspomnianej liberalizacji z sukcesem odwoływała się do ponadetnicznej muzułmańskiej solidarności. Pierwsza dekada rządów Erdoğana i jego partii rozbudziła wśród ludności kurdyjskiej nowe nadzieje na polityczną emancypację w ramach odmienionego państwa, które znosiło opresyjne instytucje i porzucało nacjonalistyczny dyskurs. Od 2008 r. prowadzono też tajne rozmowy pokojowe z PKK, zakończone rozejmem w 2013 r. ogłoszonym w Diyarbakırze, gdzie 21 marca – w hucznie przez Kurdów obchodzony Nevruz – panirański Nowy Rok, odczytano list Öcalana.
Tocząca się jednak za miedzą wojna niespodziewanie sprawiła, że pojawiła się polityczna alternatywa i historyczna szansa na wdrożenie „demokratycznego konfederalizmu” przez PYD – syryjską filią PKK (pomiędzy oboma organizacjami dochodziło do swobodnego przepływu bojowników i sprzętu). Ankara obserwowała to z oczywistym niepokojem, a stale utrzymujący się rozejm, wraz z wizją połączenia Rożawy („Zachodu” Kurdystanu – czyli syryjskiej de facto autonomii), z Bakurem („Północą”) – tureckim Kurdystanem) wywoływały panikę skutkującą ostrą presją na rząd ze strony wojska i środowisk nacjonalistycznych.
„Cywilna” HDP poczuła się na tyle pewnie, że do wyborów wiosną 2015 r. poszła pod własnym szyldem – inaczej niż wcześniej, kiedy wystawiano kandydatów niezależnych, bo ominąć wysoki, wynoszący 10% próg wyborczy. To przyniosło niespodziewany sukces – partia zdobyła 12% głosów i 80 mandatów w parlamencie, przez co AKP po raz pierwszy w swej wyborczej historii straciła samodzielną większość. Na to odpowiedziała w sposób zdecydowany, wykorzystując zerwany przez PKK rozejm do już opisanej brutalnej rozprawy militarnej i prowadząc kampanię przed przyspieszonymi wyborami pod hasłami „bezpieczeństwa” i „walki z terrorem”. HDP, próbowała robić swoje, tworząc w rządzonych przez siebie miastach i gminach alternatywne wobec instytucji państwa „Zgromadzenia Ludowe” – czym wprowadzała w życie założenia demokratycznego konfederalizmu, lecz i to zderzyło się z państwowym walcem – burmistrzów zastąpili komisarze, zaś kierownictwo HDP trafiło za kratki – Selahattin Demirtaş, popularny lider HDP próbował się tłumaczyć, że postuluje jedynie wprowadzenie „systemu takiego jak w Szwajcarii” (nawiązując do kantonów, które za miedzą stworzyli syryjscy Kurdowie), podczas gdy nikogo nie oburzają odwołania urzędującego prezydenta do Hitlera (Erdoğanowi istotnie wymsknęła się taka wypowiedź), lecz w obliczu niemożliwych do zanegowania związków HDP z PKK (krążące w mediach zdjęcia Demirtaşa z wierchuszką w Kandilu) nic nie było w stanie odwrócić procesu, w którym neoosmański inkluzywny projekt AKP skorygowany został o elementy starego etnicznego nacjonalizmu. Tego zaś nie wymazały lata prób tworzenia inkluzywnej wspólnoty jako projektu mającego wypchnąć na margines etniczne resentymenty. Ilustracją tego był choćby incydent, w którym podczas walk w Lice, policyjny radiowóz wlókł za sobą przywiązane sznurem zwłoki zabitego bojownika, które później nazywano w mediach społecznościowych „ścierwem” – trudno dostrzegać w tym coś innego niż dehumanizujący rasizm, z jakim spotykali się dekady wcześniej Kurdowie migrujący do miast zachodniej Turcji.
Tym oto sposobem nasza opowieść zatacza koło od „zdarzenia”, jakim było ogłoszenie samorozwiązania przez PKK wraz z przedstawieniem militarnej kampanii, jaka decyzję tę wymusiła, przez dzieje narodowego ruchu kurdyjskiego, którego PKK była wiodącą częścią, aż do zawieruchy, którą przyniosła ostatnia dekada.
Znak czasów?
