Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Międzymorze / 30.07.2026
Jacek Gocłowski, redakcja

„Dlaczego mamy pomagać wojnie, skoro możemy pomóc jej ofiarom?” Mariusz Markowski o pomocy dla Ukrainy

Dla Mariusza Markowskiego, przedsiębiorcy, który zdecydował się wesprzeć ofiary wojny, pomaganie stało się okazją do poznania wielu ludzi. Podczas gdy media skupiają się na relacjonowaniu przebiegu działań wojennych, Markowski pokazuje sytuację mieszkańców miast położonych blisko frontu, dla których największym wyzwaniem często jest ograniczony dostęp do wody, prądu czy podstawowych produktów pierwszej potrzeby. To właśnie dlatego, jak przekonuje w rozmowie z Jackiem Gocłowskim, konsulem RP w Odessie, każdy gest pomocy może mieć ogromne znaczenie dla lokalnej społeczności.
Foto tytułowe
(Shutterstock)



Posłuchaj podcastu: "Nie oddadzą tego kraju". Polski biznesmen i wolontariusz opowiada o pomaganiu i sile ukraińskiego ducha



W czerwcu 2026 roku odbyła się w Gdańsku Konferencja na rzecz Odbudowy Ukrainy. Podczas wydarzenia udało się podpisać szereg umów, w tym jedną między Komisją Europejską a Bankiem Gospodarstwa Krajowego o rozszerzeniu wsparcia finansowego dla Ukrainy. Dzięki tej inicjatywie wielu ukraińskich przedsiębiorców ma szansę nawiązania współpracy z polskimi podmiotami.
Pobierz magazyn ZA DARMO
Magazyn Nowa Europa Wschodnia Online
jest bezpłatny.

Zachęcamy do wsparcia nas na Patronite


Jednocześnie w Polsce i w innych krajach regionu coraz częściej mówi się o wzroście antyukraińskich nastrojów. Według najnowszego sondażu CBOS z lipca tego roku sprzeciw wobec przyjmowania uchodźców z Ukrainy deklaruje 52 procent Polaków. Jednocześnie 54 procent uważa, że pomoc oferowana im przez państwo polskie jest zbyt duża. To wyraźna zmiana w porównaniu z pierwszym rokiem wojny – odsetek osób oceniających wsparcie jako zbyt hojne był wówczas o 36 punktów procentowych niższy. Ponadto według danych przekazanych „Rzeczpospolitej” przez Komendę Główną Policji w ostatnim czasie odnotowano 180 zawiadomień o przestępstwach z nienawiści wobec obywateli Ukrainy. Mowa tutaj o pobiciach, znieważeniach i fali hejtu.

Jak mówi Mariusz Markowski – polski przedsiębiorca, który od lat rehabilituje ukraińskich żołnierzy, a także zajmuje się pomocą humanitarną: „Ukraińcy mentalnie niedużo się różnią od Polaków. Są otwarci na nowe spotkania, bardzo łatwo zawiązują znajomości i dość prosto z nimi się współpracuje”.

Markowski, podobnie jak wielu Polaków po rozpadzie Związku Radzieckiego, zdecydował się szukać zawodowych szans na Wschodzie. Lata dziewięćdziesiąte były dla Ukrainy okresem gwałtownych zmian. Kraj odzyskał niepodległość, zaczęły powstawać pierwsze niezależne państwowe instytucje, a także pracowano nad stworzeniem gospodarki rynkowej, co wiązało się z pojawieniem się ogromnych możliwości dla przedsiębiorców, również tych zagranicznych. Jak wspomina, jego pobyt miał trwać zaledwie rok.

Choć wszystko zaczęło się od biznesu, z czasem najważniejsi stali się ludzie. W efekcie pobyt Markowskiego w Ukrainie znacznie się wydłużył. Jednak, jak zaznacza, kraj wtedy znajdował się na zupełnie innym etapie rozwoju gospodarczego niż Polska. Dla Ukraińców wszystko było świeże i nowe. Był to również okres, kiedy narodziło się wiele organizacji mafijnych.

– Trzeba było ostrożnie stąpać po tej ziemi, ale jednocześnie były to lata ciekawe – opowiada.

