Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Jedwabny Szlak / 12.07.2026
Patryk Kulpok

Rosja obiecuje pieniądze i paszporty. Cudzoziemców wysyła na śmierć

Rosja coraz szerzej sięga po najemników i kontraktowych żołnierzy z Azji: od Chin, przez Azję Centralną, po Nepal, Indie, Sri Lankę i Filipiny. Jednych kuszą pieniądze, paszport i obietnica pracy. Innych do podpisania kontraktu popychają groźby deportacji, więzienie, długi albo oszustwo. W efekcie wojna Moskwy staje się dla tysięcy migrantów śmiertelnym przedłużeniem rynku taniej siły roboczej.
Foto tytułowe
(Shutterstock)



Posłuchaj słowa wstępnego szóstego wydania magazynu online!



W social mediach pojawiają się krótkie, agresywnie skrojone filmiki. Mężczyźni w mundurach, hasła o sile, męskości i przygodzie, a między nimi konkret: bonus za podpisanie kontraktu, miesięczna pensja, obietnica legalizacji pobytu albo rosyjskiego obywatelstwa. W chińskim internecie takie materiały krążyły na Douyinie, lokalnej wersji TikToka. Jedna z reklam pytała wprost: „Czy chcesz pokazać tutaj siłę?”. Według „The Guardian” ukraiński prezydent Wołodymyr Zełenski mówił w kwietniu 2025 r. o co najmniej 155 obywatelach Chin walczących po stronie Rosji, a Kijów oskarżał Moskwę o „systematyczną pracę” rekrutacyjną w Chinach.
Wkrótce pojawi się siódme wydanie magazynu NEW
Magazyn Nowa Europa Wschodnia Online
jest bezpłatny.

Zachęcamy do wsparcia nas na Patronite


Z dokumentów i analiz organizacji praw człowieka wynika, że Rosja stworzyła rozbudowany mechanizm pozyskiwania cudzoziemców do walki przeciw Ukrainie. FIDH, Truth Hounds i Kazakhstan International Bureau for Human Rights and Rule of Law oceniają, że od początku pełnoskalowej inwazji Rosja zwerbowała co najmniej 27 tys. obywateli ponad 130 państw. Autorzy raportu piszą o systemie wykraczającym poza zwykłe „ochotnictwo”: obejmującym presję, oszustwa, ekonomiczną zależność, a w części przypadków mechanizmy zbliżone do handlu ludźmi.

Azjatycki komponent tego systemu jest szczególnie ważny. Z jednej strony Rosja ma wielomilionową populację migrantów zarobkowych z Azji Centralnej, obecnych w jej gospodarce od lat. Z drugiej – coraz śmielej sięga po obywateli państw od Chin po Nepal i Filipiny. Wspólny mianownik jest prosty: im gorsza sytuacja ekonomiczna, prawna lub społeczna potencjalnego rekruta, tym łatwiej przekształcić go w „kontraktowego żołnierza”. Nie zawsze jest to klasyczny najemnik, który świadomie jedzie walczyć za pieniądze. Często to migrant bez dokumentów, więzień, dłużnik, człowiek oszukany ofertą pracy albo ktoś, kto zbyt późno rozumie, że podpisał nie umowę cywilną, lecz bilet na front.

W przypadku Chin historia ma dodatkowy ciężar polityczny. Pekin oficjalnie utrzymuje, że nie jest stroną wojny, choć pozostaje strategicznym partnerem Moskwy. Gdy Ukraińcy pokazali dwóch pojmanych Chińczyków, sprawa natychmiast stała się dyplomatycznie drażliwa. Reuters, powołując się na amerykańskich urzędników, pisał, że ponad stu obywateli Chin walczących dla rosyjskiej armii to najemnicy bez widocznego bezpośredniego związku z chińskim rządem. Jednocześnie były zachodni urzędnik wywiadu twierdził, że chińscy oficerowie wojskowi przebywali za rosyjskimi liniami za zgodą Pekinu, by wyciągać wnioski taktyczne z wojny.

