Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Międzymorze / 22.09.2026
Patryk Kulpok

Europa odzyskuje własne języki. Od Bretanii po Ukrainę trwa walka o ich codzienność

Europa próbuje ratować języki, które przez dekady znikały ze szkół, domów i ulic. Od Bretanii i Walii po Śląsk i Ukrainę widać jednak, że ustawy i lekcje nie wystarczą – język przetrwa dopiero wtedy, gdy będzie można w nim nie tylko mówić o tradycji, lecz także pracować, studiować, korzystać z usług i żyć na co dzień.
Foto tytułowe
(Shutterstock)



Posłuchaj słowa wstępnego siódmego wydania magazynu online!



Około 40–50 mln mieszkańców Unii Europejskiej, a więc mniej więcej co dziesiąty, posługuje się jednym z około 60 rodzimych języków regionalnych lub mniejszościowych. Jednocześnie Europa, zamieszkana przez blisko 740 mln ludzi, skupia zaledwie 3 proc. języków świata. W unijnym zestawieniu 128 z nich uznano za zagrożone. Kontynent, który lubi przedstawiać wielojęzyczność jako część własnej tożsamości, od dawna traci więc językową różnorodność.
Pobierz magazyn ZA DARMO
Magazyn Nowa Europa Wschodnia Online
jest bezpłatny.

Zachęcamy do wsparcia nas na Patronite


Język rzadko znika w jednej chwili. Najpierw dzieci przestają używać go na podwórku. Później rodzice dochodzą do wniosku, że w szkole, pracy i urzędzie bezpieczniej będzie przejść na język większości. Na końcu zostają nazwy miejsc, pieśni, uroczystości i ludzie zapewniający, że przecież wszyscy nadal język „rozumieją”. Może być chroniony jako skarb, choć jednocześnie coraz mniej spraw da się w nim załatwić.

Nie ma jednego modelu odrodzenia. Kataloński ma miliony użytkowników, romansz – kilkadziesiąt tysięcy, a kornijski odtworzono z książek i nagrań. Ukraiński wychodzi z cienia imperium; śląski wciąż czeka na uznanie. W każdym przypadku rozstrzyga się, czy język wróci z festynu do przedszkola, urzędu i miejsca pracy.


Szkoła może wychować mówcę. Ulicy nie zmusi


Najgłośniejszy alarm na Półwyspie Iberyjskim płynie dziś nie z regionu pozbawionego praw, lecz z Galicji. Galicyjski jest tam współurzędowy, obecny w publicznych mediach i szkołach. Mimo to w badaniu z 2023 r. po galicyjsku zawsze lub częściej niż po hiszpańsku mówiło już tylko 46,2 proc. mieszkańców. Hiszpański wybrało 53,8 proc. Jeszcze bardziej niepokojąco wygląda grupa dzieci od 5. do 14. roku życia: zaledwie 7 proc. zawsze używało galicyjskiego, a niemal jedna trzecia mówiła nim słabo albo nie mówiła wcale.

Nie stało się tak dlatego, że język formalnie usunięto ze szkoły. Problem zaczyna się wcześniej, w domu, a system edukacji nie potrafi już odrobić tej straty. Część przedmiotów ścisłych przypisano hiszpańskiemu, angielski zyskał prestiż języka przyszłości, galicyjski zaś coraz częściej zostaje językiem kultury i rodzinnego pochodzenia. Jest lubiany, ale hiszpański wydaje się praktyczniejszy. Właśnie w ten sposób transmisja urywa się bez zakazu i bez wielkiego konfliktu.

Katalonia znajduje się po drugiej stronie tej samej historii. Kataloński rozumie 93,4 proc. mieszkańców, lecz jako język zwyczajowo używany wskazuje go 32,6 proc. Liczba osób, które go znają, rośnie, ale wolniej niż ludność regionu. Nowi mieszkańcy Barcelony i jej przedmieść trafiają najpierw do świata hiszpańskojęzycznego: taki język słyszą częściej w sklepie, pracy i grupie znajomych. Nawet dobrze zorganizowana szkoła nie zmieni tego automatycznie.

