Nasza strona używa ciasteczek do zapamiętania Twoich preferencji oraz do celów statystycznych. Korzystanie z naszego serwisu oznacza zgodę na ciasteczka i regulamin.
Pokaż więcej informacji »
Drogi czytelniku!
Zanim klikniesz „przejdź do serwisu” prosimy, żebyś zapoznał się z niniejszą informacją dotyczącą Twoich danych osobowych.
Klikając „przejdź do serwisu” lub zamykając okno przez kliknięcie w znaczek X, udzielasz zgody na przetwarzanie danych osobowych dotyczących Twojej aktywności w Internecie (np. identyfikatory urządzenia, adres IP) przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego i Zaufanych Partnerów w celu dostosowania dostarczanych treści.
Portal Nowa Europa Wschodnia nie gromadzi danych osobowych innych za wyjątkiem adresu e-mail koniecznego do ewentualnego zalogowania się przy zakupie treści płatnych. Równocześnie dane dotyczące Twojej aktywności w Internecie wykorzystywane są do pomiaru wydajności Portalu z myślą o jego rozwoju.
Zgoda jest dobrowolna i możesz jej odmówić. Udzieloną zgodę możesz wycofać. Możesz żądać dostępu do Twoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, przeniesienia danych, wyrazić sprzeciw wobec ich przetwarzania i wnieść skargę do Prezesa U.O.D.O.
Korzystanie z Portalu bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza też zgodę na umieszczanie znaczników internetowych (cookies, itp.) na Twoich urządzeniach i odczytywanie ich (przechowywanie informacji na urządzeniu lub dostęp do nich) przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego i Zaufanych Partnerów. Zgody tej możesz odmówić lub ją ograniczyć poprzez zmianę ustawień przeglądarki.
Międzymorze / 14.07.2026
Rusłana Martseniuk
Wojna może ucichnąć na lata. To nie znaczy, że naprawdę się skończyła
Kiedy kończy się wojna? Czy wtedy, gdy na granicy milkną działa, czy wtedy, gdy strony kładą na stół podpisany dokument? W ostatnich latach wiele razy słyszeliśmy, że „pokój jest blisko” – i wiele razy okazywało się, że to była tylko przerwa między kolejnymi ofensywami.
(Shutterstock)
Posłuchaj słowa wstępnego szóstego wydania magazynu online!
Historyk ma wobec słowa „pokój” nieufność, której – mówię też o sobie – trudno się pozbyć. Kiedy odkłada się na bok wielkie przemówienia i czyta wyłącznie tekst układu, artykuł po artykule, nagle widać, jak wiele „traktatów pokojowych” wcale nie kończyło wojny. Kończyło tylko jej kolejną rundę.
Kilka takich pauz nazwanych pokojem – z różnych czasów i miejsc – wystarczy, by zobaczyć, że to nie wyjątek, lecz powracający mechanizm. Dopiero potem przychodzi czas na „narzędzie”: kilka prostych pytań, które pomagają ten mechanizm rozpoznać, gdy następnym razem ktoś ogłosi „przełom pokojowy”.
Nietrudno się domyślić, jaki przykład aż się prosi o przywołanie: Monachium 1938 roku i słynne hasło „pokój dla naszych czasów”, które okazało się odroczeniem wojny o niespełna rok. Celowo go tutaj nie używam. Monachium stało się takim symbolem, że przywoływanie go niczego już nie odkrywa – tylko potwierdza to, co każdy słyszał wielokrotnie. A moim celem nie jest powtórzyć znaną przestrogę, lecz pokazać, że ten sam mechanizm działa tam, gdzie zwykle go nie szukamy: w Rydze, w Chasawjurcie, w Brześciu. Mechanizm, który widać tylko w jednym miejscu, łatwo uznać za wyjątek. Mechanizm, który widać wszędzie, trzeba uznać za regułę.
Ryga 1921: gwarancje, które były martwą literą
18 marca 1921 roku w Rydze Polska podpisała pokój z sowiecką Rosją i sowiecką Ukrainą. Traktat zakończył wojnę polsko-bolszewicką, wyznaczył wschodnią granicę Rzeczypospolitej i – na papierze – gwarantował wiele: prawa ludności polskiej po stronie sowieckiej, swobodę kultury i religii, zwrot zagrabionych dóbr i rekompensaty finansowe. Brzmiał jak prawdziwy pokój.