Chińscy rekruci nie muszą być ideologicznie prorosyjscy. Relacje pokazują raczej mieszaninę frustracji, biedy, ryzyka i internetowej mitologii wojny. „Le Monde” opisał historię 37-letniego Chińczyka używającego pseudonimu „Fen”, byłego kierowcy ciężarówki. Mężczyzna twierdził, że zdecydował się walczyć nie z powodów politycznych – mówił raczej o potrzebie zarobku, poszukiwaniu przygody i chęci „pojechania gdzieś”. Po ataku drona większość pobytu spędził w rosyjskich szpitalach, a po powrocie do Chin pracował jako dozorca budynku.

Inne relacje chińskich najemników wskazują na chaos organizacyjny i brutalne traktowanie. Niemiecki Table.Briefings pisał o setkach Chińczyków walczących po stronie Rosji i cytował 29-letniego rekruta z Kantonu, który ukazywał swoich rodaków jako ludzi z trudnych środowisk: zadłużonych, porzuconych, chorych, po rozwodach albo z kryminalną przeszłością. Według tej relacji Chińczycy mieli trafiać do Rosji samodzielnie, zwykle na wizach turystycznych, a następnie podpisywać kontrakty na miejscu. Pensje szacowano na 200–250 tys. rubli miesięcznie (ok. 13 tys. złotych), z obiecywaną rekompensatą po śmierci.

Jeszcze większą skalę widać w Azji Centralnej, będącej naturalnym rezerwuarem dla rosyjskiego systemu. Miliony Uzbeków, Tadżyków, Kirgizów, Kazachów i Turkmenów, którzy pracują w Rosji, często w nisko płatnych sektorach, są zależni od zezwoleń, kontroli policyjnych, pracodawców i przekazów pieniężnych wysyłanych rodzinom. „The Diplomat”, powołując się na dane ukraińskiego projektu „Chcę żyć”, pisał o ponad 12 tys. obywateli państw Azji Centralnej, którzy walczyli lub walczą po stronie Rosji. Największą grupę mieli stanowić Uzbecy – 4853 osoby, następnie Tadżycy – 3407, Kazachowie – 2389, Kirgizi – 1439 i Turkmeni – 578.

W pierwszej fazie wojny dominowały opowieści o przymusie. Migranci zatrzymywani podczas nalotów policyjnych, więźniowie, osoby bez ważnych dokumentów, ludzie zagrożeni deportacją lub długimi karami mieli słyszeć, że kontrakt z armią jest jedyną drogą wyjścia. Radio Free Europe/Radio Liberty opisało przypadek Kazacha Kirila Nysanbajewa, który wyjechał do Rosji do pracy. Według jego siostry został zatrzymany, pobity i zmuszony do podpisania kontraktu z rosyjskim Ministerstwem Obrony. Zginął później w Donbasie, a rodzina – z obawy przed postępowaniem w Kazachstanie z powodu służby w obcej armii – pochowała go w Rosji.

Z czasem przymus nie zniknął, ale dołączyła do niego normalizacja rynku wojennej pracy. „The Diplomat” pisał, że rekrutacja centralnych Azjatów przeszła od wczesnowojennego (2022–2023) modelu presji i manipulacji do bardziej transakcyjnego układu, w którym kluczowe są pieniądze, rosyjskie obywatelstwo i obietnica „szybkiego zarobku”. Dla części migrantów wojna stała się brutalnym przedłużeniem migracji zarobkowej: wyborem między biedą, długami i niepewnym statusem prawnym a kontraktem, który może przynieść rodzinie kilka miesięcy dochodu – o ile rekrut przeżyje.

Rosyjskie państwo dopasowało do tego narzędzia prawne i finansowe. FIDH i Truth Hounds wskazują na architekturę instytucjonalną: przepisy ułatwiające cudzoziemcom służbę kontraktową, przyspieszone ścieżki obywatelstwa, premie za werbunek oraz udział pośredników, struktur państwowych i powiązanych z Rosją organizacji za granicą. W raporcie pojawia się teza, że w części przypadków taki model spełnia elementy definicji handlu ludźmi: jest działanie, środek nacisku lub oszustwa oraz cel w postaci wykorzystania.