Narodowy Pakt na rzecz Języka z 2025 r. ma więc wyjść poza szkolną klasę. Ponad 200 działań i rekordowy budżet przeznaczono m.in. na kursy dla dorosłych, kulturę cyfrową, ochronę zdrowia, przedsiębiorstwa i samorządy. Do 2030 r. kataloński ma zyskać 600 tys. nowych użytkowników. Plan jest szeroki, ale język pozostaje zakładnikiem sporu o katalońską niepodległość. To, co miało ułatwiać wspólne uczestnictwo w życiu regionu, przeciwnicy nieraz przedstawiają jako polityczny test lojalności.

Zaledwie kilkaset kilometrów dalej Kraj Basków pokazuje, jak wiele można osiągnąć w ciągu jednego pokolenia. W 2021 r. baskijski znało 36,2 proc. mieszkańców autonomii powyżej 16. roku życia – o 12 punktów procentowych więcej niż w 1991 r. Wśród osób od 16. do 24. roku życia odsetek sięgał już 74,5 proc. Za tą zmianą stoją przedszkola, szkoły z baskijskim jako językiem nauczania i sieć kursów euskaltegi.

Tyle że szkoła wykonała dopiero połowę pracy. Baskijskiego równie często jak hiszpańskiego lub częściej używa 22 proc. mieszkańców, a prawie połowa osób dwujęzycznych swobodniej wypowiada się po hiszpańsku. Absolwent może znać zasady gramatyki i zdać egzamin, a mimo to zmieni język, gdy kolega, klient albo lekarz odpowie po hiszpańsku. Baskowie nauczyli tysiące młodych ludzi mówić. Teraz próbują stworzyć im świat, w którym nie trzeba będzie zaraz z tej umiejętności rezygnować.


Francja chroni dziedzictwo, ostrożniej traktuje prawa


Francja wpisała języki regionalne do konstytucji jako część dziedzictwa, ale nie ratyfikowała Europejskiej karty języków regionalnych lub mniejszościowych. Uznaje ich wartość historyczną; znacznie trudniej oddaje im trwałe miejsce w szkole i urzędzie.

W Oksytanii w 2020 r. mówiło po oksytańsku 7 proc. mieszkańców, przeważnie starszych i żyjących na wsi. Do szkół Calandreta uczęszcza około 4 tys. dzieci, a w 2025 r. jakąkolwiek naukę języka pobierało tylko 3,3 proc. uczniów lokalnych akademii.

Tuż za granicą, w hiszpańskim Val d’Aran, aranejski – miejscowa odmiana oksytańskiego – ma status urzędowy. To gotowy eksperyment: podobne przywiązanie do języka, lecz tylko po jednej stronie Pirenejów wspierają je prawo, kadry i ciągłość nauczania.

Francuski Kraj Basków daje inny wynik. W 2021 r. po baskijsku mówiło 20,1 proc. mieszkańców od 16. roku życia, czyli około 51,5 tys. osób. Po raz pierwszy od 30 lat liczba ta nie spadła – w grupie wiekowej 16–24 lata baskofoni stanowili 21,5 proc. Ten zwrot wyrósł w szkole: w 2025 r. 39 ikastoli Seaska uczyło w immersji 4262 uczniów. Baskijskiego równie często jak francuskiego lub częściej używa jednak tylko 7,1 proc. mieszkańców, a niemal połowa baskofonów swobodniej mówi po francusku. Według Seaska (federacji szkół języka baskijskiego we Francji) brakuje budynków, nauczycieli i trwałego wsparcia państwa. Szkoła odwróciła trend, ale nadal wychowuje więcej ludzi znających język niż mogących w nim żyć.

