Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Międzymorze / 07.05.2026
Rusłana Martseniuk

Polska otworzyła granice dla Ukraińców. Region, z którego uciekano, stał się schronieniem

Europa Środkowo-Wschodnia po raz pierwszy od dekad stała się regionem przyjmującym uchodźców, a nie wysyłającym własnych obywateli na emigrację. Wojna w Ukrainie ujawniła jednak nie tylko ogromną skalę solidarności, lecz także powrót starych mechanizmów kontroli granic, selektywnej pamięci i procedur odziedziczonych po XX wieku.
Foto tytułowe
(Shutterstock)



Posłuchaj słowa wstępnego szóstego wydania magazynu online!



Aż 4,4 miliona osób zostało objętych ochroną czasową w Unii Europejskiej. To największe przemieszczenie ludności w Europie od 1945 roku – i niemal cały ten ciężar wzięły na siebie kraje, które przez poprzednie dwa stulecia robiły coś dokładnie odwrotnego: wysyłały własnych obywateli na Zachód. Polska, Czechy, Słowacja, Mołdawia, kraje bałtyckie. Region, z którego się uciekało, nagle stał się regionem, do którego się ucieka. Jak rozumieć tę zmianę? I dlaczego, mimo bezprecedensowej skali, towarzyszą jej dobrze znane zjawiska – druty na granicy z Białorusią, punkty filtracyjne w Mariupolu, dekret Viktora Orbána wykluczający uchodźców z Zakarpacia? Aby na te pytania odpowiedzieć, warto sięgnąć po narzędzie, którego region używa nader rzadko – własną pamięć historyczną.
Pobierz magazyn ZA DARMO
Magazyn Nowa Europa Wschodnia Online
jest bezpłatny.

Zachęcamy do wsparcia nas na Patronite


Skala tej zmiany jest ogromna. Tylko Europa Środkowo-Wschodnia przyjęła ponad 2 miliony uchodźców z Ukrainy, a cała Unia Europejska – 4,4 miliona, zgodnie z danymi Eurostatu za luty 2026 roku. Mołdawia, choć pozostaje poza UE, ma najwyższy w Europie odsetek uchodźców w stosunku do liczby ludności. To największa zmiana politycznej roli regionu od 1945 roku, a proces ten wystawił na próbę trzy słabości: brak długoterminowej polityki migracyjnej w krajach do niedawna emigranckich, powrót praktyk granicznych odziedziczonych po systemie sowieckim oraz selektywność pamięci historycznej, otwartej na jednych uchodźców, a zamkniętej na innych.


Region, który eksportował ludzi


Aż do 24 lutego 2022 roku żaden kraj Europy Środkowo-Wschodniej nie przyjmował systemowo uchodźców na dużą skalę. Polska przez prawie 45 lat komunizmu przyjęła łącznie 20–30 tysięcy osób, głównie z krajów objętych „walką klasową” – Grecji, Chile, Wietnamu. Po 1989 roku liczba wniosków azylowych wahała się między 1 tysiącem a 15 tysiącami rocznie, lecz większość składających je – około 88 procent – kontynuowała drogę dalej na Zachód, gdzie miała sieci rodzinne i zawodowe. Polska, podobnie jak inne kraje regionu, była dla nich punktem na trasie, nie celem. Nie było w tym nic szczególnie polskiego – wynikało to z geograficznej i ekonomicznej logiki tamtego okresu.

To samo dotyczy innych państw regionu. Czechy, Słowacja, Węgry i kraje bałtyckie w latach dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych budowały swoje instytucje migracyjne wokół zadania, które wówczas przed nimi stało: pilnowania zewnętrznej granicy Unii. Nie wokół systemowego przyjmowania dużych grup. W ostatniej dekadzie większość z nich straciła znaczną część własnej populacji w wyniku emigracji ekonomicznej. Litwa, Łotwa oraz Bośnia i Hercegowina straciły ponad 10 procent mieszkańców. To region, z którego się wyjeżdżało, a nie do którego się przyjeżdżało.

