Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Ukraina / 03.03.2026
Maciej Piotrowski

Jaki jest najlepszy sposób na czytanie książek? Opowiada Tereza Chlaňová

Czym właściwie jest przekład literacki: rzemiosłem, uważną lekturą czy magiczną podróżą? Jak daleko może sięgać ingerencja w tekst, gdzie przebiega granica między wiernością przekładu a nadużyciem? Rozmowa Marcina Gaczkowskiego z Terezą Chlaňovą – wykładowczynią literatury ukraińskiej i prowadzącą seminaria tłumaczeniowe w Instytucie Studiów Wschodnioeuropejskich na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Karola w Pradze.
Foto tytułowe
Okładka podcastu GLUBB DUB DRIB



Posłuchaj podcastu!



Marcin Gaczkowski: Czym jest dla ciebie przekład literacki?


Tereza Chlaňová: Najlepszym sposobem na lekturę książek. Muszę zrozumieć tekst w stu procentach, gdy chcę go przełożyć. Praca tłumacza polega na wielokrotnym wertowaniu tego samego tekstu. To wyjątkowy sposób na zrozumienie myśli innego człowieka.
Pobierz magazyn ZA DARMO
Magazyn Nowa Europa Wschodnia Online
jest bezpłatny.

Zachęcamy do wsparcia nas na Patronite


Jak do tego dochodzisz? Jak wygląda twoja praca?


Jeśli wyłącznie czytam, to zasypiam. Dopiero kiedy tłumaczę, to naprawdę pogrążam się w lekturze. Największą przygodą, wręcz awanturą, jest przekład poezji. To coś więcej niż praca z tekstem – w mojej głowie uruchamia się wtedy niezwykły proces. Myślałam kiedyś, że przekład poezji jest rzeczą niewykonalną, szczególnie jeśli chodzi o poezję rymowaną i rytmizowaną. Zadaniem tłumacza jest zmieszczenie rymu i rytmu oryginału w nowych słowach. Nie sądziłam, że to możliwe, ale gdy długo chodziłam z wierszem w głowie, coś zaczęło działać samo z siebie. Gdy przekładam poezję, znajduję się w innym kosmosie. Bardzo to lubię.


Jak ci się udało przełamać i zacząć pracować z poezją?


Początkowo tłumaczyłam z moim bratem, który jest poetą. Wyjaśniałam mu wszystkie niuanse oryginału, a on robił z tego prawdziwą poezję w języku czeskim. W ten sposób przetłumaczyliśmy wiersze ukraińskiego poety z międzywojnia – Jurija Darahana. Kolejny przekład musiałam jednak zrobić sama, brat nie miał czasu. Na początku wydawało mi się, że nie dam rady, ale potem rymy i idee zaczęły pojawiać się same. Zaczęłam wybierać najlepsze i sprawdzać, jak brzmią nowe wersy, czy poetyki oryginału i przekładu są zbliżone, czy w obu tekstach zachodzą podobne wibracje, czy udało mi się przenieść energię ukraińskiego tekstu do czeskiego wiersza. Cóż, czasem to się udaje.


Jesteś literaturoznawczynią. Właściwie po co ci przekład?


Studiowałam ukrainistykę, ale w programie studiów nie było przekładu artystycznego. Zostałam wykładowczynią i w pewnym momencie moi ówcześni studenci, Miroslav Tomek i Ołeksij Sewruk, podjęli się przekładu tomu opowiadań Big Mac Serhija Żadana, a ja zaczęłam ich próby redagować, komentować. Razem z nimi również ja zaczęłam zajmować się tłumaczeniem. Później przyszło mi na myśl, że dobrze byłoby wykładać przekład literacki, uruchomiłam więc seminarium translatorskie. Moi kolejni studenci zaczęli zakochiwać się w różnych książkach. Jednym z pierwszych takich przypadków była książka Niezwykli Tarasa Prochaśki przetłumaczona przez moje studentki – Jekaterinę Gazukiną i Alexandrę Stelibskę. Pracowałam z nimi nad tą powieścią przez cztery lata. Sama niewiele tłumaczę. Zazwyczaj pomagam innym. Redaguję, krytykuję i komentuję.


Czy masz jakąś własną teorię przekładu literackiego?