Dla Moskwy sens jest oczywisty. Każdy cudzoziemiec wysłany do szturmu to jeden Rosjanin mniej, którego trzeba zmobilizować, wyposażyć i którego śmierć może wywołać napięcie społeczne w kraju. „Euromaidan Press”, omawiając ustalenia Truth Hounds i FIDH, pisał, że Rosja przesuwa część ludzkiego kosztu wojny z własnego społeczeństwa na podatne populacje zagraniczne. Miejsce ma system „dostarczania” ludzi do intensywnych walk, w tym do zadań o skrajnie wysokiej śmiertelności.

Tę logikę widać także w Azji Południowej. Mężczyźni z Nepalu, Indii i Sri Lanki trafiali do Rosji skuszeni obietnicami wysokich pensji, świadczeń albo pracy daleko od linii frontu. „Al Jazeera” opisywała, że młodzi mężczyźni z tych państw znaleźli się na rosyjskich pozycjach w Ukrainie, a część z nich miała później problemy z otrzymaniem wynagrodzenia i wydostaniem się z armii. Jeden z rozmówców mówił, że Nepalczycy, Tadżycy i Afgańczycy byli wysyłani bezpośrednio na front.

Podobny schemat pojawia się w Azji Południowo-Wschodniej. „The Diplomat” ujawnił przypadek Filipińczyka zabitego w Donbasie, który według znalezionych przy nim materiałów miał przejść zaledwie tydzień szkolenia. Autorzy tekstu pisali o systemie rekrutacyjnym z regionu, wykorzystującym praktyki znane z internetowych oszustw: obietnicę pracy, manipulację, szybkie przenoszenie ludzi między jurysdykcjami i przemoc, gdy ofiara znajdzie się już poza krajem.

To właśnie dlatego słowo „najemnik” bywa niewystarczające. W klasycznym sensie sugeruje ono człowieka, który świadomie sprzedaje swoje zawodowe umiejętności wojskowe za pieniądze. „Klasyczny” najemnik, rodem z filmów akcji z lat osiemdziesiątych – dziewięćdziesiątych, kojarzy się z byłym wojskowym, który porzucił pracę dla swojego kraju na rzecz prywatnego kontrahenta i próbuje zatrzymać protagonistę. Tymczasem wielu azjatyckich rekrutów nie ma doświadczenia bojowego, nie zna języka rosyjskiego, nie rozumie procedur i dostaje minimalne szkolenie. Część wie, że podpisuje kontrakt wojskowy, ale nie wie, gdzie trafi i jakie będzie ryzyko. Inni są przekonani, że jadą do pracy cywilnej, ochrony obiektów albo służby pomocniczej. Jeszcze inni podpisują dokumenty pod presją, po zatrzymaniu, w więzieniu lub pod groźbą deportacji.

Konsekwencje prawne są skomplikowane. Państwa pochodzenia ostrzegają obywateli przed udziałem w cudzych wojnach, bo w wielu z nich grozi za to odpowiedzialność karna. Uzbekistan, Kazachstan czy Kirgistan formalnie zniechęcają do takich wyjazdów, ale równocześnie nie chcą otwartego konfliktu z Rosją i muszą brać pod uwagę zależność własnych gospodarek od migracji zarobkowej. „The Diplomat” zwracał uwagę, że w Azji Centralnej kary dla powracających bywają łagodniejsze niż maksymalne sankcje przewidziane przez prawo, a część władz pomaga tym, którzy próbują uciec ze strefy wojny.

Jednocześnie rekrutacja trwa. Według ukraińskiego wywiadu, cytowanego przez „The New Voice of Ukraine”, Rosja zamierzała pozyskać w 2026 r. co najmniej 18,5 tys. cudzoziemców. Szczególne zainteresowanie miało dotyczyć obywateli Kazachstanu, Kirgistanu, Uzbekistanu i Tadżykistanu, ale także najbiedniejszych państw Afryki i Azji (m.in. Bangladeszu). Werbunek odbywa się przez oficjalne punkty kontraktowe, struktury wojskowe i quasi-prywatne formacje. Zachętą są pieniądze, świadczenia i obywatelstwo; narzędziem nacisku – problemy z wizą, pobytem lub groźba więzienia.

