Nasza strona używa ciasteczek do zapamiętania Twoich preferencji oraz do celów statystycznych. Korzystanie z naszego serwisu oznacza zgodę na ciasteczka i regulamin.
Pokaż więcej informacji »
Drogi czytelniku!
Zanim klikniesz „przejdź do serwisu” prosimy, żebyś zapoznał się z niniejszą informacją dotyczącą Twoich danych osobowych.
Klikając „przejdź do serwisu” lub zamykając okno przez kliknięcie w znaczek X, udzielasz zgody na przetwarzanie danych osobowych dotyczących Twojej aktywności w Internecie (np. identyfikatory urządzenia, adres IP) przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego i Zaufanych Partnerów w celu dostosowania dostarczanych treści.
Portal Nowa Europa Wschodnia nie gromadzi danych osobowych innych za wyjątkiem adresu e-mail koniecznego do ewentualnego zalogowania się przy zakupie treści płatnych. Równocześnie dane dotyczące Twojej aktywności w Internecie wykorzystywane są do pomiaru wydajności Portalu z myślą o jego rozwoju.
Zgoda jest dobrowolna i możesz jej odmówić. Udzieloną zgodę możesz wycofać. Możesz żądać dostępu do Twoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, przeniesienia danych, wyrazić sprzeciw wobec ich przetwarzania i wnieść skargę do Prezesa U.O.D.O.
Korzystanie z Portalu bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza też zgodę na umieszczanie znaczników internetowych (cookies, itp.) na Twoich urządzeniach i odczytywanie ich (przechowywanie informacji na urządzeniu lub dostęp do nich) przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego i Zaufanych Partnerów. Zgody tej możesz odmówić lub ją ograniczyć poprzez zmianę ustawień przeglądarki.
Międzymorze / 25.06.2026
Zofia Kręc
„Karawana z gawronami” przekracza kolejne granice. Jej bohaterowie odzyskują miejsce we wspólnej opowieści
Emine Sadk wprowadza na literacką mapę Bułgarii region, którego historie przez lata pozostawały niewidoczne. W rozmowie z Zofią Kręc opowiada o „Karawanie z gawronami”, pamięci przymusowej asymilacji tureckiej mniejszości oraz literaturze, która przywraca głos ludziom z peryferii i komplikuje uproszczony obraz kraju.
(Shutterstock)
Posłuchaj słowa wstępnego szóstego wydania magazynu online!
Zofia Kręc: Kilka lat temu w jednym z wywiadów żartowałaś wraz z Joanną Elmy, że jak tak dalej pójdzie, to będziesz promować Karawanę aż do 2026 roku. I proszę bardzo – mamy 2026 rok, a Karawana z gawronami w polskim przekładzie Magdaleny Pytlak za chwilę opuści drukarnię. Co ciekawe, stanie się to zaledwie kilka miesięcy po premierze polskiego przekładu książki Elmy Ulepieni z winy (Wydawnictwo W.A.B., tłum. Magdalena Pytlak). Czy wyobrażałaś sobie, że Twoja książka będzie podróżować tak daleko?
Emine Sadk: Zdecydowanie nie. Ba, myślałam, że nawet po Bułgarii nie będzie dużo podróżować. W mojej głowie wyglądało to następująco: wydaję kilka egzemplarzy, moi przyjaciele biorą dla siebie po książce, a pozostała część leży w moim pokoju na paletach i latami zbiera kurz. Tak to sobie wyobrażałam. Jednak ostatecznie okazało się, że nie taki los pisany jest tej książce i powolutku zaczęła podróżować i znajdować sobie nie tylko czytelników, ale także tłumaczy. W tym roku Karawana ukaże się w trzech językach. To dla mnie absolutne zaskoczenie. Cała ta publiczność jest dla mnie pozaziemska, bo w moim świecie, na mojej Ziemi, takie rzeczy się nie zdarzają.