Po lutym 2022 roku nastąpiła zasadnicza zmiana. W pierwszych miesiącach Polska przyjęła ponad półtora miliona Ukraińców; obecnie pod ochroną tymczasową przebywa w niej około miliona – wciąż około 50 razy więcej niż wszyscy uchodźcy przyjęci w poprzednim ćwierćwieczu. Nigdzie indziej w powojennej Europie nie doszło do tak nagłej zmiany instytucjonalnej roli państwa. Trzeba uczciwie powiedzieć – Polska poradziła sobie z nią lepiej, niż większość obserwatorów oczekiwała. Wszystko było robione na gorąco, równolegle z toczącą się obok wojną, dzięki niezwykłej mobilizacji samorządów, wolontariuszy, rodzin oddających własne mieszkania. Po stronie państwa kluczowe było uchwalenie specustawy z 12 marca 2022 roku, wprowadzającej odrębny tryb ochrony czasowej z numerem PESEL UKR. Wypracowanie pełnej polityki długoterminowej – odpowiedzi na pytanie, kim chce być Polska na nowej mapie europejskich przepływów ludności – to osobne zadanie, które dopiero przed regionem stoi.

Konsekwencje widać dziś w polskich szkołach (188 tysięcy ukraińskich uczniów), szpitalach oraz na rynku pracy. Polska na bieżąco dostosowuje swoje rozwiązania do zmieniających się okoliczności. Od początku 2024 roku nastąpiła zmiana charakteru świadczeń na bardziej trwałe. Wprowadzono współpłatność za zakwaterowanie (120 dni bezpłatnie, potem 50 procent, od maja 2023 roku – 75 procent), uzależniono niektóre świadczenia od uczęszczania dziecka do polskiej szkoły i od pracy rodziców. To kroki w stronę normalizacji statusu uchodźców, ale jeszcze nie strategiczna odpowiedź na pytanie, jak Polska – i cały region – chce planować kolejną dekadę współistnienia z dużą ukraińską populacją.

Pozostałe kraje regionu robią coś bardzo podobnego. Czechy mają najwyższy w UE proporcjonalny wskaźnik beneficjentów ochrony tymczasowej – 36,6 na tysiąc mieszkańców, Słowacja – 26 na tysiąc, Mołdawia (poza Unią) – 47 na tysiąc, najwięcej w całej Europie. Mimo tych imponujących liczb żadne z tych państw nie wypracowało dotąd trwałej strategii – ochrona czasowa jest co roku przedłużana decyzją Brukseli, w reakcji na bieżącą sytuację. Tylko Litwa i Łotwa od 2025 roku zaczęły wydawać zezwolenia na pobyt na 3 lata, co sygnalizuje przejście do dłuższego horyzontu polityki wobec uchodźców. Ale to wyjątki.


Powrót instrumentów kontroli granic


Przyjmowaniu Ukraińców towarzyszy przywracanie instrumentów kontroli granicy, które po 1991 roku uznano za zakończony etap historii. Pamięć historyczna regionu – utrwalona w aktach NKWD ZSRR z lat 1939–1941, dziś przechowywanych w odtajnionych archiwach służb bezpieczeństwa – pozwala dostrzec coś niepokojącego. Terminologia opisująca dziś rzeczywistość okupowanych terytoriów Ukrainy i „inżynierii migracyjnej” Alaksandra Łukaszenki w wielu miejscach jest identyczna z tą sprzed 80 lat. Szczególnie wyraźna jest powtarzalność trzech mechanizmów.

Po pierwsze, granica jako narzędzie reżimów autorytarnych. Operacja „Śluza” prowadzona przez białoruskie służby od lata 2021 roku, polega na systematycznym przerzucaniu migrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki na granicę z Unią Europejską jako narzędzie destabilizacji. Od początku 2025 roku odnotowano ponad 2200 prób przekroczenia granicy polsko-białoruskiej. Jesienią 2024 roku, przed białoruskimi wyborami, Łukaszenka ostentacyjnie odwrócił kierunek – przerzucił część migrantów z powrotem na terytorium Rosji, by pokazać, że ma ten ruch pod kontrolą. To precyzyjny instrument polityczny aparatu państwa. Po stronie rosyjskiej działa jego odpowiednik: wymuszone przemieszczenia ludności z okupowanych terenów Ukrainy – filtracja, deportacja w głąb Federacji Rosyjskiej, odbieranie dzieci. Według Departamentu Stanu USA i raportów Yale Humanitarian Research Lab przez system filtracyjny przeszło od 900 tysięcy do 1,6 miliona osób, w tym 260 tysięcy dzieci. W samym obwodzie donieckim zidentyfikowano co najmniej 21 punktów filtracyjnych.