Nie wiem, czy mogę nazwać to teorią, ale moja zasada jest prosta. Muszę wszystko, ale to wszystko, dobrze zrozumieć. Muszę żyć z książką bardzo długo i intensywnie. Jeśli nie poświęcę się tekstowi, będzie to odczuwalne w przekładzie. Mechaniczne tłumaczenie nie ma sensu. Nawiasem mówiąc, najtrudniej jest nauczyć studentów wyczucia tekstu, tego, żeby nie ogniskowali całej uwagi jedynie na sensie głównym, ale skupili się również na reszcie – na energii, na rytmie. Trzeba to robić, nawet jeśli sam autor nad tym nie myślał. Trzeba dobrze się zastanowić nad sensem całego dzieła, nad ukrytymi w nim znaczeniami.


W poprzednim odcinku podcastu „GLUBB DUB DRIB” rozmawiałem z Julią Didochą. To jedna z organizatorek festiwalu Translatorium w mieście Chmielnicki. Julia jest zwolenniczką przekładu kolektywnego, zespołowej pracy nad tekstem. Z dwoma koleżankami stworzyła grupę VERBacija i razem wykonują tłumaczenia. Czy uważasz, że taka metoda może zadziałać?


Wydaje mi się, że to świetny pomysł. Każda z osób uczestniczących w przekładzie wnosi do tekstu coś innego. Praca kolektywna sprawdza się najlepiej, kiedy książka składa się z równoległych linii fabularnych. Każdy tłumacz może wybrać jedną z nich i wnieść do tekstu nieco odmienną stylistykę. W ten sposób przełożyłyśmy z Katią Gazukiną Najdłuższe czasy Wołodymyra Rafiejenki. Ta powieść składa się właśnie z dwóch części – głównej fabuły i nowelek: Baśni Weresajewa. Katia tłumaczyła jedną część, ja drugą i świetnie się to sprawdziło. Zazwyczaj wyczytujemy sobie nawzajem teksty i komentujemy. Uważam, że jedna para oczu nigdy nie widzi wszystkiego. Im więcej osób uczestniczy w tym procesie, tym lepiej. Najlepiej pracuje się na seminariach translatorskich poświęconych przekładowi jednego utworu. Takie spotkania to święto – każdy dostrzega w tekście coś innego, pojawiają się różne interpretacje. Na koniec ktoś jednak musi podjąć ostateczną decyzję.


Wołodymyr Rafiejenko pisze szalony, magiczny realizm, naszpikowany niesamowitą wrażliwością, wiedzą, mądrością. Czy to jeden z twoich ulubionych autorów?


W moim ukrainistycznym życiu przytrafiły mi się tylko dwie miłości literackie. Gdy pierwszy raz trafiłam na książkę Rafiejenki, nie miałam pojęcia, kto to taki. Pracowałam przy Wyszehradzkiej Nagrodzie Literackiej. Z różnych krajów – z Ukrainy, Białorusi, Armenii, Gruzji, Mołdawii – napływały do nas zgłoszenia, między nimi pojawiły się Najdłuższe czasy Rafiejenki. Po kilku fragmentach zrozumiałam, że to moja książka. Przekonałam komisję, że to on powinien zostać nagrodzony. Potem zaczęłam korespondować z autorem i podjęłam się przekładu jego powieści.


Razem z Anną Ursulenko przełożyłam tę książkę na polski. Wiem, że to duże wyzwanie. Jak sobie z nim poradziłaś? Miałaś podczas przekładu jakieś przygody?


W Najdłuższych czasach zrobiłam coś, czego nigdy, w żadnym innym przekładzie się nie dopuściłam. Otóż część tekstu napisałam po swojemu. W normalnych okolicznościach być może bym na to nie poszła, ale praca nad przekładem dobiegała końca. Był środek nocy, wypiłam pół butelki wina, bo już nie wiedziałam, co robić. W finale książki Rafiejenko wymienia żyjące i nieżyjące postaci ukraińskiej historii, kultury i polityki, ucztujące w wigilijną noc. Wiedziałam, że nikt w Czechach tego nie zrozumie, bo zwykli czytelnicy nie kojarzą tych osób. W końcu zdecydowałam się zmienić kolejność prezentowanych postaci, kogoś dodać, kogoś skreślić, słowem – napisać ten fragment po swojemu. Zapytałam Rafiejenkę, czy mogę dokonać takiej interwencji w tekst. Tylko że on nie odpowiadał, nie było z nim kontaktu. Oddałyśmy przekład do wydawnictwa, a gdy autor przyjechał do Czech, powiedziałyśmy mu z Katią: „Wiesz, że część twojej powieści napisałyśmy od nowa?”. Śmiał się. Pytał, czy przekład bardzo różni się od oryginału. Uznałam, że inaczej się nie dało.


Mówiłaś o dwóch swoich miłościach książkowych. Jaka była pierwsza?


