Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Międzymorze / 27.02.2026
Jakub Mirowski

Góry śmieci, jeziora chemikaliów. Rumunia żyje w kryzysie zarządzania odpadami

W przyszłym roku minie dwadzieścia lat, odkąd Rumunia dołączyła do Unii Europejskiej, a mimo to kraj nie potrafi rozwiązać swoich licznych problemów z zarządzaniem śmieciami: wszechobecnych wysypisk, składowisk niebezpiecznych pozostałości po produkcji przemysłowej czy importu odpadów z zachodniej Europy.
Foto tytułowe
Duża część mieszkańców Pata-Rât funkcjonuje w warunkach skrajnego ubóstwa. / Fotografia: Patrycja Sikora



Posłuchaj słowa wstępnego szóstego wydania magazynu online!



Po przylocie do Oradei, dokąd wybraliśmy się, by badać rumuński kryzys zarządzania odpadami, od razu chcemy zobaczyć jego objawy: plastikowe opakowania walające się po ulicach, przeładowane kontenery, przesypujące się śmieciarki. To jednak myślenie życzeniowe. Oradea w najgorszym wypadku wygląda tak, jak każde miasto w pochmurny, styczniowy dzień – czyli niezbyt imponująco – a wieczorem, przysypana śniegiem i ozdobiona masą świątecznych światełek, robi wręcz przytulne wrażenie. Kryzysu śmieciowego nie zobaczylibyśmy także w centrum Kluż-Napoki, Braszowa, Konstancy czy Timișoary. Problem tego kraju z odpadami jest bowiem zepchnięty do małych miejscowości i na obrzeża tych dużych, nie rzuca się więc w oczy. Ale bez wątpienia istnieje – a Rumuni płacą za to każdego dnia.


Kryzys z rodowodem


Jego korzenie znajdują się jeszcze w czasach sprzed dołączenia do Unii Europejskiej – w erze Nicolae Ceaușescu oraz burzliwych pierwszych latach budowania demokracji.

– W przeszłości wiele miejscowości nie miało systemu sanitarnego z prawdziwego zdarzenia ani dostępu do legalnych, autoryzowanych miejsc składowania śmieci, więc po prostu zakopywano je wszystkie w jednym miejscu w okolicy. Dzisiejsze problemy to także „scheda” tamtych rozwiązań – mówi Octavian Berceanu, były szef Narodowej Straży Środowiskowej, agencji monitorującej stan środowiska naturalnego w Rumunii.
Nowy, zintegrowany system zarządzania odpadami pod Kluż-Napoką. / Fotografia: Patrycja Sikora.

Wysypiska śmieci – zarówno legalne, jak i nie – przez całe dekady były więc podstawowym elementem systemu zarządzania odpadami. W 2007 roku Rumunia dołączyła jednak do Unii Europejskiej i można było się spodziewać, że na przestrzeni niemalże dwudziestu lat poważnie zredukuje swoją zależność od śmietnisk na rzecz nowoczesnych zakładów recyklingu czy spalarni. Tak się jednak nie stało.

Do dziś na wysypiskach ląduje według oficjalnych danych ponad 70% wszystkich odpadów, które produkują Rumuni, a eksperci, z którymi rozmawiałem, sugerują, że liczba ta może sięgać w rzeczywistości 90%. W 2023 roku zaledwie 1,3% materiałów wykorzystywanych w tym kraju pochodziło z recyklingu – to najgorszy wynik wśród państw wspólnoty. Ponadto nie ma widoków na szybką poprawę. Budowa nowoczesnej infrastruktury zarządzania odpadami wymagałaby dużych inwestycji, na które nie decyduje się ani sektor publiczny, ani prywatny. Wysypiska to z kolei intratny biznes, w dodatku niewystarczająco kontrolowany.