A jednak tak się nie stało. Strona sowiecka nie przekazała Polsce ani jednego z obiecanych rubli w złocie. Gwarancje dla ludności polskiej okazały się martwą literą: w ciągu kilkunastu lat ludzie, których miały chronić, stali się celem tzw. operacji polskiej NKWD z lat 1937–1938 – jednej z największych akcji narodowościowych Wielkiego Terroru. A granica, którą traktat ustanawiał jako trwałą, przetrwała osiemnaście lat: we wrześniu 1939 roku ten sam sąsiad, który ją podpisał, ogłosił, że państwo polskie „przestało istnieć”, i wkroczył za nią.
Ryga nie była kłamstwem od pierwszego dnia. Ale zawierała słabość, która później okazała się śmiertelna: jedna strona traktowała ją jako koniec, druga – jako przerwę.
Chasawjurt 1996: pokój z terminem ważności
Najczystszy przykład pauzy nazwanej pokojem dała pierwsza wojna czeczeńska. 31 sierpnia 1996 roku w Chasawjurcie, po klęskach Rosji i odbiciu Groznego przez Czeczenów, generał Aleksander Lebied podpisał z Asłanem Maschadowem porozumienie kończące wojnę. Wojska rosyjskie miały się wycofać – i wycofały się. Brzmiało to jak zwycięstwo strony słabszej.
Ale w samym sercu dokumentu była rzecz, która z góry czyniła go pauzą, nie pokojem: kwestię statusu Czeczenii – czyli to, o co właściwie toczyła się wojna – odłożono na później, formalnie do 31 grudnia 2001 roku. Nie rozwiązano. Odłożono. Innymi słowy, obie strony zgodziły się przestać strzelać, nie zgadzając się co do niczego istotnego. Skutek był do przewidzenia dla każdego, kto czytał uważnie. Trzy lata później, w 1999 roku, wybuchła druga wojna czeczeńska – znacznie dłuższa, znacznie krwawsza, zakończona zrównaniem Groznego z ziemią. Pauza wzięta za pokój okazała się przerwą na nabranie sił przez stronę, która nigdy nie porzuciła swojego celu.
Brześć 1918: gdy nikt nawet nie udaje
Czasem pauza nie udaje nawet pokoju. W marcu 1918 roku w Brześciu bolszewicka Rosja podpisała układ z państwami centralnymi, oddając im ogromne terytoria, w tym ziemie ukraińskie. Nazwano to pokojem, ale żadna ze stron nie traktowała go jako trwałego – obie wiedziały, że to przerwa zależna od tego, kto pierwszy odzyska siły. Niespełna rok później, po klęsce Niemiec na froncie zachodnim, traktat brzeski stał się makulaturą. Brześć jest pouczający właśnie dlatego, że jest tak nagi: pokazuje, że słowo „pokój” w tytule dokumentu nie mówi nic o jego naturze.
Dayton 1995: pauza, która jednak przetrwała
Byłoby nieuczciwe – i nieprawdziwe – twierdzić, że każda pauza musi skończyć się nową wojną. Najlepszym kontrprzykładem jest Bośnia. W listopadzie 1995 roku w bazie sił powietrznych Wright-Patterson w Dayton w stanie Ohio wynegocjowano układ kończący trwającą trzy i pół roku wojnę w Bośni, który — jako Dayton Peace Accords — został formalnie podpisany w Paryżu 14 grudnia 1995 roku i położył kres konfliktowi pochłaniającemu ponad sto tysięcy ofiar. Krytycy mieli wiele racji: Dayton zamroził podział kraju wzdłuż linii etnicznych, stworzył dysfunkcyjne, skomplikowane państwo, nie doprowadził do pojednania. A jednak – broń milczy od trzydziestu lat.
Dlaczego ta pauza przetrwała, a czeczeńska – nie? Różnica tkwi w konstrukcji dokumentu. Dayton nie zostawił kluczowych spraw „na później” – wyznaczył granice wewnętrzne co do metra (po raz pierwszy w historii użyto do tego cyfrowej kartografii satelitarnej), ustanowił konstytucję, a przede wszystkim zabezpieczył całość obecnością międzynarodowych sił i trwałym zaangażowaniem zewnętrznym, z silnym mandatem wykonawczym Wysokiego Przedstawiciela, który mógł narzucać decyzje ponad lokalnymi elitami.