Jak to się wszystko zaczęło? Czy był „przekonująco ciepły październik” i nagle, we wsi Garwan, wpadłaś na pomysł napisania książki o, szczerze mówiąc, niezbyt popularnym miejscu, jakim jest Deliorman – Łudogorie. Wydaje mi się, że nawet Bułgarzy zamieszkujący inne części kraju niewiele wiedzą o tym regionie. Kojarzą go głównie z drużyną piłkarską z Razgradu – Łudogorec Razgrad.
Kiedy zaczęłam pisać tę książkę, zdałam sobie sprawę, że już powstała w mojej głowie, to znaczy, że wszystkie wątki były już gotowe. Myślę, że pisałam ją w myślach przez bardzo długi czas. Jednym z powodów, dla których zdecydowałam się napisać właśnie o tym miejscu, jest to, że pewnego lata pojechałam do biblioteki w miejscowości Isperich, ponieważ uczestniczyłam w organizacji festiwalu. Festiwal nosił nazwę В шепите на Демир Баба (pol. W Dłoniach Demira Baby) i odbywał się w rezerwacie archeologicznym niedaleko Isperichu. W ramach festiwalu prezentowano dużo sztuki współczesnej – poezję, muzykę współczesną, ambient, reggae. Jako scenę dla sztuki współczesnej wykorzystaliśmy również dziedzictwo historyczne, takie jak chanaki, świątynie trackie, czy rzymsko-trackie wykopaliska.
Bardzo ważne było dla mnie przygotowanie się do tego miejsca, a dokładniej – poznanie go poprzez teksty osób, które o nim pisały. Kiedy weszłam do biblioteki, odkryłam ogromną lukę. Okazało się, że ten region właściwie nie doczekał się artystycznego opracowania. Moim zdaniem jest to pewien rodzaj literackiej i kulturowej izolacji. Dlaczego? Ponieważ północno-zachodnią Bułgarię reprezentuje Jordan Radiczkow, Rodopy mają Nikołaja Hajtowa i wielu innych pisarzy, a Dobrudża kojarzy się przede wszystkim z Jowkowem, jednym z najwybitniejszych geniuszy literatury bułgarskiej. Większość regionów Bułgarii ma swoje miejsce na literackiej mapie kraju. Tymczasem Deliorman, czyli Łudogorie, pozostaje na niej niemal nieobecny.
Było to dla mnie niezwykle szokujące. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że od dawna piszę o Łudogoriu w takiej czy innej formie. Zabieram tam ludzi, promuję go, a jednak nie ma książki, na którą mogłabym wskazać i powiedzieć: „Ta książka jest świetna. Przeczytaj ją, jeśli chcesz wiedzieć, czym jest ten region”. Oczywiście brzmi to bardzo ambitnie, bo ostatecznie musiałam napisać tę książkę. Nie dlatego, że mam jakąś specjalną misję od Boga, ale wygrałam nagrodę w konkursie literackim i nagroda musiała zostać zrealizowana.
Okazało się jednak, że pisanie książki to nie jest łatwy proces. Utknęłam na bardzo długi czas, przez rok nic nie napisałam, aż w pewnym momencie przyszedł COVID-19, konkurs został przesunięty. Mam nawet takiego maila, w którym piszę do mojego znajomego z Szumenu: „Toni, nie potrafię napisać tej książki. Strasznie się wstydzę. Odsyłam nagrodę”. Nagrodę, czyli pieniądze, które miały być na nią przeznaczone. A on mi odpowiedział: „Jak to nie możesz, skoro już tyle napisałaś?”. W końcu przesłałam mu to, co miałam, i otrzymałam odpowiedź: „Dziewczyno, ta książka jest świetna”. I ostatecznie tak to wyszło, że dzięki niemu i dzięki temu, że w pewnym momencie uwierzyłam w tę historię, udało mi się ją skończyć. Dla mnie ta historia brzmiała jak „a kogo to obchodzi”, dlaczego ktokolwiek miałby się interesować tymi postaciami, z tej okolicy? Ale okazało się, że tak naprawdę tam, gdzie jest luka, jest też popyt, a jeśli dobrze coś opowiesz, to coraz więcej ludzi chce tego słuchać.