– Na śmietnisku możesz błyskawicznie pozbyć się nieczystości, nikt nie waży dokładnie, ile ton czy metrów sześciennych wyrzuciłeś. Oczywiście, mamy wyznaczone cele, by oddzielać odpady organiczne od suchych, by użyźniać glebę przy wykorzystaniu kompostu, by zachowywać surowce na użytek gospodarki cyrkularnej. Ale tego typu segregacja odbywa się wyłącznie na papierze. Nawet jeśli ludzie sortują swoje śmieci, nawet jeśli zgodnie z wymogami prawnymi robią to firmy – wszystkie rodzaje odpadów zostają ostatecznie wymieszane i trafiają razem na wysypiska – twierdzi Berceanu. Według jego szacunków śmietnisk w całej Rumunii – legalnych i nielegalnych, komunalnych i przemysłowych – może być łącznie około 500.


Wysiedleni na śmietnik


Większość to oczywiście pomniejsze miejsca składowania odpadów, ale są i wysypiska gigantyczne, prawdziwe góry śmieci, szpecące krajobraz i zatruwające okolice duszącym odorem. Takie jest na przykład Pata-Rât, znajdujące się przy wyjeździe z Kluż-Napoki – drugiego największego miasta Rumunii. Po dołączeniu do Unii Europejskiej władzom okręgu nakazano zamknięcie śmietniska – wówczas największego tego rodzaju obiektu w kraju – i przeistoczenie go w zintegrowany system zarządzania odpadami, wyposażony m.in. w stację sortującą oraz zakład przetwórstwa materiałów biologicznych i mechanicznych. Sfinalizowanie projektu zajęło dwanaście lat. W efekcie Kluż-Napoka zamiast jednej gigantycznej góry śmieci ma teraz dwie mniejsze, w których grzebią ciężarówki, ludzie oraz wrony. Projekt nie pozbył się za to smrodu, latem niosącego się aż po wioski otaczające Kluż-Napokę, co stawia pod znakiem zapytania efektywność działań miejskich władz.

– Kiedy przyjedziecie do Pata-Rât, zobaczycie wielkie wzgórze. Pod nim znajduje się wysypisko, z którego wcześniej korzystano. Oto, co zrobiono – przysypano odpady ziemią. Oto ekologiczne rozwiązanie według władz. Naturalnie do tej pory przy odpadach deszczu lub śniegu do zakopanych śmieci dostaje się woda, a ze wzgórza wydostaje się paskudna substancja, odciek. Potem wchłania się w glebę i zanieczyszczenie pozostaje – opowiada nam Ciprian Nodis, romski badacz z oddalonej o 120 kilometrów od Kluż-Napoki Bystrzycy.

Nodis trafił tutaj w ramach badań nad rasizmem środowiskowym w Europie Środkowo-Wschodniej. Pata-Rât znane jest bowiem przede wszystkim nie za sprawą samego wysypiska, a tego, co znajduje się w jego pobliżu. Na zboczach gór odpadów mieści się największe w skali całego kontynentu getto śmieciowe, którego mieszkańcami są niemal wyłącznie Romowie. Trafili tutaj w kilku falach, niektórzy w poszukiwaniu pracy, drudzy pod presją ekonomiczną, nie mogąc znaleźć zatrudnienia lub opłacić rosnącego czynszu. Jeszcze inni wylądowali w getcie w wyniku przymusowych przesiedleń, które zarządziły władze miasta.
Zakład w Dernie ostatecznie przestał działać w 2003 roku, a jego budynki nigdy nie zostały ponownie zagospodarowane. / Fotografia: Patrycja Sikora.
.
Romowie z Pata-Rât żyją w przepełnionych mieszkaniach, często bez dostępu do podstawowych usług sanitarnych, w wykluczeniu komunikacyjnym. Zimą zmagają się z mrozami, latem z mdlącym odorem dobiegającym ze śmietniska, przez cały rok – ze szczurami i bardzo wysokimi poziomami zanieczyszczenia, które sprawiają, że większość tutejszych mieszkańców zgłasza problemy zdrowotne. Rumuński kryzys śmieciowy w pewien sposób uderza w każdego mieszkańca tego kraju – ale to społeczności, które są tutaj marginalizowane od dekad, cierpią najbardziej.

– Mamy problemy z dostępem do ochrony zdrowotnej, do kupna i wynajmu mieszkań, do edukacji na wysokim poziomie. Rasizm środowiskowy to tylko kolejny ze sposobów dyskryminowania nas w tym miejscu – podsumowuje Nodis.