W kolejnych latach rozwijał swoją działalność gospodarczą. Jak sam przyznaje, w pewnym momencie miał 12 wspólników, lecz za najważniejsze przedsiębiorstwo uznaje firmę Bikor, zajmującą się materiałami budowlanymi. Wraz z drugim wspólnikiem kupił ośrodek rehabilitacyjny Dobry Brat, który początkowo miał być czystym biznesem, jednak początek wojny w Ukrainie w 2014 roku sprawił, że Markowski uznał, że nie może pozostać bierny.

– Zrozumieliśmy, że skoro tutaj pracujemy i zarabiamy, to trzeba zacząć pomagać Ukrainie. Uznaliśmy, że wysyłając pieniądze gdziekolwiek, na każde zawołanie, nie mamy nad tym żadnej kontroli. Pomyślałem więc: dlaczego mamy pomagać wojnie, skoro możemy pomagać ofiarom wojny? W ten sposób zrodziła się idea pomocy i rehabilitacji żołnierzy w Polsce.

Obecnie możemy obserwować wiele podobnych inicjatyw, natomiast w tamtym okresie idea bezodpłatnej pomocy wydawała się czymś absurdalnym. Dodatkowy problem stanowił brak jakiegokolwiek doświadczenia organizacyjnego w tej sytuacji i wynikający z tego brak kontaktu z ukraińską armią.

Markowski wspomina, że pierwszym krokiem było wysłanie listu do ukraińskiego MON-u z deklaracją przyjęcia 35 rannych żołnierzy na bezpłatną rehabilitację w Polsce. Odpowiedź jednak nigdy nie nadeszła.

– Czekałem na odpowiedź trzy tygodnie, lecz niestety odpowiedzi nie dostałem. Jak rozumiem, nikt w ogóle nie wierzył, że ktoś może chcieć się podjąć takiego przedsięwzięcia. W związku z czym znalazłem kolegów, Ukraińców, którzy byli kiedyś żołnierzami, i oni przez swoje kanały pomogli mi wziąć żołnierzy z wojsk desantowych, którzy byli ranni i mieli problemy z aparatem ruchu. Zaczęliśmy robić spis i rzeczywiście tych 35 żołnierzy wybrałem, nie mając dużego doświadczenia.

Koszty okazały się ogromne. W ramach programu rehabilitacji były nie tylko zabiegi fizjoterapeutyczne, ale i transport, zakwaterowanie oraz wyżywienie. Jak przyznaje Markowski, liczył, że jak już zorganizuje transport i opiekę, to media się tym zainteresują i ludzie wspomogą go finansowo. W rezultacie przedsięwzięcie było trzeba opłacić z własnych pieniędzy. Ale z biegiem czasu udało się osiągnąć cel i dotrzeć do większej liczby osób.

– Po tych trzech tygodniach w końcu wszyscy zobaczyli, że nam się to udaje, rehabilitacja jest nieźle prowadzona i to wyszło. Żołnierze wracali do zdrowia. Stwierdziłem, że można to robić w trybie ciągłym. Od 2014 roku dwa razy w roku bierzemy grupy na leczenie.

Jak mówi, z programu skorzystało już około 600 ukraińskich żołnierzy, ale inicjatywa nadal pozostaje prywatna i nie ma wsparcia organizacji rządowych. Coraz częstszym problemem jest nie tyle samo finansowanie, ile znalezienie pacjentów.

– Wcześniej to było prostsze, natomiast teraz w związku z tym, że żołnierzy jest na froncie coraz mniej, są potrzebni nawet ranni, nawet ci, którzy są niesprawni. Nie dostajemy list od wojska, od armii narodowej, jak wcześniej było z propozycjami, kogo leczyć.

Wyjątek stanowią Siły Operacji Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy, które – jak podkreśla – widzą ich zaangażowanie i chętnie wysyłają swoich żołnierzy na turnusy.

– Oni w każdym turnusie dają swoich żołnierzy, żeby poprawić ich zdrowie, żeby mogli dalej walczyć. I muszę przyznać, że nasi fizjoterapeuci z przyjemnością z nimi pracują, ponieważ to są ludzie zaangażowani; oni chcą jak najszybciej być w pełni sił i wrócić na front.

