Nasza strona używa ciasteczek do zapamiętania Twoich preferencji oraz do celów statystycznych. Korzystanie z naszego serwisu oznacza zgodę na ciasteczka i regulamin.
Pokaż więcej informacji »
Drogi czytelniku!
Zanim klikniesz „przejdź do serwisu” prosimy, żebyś zapoznał się z niniejszą informacją dotyczącą Twoich danych osobowych.
Klikając „przejdź do serwisu” lub zamykając okno przez kliknięcie w znaczek X, udzielasz zgody na przetwarzanie danych osobowych dotyczących Twojej aktywności w Internecie (np. identyfikatory urządzenia, adres IP) przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego i Zaufanych Partnerów w celu dostosowania dostarczanych treści.
Portal Nowa Europa Wschodnia nie gromadzi danych osobowych innych za wyjątkiem adresu e-mail koniecznego do ewentualnego zalogowania się przy zakupie treści płatnych. Równocześnie dane dotyczące Twojej aktywności w Internecie wykorzystywane są do pomiaru wydajności Portalu z myślą o jego rozwoju.
Zgoda jest dobrowolna i możesz jej odmówić. Udzieloną zgodę możesz wycofać. Możesz żądać dostępu do Twoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, przeniesienia danych, wyrazić sprzeciw wobec ich przetwarzania i wnieść skargę do Prezesa U.O.D.O.
Korzystanie z Portalu bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza też zgodę na umieszczanie znaczników internetowych (cookies, itp.) na Twoich urządzeniach i odczytywanie ich (przechowywanie informacji na urządzeniu lub dostęp do nich) przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego i Zaufanych Partnerów. Zgody tej możesz odmówić lub ją ograniczyć poprzez zmianę ustawień przeglądarki.
Jedwabny Szlak / 06.07.2026
Patryk Kulpok
Izrael traci specjalny status na Zachodzie. Europa coraz częściej sięga po język sankcji
Przez dekady Izrael mógł liczyć na wyjątkowy status w polityce Zachodu. Wojna w Gazie, presja społeczna i spory o prawa człowieka sprawiają jednak, że dawny konsensus proizraelski pęka nie tylko w USA, lecz także w Europie, gdzie coraz częściej mówi się już nie o krytyce, ale o sankcjach, handlu i konsekwencjach politycznych.
(Shutterstock)
Posłuchaj słowa wstępnego szóstego wydania magazynu online!
Przez dekady Izrael mógł liczyć na polityczny parasol Zachodu: w USA był nim niemal nienaruszalny dogmat sojuszniczy, w Europie zaś – ostrożna dyplomacja, która oddzielała krytykę okupacji od realnych konsekwencji. Ten układ wyraźnie się kończy. W Ameryce poparcie dla Izraela pęka pokoleniowo i partyjnie, a w Europie coraz trudniej godzić deklaracje o prawach człowieka z uprzywilejowanymi relacjami handlowymi, wojskowymi i naukowymi.
Przez lata debata o relacjach Zachodu z Izraelem przypominała wahadło, które wprawdzie się wychyla, ale zawsze wraca do punktu równowagi. Po kolejnych wojnach w Gazie (od przejęcia tam władzy przez Hamas w 2007 roku doszło do sześciu wojen/operacji wojskowych), ekspansji osiedli na Zachodnim Brzegu, kryzysach dyplomatycznych i skargach organizacji praw człowieka następowała fala krytyki, a potem powrót do politycznej normalności. Stany Zjednoczone podtrzymywały strategiczny sojusz, Europa deklarowała przywiązanie do rozwiązania dwupaństwowego, a jednocześnie utrzymywała z Izraelem relacje, które w praktyce dawały mu status partnera uprzywilejowanego w przeciwieństwie do reprezentacji Autonomii Palestyńskiej.
Po 7 października 2023 roku mechanizm ten jeszcze przez chwilę działał. Atak Hamasu wywołał w Europie i USA szok, współczucie wobec izraelskich ofiar i szerokie polityczne poparcie dla prawa Izraela do samoobrony. Ale im dłużej trwała wojna w Gazie, im większa była skala zniszczeń i kryzysu humanitarnego, tym bardziej Zachód zaczynał tracić własny język. Coraz trudniej było jednocześnie mówić o „porządku opartym na prawie”, potępiać rosyjskie zbrodnie w Ukrainie i nie wyciągać konsekwencji wobec izraelskich działań w Gazie oraz na Zachodnim Brzegu.