Odpady importowe


Ze względu na swoją skalę getto wokół wysypiska Pata-Rât jest punktem wyjątkowym na mapie Rumunii – choć istnieją także inne miejsca, zarówno w Rumunii, jak i w sąsiadujących państwach, gdzie Romowie muszą żyć w środowisku zagrażającym ich zdrowiu. Samo śmietnisko w Kluż-Napoce nie jest jednak niczym nadzwyczajnym. Octavian Berceanu twierdzi, że takie obiekty znajdują się w pobliżu każdego większego miasta. Korzystają z nich jednak nie tylko lokalne władze i firmy.

– Rumunia w coraz większym stopniu staje się celem transferów śmieci z krajów zachodniej Europy. Nie jest to nowy trend, choć bez wątpienia przyspieszył, szczególnie po wprowadzonych przez Chiny obostrzeniach na import odpadów, które zmieniły przepływ śmieci na globalną skalę – wyjaśnia Elena Rastei z organizacji pozarządowej Zero Waste.

Szczególnie po dołączeniu do strefy Schengen w ubiegłym roku, do kraju trafiają setki tysięcy ton nieczystości z innych państw wspólnoty – Włoch, Austrii, Belgii, Niemiec, Węgier czy Holandii. Według oficjalnej dokumentacji Rumunia otrzymuje stamtąd plastik do recyklingu, odzież z drugiej ręki, używane opony, części samochodów czy elektronikę. W rzeczywistości powszechnym procederem jest mieszanie śmieci z materiałami zdatnymi do ponownego wykorzystania albo po prostu wysyłanie całych transferów odpadów, bo ryzyko zatrzymania na granicy jest nikłe. Importowane nieczystości trafiają albo na wysypiska – w Rumunii za ich składowanie płaci się zaledwie 30 euro za tonę, a więc kilkakrotnie mniej niż w państwach zachodniej Europy – albo zostają spalone. Cały proceder jest trudny do ukrócenia z powodu swobodnego przepływu dóbr, sprzyjającej infrastruktury zarządzania odpadami oraz ograniczonych możliwości Straży Środowiskowej.

– Ludzie oczywiście nie są z tego powodu zadowoleni. Ale oni nie mają tutaj wiele do powiedzenia, tylko rząd może coś zrobić w tej sprawie. Dopóki nie będzie wsparcia dla Straży Środowiskowej, dopóki nie będzie wsparcia dla prokuratorów, trudno liczyć na jakiekolwiek poważniejsze zmiany – twierdzi Teodor Niță, rumuński prokurator specjalizujący się w przestępstwach środowiskowych.


Wspomnienia po rafinerii


Rumunia staje się więc coraz częściej śmietnikiem dla firm, które nie chcą płacić wysokich cen za składowanie odpadów w innych krajach Unii Europejskiej. Jednocześnie wspólnota nakłada na nią kary związane z niewłaściwym zarządzaniem nieczystościami. W ubiegłym miesiącu Komisja Europejska zapowiedziała pozwanie Rumunii do Trybunału Sprawiedliwości w związku z niewywiązaniem się z obowiązku rehabilitacji ponad 100 śmietnisk, rok wcześniej zaś nałożono na nią karę finansową za brak działań na rzecz oczyszczenia 31 wysypisk przemysłowych. Od tamtego czasu władzom udało się zrehabilitować zaledwie trzy. Rumunia zapłaciła za nie 1,5 miliona euro jednorazowej grzywny i każdego dnia dodaje do tej sumy po 600 euro za każdy z obiektów. Oznacza to, że do kasy Komisji Europejskiej trafia z tego powodu prawie 17 tysięcy euro dziennie.

To żadna astronomiczna suma dla kraju, który w ubiegłym roku przekroczył 420 miliardy dolarów PKB, ale dla ludzi mieszkających w pobliżu przemysłowych wysypisk problemem wcale nie są topione przez rząd w Bukareszcie pieniądze.