Po drugie, filtracja jako kontynuacja procedury sowieckiej. Historyczne badania nad aktami sowieckich służb pokazują, że metody filtracji stosowane dziś w Ukrainie są bezpośrednim dziedzictwem procedury z lat 1945–1946, gdy przez sowiecki system filtracyjny przeszło ponad 4,5 miliona obywateli ZSRR wracających z Niemiec – jeden na sześciu został poddany dalszym represjom. Te same metody – checkpointy, punkty rejestracji, przesłuchania, deportacja w głąb kraju – były wykorzystywane w obu wojnach czeczeńskich (około 200 tysięcy osób, 3–5 tysięcy zaginionych), a teraz w Ukrainie. Udokumentowała to w styczniu 2025 roku rosyjska organizacja Memoriał – po raz pierwszy od 2022 roku przeprowadziła badanie terenowe w okupowanych regionach Ukrainy. To nie metaforyczny „powrót Stalina”, lecz świadectwo technicznej ciągłości procedury, która nigdy nie została w pełni rozliczona.

Oto krótka ilustracja. W aktach śledczych z 1940 roku polscy obywatele zatrzymywani przy linii demarkacyjnej byli oskarżani z artykułu 80 kodeksu karnego Ukraińskiej SRR – „nielegalne przekroczenie granicy”, a także z artykułu 16 – „przygotowanie” takiego przekroczenia. Sama intencja wystarczała. Potem przechodzili procedurę: fotografia en face i z profilu, odciski palców, protokół przesłuchania, akt oskarżenia, wyrok Kolegium Specjalnego NKWD ZSRR wydawany zaocznie, wywózka. Dziś obywatele Ukrainy w Mariupolu, Chersoniu czy Melitopolu przechodzą formalnie inną procedurę. Ale jej elementy są strukturalnie podobne: rejestracja, fotografia, dane biometryczne, sprawdzenie telefonu i tatuaży, przesłuchanie, decyzja o deportacji. Ciągłość polega nie na zbieżnościach w protokole, lecz na tym, że człowiek jest traktowany jako obiekt do przetworzenia, nie jako osoba z prawami.

Po trzecie, militaryzacja granicy jako odpowiedź państw przyjmujących. W reakcji na działania reżimu białoruskiego Polska wybudowała zaporę na granicy za około 353 miliony euro. Litwa i Łotwa zrobiły to samo. Te trzy państwa wprowadziły stan wyjątkowy i strefę buforową, w której ograniczono ruch dziennikarzy, organizacji humanitarnych i mieszkańców pogranicza. Praktyka pushbacków – zawracania osób próbujących przekroczyć granicę bez rozpatrzenia ich sytuacji prawnej – funkcjonuje równolegle do orzeczeń Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, które ją kwestionują. W debacie publicznej regionu pojawiła się kategoria „wojny hybrydowej” – uchodźca staje się elementem operacji destabilizującej. Kategoria użyteczna, ale wymaga uzupełnienia. Ludzie przerzucani na granicę są jednocześnie narzędziem reżimu i ofiarami, które trafiły między dwa systemy graniczne.

Tu pomocna może być analogia historyczna. W zachowanych aktach z lat 1939–1941 znajduje się wiele biografii Polaków, którzy w 1939 roku uciekali ze środkowej Polski na Kresy przed Niemcami, a po kilku miesiącach próbowali wrócić na Zachód – tym razem uciekając przed Sowietami. Byli zatrzymywani przy linii demarkacyjnej, sądzeni, zsyłani. Ich wybór nie był wyborem między bezpieczeństwem a niebezpieczeństwem, ale kalkulacją między dwoma rodzajami zagrożenia, każdorazowo prowadzoną w sytuacji, w której obie strony granicy traktowały ich jako problem. Obywatele Iraku, Syrii czy Afganistanu, znajdujący się dziś między reżimem białoruskim a granicą UE, są strukturalnie w sytuacji bardzo podobnej. Nie jest to zarzut wobec żadnego państwa, ale raczej opis reżimu granicznego, którego dziedzictwo region wciąż niesie.