Na studiach profesor przyniósł wykaz lektur, z setkami książek od XIX do XX wieku, a wśród nich Miasto Waleriana Pidmohylnego. Zaczęłam ją czytać i od razu się zachwyciłam, przeczytałam wszystkie dzieła tego autora. To były lata 90., internetu nie było, a encyklopedie nie wspominały o takim autorze, bo wcześniej był zakazany. Istniały tylko pojedyncze wydania jego utworów. To była wspaniała przygoda, kolejna awantura, bo sama dla siebie zdecydowałam, że ten autor jest wybitny. Nikt nawet nie wykładał nam o Pidmohylnym na studiach. Później jeździłam do Kijowa, szperałam w archiwach, przeglądałam jego listy z Wysp Sołowieckich do syna. I mało kto o tym wówczas wiedział. Dziś już nie sposób doświadczyć czegoś podobnego z literaturą. Wszystko mamy podane na tacy, setki razy skomentowane.


Nad utworem Pidmohylnego pracowałaś również na rezydencji Archipelagos w Kolegium Europy Wschodniej w 2025 roku.


W Zamku na Wodzie w Wojnowicach przekładałam odrobinę Freudowskie opowiadanie Wania Pidmohylnego. Można wyczuć, że to starszy tekst, sto lat daje o sobie znać. Nie starałam się zrobić z niego współczesnego utworu po czesku, skoncentrowałam się na stylistyce. W poszukiwaniu synonimów wertowałam ówczesną literaturę czeską. Chodziło mi o to, żeby znaleźć słowa nieco zapomniane, a jednak dla wszystkich zrozumiałe, takie, które wyszły z użycia, ale nie są jeszcze bardzo archaiczne. To pewna gra. Jak nadać nowe życie słowu? Takie zadanie to też swojego rodzaju awantura.


Twoje zadanie podczas pobytu w Wojnowicach było jednak szersze. Pracowałaś nad ułożeniem antologii ukraińskiej prozy lat 20. do wydania po czesku.


Nie podejrzewałam, że to będzie tak trudne. Pomyślałam, że po prostu przeczytam dużo utworów i wybiorę te, które mi się podobają. Potem jednak zaczęłam zastanawiać się, czy to, co mi się podoba, przypadnie do gustu naszemu czeskiemu czytelnikowi. To kolejny problem związany z przekładem literatury. Musimy myśleć o tym, kto będzie ją czytać, jak ułożyć te utwory tak, żeby zachwyciły odbiorcę. Ukraińskie lata 20. obfitowały w najróżniejsze teksty. W twórczości ówczesnych autorów znajdziemy setki opowiadań: humorystyczne, realistyczne, impresjonistyczne, szalone, o rewolucji i nie o rewolucji, o różnych dylematach tamtej epoki. Po drugie szukałam tekstów, które prezentują ówczesne realia rewolucji, wojny domowej, głodu, potem całych tych lat 20. Chodziło mi o przeżycia wewnętrzne tamtych ludzi, ich wybory, dylematy i warunki bytowe. Chcę, żeby te wszystkie elementy tam się znalazły. To trudne zadanie.

***

Całość rozmowy z Terezą Chlaňovą, a także inne rozmowy o przekładzie i literaturze, znajdą Państwo w podcaście „Glubb Dub Drib” portalu NEW.ORG.PL. Podcast jest dostępny na większości popularnych platform streamingowych.

Tereza Chlaňová ukończyła anglistykę i ukrainistykę na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Karola. Jest wykładowczynią literatury ukraińskiej i prowadzącą seminaria tłumaczeniowe w Instytucie Studiów Wschodnioeuropejskich na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Karola. Tłumaczy z języka ukraińskiego (H. Petrosaniak, J. Wynnyczuk, W. Stus, H. Czubaj, T. Prochasko, O. Teliha i in.). Od czasu do czasu przekłada również z rosyjskiego w tandemie z J. Gazukiną (A. Jablonska, W. Rafiejenko). Jest redaktorką i współtłumaczką zbioru opowiadań T. Malarczuk i zbioru esejów A. Czecha Punkt zero (2023). Przyczyniła się do tłumaczenia reportaży i esejów Bachmut M. Łajuka (2024) i książki Wszystkie jabłka świata M. Dupesek (2024). Od kilku lat współorganizuje konkurs tłumaczeniowy z języka ukraińskiego na czeski.

***

Realizowane w ramach projektu Archipelagos, finansowanego przez Unię Europejską.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.


Fot. Danuta Nauholnyk