Nasza strona używa ciasteczek do zapamiętania Twoich preferencji oraz do celów statystycznych. Korzystanie z naszego serwisu oznacza zgodę na ciasteczka i regulamin.
Pokaż więcej informacji »
Drogi czytelniku!
Zanim klikniesz „przejdź do serwisu” prosimy, żebyś zapoznał się z niniejszą informacją dotyczącą Twoich danych osobowych.
Klikając „przejdź do serwisu” lub zamykając okno przez kliknięcie w znaczek X, udzielasz zgody na przetwarzanie danych osobowych dotyczących Twojej aktywności w Internecie (np. identyfikatory urządzenia, adres IP) przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego i Zaufanych Partnerów w celu dostosowania dostarczanych treści.
Portal Nowa Europa Wschodnia nie gromadzi danych osobowych innych za wyjątkiem adresu e-mail koniecznego do ewentualnego zalogowania się przy zakupie treści płatnych. Równocześnie dane dotyczące Twojej aktywności w Internecie wykorzystywane są do pomiaru wydajności Portalu z myślą o jego rozwoju.
Zgoda jest dobrowolna i możesz jej odmówić. Udzieloną zgodę możesz wycofać. Możesz żądać dostępu do Twoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, przeniesienia danych, wyrazić sprzeciw wobec ich przetwarzania i wnieść skargę do Prezesa U.O.D.O.
Korzystanie z Portalu bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza też zgodę na umieszczanie znaczników internetowych (cookies, itp.) na Twoich urządzeniach i odczytywanie ich (przechowywanie informacji na urządzeniu lub dostęp do nich) przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego i Zaufanych Partnerów. Zgody tej możesz odmówić lub ją ograniczyć poprzez zmianę ustawień przeglądarki.
Ukraina / 02.03.2026
Słowo rodzi się w dialogu. Tłumaczki pracują kolektywnie i przekraczają granice indywidualnego przekładu
Czy literaturę można tłumaczyć w kolektywie? Co dzieje się z wolnością twórczą podczas pracy w zespole?
Odpowiedzi na te pytania zna Julia Didocha – współzałożycielka festiwalu Translatorium w Chmielnickim na ukraińskim Podolu, tłumaczka należąca do grupy translatorskiej VERBacja (wraz z Weroniką Jaduchą i Tanią Rodionową).
Zapraszamy do lektury jej rozmowy z Marcinem Gaczkowskim. Pełny wariant wywiadu znajdą Państwo w podcaście GLUBB DUB DRIB.
Okładka podcastu GLUBB DUB DRIB
Posłuchaj podcastu!
Marcin Gaczkowski: Z Tanią Rodionową i Weroniką Jaduchą założyłyście grupę translatorską VERBacja. Waszą metodą pracy z literaturą jest przekład kolektywny. Na czym to polega?
Julia Didocha: Przekład kolektywny to nade wszystko spotkanie ludzi, wspólne omawianie tekstu, każdego słowa w oparciu o relacje międzyludzkie. Jest czymś zupełnie innym niż praca indywidualna nad tekstem.
Jakie są jego zalety w porównaniu do zwykłej pracy tłumacza, tak jak ją sobie wyobrażamy?
Standardowy przekład to zajęcie samotnicze – tłumacz siedzi w pokoju, odizolowany od świata zewnętrznego, i może całymi dniami tłumaczyć jeden tekst. Kolektywny przekład z kolei motywuje uczestników do wychodzenia ze swojej skorupy i dołączania do dyskusji: otwierania się na innych. Tylko w dialogu można dojść do nowej myśli, która – naszym zdaniem jako VERBacji – zbliży nas do obiektywnego wariantu tłumaczenia. Co prawda, świetnie zdajemy sobie sprawę, że obiektywnego tłumaczenia nie ma. Nasz sposób pozwala jednak na zbliżenie się do ideału.
Odważne słowa. Jak doszłyście do tej metody?
Wszystko zaczęło się jeszcze w 2013 roku, kiedy z dziewczynami byłyśmy na ostatnim roku studiów. Wtedy pewnego lutowego wieczoru… Właśnie, to było zimą, kiedy warunki atmosferyczne sprzyjają temu, by całkowicie zanurzyć się w tekście. Przyszłam na wydarzenie organizowane przez Tanię Rodionową, poświęcone tłumaczeniu. Tania zaprosiła wtedy wszystkich chętnych do dołączenia do wspólnego praktykowania przekładu zbiorowego.