– Najbardziej przeszkadza mi zapach. Latem śmierdzi tu benzyną, w dół zbocza nie rosną drzewa. Nie wiem, czy wysypisko nam szkodzi, ale zdrowsi na pewno z jego powodu nie jesteśmy – mówi Barbara, mieszkająca w wiosce Derna, ledwie kilkadziesiąt metrów od stawu wypełnionego kwasem smołowym. To pozostałość po działającej tutaj niegdyś rafinerii.
Władze Derny obawiają się, że w przypadku powodzi zanieczyszczenia industrialne mogą przedostać się do pobliskiej rzeki Szybki Keresz. / Fotografia: Patrycja Sikora.

Rafineria, otwarta w XIX wieku, zamknęła się jeszcze przed dołączeniem Rumunii do Unii Europejskiej, zabierając ze sobą miejsca pracy. Jej budynki stoją w ruinie, ale odpady z procesu przetwarzania paliwa do dzisiaj leżą odłogiem w otwartych dołach w ziemi. Wielu mieszkańców Derny twierdzi, że nawet nie zwraca już na nie uwagi, ale inni przyznają, że dostrzegają negatywne efekty życia w pobliżu stawów z kwasem smołowym. Niektórzy zauważają, że drogi niszczeją tutaj szybciej, drudzy mówią, że przy wysokich temperaturach cuchnie w całej wiosce, a napotkana staruszka twierdzi nawet, że przemysłowe pozostałości odpowiadają za wzrost zachorowań na zapalenie oskrzeli. Burmistrz Iarko-Daniel Segheciu pokazuje w swoim biurze ściany, na których farba żółknie od podłogi i zaczyna odchodzić.

– Odnawialiśmy ten budynek trzy lata temu i teraz musimy to robić ponownie. Tak dzieje się w każdym domu – co dwa, trzy lata trzeba przeprowadzać renowację, bo ściany zaczynają się łuszczyć.

Obecność kwasów smołowych dotyka także przyrodę. Drzewa rzeczywiście nie rosną pod zboczem, na którym umieszczono toksyczne odpady, a okoliczni mieszkańcy wolą nie karmić zwierząt wyrastającą na podwórkach trawą. Tuż za Derną zaczyna się obszar chroniony Natura 2000, tymczasem burmistrz twierdzi, że na przepływającym w okolicy strumieniu regularnie pojawia się żółta piana. W momencie, w którym odwiedzamy wioskę, akurat jej nie widzimy – ale faktem jest, że woda ma intensywny, rdzawobrązowy kolor.
Stosy beczek po chemikaliach Sintezy, pozostawione na polach obok strefy przemysłowej w Oradei. / Fotografia: Patrycja Sikora.

– Dla nas i dla całego państwa rumuńskiego to tykająca bomba. Wystarczą odpowiednio ulewne deszcze, a wszystko, co jest w tych dołach, popłynie w dół, do rzeki i w stronę Węgier, i będziemy mieć na rękach wielki międzynarodowy skandal.

Ta wizja nie przekonała jak dotąd rumuńskiego rządu, by zainterweniować w kwestii wysypiska w Dernie.

– Władze państwowe nie zrobiły tutaj nic. Pisałem już listy do rządu w Bukareszcie, do prezydenta, do rzecznika praw obywatelskich. My, jako urząd gminy, chcielibyśmy rozwiązać ten problem, ale nie mamy na to pieniędzy. Zresztą nawet gdyby fundusze się znalazły, nie jesteśmy właścicielami ziemi, na których wykopano te stawy. Dopóki strona rządowa nie ustali, kto oficjalnie zarządza tymi gruntami, nic się tutaj nie zmieni. Po bankructwie rafinerii ziemia trafiła do Ministerstwa Przemysłu, ale teraz Ministerstwo Przemysłu już nie istnieje, więc trzeba zadecydować, kto jest jego prawnym spadkobiercą – mówi zrezygnowany Segheciu.


Rehabilitacyjny biznes


To właśnie wydaje się największą przeszkodą w rozwiązaniu problemu wysypisk w Rumunii. Wiele wysypisk, szczególnie industrialnych, należało do firm, które albo przestały istnieć, albo nie chcą inwestować w rehabilitację terenu przeznaczonego pod swoje odpady. W tym drugim przypadku z pomocą mogą przyjść inne prywatne podmioty. Na przykład Sinteza, firma chemiczna z Oradei niedaleko Derny, sprzedała grunty, na których przechowywała pozostałości po produkcji kwasu benzoesowego, spółce ChimGrup, ta zaś planuje najpierw przeprowadzić działania zabezpieczające skażony teren, a następnie zagospodarować go na nowo.