Tytuł Twojej książki jest rodzajem metatekstu – nawiązuje do jednego z Twoich ulubionych wierszy, który pojawia się na samym końcu powieści. Czy jednak sama książka również nie staje się ucieleśnieniem tytułowej karawany? Czytając ją, a także słuchając historii jej powstawania, odniosłam wrażenie, że zarówno sama książka, jak i ludzie zgromadzeni wokół niej, wznoszą się na pewien metapoziom. W tym sensie oni również stają się karawaną. Karawaną szaleńców, która wyruszyła z dworca kolejowego w Szumenie.
Tak. To właśnie tam po raz pierwszy zaprezentowaliśmy Karawanę. Zjechali się ludzie z całej Bułgarii. To było niezwykle ciekawe wydarzenie.
Przez dwa lata żyłam bez mediów społecznościowych, bez telefonu, a kiedy ukazała się Karawana, byłam akurat w Belgii i sprzedawałam panele słoneczne oraz klimatyzatory. Jednym z powodów, dla których tam pojechałam, było również sprowadzenie mojego ojca z powrotem do Bułgarii. Gdy miałam już telefon, a książka była wydana, ktoś opublikował wydarzenie na Facebooku. Wiele osób zaczęło do mnie dzwonić i faktycznie na stacji kolejowej pojawili się ludzie, których nie widziałam ani z którymi nie słyszałam się od lat.
I to było naprawdę fajne, bo nie tylko oni, ale i taksówkarze wchodzili na stację. Potem wchodzili i wychodzili pasażerowie. Na podłodze ułożyliśmy dywany przyniesione z naszych domów, wazony, kwiaty. Przyszli też znajomi z truskawkami. We wsi Garwan miałam bardzo duży ogród truskawkowy. Moi przyjaciele napełnili nimi pięć wiader i wszyscy jedliśmy truskawki podczas spotkania. Karawana wyruszyła naprawdę i to było świetne.
Bardzo zależało Ci na tym, aby ta książka była prezentowana również w mniejszych miastach i miejscowościach. Czy wynika to z Twojego przekonania, że kultura nie powinna być skupiona wyłącznie w Sofii i innych dużych ośrodkach, lecz powinna być dostępna dla wszystkich?
Dużo podróżuję po Bułgarii, spotykam bardzo różnych ludzi i pracuję z historiami osób pochodzących z małych miejscowości. Moim zdaniem pojedyncze wydarzenie nie tworzy kultury. Chodzi raczej o trwałą, konsekwentną obecność i o poczucie, że ci ludzie są dostrzegani.
W ostatnim czasie zgłasza się do mnie coraz więcej osób. Rybacy z wioski Garwan chcą, żebym opowiedziała ich historię. Z kolei mieszkańcy jednej ze wsi niedaleko Isperichu planują otworzyć dom kultury i również proszą, abym o tym napisała.
Mam wrażenie, że ci ludzie zaczynają wierzyć w siłę słowa i w to, że ktoś może ich zauważyć. Chcą robić rzeczy, które mają dla nich znaczenie – tworzyć, opowiadać własne historie. A to również jest pewna forma sztuki.
Kliknij okładkę, by przejść do strony wydawnictwaKarawana z gawronami – Emine Sadk
Każdy kraj ma swoją literacką wyprawę w interior. Ta jest przepełniona południową energią, smakiem soczystych brzoskwiń, dęciem w klarnety i smutkiem prowincji. Wraz z nauczycielem Nikołajem Todorowem tańczymy na cygańskim weselu, ukrywamy się u ciotki-znachorki, a wreszcie wzniecamy ogień rewolucji. Jednocześnie jego ucieczka w krainę Łudogorje (zwaną też Deliormanem) odkrywa przed nami historie podwójnych imion i tożsamości miejscowych Turków. Sadky pokazuje nam, na ile rozjeżdżają się opowieści metropolii i niewysłuchanej prowincji.