Kiedy zaczynałyśmy, w latach 2014 i 2015, wszystkie byłyśmy w jednym mieście. Był nawet taki czas, kiedy mieszkałyśmy razem. Organizowałyśmy translatorskie nasiadówki. Wspaniałe doświadczenie! Dziś spotkanie na żywo i wspólna praca stały się wręcz luksusem. Teraz przeszłyśmy na Dokumenty Google, bo żyjemy w różnych miastach. Bardzo dużo pracy wykonujemy oczywiście zdalnie.
Kiedy tłumaczyłyśmy poezję beatników, to na przykład Jacka Kerouaca można było potłumaczyć wieczorem przy winie. To było interesujące, urozmaicało atmosferę pracy. Trzymałyśmy się dewizy Hemingwaya, że pisać można po pijanemu, ale redagować zawsze trzeba na trzeźwo.
Czy gdzieś na świecie poza Chmielnickim praktykowany jest przekład kolektywny?
Cóż, nic mi o tym nie wiadomo. Okazuje się, że nie tak wielu ludzi kiedykolwiek próbowało uprawiać ten rodzaj tłumaczenia, choćby raz w życiu. Nie wszyscy ludzie są gotowi tym się zajmować, mają na to zbyt zróżnicowane charaktery.
Jestem praktykującym tłumaczem literatury i nie czuję się gotowy do uprawiania przekładu kolektywnego. Czym mnie przekonasz?
Wyobraź sobie, że bierzemy na warsztat strofę tekstu poetyckiego, siedzimy w trójkę, omawiamy ten fragment. Jeszcze nawet nie zaczęłyśmy go tłumaczyć. Przeczytałyśmy oryginał i każda z nas zaczyna dzielić się swoimi myślami: jak zrozumiała ten tekst, jaki jest nastrój danej zwrotki, jakie synonimy mogą najlepiej pasować do danego określenia. Potem zaczynamy dyskusję. Zaczynamy się zagłębiać, odsłaniamy kolejne warstwy. Jestem pewna, że w swojej zwykłej, samodzielnej pracy nie doświadczam tego nigdy. Być może w moich myślach zachodzi pewien wewnętrzny dialog, ale kiedy wypowiadam swoją opinię głośno, próbuję udowodnić coś drugiej osobie, przekonać ją, że mój wariant tłumaczenia będzie lepszy, zaczynam budować swoją argumentację w inny sposób. Mózg zaczyna działać jeszcze inaczej.
Jakie są tego efekty?
W takiej dyskusji dochodzi do czegoś, co nazywamy reakcją łańcuchową: pojawia się czwarty wariant, który nie zaistniałby bez tej dyskusji. Efekt pojawia się zupełnie niespodziewanie: w końcu jedna z nas wypowiada wreszcie ten czwarty wariant, ten najlepszy. Rozumiemy, że rozmawiając, przechodzimy tę drogę wspólnie – aby znaleźć właściwe słowo, aby ta fraza ukształtowała się w odpowiedniej konstrukcji. Tego nie da się osiągnąć samodzielnie. Dlatego właśnie przekład kolektywny jest dla mnie lepszy od pracy indywidualnej, choć ma swoje wady.
Jakie?
Nie wszyscy ludzie godzą się na wspólną pracę. I to jest absolutnie w porządku. Nie każdy tłumacz musi się tym zajmować. Początkowo nasza grupa VERBacja funkcjonowała jako struktura otwarta. Zachęcałyśmy innych, żeby się do nas przyłączyli. Potem zrozumiałyśmy, że chyba już nie warto czekać na wsparcie z zewnątrz. W naszej trójce przez lata pracy zaczęłyśmy rozumieć się w pół słowa. Na tym polega przyjaźń. Znamy się bliżej i lepiej. To pomaga w przekładzie kolektywnym, ułatwia interakcję. Dlatego ostatecznie ustaliłyśmy, że działamy jako grupa zamknięta, składająca się z trzech osób.
Czy przy takim rodzaju pracy pojawiają się konflikty?
Nawet nie nazwałabym tego konfliktami. To raczej wymiany zdań, bardzo robocze, profesjonalne dyskusje. Każda z nas ma własne myśli i poglądy na wybrany temat. Te myśli i poglądy zawsze się różnią. Jest nas trzy, co często pomaga nam w procesie decyzyjnym. Zdarza się, że dwie z nas opowiadają się za jednym wariantem, a trzecia może być przeciw. Wtedy przekonujemy tę trzecią. Obowiązują nas zasady gry zespołowej. Musimy ich przestrzegać, inaczej nigdy nie doszłybyśmy do konsensusu. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak można we wspólnej dyskusji odnaleźć lepszy wariant, zaakceptowany przez ogół, jeszcze lepszy. Ze względu na takie sytuacje nie wszyscy są skłonni tłumaczyć zbiorowo. Wielu ludziom bardziej odpowiada praca indywidualna.
Do kogo należy autorstwo waszych wspólnie wykonanych tłumaczeń?
Zawsze prosimy o podpisanie nas jako grupa translatorska VERBacja. Nie bez powodu mamy swoją nazwę. Niektórym wydawcom wydaje się to niezrozumiałe, zdarza się więc, że w nawiasach – lub bez nawiasów – umieszczany jest dopisek z naszymi nazwiskami. Nasza odpowiedzialność za przekład jest zbiorowa.
Jaka jest najważniejsza praca, którą wykonałyście razem?
Ona jeszcze trwa. Myślę, że kiedy się ukaże, stanie się naszym opus magnum, a właściwie już nim jest. Chodzi o przekład powieści Nie ma powrotu Thomasa Wolfe’a, nad którym pracujemy już wiele lat, bo połączenie tłumaczenia z przygotowaniami do festiwalu jest bardzo trudne.
Nie ma powrotu będzie naszym najważniejszym tłumaczeniem nie tylko ze względu na rozmiar samej książki, liczącej chyba siedemset stron, ale przez to, że pracujemy nad tą książką kolektywnie.
Praca nad prozą musi wyglądać zupełnie inaczej niż przekład poezji.
Rzeczywiście, wiersz można przełożyć w kilka godzin. W pracy nad prozą podzieliłyśmy się rozdziałami. Każda tłumaczy wybraną część, ale potem dwie z nas biorą to tłumaczenie i redagują je, proponują swoje warianty. Potem spotykamy się online i omawiamy najtrudniejsze miejsca – zaznaczone na żółto i czerwono. Biorąc pod uwagę rozmiar powieści, możesz sobie wyobrazić, ile to pracy. To wszystko trzeba pomnożyć przez trzy! Po całym wysiłku okazuje się jednak, że efekt jest opłacalny.
W 2025 roku gościłaś na rezydencji w Kolegium Europy Wschodniej w programie Archipelagos. Zgłosiłaś się do niego jednak indywidualnie.
Postanowiłam popracować sama, ale w związku ze wspomnianym przekładem kolektywnym literatury beatników. W Wojnowicach zdecydowałam się wyjść poza ramy amerykańskiego beatnictwa. Kiedy zaczęłam trochę badać ten temat, odkryłam dla siebie niesamowitą rzecz i niesamowity fakt: tak naprawdę beatników można spotkać na całym świecie, w różnych krajach, nie tylko w USA. Interesowało mnie to, jak poezja beatników, w różnych kontekstach narodowych, stawała się językiem oporu wobec dominujących narracji oraz narzędziem krytyki władzy politycznej, społecznej i kulturowej. Byłam zaskoczona, kiedy odkryłam wpływy beatników również w Polsce, a nawet w Ukrainie, choć u nas po prostu ich tak nie nazywamy. Postanowiłam więc, że na rezydencji w Wojnowicach będę tłumaczyć nie tylko amerykańskiego Jacka Kerouaca, ale także Toma Leonarda ze Szkocji. Odkryłam dla siebie również Leopolda Tyrmanda z Polski.
Wspólnie z koleżankami z VERBacji organizujecie też najważniejszy festiwal tłumaczenia w Ukrainie. Dzięki Wam miasto Chmielnicki stało się miejscem pielgrzymek tłumaczy literatury. To wielka sprawa.
Umiejętność pracy kolektywnej bardzo nam pomogła, kiedy zaczęłyśmy organizować nasz festiwal. Organizacja imprezy to także praca w zespole. W takiej sytuacji konieczna jest również akceptacja myśli, poglądów, propozycji drugiej osoby. Nasz festiwal jest niszowy i kameralny – nie chcemy się rozrastać do rozmiarów festiwalu muzycznego. Chcemy raczej stworzyć dobrą atmosferę dla naszych gości, żeby zafascynować ich tłumaczeniem, nawet tych, którzy jeszcze nie zajmowali się przekładem. Wydaje mi się, że to nasza wizytówka. Zapraszamy na niego wszystkich!
***
Całość rozmowy z Julią Didochą, a także inne rozmowy o przekładzie i literaturze, znajdą Państwo w podcaście „Glubb Dub Drib” na początku artykułu. Podcast jest dostępny na większości popularnych platform streamingowych.
***
Realizowane w ramach projektu Archipelagos, finansowanego przez Unię Europejską.
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.