Bretania zna ten problem aż za dobrze. W 2024 r. po bretońsku mówiło około 107 tys. osób, czyli 2,7 proc. ludności regionu. Aż 78 proc. nauczyło się go dzięki edukacji, a tylko 16 proc. – w rodzinie. Szkoły Diwan uratowały język przed zepchnięciem do pokolenia dziadków, ale nie mogą wrócić z uczniem do domu i stworzyć mu bretońskojęzycznej rodziny, grupy kolegów oraz rynku pracy. Ich sukces pokazuje granicę tego, co może zrobić sama szkoła.


Romansz: uznany przez państwo, wypierany przez codzienność


Szwajcaria nadała romanszowi, nazywanemu również retoromańskim, rangę, o której działacze z Bretanii czy Oksytanii mogą tylko marzyć. W referendum z 1938 r. uznano go za czwarty język narodowy kraju, a od 1996 r. ma ograniczony status urzędowy w kontaktach z władzami federalnymi. Jako język główny wskazuje go dziś około 40 tys. osób, a posługuje się nim około 60 tys. – zaledwie 0,5 proc. mieszkańców Szwajcarii. Większość z nich mieszka w Gryzonii, jedynym trójjęzycznym kantonie kraju, gdzie romansz jest językiem urzędowym obok niemieckiego i włoskiego.

Na papierze pozycja języka wygląda zatem bezpiecznie. W alpejskich dolinach konkuruje on jednak z niemieckim, potrzebnym na uczelni i w pracy, a jego pozycję dodatkowo osłabia odpływ młodych. Federalny standard Rumantsch Grischun ułatwił pracę administracji i mediów, ale mieszkańcy na co dzień identyfikują się z pięcioma lokalnymi idiomami. Każda próba ujednolicenia języka budzi więc pytanie, czy pomaga mu przetrwać, czy odbiera mu to, co dla użytkowników najbardziej własne. Radio i telewizja RTR, literatura oraz cyfrowe narzędzia próbują połączyć oba światy. W 2025 r. uruchomiono duży słownik z nagraniami wymowy, obejmujący zarówno standard, jak i miejscowe odmiany.


Od stołu rządowego w Cardiff do sceny w Belfaście


Walia ma zapewne najbardziej rozbudowaną politykę językową w Wielkiej Brytanii: oficjalny status walijskiego, kanał S4C, sieć szkół i strategię Cymraeg 2050, której celem jest milion użytkowników. A jednak spis z 2021 r. przyniósł rozczarowanie. Po walijsku potrafiło mówić 538,3 tys. osób, czyli 17,8 proc. ludności powyżej 3. roku życia – mniej niż dekadę wcześniej.

Nowa ustawa o języku i edukacji z 2025 r. ma stopniowo zwiększać dostęp do nauczania po walijsku. Dziś walijskojęzycznych jest około 29 proc. szkół, ale uczy się w nich mniej więcej jedna piąta uczniów. Wąskim gardłem stają się nauczyciele zdolni prowadzić po walijsku matematykę czy nauki przyrodnicze. W tradycyjnych bastionach języka dochodzą do tego drogie mieszkania i odpływ młodych, a więc procesy, których nie da się zatrzymać kampanią promocyjną.

W maju 2026 r. walijski zasiadł przy rządowym stole: po raz pierwszy każdy członek gabinetu Walii potrafił się nim posługiwać, a pierwsze posiedzenie nowego gabinetu przeprowadzono w całości po walijsku. Język, którego dzieci karano kiedyś w szkole, stał się językiem sprawowania władzy. Milion użytkowników nie pojawi się jednak od samego przykładu ministrów. O powodzeniu planu zdecyduje to, czy za gabinetem nadążą szkoły, rynek mieszkaniowy i lokalne społeczności.

Irlandia pokazuje jeszcze inny paradoks: język może wygrać w spisie, a przegrać w kuchni. W 2022 r. 1,87 mln mieszkańców republiki zadeklarowało znajomość irlandzkiego, lecz codziennie poza szkołą używało go tylko 71 968 osób. Państwo finansuje szkoły irlandzkojęzyczne (gaelscoileanna), telewizję TG4, a także realizuje program zwiększania liczby irlandzkojęzycznych urzędników. W regionach Gaeltacht słabnie jednak przekazywanie języka dzieciom, a szkołom brakuje nauczycieli, którzy nie tylko znają irlandzki, lecz potrafią swobodnie w nim pracować.