– W planach mamy standardową procedurę w przypadku obcowania z niebezpiecznymi materiałami. Zabezpieczymy je na mniejszym terenie, otaczając je z góry i z dołu nieprzepuszczającą folią, a następnie przez trzydzieści lat będziemy musieli monitorować kwestię ewentualnego skażenia. Kiedy już oczyścimy grunty kupione od Sintezy, stworzymy na nich strefę przemysłową oraz niewielką farmę fotowoltaiczną. Studium wykonalności sugeruje, że całość będzie kosztować 2,7 miliona euro – opowiada Mihai Mitrea, przedstawiciel ChimGrup.

Firma nie wyklucza podobnych projektów w innych miejscach, jeśli rehabilitacja w Oradei okaże się opłacalna. Mitrea mówi, że jej przedstawiciele odwiedzili także Dernę, ale zaznacza jednocześnie, że podobna inwestycja byłaby tam znacznie bardziej skomplikowana. Rozwiązania jednak istnieją. Viorica Chilba, która była menedżerką rafinerii przez ostatnie dwie dekady jej funkcjonowania, tłumaczy:

– Te odpady da się przetworzyć na dwa sposoby. Kwas można wyodrębnić i zestalić przy użyciu wapna gaszonego, a powstałym w ten sposób materiałem, czymś podobnym do bituminu, wyłożyć rzadziej używane drogi. Można go także zneutralizować, wykorzystując węglan sodu, a płyn, który wytworzyłby się w wyniku takiego procesu, mógłby zostać zutylizowany w cementowniach. Istnieją także sposoby, by zredukować stężenie kwasu siarkowego w glebie.


Niech wszystko spłonie


Do tego potrzeba jednak funduszy, te zaś są zależne od woli politycznej. Tej w kwestii Derny – a także ponad dwudziestu innych wysypisk industrialnych oraz kilku komunalnych, rozrzuconych po całej Rumunii – najwidoczniej brakuje. Jakakolwiek szansa na usunięcie cuchnących dołów z kwasem smołowym, „tykającej bomby”, zagrażającej ludziom i środowisku, pojawiła się w wiosce jedynie przy okazji sytuacji kryzysowej.

– Lata temu na jednym z wysypisk wybuchł pożar. Okropnie śmierdziało, baliśmy się, że ogień przeniesie się na domy w pobliżu. Na szczęście straż pożarna pojawiła się, zanim sytuacja wymknęła się spod kontroli. Pamiętam jednak, że strażacy sugerowali wówczas, że może lepiej byłoby, żeby pozwolić pożarowi na pochłonięcie całego tego kwasu – co trwałoby całymi tygodniami – wspomina Chilba.

Ostatecznie ogień ugaszono, a stawy kwasu smołowego po zamkniętej dwadzieścia lat temu rafinerii stoją w Dernie do dziś. Tak samo stoją śmietniska zbierające stołeczne odpady pod Bukaresztem, jezioro beczek po chemikaliach na obrzeżach Oradei czy stosy nieczystości, wspinające się po romskich chatkach przy wyjeździe z Kluż-Napoki, oraz setki innych obiektów tego typu, rozrzuconych po całym kraju. Wprawdzie nie płoną ani nie spływają rzekami, ale wypuszczają do atmosfery całą tablicę Mendelejewa, zatruwają powietrze i środowisko, latem rozsiewają odór na kilometry. A Rumuni płacą za nie w dwójnasób: raz – karami idącymi w miliony euro rocznie, i dwa – własnym zdrowiem.

Materiał powstał dzięki grantowi Balkan Investigative Reporting Network w ramach programu „Reporting Democracy”. Ten artykuł byłby znacznie uboższy w informacje, gdyby nie pomoc Adriany Totorean z redakcji tygodnika „Bihoreanul” – mulțumesc, Adriana.