Pauza, która ma gwaranta i jasne zasady, potrafi trwać. Pauza bez gwaranta, oparta na „jakoś to będzie”, zwykle kończy się kolejną wojną.
Można by mnożyć przykłady. Korea od 1953 roku żyje nie pod traktatem pokojowym, lecz pod zawieszeniem broni – pauzą, która trwa już ponad siedemdziesiąt lat dzięki równowadze sił, a nie rozwiązaniu konfliktu. W naszych czasach najbliższy jest Mińsk: dwa porozumienia z 2014 i 2015 roku, które miały zakończyć wojnę w Donbasie, a których sama dwukrotność jest dowodem – gdy pierwsza pauza zawiodła, podpisano drugą, równie nietrwałą, aż przyszła pełnoskalowa inwazja 2022 roku.
A gdy dziś widzimy, jak między państwami, które razem walczą w jednej wojnie, narastają pretensje o przeszłość – o nazwy, odznaczenia, symbole – łatwo skupić się wyłącznie na wypowiedziach polityków i gestach obrazy. Warto wtedy pamiętać, że bez dobrze skonstruowanych układów także pamięć potrafi zamienić się w osobny front – i że to, jak zapisujemy przeszłość w ustawach, decyzjach i ceremoniach, bywa równie ważne dla przyszłego pokoju jak linie na mapie.
Trzy pytania, które warto zadać każdemu układowi
Z tych przykładów wyłania się coś w rodzaju gramatyki – zestawu pytań, które historyk zadaje każdemu tekstowi układu, a które warto mieć z tyłu głowy za każdym razem, gdy ktoś ogłasza „przełom pokojowy”.
Po pierwsze: czy zobowiązania obu stron zapisano z tą samą mocą? W układach, które okazywały się pauzą, niemal zawsze jedna strona zobowiązywała się twardo i przewidywalnie, druga – ogólnikowo.
Po drugie: czy kluczowe sprawy zostały rozstrzygnięte, czy odłożone „na później”? Chasawjurt odłożył status Czeczenii na konkretne lata i wybuchł wcześniej. Dayton nie odłożył niczego istotnego – i trwa.
Po trzecie: czy układ ma gwaranta – podmiot lub instytucję zdolną egzekwować jego postanowienia – oraz czy rozwiązuje przyczynę wojny, czy tylko zawiesza jej skutki. Rozejm, który milczy o tym, o co właściwie toczyła się wojna, nie jest pokojem – jest przerwą na oddech.
To nudne pytania. Nie nadają się na nagłówek, czasem nawet na rozmowę w telewizji. Ale to one – a nie uroczyste deklaracje przy podpisaniu – rozstrzygają, czy dokument zakończy wojnę, czy ją odłoży.
Dlaczego to ważne właśnie teraz
Kiedy dziś słyszymy kolejne zapowiedzi „przełomowych rozmów” w sprawie Ukrainy, trudno już o entuzjazm. Słowa się powtarzają, twarze na konferencjach się zmieniają – nowy jest tylko numer rundy.
Dr Rusłana Martseniuk – ukraińska historyczka specjalizująca się w sowieckich represjach wobec obywateli polskich w latach 1939–1941. Pierwsze dwa lata pełnoskalowej wojny spędziła w Kijowie. Stypendystka Centrum Dialogu im. Juliusza Mieroszewskiego.
Nie wiem, jaki będzie wynik tych rozmów – i nie muszę udawać, że wiem. Rolą historyka nie jest przewidywanie przyszłości, tylko nauczenie się rozpoznawania znajomych kształtów, kiedy ta przyszłość zaczyna się pisać na nowo.
Dlatego, kiedy pojawi się dokument, lepiej będzie czytać go nie po tytule i nie po zdjęciach z ceremonii, lecz po tych niewdzięcznych pytaniach: o symetrię zobowiązań, o sprawy odłożone „na później” oraz o gwaranta i przyczynę wojny.
Różnica między pauzą a pokojem rzadko kryje się w wielkich słowach. Przeważnie siedzi w drobnym druku – w tym, co łatwo przeoczyć w dniu podpisania, a czego skutki oglądamy potem przez lata.