Po drugiej stronie granicy dochodzi ciężar politycznej pamięci. W Irlandii Północnej irlandzki długo kojarzono niemal wyłącznie z jedną częścią podzielonego społeczeństwa. W 2021 r. pewną znajomość języka deklarowało 228,6 tys. osób, czyli 12,45 proc. mieszkańców, a 43,6 tys. używało go codziennie. Identity and Language (Northern Ireland) Act z 2022 r. oraz powołanie komisarza języka irlandzkiego pod koniec 2025 r. zaczęły przenosić Gaeilge z pola konfliktu do usług publicznych. Najbardziej widowiskową robotę wykonała jednak nie administracja, lecz trzech raperów z Belfastu.

Kneecap miesza irlandzki z angielskim, ulicznym slangiem, polityczną prowokacją i humorem. W ich wykonaniu Gaeilge nie brzmi jak język szkolnego obowiązku ani uroczystej akademii. Może być miejski, gniewny, zabawny i bezczelnie współczesny. Zespół nie zastąpi nauczycieli ani urzędników, ale zrobił coś, czego nie da się wpisać do ustawy: odebrał językowi aurę reliktu.

Między Cardiff a Belfastem jest jeszcze Szkocja, która próbuje jednocześnie ratować język mały i przywrócić powagę językowi masowemu. W spisie z 2022 r. jakąś znajomość gaelickiego szkockiego zadeklarowało 130,2 tys. osób, czyli 2,5 proc. mieszkańców powyżej 3. roku życia. W przypadku scots było to aż 2,44 mln osób – 46,2 proc. W 2025 r. oba otrzymały status oficjalnych języków Szkocji. Ten sam zapis prawny przykrywa jednak dwie zupełnie różne historie.

Gaelicki ma Bòrd na Gàidhlig (publiczną instytucje odpowiedzialną za ochronę i rozwój języka gaelickiego w Szkocji), kanał BBC Alba i szkolnictwo immersyjne; w roku 2025/2026 przynajmniej jeden przedmiot prowadzony w tym języku oferowało 37 szkół średnich. Wzrost w skali kraju skrywa jednak osłabienie tradycyjnych wspólnot na Hebrydach Zewnętrznych, gdzie od poprzedniego spisu liczba osób znających język spadła o niemal 1,9 tys. Brakuje nauczycieli i mieszkań, a młodzi wyjeżdżają.

Scots ma odwrotny problem. Nie trzeba go wskrzeszać, bo ma milionowe zaplecze i żywe odmiany – od Doric po mowę Szetlandów. Trzeba raczej przełamać wstyd po latach traktowania go jak slangu lub „zepsutego angielskiego” i wprowadzić do szkoły, mediów oraz urzędu bez spłaszczenia lokalnych odmian w jeden sztuczny standard. To samo słowo „odrodzenie” oznacza więc w Szkocji dwie różne rzeczy: dla gaelickiego odbudowę wspólnoty, dla scots – odzyskanie godności.

Kornwalia poszła jeszcze dalej, bo tam nie było już czego przekazywać z domu do domu. Kornijski przestał funkcjonować jako język wspólnotowy, a aktywiści odtworzyli go z zachowanych tekstów i nagrań. Dziś ma około 400–500 zaawansowanych użytkowników oraz 2–5 tys. osób znających go w pewnym stopniu; z programami szkolnymi styka się prawie 6 tys. dzieci. W 2025 r. Londyn objął kornijski silniejszą ochroną trzeciej części Europejskiej karty językowej. Nie powstał jeszcze masowy system immersyjny, ale znów wychowują się dzieci mówiące po kornijsku. Odbudowa po zerwaniu transmisji nie jest więc wyłącznie teorią. Znacznie trudniej zapewnić językowi codzienność.