Dlatego obecny moment nie jest zwykłym wahnięciem opinii publicznej. To raczej powolna śmierć dawnego konsensusu proizraelskiego – i to nie tylko w USA, gdzie zmianę widać w sondażach i sporach wewnątrz obu partii, lecz także w Europie, gdzie presja społeczna zaczyna przekładać się na agendę instytucji unijnych.
Najbardziej widocznym frontem tego sporu jest umowa stowarzyszeniowa UE–Izrael. Obowiązująca od 2000 r., daje Izraelowi ramy uprzywilejowanej współpracy politycznej i gospodarczej z Unią. Jej artykuł drugi mówi jednak, że poszanowanie praw człowieka jest „istotnym elementem” partnerstwa. To właśnie ten zapis stał się dziś polityczną dźwignią dla państw domagających się rewizji relacji z Izraelem. Hiszpania, Irlandia i Słowenia od miesięcy naciskają, by Unia Europejska sprawdziła, czy Izrael wciąż spełnia warunki wynikające z umowy, wskazując na sytuację w Gazie i rosnącą przemoc osadników na Zachodnim Brzegu.
Na papierze Unia Europejska ma narzędzia. Może zawiesić część przywilejów handlowych, przyjąć sankcje wobec osób odpowiedzialnych za przemoc osadniczą, ograniczyć współpracę z instytucjami powiązanymi z polityką okupacyjną. Problemem nie jest więc brak instrumentów, lecz brak zgody politycznej. Amnesty International wskazuje, że kluczową rolę w blokowaniu częściowego zawieszenia umowy odgrywały Niemcy i Włochy; według tej argumentacji poparcie jednego z tych państw mogłoby przesunąć równowagę w stronę większości kwalifikowanej.
To pokazuje najważniejszą cechę europejskiego pęknięcia: nie polega ono na tym, że cała UE nagle zmieniła kurs. Polega na tym, że dawna automatyczna ochrona Izraela przestała być oczywista. Jeszcze niedawno krytyka Izraela w Europie najczęściej kończyła się deklaracjami, ewentualnie sporem o słowa. Dziś coraz częściej dotyczy pieniędzy, handlu, sankcji, badań naukowych i współpracy wojskowej. Innymi słowy: przestaje być wyłącznie moralna, a zaczyna stawać się instytucjonalna.
Widać to także w sprawie osadników. Przez lata przemoc na Zachodnim Brzegu była dla europejskich rządów problemem potępianym, lecz rzadko karanym. Teraz sytuacja się zmienia. Według relacji z posiedzeń unijnych ministrów spraw zagranicznych wszystkie 27 państw UE zgodziło się na sankcje wobec brutalnych izraelskich osadników i grup osadniczych. Nawet jeśli krytycy uznają te środki za spóźnione i niewystarczające, sama jednomyślność jest politycznie znacząca. Dotyczy bowiem obszaru, w którym przez lata Węgry Viktora Orbána skutecznie osłaniały Izrael przed wspólną presją europejską. Péter Magyar sygnalizuje jednak odejście od tej automatycznej lojalności – zapowiada, że nowy rząd w Budapeszcie będzie oceniał decyzje dotyczące Izraela indywidualnie, „według ich meritum”, a nie jako element bezwarunkowej politycznej ochrony Netanjahu. To nie musi oznaczać zwrotu Węgier na pozycje jednoznacznie antyizraelskie, ale oznacza koniec roli Budapesztu jako przewidywalnego weta wobec każdej próby europejskiej presji. Dodatkowo Péter Magyar publicznie deklaruje, że Netanjahu zostałby zatrzymany, gdyby wjechał na terytorium Węgier, o ile Węgry pozostaną stroną Międzynarodowego Trybunału Karnego. Magyar mówił, że powstrzyma proces wystąpienia Węgier z MTK i że osoba objęta nakazem aresztowania MTK „musi zostać zatrzymana”, jeśli pojawi się w kraju.