Wybiórcza pamięć


Często można usłyszeć tezę, że kraje Europy Wschodniej, pamiętające własne wysiedlenia i represje, są z natury bardziej wrażliwe na los uchodźców. To uproszczenie. Pamięć historyczna w regionie działa wybiórczo. Silnie mobilizuje solidarność z jednymi grupami, słabiej z innymi. To nie jest specyficznie wschodnioeuropejskie zjawisko – analogiczne mechanizmy opisali socjologowie pamięci w wielu krajach Europy Zachodniej. Ale w naszym regionie ma szczególną wagę, bo stawia kraje przyjmujące przed pytaniem, którego dotąd sobie nie zadawały – czy ich tradycje pamięci o własnym uchodźstwie są zasobem dla rozumienia wszystkich uchodźców, czy tylko niektórych. Cztery przypadki pokazują różne odpowiedzi.

Polska. Hojna i otwarta odpowiedź społeczna na przybycie Ukraińców w 2022 roku – w skali bez precedensu w powojennej Europie – pokazała ogromny potencjał polskiego społeczeństwa do solidarności z uchodźcami. Inaczej wyglądała sytuacja na granicy z Białorusią od 2021 roku. Tu reakcja państwa miała charakter przede wszystkim obronny, w odpowiedzi na działania reżimu Łukaszenki. Te dwa doświadczenia różniły się w wielu wymiarach – skali, kontekstu politycznego, ścieżek migracyjnych, sposobu, w jaki obie grupy były odbierane. Jedna sytuacja była rozumiana jako pomoc zaatakowanemu sąsiadowi, druga – jako hybrydowy nacisk na granicę zewnętrzną. Tradycje pamięci historycznej Polski są bardzo żywe i rozbudowane, ale najczęściej dotyczą doświadczenia narodowego. Dlatego silniej rezonują tam, gdzie losy uchodźców wpisują się w bliski kulturowo schemat. To obserwacja socjologiczna o pamięci, nie zarzut – analogiczne zjawiska opisywane są w wielu społeczeństwach europejskich.

Węgry. Sąsiad Ukrainy, który spośród milionów osób przekraczających węgierską granicę przyjął najmniej. Z ponad 5 milionów ludzi, którzy ją przekroczyli od początku wojny, ochroną czasową objętych jest dziś około 40 tysięcy. Od sierpnia 2024 roku dekret Viktora Orbána ogranicza wsparcie mieszkaniowe wyłącznie do osób z „regionów dotkniętych wojną” według definicji rządu – listy 13 obwodów Ukrainy, na której nie ma Zakarpacia. To stamtąd przybyła większość ukraińskich rodzin pochodzenia romskiego. W efekcie kilkaset osób, głównie Romów, znalazło się na ulicy. Jednocześnie Orbán używał retoryki troski o węgierską mniejszość na Zakarpaciu jako instrumentu polityki wewnętrznej. Pamięć 1956 roku – gdy 200 tysiącom Węgrów otworzyła drzwi Austria – w tej polityce nie wybrzmiewa. Została wygodnie zapomniana, bo nie pasuje do bieżącego projektu politycznego.

Mołdawia. Najuboższy kraj regionu, pozaunijny, balansujący na granicy własnego konfliktu z Rosją, przyjął proporcjonalnie najwięcej uchodźców w Europie – 47 na tysiąc mieszkańców. Wynika to częściowo z uwarunkowań geograficznych i bliskości kulturowej, częściowo – z żywej pamięci własnych deportacji radzieckich z lat 1941 i 1949, w których z ówczesnej Mołdawskiej SRR wywieziono dziesiątki tysięcy osób. Ta pamięć funkcjonuje w mołdawskim społeczeństwie jako element historii rodzinnej, nie tylko narodowej. Można przypuszczać, że stąd bierze się charakter mołdawskiej polityki wobec uchodźców – oparty nie na abstrakcyjnej solidarności europejskiej, lecz na bezpośrednim rozpoznaniu doświadczenia.