Czy język może dać pracę?


We Fryzji zachodniofryzyjski pozostaje częścią codziennego życia, dlatego na pierwszy rzut oka trudno widzieć w nim język zagrożony. Rozumie go dziewięciu na dziesięciu mieszkańców prowincji, mówi nim niemal dwie trzecie, a ponad połowa potrafi w nim czytać. Problem ujawnia się dopiero przy pisaniu: radzi sobie z nim około jedna piąta osób. Jeszcze mniej (23,5 proc.) uważa znajomość fryzyjskiego za przydatną zawodowo.

Władze próbują więc zrobić krok, którego często brakuje w programach rewitalizacji: połączyć język z konkretnym zawodem. Taalplan Frysk 2030 zakłada realizację pełnych celów nauczania we wszystkich szkołach do 2030 r. Z kolei w umowie BFTK na lata 2024–2028 rząd w Hadze przeznaczył 18 mln euro na cały pakiet działań, obejmujący także utworzenie na uczelni NHL Stenden w Leeuwarden programu typu minor z fryzyjskojęzycznego dziennikarstwa. Nie jest to pełny kierunek „media po fryzyjsku”, ale odpowiedź na realny brak dziennikarzy dobrze mówiących i piszących w tym języku – potrzebnych regionalnemu nadawcy Omrop Fryslân oraz innym redakcjom. Haga finansuje tym samym nie tylko naukę, lecz także miejsce, w którym język ma być używany i za jego używanie można otrzymać pensję.

Limburski takiego oparcia nie ma. Którąś z jego odmian zna szacunkowo 1,2–1,5 mln osób w Holandii, Belgii i Niemczech, lecz użycie spada, zwłaszcza wśród dzieci. Holandia uznaje go od 1997 r. jedynie na podstawie części II Karty, która nie nakłada równie konkretnych zobowiązań jak część III. Trudność tkwi też w samej nazwie. „Limburski” obejmuje kilkadziesiąt lokalnych odmian, a mieszkańcy identyfikują się raczej z Venloos, Mestreechs czy Zittesj niż z jednym standardem. Wspólna pisownia pomogłaby w szkole i internecie, ale narzucona z góry mogłaby osłabić lokalne przywiązanie, na którym opiera się żywotność języka. Strategia prowincji stawia więc na elastyczną ortografię, cyfrowe słowniki, obecność w opiece nad dziećmi, mediach i zgromadzeniu prowincji oraz starania o awans do części III Karty. Najtrudniej pozbyć się etykiety „domowego dialektu”, za którą zwykle idzie założenie, że w ważnych sprawach należy przejść na niderlandzki.

Po drugiej stronie granicy waloński nosi nazwę całego regionu, lecz nie jest jego językiem urzędowym. Federacja Walonia-Bruksela uznała go w 1990 r. za regionalny język rodzimy; w szkole i administracji dominuje jednak francuski. Badanie z lat 2021–2022 wśród ponad 4,8 tys. mieszkańców odsłoniło rozdźwięk między pamięcią a kompetencją: 93 proc. wiedziało o istnieniu walońskiego, ale tylko jedna czwarta zdobyła co najmniej połowę punktów w teście tłumaczeniowym. Młodzi częściej deklarowali rozumienie języków regionalnych, rzeczywiste wyniki rosły jednak z wiekiem. Odbudowa opiera się więc na rodzinach, teatrze, literaturze oraz programie „Ma commune dit oui aux langues régionales” („Moja gmina mówi «tak» językom regionalnym”), który wprowadza język do szkół, gminnych publikacji i podwójnych nazw ulic. Przeszkodą nie jest brak sympatii, lecz zerwana transmisja, słaba obecność w regularnej edukacji i odruch, by w ważnej sprawie przejść na francuski.