Nie jestem osobą, która jakoś szczególnie dobrze odnajduje się w świetle reflektorów, byciu na scenie. To mnie bardzo męczy. O wiele bardziej odpowiada mi sytuacja, w której to ja zadaję pytania, niż ta, w której muszę na nie odpowiadać. Wolę raczej poznawać ludzi i dowiadywać się o nich więcej. Ale tak – kultura w tym sensie, jako bycie z innymi i bycie zauważonym, jest tym, co realizuję poprzez całą swoją pracę. Według mnie najważniejszym zadaniem osób, które piszą, jest słuchanie tych historii, których nikt nie ma siły opowiedzieć – nawet sami ludzie, których one dotyczą. Dla wielu z nich ich własna historia wydaje się nieistotna, ale w rzeczywistości wcale taka nie jest.
Ty sama jesteś związana z Łudogoriem. Pochodzisz z tamtych stron. Wyobrażam sobie, że masz też osobiste relacje z bohaterami swojej książki – z ludźmi, którzy również nie są typowymi bohaterami literatury bułgarskiej. Są to między innymi osoby, które należą do mniejszości, albo takie, które społeczeństwo postrzega jako szaleńców – ludzi, z którymi możemy porozmawiać na ulicy, zamienić kilka słów, przywitać się, ale nie wchodzimy z nimi w głębszą rozmowę.
Jednym z najlepszych komentarzy, jakie usłyszałam i traktuję jako komplement, była opinia pewnego bułgarskiego krytyka filmowego, który bardzo ceni kino irańskie. Ja również je uwielbiam. W irańskim kinie nie ma postaci drugoplanowych. Każdy człowiek, niezależnie od czasu, przez jaki pojawia się na ekranie, ma własny charakter, własne cechy – jest po prostu człowiekiem. Nie istnieje tylko po to, by pomagać głównemu bohaterowi i podkreślać jego rolę. Jest częścią całej konstrukcji. Bardzo ważna jest dla mnie idea, że wszyscy istnieją na równych prawach. Być może brzmi to utopijnie i naiwnie, ale naprawdę w to wierzę. Dlatego w mojej książce pojawiają się ci wszyscy bohaterowie, ponieważ naprawdę postrzegam ich jako równych sobie i równych każdej innej postaci. Jeśli rzeczywiście pozostawiam w czytelnikach takie wrażenie, że bohaterowie uczestniczą w historii, a nie służą jedynie temu, by główny bohater mógł być głównym bohaterem, to jest to dla mnie ogromny komplement. Ale też wielka odpowiedzialność.
W ostatnich latach zauważam silną tendencję odchodzenia od klasycznego opowiadania historii. Ludzie jak gdyby przestali rozmawiać z innymi ludźmi, nie obserwują innych. Zamiast tego stworzyli z własnego życia centrum świata. Traktują je jako pewnego rodzaju autofikcję tego, co dzieje się na świecie w ogóle. Samą siebie postrzegam raczej jako niezbyt interesujący obiekt i może dlatego tak łatwo nawiązuję kontakt z innymi ludźmi, ponieważ nieustannie szukam czegoś, co mnie zaciekawi, co pozwoli mi szwendać się w tę i we w tę. Bez tego nie potrafię w pełni istnieć. Dlatego mam nadzieję, że moja druga książka również będzie podążała tą ścieżką opowiadania i obserwowania, w której każda postać jest pełnoprawna, zbudowana z krwi i kości i istnieje w ramach wspólnego obrazu świata. Myślę, że właśnie dlatego bohaterzy tej książki wydają się tak pełnowymiarowi.
Szczerze mówiąc, bardzo mnie nuży obraz rzeczywistości, jaki widzimy w telewizji, w filmach, czy nawet słyszymy w piosenkach. Człowiek może odnieść wrażenie, że w Bułgarii mieszkają wyłącznie Bułgarzy jednego, określonego typu. A przecież to nieprawda. To obraz wykreowany przez media. Sama Bułgaria jest niezwykle różnorodna, tak jak każdy inny kraj. Historie każdego z nas są bardzo interesujące, ponieważ żyjemy w ciekawej, wielowarstwowej przestrzeni historycznej i kulturowej. Mówimy w różnych językach, posługujemy się różnymi dialektami, inaczej się ubieramy i mamy inne upodobania. To wszystko jest pewnego rodzaju bogactwem, a tymczasem media i w ogóle koniunktura próbują tę rzeczywistość upraszczać. Wprowadzenie do literatury takich bohaterów komplikuje ten obraz i poszerza kontekst. Znacznie bardziej interesuje mnie złożoność niż uproszczenie.