Najbardziej cyniczny element tego systemu polega na tym, że Rosja sprzedaje wojnę jako szansę. Chińczykowi z długami – jako przygodę i męski test. Uzbekowi w Moskwie – jako możliwość spłaty kredytu albo budowy domu. Nepalczykowi – jako kontrakt dający rodzinie środki do życia. Migrantowi bez dokumentów – jako alternatywę wobec deportacji. Więźniowi – jako możliwość opuszczenia kolonii karnej. Ale po podpisaniu kontraktu obietnice często ustępują miejsca rzeczywistości: złemu szkoleniu, barierze językowej, dyskryminacji, przemocy dowódców, braku ewakuacji rannych i wysyłaniu na najbardziej niebezpieczne odcinki frontu. Rosja nie wymyśliła zjawiska cudzoziemców w wojnie. Po obu stronach konfliktu od 2022 r. pojawiali się ochotnicy z zagranicy. Różnica polega jednak na skali i instytucjonalizacji. Po stronie Moskwy rekrutacja cudzoziemców stała się narzędziem zarządzania niedoborem ludzi. To już nie tylko propaganda o „braterstwie narodów” albo pojedyncze kanały najemnicze. To połączenie migracji, więziennictwa, ekonomicznej desperacji, obietnicy paszportu i aparatu przymusu państwowego.

Dla Ukrainy obecność azjatyckich najemników i kontraktowych żołnierzy ma wymiar wojskowy, propagandowy i prawny. Wojskowo oznacza, że Rosja próbuje uzupełniać straty bez pełnego politycznego kosztu mobilizacji wewnętrznej. Propagandowo Kijów może pokazywać, że wojna Rosji jest zasilana przez globalny system eksploatacji biedniejszych społeczeństw. Prawnie sprawa jest trudniejsza: każdy pojmany cudzoziemiec wymaga ustalenia, czy był świadomym najemnikiem, żołnierzem kontraktowym, ofiarą oszustwa czy potencjalną ofiarą handlu ludźmi.

Dla państw azjatyckich problem będzie narastał. Jeśli traktować wszystkich powracających wyłącznie jako przestępców, można karać także tych, których do wyjazdu zmuszono lub oszukano. Jeśli traktować wszystkich jako ofiary, można stworzyć bezkarność dla tych, którzy świadomie uczestniczyli w agresji i popełniali zbrodnie. Potrzebne jest rozróżnienie: ściganie lokalnych rekruterów i pośredników, pomoc ofiarom przymusu, ale też badanie odpowiedzialności tych, którzy dobrowolnie walczyli i mogli brać udział w przestępstwach wojennych.

Najważniejsze jest jednak to, że rosyjski system nie działa w próżni. Karmi się globalnymi nierównościami, rynkiem migracyjnym, brakiem ochrony pracowników, korupcją, słabością państw pochodzenia i cyfrową propagandą. Reklamy na Douyinie, naloty na migrantów w Moskwie, pośrednicy obiecujący pracę w Rosji, więzienne „oferty nie do odrzucenia” i obietnica paszportu są elementami jednego łańcucha. Na jego końcu jest okop pod Bachmutem, Awdijiwką, Wowczańskiem albo w Donbasie – miejsce, w którym człowiek z Azji staje się dla rosyjskiej armii jednorazowym zasobem.
Patryk Kulpok – Historyk i dziennikarz zajmujący się Beneluksem, polityką europejską, migracją i pamięcią. Były korespondent z Holandii i Belgii, autor tekstów dla PAP i new.org.pl, członek Fundacji O.Zachodzie, twórca podcastu Polderownia.

Inne artykuły Patryka Kulpoka

Historia azjatyckich najemników w rosyjskiej armii pokazuje zatem coś więcej niż obecność cudzoziemców na europejskim froncie. Pokazuje mechanizm, w którym wojna zaczyna korzystać z tych samych słabości, co nielegalny rynek pracy: biedy, zadłużenia, niepewnego statusu migracyjnego i marzenia o szybkim awansie społecznym. Rosja przedstawia kontrakt jako szansę – na pieniądze, dokumenty, obywatelstwo albo ucieczkę od problemów. W praktyce dla wielu rekrutów oznacza on utratę kontroli nad własnym losem i wysłanie na najtrudniejsze odcinki frontu. Dopóki Moskwa będzie potrzebowała ludzi do wojny, dopóty będzie szukała ich tam, gdzie najłatwiej zamienić desperację w zgodę na walkę.