Sápmi: języki, których nie mieszczą państwowe granice


Nie istnieje jeden język saamski. Jest ich co najmniej dziewięć, rozsianych po terytorium Norwegii, Szwecji, Finlandii i Rosji. Północnosaamski ma najwięcej użytkowników; południowosaamski, lule-, inari- czy skoltsaamski walczą o przetrwanie w znacznie mniejszych społecznościach. Wspólna etykieta potrafi więc ukryć bardzo różne sytuacje: sukces jednego języka nie ratuje automatycznie pozostałych.

Największą zmianę udało się osiągnąć wśród użytkowników inarisaamskiego w Finlandii. Gniazda językowe dla przedszkolaków połączono tam z intensywnymi kursami dla dorosłych. Dzięki temu językiem, którym mówiło już bardzo niewiele dzieci, ponownie posługują się rodziny i młodzi twórcy. Ten model działa jednak w małej społeczności i trudno przenieść go mechanicznie na całe Sápmi. Osady dzielą ogromne odległości, prawa zmieniają się po przekroczeniu każdej granicy, a nauczycieli i podręczników jest za mało.

W Norwegii w roku szkolnym 2023/2024 z nauczania saamskiego na odległość korzystało 416 uczniów, lecz tylko 32 uczyło się go jako pierwszego języka. Internet może doprowadzić lekcję do odległej miejscowości, ale nie zapewni dziecku rozmówcy na boisku. Odbudowa języków saamskich jest przy tym czymś więcej niż projektem edukacyjnym. Ma naprawiać skutki przymusowej norwegizacji, szwedyzacji i finizacji: przywraca nazwy miejsc, wiedzę o ziemi i prawo rdzennego narodu do opowiadania o sobie własnymi słowami.


Kaszuby i Śląsk: dwie polskie lekcje


Kaszubski ma to, czego śląskiemu wciąż brakuje: status jedynego uznanego w Polsce języka regionalnego. Są więc podręczniki, dotacje, matura i dwujęzyczne tablice. Liczba uczniów wzrosła z 1525 w roku szkolnym 1999/2000 do 25 252 w roku 2025/2026. W tym samym czasie język wycofywał się jednak z domów. W spisie z 2021 r. jego używanie zadeklarowało 87,6 tys. osób, wobec 108,1 tys. dekadę wcześniej.

Te liczby nie przekreślają szkolnego sukcesu, ale zmieniają jego znaczenie. Fakultatywna lekcja, często prowadzona po polsku, może nauczyć dziecko słów i historii regionu. Nie musi sprawić, że po kaszubsku zacznie ono rozmawiać z rodzicami i rówieśnikami. Przyszłość zależy więc od przedszkoli, lokalnych usług, internetu i młodej kultury – od miejsc, w których kaszubski nie jest przedmiotem o dziedzictwie, tylko zwyczajnym narzędziem.

Na Śląsku układ jest odwrotny: język ma znacznie więcej użytkowników, ale niemal żadnego systemowego oparcia. W 2021 r. używanie śląskiego w domu zadeklarowało 467 145 osób, w tym prawie 55 tys. jako jedynego języka. Dziesięć lat wcześniej było ich 529,4 tys. Powstały zasady pisowni, gramatyka, literatura, przekłady, media i Rada Języka Śląskiego. Nie ma natomiast finansowanego przez państwo systemu nauczania ani uprawnień wynikających ze statusu języka regionalnego.

Parlament dwukrotnie uchwalił ustawę uznającą śląski za język regionalny, lecz zawetowali ją kolejni prezydenci: Andrzej Duda w 2024 r. i Karol Nawrocki w lutym 2026 r. Spór o to, czy śląski jest językiem, przestał być akademicki. Każdy kolejny rok oznacza mniej dzieci słyszących go w domu i kolejny rocznik bez możliwości systematycznej nauki. Ruch odrodzeniowy musi jednocześnie uzgadniać standard ponad lokalnymi odmianami, przygotowywać przyszłych nauczycieli i odpierać zarzut separatyzmu. Kaszuby mają więc prawo, ale tracą domowych użytkowników; Śląsk nadal ma użytkowników, lecz nie może doczekać się prawa.