Zmiana w Budapeszcie ma tu znaczenie symboliczne i praktyczne. Izrael tracił już wcześniej cierpliwość części Zachodu: Hiszpanii, Irlandii, Belgii, Słowenii, Norwegii czy – w jakiejś mierze – nawet Holandii, której społeczeństwo według sondaży jest najbardziej krytyczne w całej UE. Ale Węgry pozostawały jednym z najpewniejszych bezpieczników. Gdy ten bezpiecznik słabnie, rośnie prawdopodobieństwo, że UE będzie w stanie przechodzić od krytyki do decyzji. Ta „zła passa” Izraela w Europie – utrata najbardziej konsekwentnego sojusznika w regionie, ochłodzenie relacji z Włochami, rosnące napięcie z Niemcami – nie jest więc tylko serią incydentów. To kumulacja procesu, w którym relacje z Izraelem przestają być wyłączone z normalnej europejskiej polityki warunkowości.
Istotne jest również to, że krytyka nie płynie już wyłącznie z tradycyjnych środowisk propalestyńskich. W europejskim sporze coraz częściej słychać głosy, które nie kwestionują bezpieczeństwa Izraela ani traumy po 7 października 2023 roku, ani tym bardziej Izraela jako niepodległego bytu, ale uznają, że polityka rządu Benjamina Netanjahu i jego politycznych sojuszników – jak Ben-Gvira czy Smotricza – niszczy podstawy relacji z Zachodem. W izraelskiej debacie także pojawia się ostrzeżenie, że Europa pozostaje największym partnerem handlowym Izraela oraz jednym z najważniejszych partnerów naukowych i kulturalnych, a jej alienowanie ma realne koszty.
To szczególnie ważne, bo przez lata w izraelskiej polityce dominowało przekonanie, że Europa jest irytująca, moralizatorska, podzielona i ostatecznie nieskuteczna. W praktyce można było ją lekceważyć, inwestując głównie w relacje z USA, Indiami, państwami Zatoki czy prawicowymi rządami w Europie Środkowej. Tyle że Europa jest rynkiem, zapleczem współpracy akademickiej, przestrzenią legitymizacji i kontynentem, z którym Izrael łączą głębokie więzi historyczne. Jeśli ten kontynent zaczyna postrzegać rząd Izraela nie jako trudnego partnera, lecz jako państwo systemowo naruszające normy, koszt będzie narastał.
W tle jest presja społeczna. Europejscy przywódcy nie działają w próżni. Protesty, inicjatywy obywatelskie, mobilizacja organizacji praw człowieka i zmieniające się nastroje młodszych wyborców wypychają temat z marginesu do centrum. Prawie 1 200 000 podpisów pod inicjatywą „Justice for Palestine” pokazuje, że oczekiwanie sankcji i rewizji relacji z Izraelem nie jest już wyłącznie postulatem aktywistów, lecz masową presją na instytucje europejskie. Dla rządów, które przez lata zasłaniały się „złożonością konfliktu”, robi się coraz mniej miejsca na politykę bez konsekwencji.
Nie oznacza to, że Europa stała się jednolitym blokiem antyizraelskim. Taki opis byłby uproszczeniem. Różnice między państwami są realne: inaczej mówi Madryt, inaczej Berlin, inaczej Praga, inaczej Rzym. Część rządów nadal obawia się, że zbyt mocna presja na Izrael zostanie odczytana jako nagroda dla Hamasu albo osłabi zachodnie wpływy w regionie. Inne nie chcą tworzyć precedensu zawieszania umów handlowych z partnerami strategicznymi. Jeszcze inne boją się krajowych sporów o antysemityzm i bezpieczeństwo społeczności żydowskich.
Ale właśnie dlatego obecna zmiana jest tak znacząca. Nie polega na moralnym zrywie całej Europy, lecz na przesuwaniu granicy tego, co politycznie dopuszczalne. Jeszcze kilka lat temu zawieszenie umowy stowarzyszeniowej z Izraelem było postulatem z obrzeży debaty. Dziś jest omawiane na szczeblu ministrów spraw zagranicznych. Jeszcze niedawno sankcje wobec osadników blokowały się na etapie politycznej woli. Dziś stają się realnym instrumentem. Jeszcze niedawno proizraelski konsensus w Europie opierał się na założeniu, że niezależnie od skali krytyki relacje strategiczne zostaną nienaruszone. Dziś właśnie to założenie traci pewność.