Chciałabym tutaj nawiązać do słów Aksamita, jednego z bohaterów Twojej książki – postaci dość kontrowersyjnej. W jednej ze scen zwraca uwagę na to, że media mówią o mniejszościach głównie za pomocą stereotypów. Twierdzi, że ludzie należący do mniejszości albo pochodzący z peryferii pojawiają się w bułgarskich mediach przede wszystkim wtedy, gdy trzeba pokazać coś skandalicznego, coś, co ma udowodnić, że nie są pełnoprawnymi ludźmi, że stoją niżej w społecznej hierarchii. Innymi słowy – pokazuje się ich głównie w złym świetle.
Tak, to o czym mówisz, jest pewną formą stereotypizacji ludzi i wtłaczania ich w określone schematy. Swoją drogą media społecznościowe coraz częściej opierają się właśnie na takim mechanizmie, a tradycyjne media w dużej mierze mu ulegają. Dziś media społecznościowe jeszcze go wzmacniają, bo odbiorcy oczekują właśnie takich treści – coraz bardziej skandalicznych, coraz bardziej jednoznacznych. W efekcie same wpadły w pułapkę. Dlatego tak ważne jest, jakie historie opowiadamy. To właśnie w opowieściach zasiewamy ziarna przyszłości.
Dzisiaj niemal na całym świecie widzimy, że te ziarna wydały bardzo zniekształcone owoce – owoce gorzkie, których nie da się przełknąć. Co więcej, są nie tylko gorzkie, ale wręcz nas zatruwają. To, co zasialiśmy przed laty, a czym przez długi czas posługiwały się media, przynosi dziś określone skutki. Te owoce nie są w stanie nas nakarmić ani podtrzymać. Oczywiście problem jest znacznie bardziej złożony, ale jestem przekonana, że stereotypizacja nie przysłużyła się ani mediom, ani bułgarskiemu społeczeństwu. I w gruncie rzeczy nie przyniosła nic dobrego także w skali globalnej.
Jednym z tych gorzkich owoców, o których przed chwilą mówiłaś, jest pamięć o tzw. procesie odrodzeniowym. To niezwykle ważny i bolesny temat, do którego nawiązujesz w swojej książce. Polski czytelnik zazwyczaj nie ma większej wiedzy na temat tych wydarzeń. Owszem, wspomina o nich Kapka Kassabova, której książki zostały przetłumaczone na polski, a także polska pisarka i badaczka – Sylwia Siedlecka. Są to jednak publikacje, które docierają przede wszystkim do czytelników reportażu. Czym właściwie był proces odrodzeniowy?
Proces odrodzeniowy to przymusowa zmiana imion i nazwisk, a właściwie przymusowa asymilacja. Sam termin „proces odrodzeniowy” w dużym stopniu powiela propagandę reżimu komunistycznego, maskując jego przymusowy charakter. Jest kulminacją długiego procesu asymilowania mniejszości tureckiej w Bułgarii po 1878 roku, czyli po upadku panowania osmańskiego. Na całych Bałkanach rozpoczął się wówczas okres historycznego rewanżyzmu i zwracania się ku Zachodowi, co oznaczało jednocześnie odwracanie się od dziedzictwa Imperium Osmańskiego.