Czechy. Trzecie miejsce w Unii pod względem liczby uchodźców, pierwsze pod względem liczby uchodźców na mieszkańca. Od 2022 roku wydano 751 tysięcy decyzji o ochronie tymczasowej; obecnie w kraju przebywa około 385 tysięcy Ukraińców. Integracja przebiega sprawnie – dwie trzecie dorosłych znalazło pracę, w większości w swoim zawodzie. Czeski przypadek pokazuje, że skuteczna polityka migracyjna nie wymaga ani szczególnego bogactwa kraju, ani wielkiej diaspory, lecz ram instytucjonalnych i politycznej decyzji, że wsparcie jest trwałe, nie tymczasowe.

Cztery kraje, cztery różne odpowiedzi. Wniosek z tej różnorodności jest dla analityków niewygodny, ale ważny. Samo historyczne doświadczenie represji i uchodźstwa nie prowadzi automatycznie do solidarności. O tym rozstrzyga zawsze polityka.


Odwrócenie kierunku


Cztery lata wojny ujawniły trzy istotne wyzwania regionu. Pierwsze to brak polityki migracyjnej traktowanej jako stały element strategii państwa, a nie odpowiedź awaryjna. W całej Europie Środkowo-Wschodniej dominuje podejście ad hoc – specustawy, czasowa ochrona, przedłużenia z roku na rok. Dziś, w kwietniu 2026 roku, ochrona czasowa dla Ukraińców została, decyzją Brukseli, przedłużona do marca 2027 roku. Co dalej – to pytanie wciąż otwarte. Za granicą pozostaje 5,6 miliona Ukraińców (dane ukraińskiego Centrum Strategii Ekonomicznej z kwietnia, obejmujące całą diasporę uchodźczą). Funkcjonują w ramach tymczasowych regulacji prawnych, które państwa przyjmujące co roku odnawiają, ale rzadko przekształcają w prawo stałego pobytu. 80 procent z tych, którzy zamierzają wrócić, deklaruje, że zrobi to dopiero „po ostatecznym zakończeniu wojny”. W tym jednym słowie – „ostatecznym” – zawiera się struktura ich obecnego życia: czekają końca, którego nie widać.

Drugie wyzwanie to powrót mechanizmów granicy, których region nigdy nie rozliczył instytucjonalnie. Po 1991 roku w Europie Wschodniej nie wydarzyło się nic analogicznego do niemieckiego Vergangenheitsbewältigung (przezwyciężania przeszłości). Sowiecki system represji został formalnie rozwiązany – ale nie rozłożony na części. Jego metody, procedury i mentalne nawyki przetrwały w postsowieckich strukturach Rosji i Białorusi. Gdy Rosja po 2022 roku ponownie sięgnęła po stare narzędzia – filtrację, deportacje, instrumentalizację granicy – okazało się, że Europa nie zawsze ma doktrynalny język, by je rozpoznać inaczej niż jako agresję. A filtracja w Mariupolu nie jest tylko aktem agresji, ale także stanowi kontynuację procedury, którą w XX wieku zastosowano kilkukrotnie: wobec obywateli polskich w latach 1939–1941, wobec radzieckich żołnierzy wracających z niewoli niemieckiej w 1945 roku, wobec Czeczenów w latach 1994–96 i 1999–2009, a obecnie wobec Ukraińców. Rozpoznanie tej ciągłości to pierwszy krok ku temu, by przestała być automatycznym dziedzictwem.