Podobny proces zachodzi w Stanach Zjednoczonych, choć jego mechanika jest inna. USA pozostają najważniejszym sojusznikiem Izraela, a strategiczne, wojskowe i polityczne więzi są znacznie głębsze niż w przypadku Europy. Jednak amerykański konsensus również pęka. I to nie tylko po lewej stronie Partii Demokratycznej, jak często przedstawiano sprawę w Izraelu. Najnowsze analizy sondażowe pokazują spadek poparcia dla Izraela wśród młodych Amerykanów, pogorszenie ogólnego wizerunku Izraela oraz narastające pęknięcia również w elektoracie republikańskim.
Dane przywoływane w amerykańskiej debacie są dla Izraela alarmujące. Pew Research Center pokazało, że 60 procent dorosłych Amerykanów ma negatywny lub bardzo negatywny obraz Izraela, podczas gdy rok wcześniej było to 53 procent, a w 2022 roku – 42 procent. W grupie 18–29 lat negatywne oceny sięgają trzech czwartych badanych. Z kolei Gallup odnotował zmianę w pytaniu o sympatie w konflikcie izraelsko-palestyńskim: w lutym więcej respondentów wskazało Palestyńczyków niż Izrael, co stanowi odwrócenie proporcji z roku 2023.
W Ameryce ten proces ma znaczenie długofalowe, bo dotyka samej infrastruktury sojuszu. Przez dekady wsparcie dla Izraela było jednym z niewielu tematów ponadpartyjnych. Demokraci i Republikanie różnili się w sprawach podatków, aborcji, migracji czy klimatu, ale w polityce wobec Izraela obowiązywał szeroki konsensus elit. Dziś ta konstrukcja słabnie. Wśród Demokratów krytyka Izraela stała się dużo bardziej mainstreamowa, zwłaszcza wśród wyborców młodszych i progresywnych oraz części społeczności mniejszościowych. Wśród Republikanów z kolei pojawia się napięcie między tradycyjnym proizraelskim skrzydłem a izolacjonistycznymi, nacjonalistycznymi i antyinterwencjonistycznymi prądami trumpizmu czy wręcz ludźmi na prawo od Trumpa.
Politico zwraca uwagę, że nawet elektorat Donalda Trumpa nie jest jednolity: wyborcy identyfikujący się z ruchem MAGA (Make America Great Again, pol. „Uczyńmy Amerykę znów wielką”) są znacznie bardziej przychylni rządowi Netanjahu niż ci, którzy głosowali na Trumpa, ale nie uznają się za część twardego rdzenia ruchu. To pęknięcie ma znaczenie, bo pokazuje, że nawet po prawej stronie poparcie dla Izraela przestaje być automatyczne i zaczyna zależeć od tożsamości frakcyjnej, stosunku do polityki zagranicznej oraz lojalności wobec konkretnego lidera.
Dla Izraela to niebezpieczne, ponieważ przez lata mógł zakładać, że jeśli traci grunt w jednej partii, znajdzie go w drugiej. Gdy relacje z administracją Demokratów były napięte, izraelska prawica wzmacniała więzi z Republikanami. Gdy krytyka rosła na uniwersytetach, kompensowała ją mobilizacja środowisk ewangelikalnych i konserwatywnych. Ale jeśli poparcie dla Izraela staje się nie tyle ponadpartyjne, ile plemienne, zależne od wieku, tożsamości i konkretnej frakcji, sojusz zaczyna tracić stabilność. Może przetrwać instytucjonalnie, ale będzie coraz bardziej podatny na zmiany administracji, presję społeczną i konflikty wewnątrzpartyjne.
Amerykański i europejski przypadek łączy jedno: wojna w Gazie przyspieszyła procesy, które zaczęły się wcześniej. Krytyka okupacji, osiedli, blokady Gazy, nierównego traktowania Palestyńczyków i przesunięcia izraelskiej polityki w prawo narastała od lat. Rządy Netanjahu coraz mocniej opierały się na skrajnej prawicy, a język części ministrów – zwłaszcza w sprawach Zachodniego Brzegu – utrudniał zachodnim sojusznikom obronę Izraela jako liberalnej demokracji działającej w granicach prawa. 7 października 2023 roku nie zniknął z pamięci Zachodu, ale przestał wystarczać jako polityczne uzasadnienie bezterminowego kredytu zaufania.