Ukraina: gdy język staje się częścią obrony


Na wschodnim krańcu tej podróży język przestaje być wyłącznie sprawą polityki kulturalnej. Ukraiński nie jest językiem mniejszościowym, ale państwowym językiem kraju wychodzącego z wielowiekowej rusyfikacji i nierównej konkurencji z językiem imperium. Ustawa z 2019 r. zwiększyła jego obecność w administracji, usługach, edukacji i mediach. Dopiero pełnoskalowa agresja rosyjska sprawiła jednak, że miliony obywateli zaczęły świadomie zmieniać codzienne wybory językowe.

W 2025 r. 62 proc. badanych mówiło w domu po ukraińsku, 27 proc. – na przemian po ukraińsku i rosyjsku, a 10 proc. – tylko po rosyjsku. Dla wielu ludzi przejście na ukraiński stało się sposobem odcięcia od rosyjskiej przestrzeni informacyjnej, a nie deklaracją pochodzenia. Język zaczął działać jak infrastruktura bezpieczeństwa: wspólny kanał komunikacji państwa, wojska, mediów i obywateli.

Wojna pokazuje zarazem, że żadna zdobycz nie jest trwała. Na terenach okupowanych Rosja usuwa ukraiński ze szkół, a w 2025 r. zakazała jego nauczania w kontrolowanych placówkach. Po wyzwoleniu nie wystarczy zmienić tablic na budynkach. Potrzebni będą nauczyciele, biblioteki, media i odbudowa zaufania. Demokratyczna ukrainizacja musi też odróżniać usuwanie imperialnej dominacji z instytucji od podejrzliwości wobec rosyjskojęzycznych obywateli oraz zostawić przestrzeń dla krymskotatarskiego, rumuńskiego, węgierskiego i innych języków kraju. Inaczej narzędzie oporu mogłoby zostać użyte według logiki, przeciw której Ukraina sama walczy.


Nie wystarczy uratować słownik


Europejskich odrodzeń nie da się ułożyć w prosty ranking. Baskijska szkoła może wykształcić tysiące nowych użytkowników, którzy na ulicy wybiorą hiszpański. Irlandczyk może wpisać znajomość Gaeilge w spisie i nie użyć go ani razu poza lekcją. Dziecko w Bretanii może nauczyć się języka, którego nie znają jego rodzice. Ślązak może mówić w języku śląsku codziennie, a mimo to nie mieć prawa uczyć się go w szkole jako języka regionalnego.
Patryk Kulpok – Historyk i dziennikarz zajmujący się Beneluksem, polityką europejską, migracją i pamięcią. Były korespondent z Holandii i Belgii, autor tekstów dla PAP i new.org.pl, członek Fundacji O.Zachodzie, twórca podcastu Polderownia.

Inne artykuły Patryka Kulpoka

Prawo nie uratuje języka samo, ale bez niego każda szkoła i redakcja zaczynają walkę od nowa. Edukacja nie zastąpi domu, lecz bez niej nie da się odbudować przerwanej transmisji. Najmniej efektowne działania bywają najważniejsze: nauczyciel fizyki, formularz w urzędzie, fryzyjskojęzyczny reporter, mieszkanie dla młodej rodziny w walijskiej miejscowości. Potrzebna jest też kultura, która pozwala językowi być ostrym, modnym albo zwyczajnym – jak irlandzki w wykonaniu Kneecap. Język przestaje być folklorem nie wtedy, gdy dostanie własny dzień i tablicę pamiątkową, lecz gdy można w nim zapisać dziecko do szkoły, opisać lekarzowi ból, zdać egzamin, pokłócić się w internecie i dostać pracę. Prawo do mówienia własnym głosem jest w praktyce prawem do tego, by nie zmieniać języka za każdym razem, gdy chce się zostać potraktowanym poważnie.