Trzecie wyzwanie to zróżnicowana siła pamięci historycznej w zależności od tego, czyjego losu dotyczy. Pamięć krajów Europy Wschodniej, rozbudowana i rytualnie obecna, okazała się zasobem solidarności tam, gdzie ofiara wpisuje się w narodowy schemat doświadczenia (uchodźcy ukraińscy w Polsce, rosyjskojęzyczni w Mołdawii). Słabiej działa tam, gdzie ofiara w taki schemat się nie wpisuje (uchodźcy z Bliskiego Wschodu na granicy polsko-białoruskiej, Romowie z Zakarpacia w Budapeszcie). Sierpień 2025 roku przyniósł nowy, szczególny przypadek. Po decyzji Kijowa, że 18–22-letni mężczyźni mogą wyjechać za granicę, do Polski i Niemiec napłynęło w ciągu 3 miesięcy około 100 tysięcy młodych Ukraińców. W debacie publicznej odbierano ich inaczej niż wcześniejsze fale uchodźców – częściej jako unikających mobilizacji niż jako uciekinierów wojennych. Pokazuje to, jak dynamiczne są granice solidarności i jak mocno zależą od kategorii politycznych, w które wpisuje się dana grupa. Struktura tego rozróżnienia ma swoją historyczną analogię. W protokołach NKWD z 1940 roku ta sama osoba mogła być uciekinierem politycznym, spekulantem, szpiegiem albo nielegalnym migrantem, w zależności od tego, jak zdefiniował ją śledczy. Definicja była aparatem politycznym, nie opisem rzeczywistości. To dziedzictwo, z którym region wciąż się mierzy.


Co dalej?


Europa Środkowo-Wschodnia nie przechodzi kryzysu uchodźczego. Przeżywa strukturalną zmianę swojej roli na europejskiej mapie przepływów ludzkich. Skutki tej zmiany będą odczuwalne przez pokolenia i wymagają odrębnego języka, odrębnych instytucji, odrębnej polityki pamięci. To, co dzisiaj robi region, jest w dużej mierze odpowiedzią na bieżącą sytuację. Ale w niektórych miejscach – w Mołdawii, częściowo w Czechach, w Polsce w skali nieporównywalnej z innymi – widać już zalążki podejścia trwalszego. Warto je rozwijać.

Historyczna pamięć Europy Środkowo-Wschodniej – pamięć XX-wiecznych granic, ucieczek i represji, zachowana w archiwach byłych służb bezpieczeństwa, w listach z łagrów, w aktach komisji rehabilitacyjnych – nie jest dziś zbiorem materiałów do okolicznościowych przemówień, ale narzędziem analitycznym. Pozwala dostrzec, że to, co region dziś przeżywa, ma swoją gramatykę. Granica, która zamiast chronić – więzi. Procedura, która zamiast pomagać – sortuje ludzi. Pamięć, która łatwiej rozpoznaje swoich niż obcych, choć los jednych i drugich bywa podobny. Te trzy mechanizmy nie są tylko przywołaniem historii. To historia, która nigdy w pełni nie ustąpiła i dziś – między Mińskiem a Mariupolem, między polsko-białoruską strefą buforową a budapeszteńską ulicą, między rosyjską bramą filtracyjną a szkołą w podkarpackim powiecie – znajduje nowe formy działania.

Świadomość tej ciągłości nie powinna być traktowana jako pesymizm, lecz jako punkt wyjścia. Region Europy Środkowo-Wschodniej, który w ciągu 4 lat przyjął ciężar uchodźczy bez precedensu w swojej powojennej historii, ma dziś rzadką szansę przekształcenia odziedziczonych mechanizmów w coś, czego region wcześniej nie miał – w trwałą, instytucjonalną kulturę przyjmowania uchodźców.
Dr Rusłana Martseniuk – ukraińska historyczka specjalizująca się w sowieckich represjach wobec obywateli polskich w latach 1939–1941. Stypendystka Centrum Dialogu im. Juliusza Mieroszewskiego.

Inne artykuły dr Rusłany Martseniuk
Polska, która tej drogi już zaczęła się uczyć w skali nieporównywalnej z innymi, stanowi naturalne laboratorium tej zmiany. Spojrzenie wstecz, na dokumenty z 1940 roku – z czasów, gdy granica stała się dla setek tysięcy ludzi pułapką, a nie ramą – i porównanie ich z dzisiejszą rzeczywistością nie służy temu, by udowodnić, że historia się powtarza. Służy temu, by rozpoznać, gdzie w naszym wspólnym dziedzictwie tkwią mechanizmy, których nie chcemy reprodukować – i gdzie jest miejsce na coś nowego. Historia Europy Wschodniej dogania nas nie po to, żeby nas straszyć, ale po to, żeby pokazać, czego w naszym dziedzictwie nie wolno powtarzać – i co wreszcie możemy zmienić.