W tym sensie proizraelski konsensus nie umiera nagle. On traci kolejne warstwy. Najpierw moralną: coraz trudniej przekonać opinię publiczną, że skala cierpienia cywilów w Gazie jest wyłącznie tragicznym, ale nieuniknionym skutkiem wojny z Hamasem. Potem pokoleniową: młodsi wyborcy w USA i Europie częściej widzą konflikt przez pryzmat praw człowieka, kolonializmu, rasowej nierówności i przemocy państwowej niż przez zimnowojenny język strategicznego sojuszu. Następnie instytucjonalną: organizacje pozarządowe, inicjatywy obywatelskie i część rządów zaczynają żądać sankcji, a nie tylko oświadczeń. Wreszcie geopolityczną: zachodni sojusznicy pytają, czy bezwarunkowe wsparcie dla obecnej polityki Izraela nie szkodzi ich własnej wiarygodności.
Dla Europy jest to test szczególnie dotkliwy. Unia Europejska lubi przedstawiać się jako wspólnota prawa, norm i wartości. Jej odpowiedź na rosyjską agresję przeciwko Ukrainie była budowana właśnie na tym fundamencie: prawo międzynarodowe, ochrona ludności cywilnej, zakaz aneksji, odpowiedzialność za zbrodnie. Im dłużej Europa unika konsekwencji wobec Izraela, tym bardziej naraża się na zarzut podwójnych standardów. Amnesty International ujmuje to wprost: stawką jest wiarygodność europejskich „czerwonych linii”, które wobec Izraela przez lata częściej były deklarowane niż egzekwowane.
Nie znaczy to, że odpowiedź jest prosta. Izrael rzeczywiście mierzy się z realnymi zagrożeniami bezpieczeństwa, Hamas pozostaje organizacją odpowiedzialną za masowe zbrodnie, a po 7 października 2023 roku w Europie i USA wzrosła liczba ataków wymierzonych w instytucje żydowskie, izraelskie oraz osoby z nimi kojarzone. Nie chodzi wyłącznie o agresję słowną czy atmosferę strachu. W latach 2024–2026 w kilku krajach europejskich dochodziło do podpaleń, aktów wandalizmu i prób ataków na synagogi, szkoły żydowskie, organizacje pomocowe oraz miejsca kojarzone z Izraelem. W Wielkiej Brytanii szczególne zaniepokojenie wywoływały podpalenia i próby podpaleń obiektów społeczności żydowskiej, w Holandii – ataki na żydowską szkołę i synagogi, a w Belgii – ataki na synagogi oraz dzielnice zamieszkiwane przez społeczności żydowskie, zwłaszcza w Antwerpii i Liège. W Antwerpii szczególnie wymowny był przypadek podpalenia samochodu na obrzeżu żydowskiej dzielnicy; według belgijskich mediów auto należało do kobiety marokańskiego pochodzenia. Prokuratura badała jeszcze motyw, ale sam fakt, że atak przypisywany środowiskom antysemickim uderzył w osobę niemającą nic wspólnego ze społecznością żydowską, dobrze pokazuje chaotyczny charakter przemocy nakręcanej atmosferą gniewu, podejrzeń i antyizraelskiej mobilizacji. W Holandii sprawa miała podobny, sieciowy charakter – według holenderskiego nadawcy publicznego NOS amerykański wymiar sprawiedliwości łączył ataki na żydowskie cele w Rotterdamie i Amsterdamie oraz próbę podpalenia budynku Chrześcijan dla Izraela w Nijkerk z irackim dowódcą powiązanym z proirańską milicją Kataib Hezbollah, zatrzymanym później w Turcji. Z podsłuchanych rozmów miało wynikać, że mówił o „kilku zespołach” działających w Europie. To sugeruje, że przemoc była wykonywana lokalnie, ale mogła być inspirowana lub koordynowana z zewnątrz. To wszystko sprawia, że krytyka polityki Izraela funkcjonuje dziś w znacznie bardziej napiętym kontekście: obok uzasadnionego gniewu wobec działań rządu Netanjahu realnie istnieje też przemoc wymierzona w Żydów i instytucje żydowskie.
W maju 2025 roku w Waszyngtonie zginęli Sarah Milgrim, amerykańska Żydówka zaangażowana w życie swojej społeczności, oraz Yaron Lischinsky – niemiecki ewangelikalny chrześcijanin, pracownik ambasady Izraela, który wcześniej służył w izraelskiej armii (część publikacji twierdzi, że miał męskiego przodka o pochodzeniu żydowskim). Ich śmierć przed Capital Jewish Museum była nie tylko kolejnym aktem przemocy wymierzonym w ludzi kojarzonych z Izraelem. Pokazywała też, jak szerokie były dotąd zachodnie kręgi identyfikacji z państwem żydowskim – nie ograniczały się one do diaspory żydowskiej, lecz obejmowały także środowiska chrześcijańskie, zwłaszcza ewangelikalne.