Samorozwiązanie PKK, obojętnie jakie kolejne ruchy po nim nastąpią, to niewątpliwie decyzja historyczna. Co jednak stanowi o jej „historyczności”? Skrajnie trudno jest oceniać zdarzenia historyczne znajdując się w samym środku jakiegoś procesu. By pokusić się o podobną ocenę, potrzebny jest szerszy horyzont. Tego zaś dostarcza panoramiczne spojrzenie pozwalające dojrzeć większe zjawiska – tymi są modernizacja niosąca narodziny nacjonalizmu i podążające wraz z nim formowanie się nowoczesnego, zbiurokratyzowanego państwa narodowego, a także ostatnie sto lat trwania nowoczesnego systemu-świata, w którym kapitalistyczna gospodarka, ze swoim centrum na Zachodzie rywalizowała z wielkim projektem, który chciał ją znieść. Między młotem a kowadłem znajdowały się państwa będące obszarem rywalizacji obu tych bloków, a jeszcze trudniejsze było położenie różnych grup podporządkowanych. Taką grupą byli tureccy Kurdowie poddawani bezustannej presji państwa, które formalnie znajdowało się w strukturach Zachodu. Jego geopolityczne usytuowanie było jasne. Lecz położenie gospodarczo-społeczne, na drabinie od struktur archaicznych do nowoczesnych, pozostawało co najwyżej pośrednie, zupełnie jak w przypadku innych państw peryferii. Nie powinno zatem dziwić, że występowały tam podobne zjawiska: rozlazłość instytucji politycznych (ale nie biurokracji, co akurat Turcję pozytywnie wyróżniało) w państwie stawiającym sobie za cel dołączenie do „cywilizowanej rodziny narodów”, armia jako najstabilniejszy element aparatu, bezwzględnie egzekwująca postulat ustanowienia jednolitego państwa narodowego, zwalczająca irredentę wznieconą przez organizację zbrojną walczącą w obronie narodowych praw zdominowanej grupy, stanowiącej społeczną podklasę. Podobne też były metody i efekty walk – pacyfikacje, „zniknięcia”, terroryzm i państwowy kontr-terroryzm, a za nim masowe wymuszone migracje i ruchy protestu domagające się rozliczeń – Matki Sobotnie – gromadzące się każdego tygodnia w Stambule i żądające ustalenia co stało się z synami i wnukami podczas cyklicznych reżimów stanu wyjątkowego, będące analogicznym ruchem do argentyńskich Babć z Placu Majowego w Buenos Aires, domagających się tego samego w odniesieniu do ofiar brudnej wojny (1976-1983). Podobieństwa do innych organizacji działających w świecie wykazywała też PKK, której nie ma sensu romantyzować. Podobnie jak na przykład Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii (FARC) środki na swą działalność, czerpała z przemytu narkotyków, niczym ośmiornica rozciągając swe macki na Europę, która była tym samym (czyli rynkiem zbytu), czym dla FARC były Stany Zjednoczone. Kult Öcalana przypominał cześć, jaką członkowie peruwiańskiego maoistowskiego Świetlistego Szlaku oddawali swemu wodzowi Abimaelowi Guzmánowi (choć PKK nigdy nie stała się świecką parareligijną sektą w takim wymiarze jak peruwiańscy ekstremiści). Podobne zniszczenia i cierpienie potrafiła też zadawać PKK własnym rodakom, którzy znaleźli się między nią a siłami państwowymi. Tropiąc „zdrajców” w osobach strażników wioskowych, starannie spisanych na listach proskrypcyjnych, likwidowała też niewinnych członków ich rodzin. Ginęli cywile w wyniku ataków bombowych, wieśniaków zaś często zastraszano.
Zdarzały się nieco bardziej sympatyczne porównania – jak choćby do poczciwych Zapatystów z meksykańskiego stanu Chiapas – tu i tam organizacje animowały życie społeczne w ramach rozbudowanych systemów samopomocy, lecz PKK inaczej niż meksykańscy partyzanci, a później też FARC w Kolumbii, zderzała się z o wiele bardziej nieprzejednanym przeciwnikiem. Państwo tureckie oprócz wyjątkowo na tle innych państw o podobnym usytuowaniu strukturalnym sprawne w sensie biurokratycznym, jak mało które na świecie, otoczone jest rozbudowaną mitologią, która je uświęca. Konflikt takiego państwa, mającego tyleż obywateli, co „wyznawców”, z ruchem, który najpierw odwoływał się do narodowego komunizmu, a potem anarchizmu, ma charakter zderzenia dwóch idealnie przeciwstawnych systemów wartości, a także wizji państwa, świata i samego człowieka. Nie jest to jedynie walka polityczna, ale konflikt różnych antropologii. Wydaje się więc, że majowa decyzja, jeśli zostanie utrzymana, nie wypleni ze społeczności kurdyjskiej, tego co PKK i jej cywilne odnogi, przez ostatnie cztery dekady zasiały w społeczności kurdyjskiej. Idee autonomizmu, czy radykalnej decentralizacji państwa nadal zapewne będą się tlić, utrzymując możliwość ich ponownego rozpalenia, gdy ruch kurdyjski uzna za stosowne ponownie rzucić wyzwanie rządowi Erdoğana – wielkiego trendsettera post-liberalnego świata rządzonego przez „silnych ludzi” i grającego we współczesnym „koncercie mocarstw”. Na razie jednak koniunktura mu nie sprzyja. Gdy w czasach zimnej wojny Trzeci Świat pełen był rewolucyjnych ruchów, mających oparcie w ZSRR jako alternatywie dla Zachodu, PKK wpisywała się w globalne trendy. W podobną koniunkturę wpisała się, gdy najbardziej krwawy obok Jemenu epizod Arabskiej Wiosny stworzył chaos, w którym bojownicy, pierwszy chyba raz od czasów hiszpańskiej wojny domowej realizujący w działaniu utopię w takiej skali, zyskiwali szczerą sympatię na świecie, jako świecki, egalitarny (przynajmniej deklaratywnie) ruch, z sukcesami zwalczający Państwo Islamskie.
Mateusz Chudziak – doktor nauk humanistycznych w dziedzinie historii. Zajmuje się najnowszymi dziejami Turcji. Pracował w Zakładzie Bliskiego Wschodu i Azji Środkowej Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie (2023-2025) oraz w Ośrodku Studiów Wschodnich (2015-2021). Obecnie przygotowuje projekt na temat przemian tożsamościowych w Turcji po 2002 r.
Lecz i ta koniunktura minęła, gdy nastały czasy, w których niedawny amerykański protektor sił kurdyjskich w Syrii nie wydaje się zainteresowany wsparciem dla lewicowych utopistów – sam bowiem zwalcza ruchy kontestacyjne u siebie (często za sprawą kampusowych polityk tożsamości kompromitujące głoszone przez nie same idee). Sam zaś za sprawą trumpowskiego zwrotu w polityce zagranicznej uprawomocnia nowy światowy „koncert mocarstw”. Dlatego, ruch kurdyjski, jeśli ma przetrwać, obojętnie czy z odnowioną PKK, czy w innej pokojowej formie, na swój kolejny moment będzie musiał poczekać.