Przez kolejne dziesięciolecia, aż do roku 1989, obserwujemy różne formy polityki asymilacyjnej: zakazy używania języka tureckiego, przesiedlenia w latach pięćdziesiątych, wpierw otwieranie specjalnych tureckich szkół i instytucji kulturalnych [w celu przysposobienia mniejszości tureckiej do nowej ideologii – przyp. Z.K.], a następnie ich zamykanie i likwidowanie [zgodnie z doktryną jednego narodu socjalistycznego]. Ostatecznie proces ten doprowadził do masowej zmiany imion i nazwisk. Trzeba jednak pamiętać, że wcześniej podobnym działaniom poddawano również społeczności pomackie i romskie. Ponieważ były mniej liczne, władze mogły na nich niejako „testować” reakcje społeczne – czasem skutecznie, czasem nie. Po wielkiej kampanii z 1984 roku stało się jasne, że mniejszość turecka nie zaakceptuje tych działań bez sprzeciwu. Zaczęły się protesty, które spotkały się z represjami: więzieniem, pobiciami i innymi formami przemocy państwowej.
Co ciekawe, nawet po upadku reżimu sytuacja nie zmieniła się od razu. Po otwarciu granic z Turcją i masowej emigracji w 1989 roku wielu ludzi nadal oficjalnie nosiło narzucone im słowiańskie imiona. Dopiero w styczniu następnego roku rozpoczęto przywracanie dawnych nazwisk. Znam historię człowieka, który urodził się już w Turcji. Jego matka wyjechała z Bułgarii, będąc w ciąży, jeszcze w warunkach systemu totalitarnego, a wróciła po zmianach politycznych. Na granicy urzędnicy zmienili dziecku imię. Takich absurdalnych historii jest wiele.
W mojej książce opowiadam o tym przede wszystkim poprzez perspektywę solidarności i indywidualnych wyborów jako przeciwwagi dla przemocy. Wierzę, że każdego dnia możemy podejmować decyzje, które nie podporządkowują się tyranii. Jeżeli ktoś każe nam czynić zło wobec innych, zawsze możemy zdecydować, żeby tego nie robić. Nigdy nie wiemy, w jaki sposób możemy ocalić drugiego człowieka właśnie przez to, że nie uczestniczymy w złu. Ponieważ prawdopodobnie nikt nigdy nie weźmie pełnej odpowiedzialności za proces odrodzeniowy ani za politykę asymilacji mniejszości w Bułgarii, uważam, że naszą historię można opowiadać także z innej perspektywy – z perspektywy dobra. Trzeba opowiadać historie ludzi, którzy zachowali przyzwoitość, ponieważ dobro również jest historyczną odpowiedzialnością.
Kiedy dajemy ludziom siłę, by uwierzyli, że są zdolni do dobra, i opowiadamy takie historie, osłabiamy wszechobecną brutalność. Myślę, że jeśli historia przymusowej asymilacji doczeka się kiedyś muzeum, nie powinno to być muzeum tyranii, lecz muzeum dobra. Na Bałkanach bardzo potrzebujemy zmiany perspektywy. Potrzebujemy opowiadać historie dobra, ponieważ nieustanne skupianie się wyłącznie na przemocy i krzywdzie jest niezwykle wyczerpujące i obciąża kolejne pokolenia.
Niestety po 1989 roku bardzo niewiele mediów i debat publicznych poświęcono doświadczeniu tureckiej mniejszości. Temat został zepchnięty na margines. Powstała partia polityczna reprezentująca tę społeczność, ale szybko zaczęła terroryzować własny elektorat. Tymczasem media do dziś nie wypracowały języka pozwalającego rozmawiać z turecką mniejszością i o niej. Kiedy ukazała się moja książka, wiele osób było przekonanych, że to przekład z tureckiego. Wydawało im się niemożliwe, że autorka o tureckim nazwisku może być bułgarską pisarką. Do tego stopnia nie jesteśmy obecni w zbiorowej wyobraźni. Jesteśmy tak bardzo odizolowani od dominującej narracji o Bułgarii, że gdy pojawia się tureckie nazwisko, ludzie częściej zakładają, że chodzi o obywatela Turcji niż o obywatela Bułgarii. Nawet wśród intelektualistów i aktywistów dostrzegam pewien rodzaj ślepoty – brak świadomości, że żyjemy w rzeczywistości znacznie bardziej złożonej, niż zwykliśmy myśleć.
Chciałabym nawiązać do jednej z najważniejszych dla mnie postaci tej książki, choć jako czytelnicy nigdy nie poznajemy jej bezpośrednio. Mam na myśli Aleksandra Matewa, którego portret został zbudowany ze wspomnień różnych osób oraz z opowieści głównego bohatera, jego syna, Nikołaja Todorowa. Matew zdobył się na coś niezwykle odważnego. Jednocześnie nie jest przedstawiony jako człowiek bez skazy. Ma swoje słabości, momenty zwątpienia i własne ograniczenia. Czy przy takiej niejednoznaczności to, co reprezentuje poprzez swoje wybory i działania, można odczytać jako formę oporu?
Aleksandyr Matew jest dla mnie rzeczywiście bardzo ważny, a także dla konstrukcji całej książki. Jednocześnie poznajemy go z wielu różnych perspektyw.
Z jednej strony widzimy człowieka, który miał romans. Z drugiej kogoś, kto w niezwykle trudnej sytuacji zdobył się na odwagę i zachował się w określony sposób. Czy jest słaby, ponieważ uległ własnym namiętnościom? A może jest silny, bo potrafił przeciwstawić się naciskowi państwa?
Interesuje mnie właśnie ta sprzeczność: człowiek, który w jednych sytuacjach popełnia błędy, a w innych postępuje właściwie. Myślę, że każdy z nas jest właśnie taki. Możemy się mylić, a jednocześnie zachować się właściwie wobec innych ludzi.
Jest jeszcze jedna rzecz. Dla mnie postać rodzica pozostaje jedną z najbardziej nieodgadnionych postaci w naszym życiu. Mam wrażenie, że rodzice ukrywają przed nami wiele rzeczy. Często robią to po to, by nas chronić. Jednocześnie znają nas od strony, której nikt inny nie zna. Znają nas najlepiej ze wszystkich ludzi, a paradoksalnie to właśnie oni są często tymi osobami, których my sami nigdy do końca nie poznamy. Dlatego proces odkrywania rodzica poprzez doświadczenie głównego bohatera był dla mnie niezwykle ważną częścią tej książki.
Dlaczego zdecydowałaś się skupić właśnie na temacie poznawania własnego rodzica?
Powodów jest wiele.
Po pierwsze, mój ojciec przez bardzo długi czas mieszkał za granicą i dopiero niedawno wrócił. To jedna z przyczyn. Ale jest też coś innego, co od dawna mnie fascynuje. Dlaczego moja mama mija się z prawdą w zupełnie codziennych sprawach. Okazuje się, że pewne rzeczy, które mówi, nie są do końca zgodne z rzeczywistością. Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego to robi. Z czasem zrozumiałam jednak, że nie chodzi o kłamstwo w pełnym znaczeniu tego słowa. Oczywiście istnieją też większe przemilczenia – rzeczy, których nigdy nam nie powiedziała. Traktuję je jednak jako część jej własnego świata, tej części życia, którą zachowuje dla siebie i która istnieje poza mną. Wyobraź sobie sytuację: mamy gości, a na stole brakuje jednego talerza z kompletu. Mama bierze więc inny talerz i zamiast po prostu usiąść, mówi: „Ja będę jadła z tego, bo jest dla mnie najwygodniejszy”. A ja myślę sobie: przecież nikogo to nie obchodzi. Czemu w ogóle się tłumaczysz?
Dopiero później zaczęłam rozumieć ten mechanizm. Te kłamstewka są sposobem, by ochronić rodzinę. Jeśli nie mamy pełnej zastawy na osiem osób, tylko na sześć, to ludzie i tak muszą zobaczyć, że jesteśmy porządną, normalną rodziną. Rodzice bardzo często posługują się takimi małymi kłamstwami, które mają ochronić całą rodzinę. Jeśli nie przyglądasz się uważnie, możesz ich nigdy nie zauważyć.
Zrozumiałam też coś jeszcze: żeby naprawdę poznać swoich rodziców, często trzeba rozmawiać nie z nimi, lecz z innymi ludźmi. Najsilniejszym instynktem rodzica jest ochrona rodziny, czasami także przed samym sobą. To właśnie było jedną z najważniejszych motywacji, które skłoniły mnie do podjęcia tego tematu.
Twoja książka, choć porusza bardzo poważne tematy, jest jednocześnie niezwykle zabawna. Trzeba przyznać, że ten komiczny wymiar, stanowi swoisty kontrapunkt dla opisywanych w niej doświadczeń. Mam jednak wrażenie, że taki rodzaj humoru i ironii nie mógłby być tak autentyczny, gdyby nie wynikał z otwartości na ludzi i świat. Żeby pisać w ten sposób, trzeba mieć otwarte serce, otwartą głowę i otwarte oczy na to, co dzieje się wokół. Trzeba też darzyć sympatią ludzi, których się obserwuje, i miejsca, które się odwiedza. Bez tego humor łatwo mógłby zamienić się w pogardę albo cynizm. A ja w tej książce nie widzę cynizmu. Widzę raczej autentyczne przekonanie: „Jestem taka jak wy. Mnie również przydarzają się podobne rzeczy”. I właśnie dlatego te historie są tak interesujące, bo moja historia może być ciekawa dla was, a wasza dla mnie. Myślę, że to jedna z największych zalet tej książki: jest zabawna, ale w sposób autentyczny i pełen czułości.
Mam wrażenie, że dobre pisanie – nie mówię teraz, że moje pisanie jest dobre – zawsze w jakimś stopniu przechodzi przez ironię. Język powinien mieć możliwość bycia ironicznym. A poza tym ja po prostu bardzo kocham ludzi. Naprawdę bardzo. Jesteśmy wszyscy niezwykle dziwni i robimy dziwne rzeczy. W zależności od sytuacji potrafimy reagować na najrozmaitsze sposoby. Pisanie daje mi możliwość stawiania ludzi w różnych sytuacjach i obserwowania, jak sobie z nimi poradzą. Zawsze robię to z miłością. Tak samo patrzę na siebie, na sąsiadów, na mojego kota, na siostrzenicę i na wszystko, co mnie otacza. Jesteśmy istotami kompletnie nieprzygotowanymi do życia. I wierzę, że dotyczy to wszystkich żywych stworzeń. Różnica polega na tym, że stworzyliśmy sobie zabawną iluzję, że jesteśmy w stanie cokolwiek kontrolować. Zwierzęta natomiast nie mają takiego przekonania, dlatego często są bardziej lękliwe i bardziej bezbronne.
Zofia Kręc – slawistka, specjalizująca się w języku i kulturze bułgarskiej. Współtworzy nieregularnik slawistyczny Smokiniata oraz zajmuje się przekładem literatury z języka bułgarskiego. Współpracowała m.in. z bułgarskim dramaturgiem Christem Bojczewem oraz fotografem Konradem Koźmińskim. Obecnie uczestniczy w projekcie CELA (Connecting Emerging Literary Artists), wspierającym rozwój nowego pokolenia twórców i tłumaczy literatury z 11 krajów Europy.
My natomiast zbudowaliśmy sobie skorupy ochronne, własne światy – samochody, którymi jeździmy; biura, w których pracujemy; internet, w którym przebywamy. Budujemy światy, w których wydaje nam się, że wszystko zależy od nas. Ale kiedy wychodzimy na zewnątrz, nie mamy wpływu na to, czy zacznie padać deszcz albo zerwie się wiatr. Nie wiemy, czy nie potkniemy się o kamień leżący na drodze i nie złamiemy nogi. Tak naprawdę ogromna część rzeczy pozostaje poza naszą kontrolą. A to, czego nie kontrolujemy, bardzo często zaczyna kontrolować nas. A więc, jak reagujemy w momentach, kiedy przydarza nam się coś, nad czym nie mamy żadnej władzy? To właśnie wydaje mi się fascynujące.
Mój własny mechanizm przetrwania polega właśnie na patrzeniu na świat przez pryzmat miłości oraz zrozumienia.