Podobnie symboliczny był przypadek Charliego Kirka, jednego z najbardziej rozpoznawalnych ewangelikalnych głosów amerykańskiej prawicy, przez lata przedstawianego w Izraelu jako wierny sojusznik państwa żydowskiego. Zanim został zamordowany we wrześniu 2025 roku, nie zerwał z Izraelem, ale coraz wyraźniej sygnalizował napięcie wewnątrz obozu MAGA. Mówił już nie tylko językiem chrześcijańskiego syjonizmu, lecz także językiem „America First”: ostrzegał przed wciąganiem Stanów Zjednoczonych w kolejne wojny na Bliskim Wschodzie i pokazywał, że nawet na młodej prawicy bezwarunkowe poparcie dla Izraela przestaje być polityczną oczywistością. Należy jednak zaznaczyć, że motyw morderstwa nie został wciąż jednoznacznie i prawomocnie wyjaśniony, a prokuratora skłania się bardziej ku temu, że podejrzany Tyler Robinson stawał się coraz bardziej wrogi wobec poglądów Kirka, zwłaszcza jego retoryki wobec osób LGBTQ+, a w wiadomościach do swojej osoby partnerskiej podobno pisał, że „miał dość jego nienawiści”.
Problem polega na tym, że rządy Izraela coraz częściej próbują z tych faktów uczynić argument przeciwko jakiejkolwiek odpowiedzialności politycznej. Tymczasem zachodni sojusznicy zaczynają oddzielać trzy rzeczy, które przez lata zlewały się w jedno: bezpieczeństwo Izraela, bezkarność izraelskiego państwa i poparcie dla rządu Netanjahu.
To rozróżnienie może stać się osią nowej polityki Zachodu. Można uznawać prawo Izraela do bezpieczeństwa i jednocześnie sankcjonować przemoc osadników. Można potępiać Hamas i jednocześnie zawieszać przywileje handlowe, jeśli partner narusza warunki umowy. Można zwalczać antysemityzm i jednocześnie mówić, że oskarżanie każdej krytyki Izraela o antysemityzm niszczy powagę samego pojęcia. Europa i USA dopiero uczą się tego języka, ale kierunek zmiany jest widoczny.
Największym błędem Izraela byłoby uznanie, że to tylko kolejna fala oburzenia, która minie. W przeszłości takie kalkulacje często się sprawdzały. Zachód protestował, Izrael przeczekiwał, dyplomacja wracała do rutyny. Tym razem jednak zmiana dotyczy nie tylko bieżącej wojny, ale struktury poparcia: młodych wyborców, opinii publicznej, organizacji obywatelskich, części europejskich rządów i wewnętrznych sporów w amerykańskich partiach. To są procesy wolniejsze niż newsowy cykl, ale trwalsze.
Wahadło nadal się porusza. Po każdej eskalacji mogą przyjść okresy deeskalacji, po każdej ostrej deklaracji – dyplomatyczny kompromis. Możliwe, że UE nie zawiesi szybko umowy stowarzyszeniowej, a USA jeszcze długo pozostaną gwarantem izraelskiego bezpieczeństwa. Ale punkt równowagi przesunął się wyraźnie. Izrael nie jest już w Zachodzie państwem, którego specjalny status automatycznie chroni przed konsekwencjami. Coraz częściej jest partnerem, wobec którego wyborcy i część rządów żądają tych samych standardów, jakie Zachód deklaruje wobec innych.
Patryk Kulpok – Historyk i dziennikarz zajmujący się Beneluksem, polityką europejską, migracją i pamięcią. Były korespondent z Holandii i Belgii, autor tekstów dla PAP i new.org.pl, członek Fundacji O.Zachodzie, twórca podcastu Polderownia.
To właśnie jest powolna śmierć konsensusu proizraelskiego – poprzez pęknięcia i erozję. W Ameryce poparcie pęka pokoleniowo i partyjnie. W Europie presja społeczna przenosi się do instytucji, a spór o prawa człowieka zaczyna dotykać handlu, sankcji i umów. Dawny model – dużo krytyki, mało konsekwencji – coraz gorzej pasuje do politycznej rzeczywistości po Gazie.