Plan rehabilitacji jest układany indywidualnie pod każdego z pacjentów. Leczenie przede wszystkim opiera się na pracy z bólem, lecz, jak ocenia Markowski, efekty są widoczne już po trzech tygodniach i w połowie przypadków tyle czasu wystarcza, by żołnierze mogli wrócić na front. Natomiast jeśli lekarze i fizjoterapeuci uznają, że potrzeba więcej czasu, pacjenci wracają na kolejne turnusy.

– Nie zostawiamy ich w biedzie. Jeżeli nam się w te trzy tygodnie nie udało, a widzimy, że jest postęp, to bierzemy na następny turnus, żeby ich dopracować, żeby byli całkowicie zdrowi. I tu nam się w 80 procentach udaje.

Jednak przyznaje, że największym wyzwaniem jest sam proces kwalifikacji ze względu na ograniczoną liczbę miejsc.

– Nie powiem, że jest to trudne. Zajmuję się tym tylko ja. Z każdym przeprowadzam wywiad indywidualny, mówię, dlaczego z nim rozmawiam, co możemy, i pytam, jakie on ma problemy, bo jeżeli będziemy mu w stanie pomóc, to go zabierzemy. Psychologicznie jest to trudne, dlatego że po sześciu-siedmiu takich telefonach jestem psychicznie zmęczony, bo musiałem czterem odmówić, chociaż tam wszyscy chcą bardzo jechać. Musiałem wybrać tych, którym rzeczywiście trzeba pomóc. Lista niekiedy miała 60 nazwisk i było trzeba tych 20 żołnierzy wybrać.

Oprócz działalności rehabilitacyjnej Markowski wraz ze swoim synem i przyjaciółmi od 2022 roku dostarcza pomoc humanitarną do regionów dotkniętych wojną. Jak opowiada, czasem sami dostarczają paczki, innym razem powierzają je zaufanym fundacjom w Ukrainie. W ten sposób zrealizowali już ponad 60 transportów. Zapytany o transport, który najbardziej zapadł mu w pamięć, wspomina Chersoń tuż po wyzwoleniu spod rosyjskiej okupacji w listopadzie 2022 roku. Choć miasto zostało wyzwolone, walki na pobliskim froncie wciąż trwały, dlatego wjazd był niebezpieczny. Markowski przyznaje, że początkowo nie myślał o żadnych środkach zabezpieczających.

– Jeden z moich przyjaciół w Ukrainie dowiedział się, że jadę pomóc i mam dużo żywności dla Chersonia. Zapytał, czym jedziemy, więc mu mówię, że mamy zwykłego busa. On mówi: „nie, ja mam busa opancerzonego i pojedziesz moim busem”. I dał nam bezpłatnie opancerzonego busa, kamizelki kuloodporne. Myśmy w ogóle o tym nie myśleli. Myśmy po prostu myśleli, by pojechać, i tyle.

Najmocniej zapisał się w jego pamięci obraz miasta dotkniętego wojną i jego mieszkańców próbujących dostosować się do otaczającej rzeczywistości.

– Przyjechaliśmy do miasta i pierwsze, co nam się rzuciło w oczy – Kijów oczywiście tego jeszcze nie doznał – to to, że nie ma nigdzie prądu, są trzy miejsca, gdzie stoją akumulatory, i gromadki ludzi przy nich, ładujących sobie komórki. Wszyscy chodzą z baniakami, bo wody w mieście nie było w ogóle, więc każdy ma bańkę i albo z wodą idzie, albo po wodę.

– Najbardziej szokujące było to, że wystrzały z dział słychać co 10–15 minut. Jednocześnie nam cały czas głowy chodzą na lewo, prawo. Wiadomo, że nie jesteśmy przyzwyczajeni do czegoś takiego. No i dzieci bawiące się w piaskownicy, które w ogóle nie zwracały na to uwagi, co było dla nas niepojęte. Nasza pomoc rozeszła się w ciągu pół godziny, chociaż zawieźliśmy tam 1,5 tony. Więc było nas tylko dwóch. Z kolei mieszkańcy, przy okazji dziękując, mówili: „wyjeżdżajcie, bo mogą was jeszcze zobaczyć, lepiej jedźcie z powrotem” – opowiada.

Artykuł został opracowany na podstawie podcastu „Nie oddadzą tego kraju”. Polski biznesmen i wolontariusz opowiada o pomaganiu i sile ukraińskiego ducha, opublikowany na kanale „Polacy Światu” prowadzonym przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP.