Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Kaukaz / 11.10.2020
Agnieszka Bryc

Azerowie i Ormianie umierają za Karabach. Mocarstwa prowadzą tam swoje rozgrywki

Wystarczy drobiazg, by rozpocząć działania zbrojne w Górskim Karabachu. Naprzeciwko siebie stają dwie armie, a spór odbija się echem od Eurowizji po piłkarską Ligę Europy. Nie wspominając już, że angażuje głównych światowych graczy.
Foto tytułowe
Artylerzysta armeński Albert Howhannisjan zginął niedługo po zrobieniu zdjęcia (Ministerstwo Obrony Armenii)


Górski Karabach to mniejsza od województwa świętokrzyskiego enklawa w Azerbejdżanie. Zamieszkują ją Ormanie, którzy podczas rozpadu radzieckiego imperium zdecydowali się wykorzystać szansę i w 1992 roku proklamowali niepodległość. Od tego czasu Kaukaz Południowy jest tykającą bombą.

Mobilizacja Ormian i Azerów jest nie tylko militarna. Jedni i drudzy regularnie demonstrują przed ambasadami na całym świecie, organizują pikiety i nawołują do uznania ich prawa do Górskiego Karabachu. Cztery lata temu Iveta Mukuchyan, reprezentantka Armenii w konkursie Eurowizji, pokazała się podczas finału z flagą tego nieuznawanego w świecie państwa. Za wystąpienie wbrew zasadzie apolityczności festiwalu została zdyskwalifikowana. Gdy w ubiegłym roku dwa londyńskie kluby – Arsenal i Chelsea – miały walczyć w finale o puchar Ligii Europy na stadionie olimpijskim w Baku (stolicy Azerbejdżanu), Henrikh Mkhitaryan – zawodnik pochodzący z Erywania (stolicy Armenii) – odmówił udziału w meczu w obawie o swoje bezpieczeństwo.

Nie dziwi więc, że obecny konflikt w Górskim Karabachu szybko został uznany za największą eskalację od wojny z lat 1992–1994. Choć obie strony obciążają się winą za wywołanie go, to pierwszeństwo należy przyznać Azerbejdżanowi. To jego artyleria rozpoczęła w niedzielę 27 września ostrzał Stepanakertu, stolicy nieuznawanego państwa, a także innych osad wzdłuż granicy. Dlaczego teraz zdecydował się działać? Z kilku powodów. Po pierwsze, to dobry moment. Światowe mocarstwa są uwikłane w inne sprawy – Rosja ma m.in. szalejącą pandemię i niewygaszone protesty od Białorusi po Chabarowsk, a USA czeka na listopadowe wybory prezydenckie. Po drugie, sojusznicza Turcja przetestowała na Bliskim Wschodzie operację przejęcia części terytorium Kurdów syryjskich, przetarła więc szlaki. I wreszcie po trzecie, trudności w walce z pandemią oraz bezowocne od trzech dekad negocjacje z Armenią spotęgowały z jednej strony frustrację Azerów, z drugiej zaś spektakularne zbrojenia roznieciły w nich oczekiwanie wielkiego sukcesu.
Azerbejdżan to Arabia Saudyjska Kaukazu Południowego. Stać go na wielomiliardowe zakupy najbardziej zaawansowanych broni w świecie, od dronów po amunicję krążącą.
Broniąca historycznej Arcach (ormiańska nazwa Górskiego Karabachu) Armenia jest trzy razy mniejsza i cztery razy biedniejsza. Ale to właśnie ją określa się mianem kaukaskiego Izraela. I nie chodzi tu wyłącznie o wojenne szczęście Ormian, lecz – podobne do Żydów – tradycje handlowe oraz życie w diasporze.

Górski Karabach, terytorium małe, górzyste i pozbawione zasobów, powinno angażować wyłącznie bezpośrednio zainteresowanych. Ściąga jednak uwagę najważniejszych światowych graczy: Turcji, Rosji, Francji w pierwszej kolejności, w dalszej – USA, a nawet Izraela. Co więc sprawia, że państwa te ryzykują uwikłaniem w otwartą wojnę na Kaukazie?

Rosja, która nie chce, ale musi

Górski Karabach jest częścią rosyjskiego miękkiego podbrzusza, które Kreml uznaje za "bliską zagranicę", czyli swoją strefę wpływów. Rosja boryka się jednak z bardziej angażującymi problemami, począwszy od słabej kondycji finansowej, przez drugą falę pandemii COVID-19, po sprawę otrucia Nawalnego i związane z nią ponowne ochłodzenie w relacjach z Europą. Liczy również na wygraną Donalda Trumpa w listopadowych wyborach w USA i na wciąż niezrealizowany reset z Zachodem, na który czeka przynajmniej od 2016 r., kiedy przyczyniła się do zwycięstwa obecnego amerykańskiego prezydenta w walce o fotel w Białym Domu.

Żywe zainteresowanie ze strony konkurentów zmusza jednak Władimira Putina do trzymania ręki na karabaskim pulsie. W pierwszej kolejności chciałby uniknąć eskalacji, która przekształciłaby się w otwartą wojnę. Rosja mogłaby być zmuszona udzielić pomocy Armenii, z którą wiążą ją zobowiązania sojusznicze w ramach Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym. A to z kolei rzutowałoby na jej relacje z Azerbejdżanem, który nieraz okazał się pomocny w zwalczaniu fundamentalizmu islamskiego na Kaukazie Północnym, zwłaszcza podczas drugiej wojny czeczeńskiej w 1999 r. W obawie o radykalizację własnych obywateli Baku zezwalało na ekstradycję czeczeńskich bojowników oraz zamykało ich instytucje kulturalne i charytatywne jako niezgodne z prawem azerskim.

Rosja nie może również pozwolić, by Armenia przegrała. Zmieniłby się wtedy układ sił, wzmocniłby się nie tylko Azerbejdżan, lecz głównie Turcja. Ankara mogłaby wywierać presję na Moskwę, na przykład w Syrii czy Libii. Kreml chce wreszcie uniknąć "scenariusza donbaskiego", czyli długotrwałej wojny na wyczerpanie. Znacząco osłabiłaby militarnie Armenię i zmusiła do koncesji na rzecz Baku. Rosję zaś wydrenowałaby finansowo, bo coraz mniej stać ją na zniżki w handlu bronią.

Poświęcić Armenii Rosja nie może. Jest ona aktualnie jej jedynym przyczółkiem wpływów na Kaukazie Południowym. W leżącym na zachodzie kraju Giumri, drugim po stolicy mieście, Rosjanie mają bazę wojskową stanowiącą wyjście na południową flankę Sojuszu Północnoatlantyckiego, czyli Turcję. Ma to niebagatelne znaczenie, ponieważ pozostałe państwa regionu albo mają ambicje integracji z NATO (Gruzja), albo stać je na równoważenie wpływów Rosji (Azerbejdżan). Sąsiednie kraje – Turcja i Iran – nie tylko penetrują Kaukaz Południowy, ale też, co widać w Karabachu, potrafią przysparzać Rosji kłopotów.

Dlatego reakcja Kremla musiała być wstrzemięźliwa. Oficjalnie Moskwa wzywa strony do powstrzymania się od użycia siły i powrotu do rokowań. Nieoficjalnie zaś wspiera Armenię militarnie. Przyłapana, nie przyznaje się, jak wtedy, gdy w pierwszych dniach konfliktu w Erywaniu lądował samolot Ił-96, którym na co dzień dysponuje prezydent Putin.

Rosja może więc ustami szefa dyplomacji Siergieja Ławrowa wyrażać zaniepokojenie oraz wraz z USA i Francją, współprzewodniczącymi Grupy Mińskiej (powołanej w 1992 r. w ramach OBWE dla wypracowania planu pokojowego dla Karabachu) wywierać presję na rzecz dyplomatycznego rozwiązania konfliktu. Może też zaprosić walczące strony do poufnych rozmów w Moskwie. Najbardziej jednak chciałaby umieścić w Górskim Karabachu rosyjskich mirotworców, czyli "siły pokojowe". Wcześniej promowała ten wariant jako "plan Ławrowa", lecz niedawno rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow powrócił do sprawy, sugerując że "Rosja jest gotowa wprowadzić tam mirotworców, jeśli tylko zgodę wyraziłyby obie strony". Temu jednak od lat zgodnie sprzeciwiają się Azerowie i Ormianie.

Turcja, która może i chce bardziej niż kiedykolwiek

Aktualnie to nie Rosja, a Turcja rozdaje karty. Nawet sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg zasugerował, by "wykorzystała ona swoje znaczące wpływy i przyczyniła się do uspokojenia sytuacji". Apel byłby słuszny, gdyby nie fakt, że trochę przypomina proszenie kłusownika o przywrócenie bezpieczeństwa w lesie.
Demonstranci z flagami Azerbejdżanu w Stambule (Shutterstock)

Turcja nie jest zainteresowana zatrzymaniem działań wojennych. Ona je popiera politycznie i wspiera militarnie. Nie bez powodu prezydent Recep Erdoğan wojowniczo nawoływał: "Azerowie muszą wziąć sprawy w swoje ręce” i „zatrzymają się dopiero wtedy, kiedy odbiją okupowane terytorium". A wcześniej przerzucił do Azerbejdżanu 3 tys. bojowników z Syrii i Libii, co Rosjanie potępili, jakby zapominając, że sami wykorzystywali wagnerowców (prywatnych najemników) w wojnie w Donbasie, Syrii oraz Libii.

Oficjalnym powodem wsparcia Baku ze strony Ankary było porozumienie z 2010 r., które zakłada pomoc sojuszniczą bratnim "Turkom kaukaskim". Zwłaszcza przeciwko Armenii, która od dekad zarzuca Turcji ludobójstwo Ormian w 1915 r., jeszcze w czasach imperium osmańskiego. Ponadto Kaukaz i dalej Azja Centralna to w większości przestrzeń turkofońska, a także bogata w zasoby ropy naftowej (Azerbejdżan) i gazu ziemnego (Turkmenistan i Kazachstan).

Wreszcie każdy autokrata wie, że w przypadku kłopotów w kraju należy odciągać uwagę obywateli, poszukując sukcesów na zewnątrz. A tych bardzo potrzebuje Erdoğan. Ma problemy z pandemią, prowadzi kosztowną politykę ekspedycyjną w Syrii i Libii oraz awanturnicze poszukiwanie złóż gazu ziemnego na Morzu Śródziemnym. Plus kryzys gospodarczy, a jeszcze wcześniej "kryzys walutowy", który spowodował nagły spadek wartości liry tureckiej o jedną trzecią. Tylko dlatego, że Erdoğan znalazł się na politycznym kursie kolizyjnym z Trumpem. Ochłodzenie relacji wywołało aresztowanie w Turcji w 2018 r. kilku amerykańskich obywateli. Biały Dom ogłosił w odpowiedzi karne cła, sankcje na wysokich oficjeli tureckich i zamrożenie ich aktywów w USA. Z kolei Erdoğan zarzucał Amerykanom, że nie chcą wydać Fethullaha Gülena, którego prezydent Turcji oskarża o zorganizowanie nieudanego wojskowego zamachu stanu w 2016 r.

Innymi słowy, karabaska karta dała Erdoğanowi szansę na przykrycie kłopotów wewnętrznych. To raz. Stworzenie obrazu prezydenta, z którym muszą się liczyć wielcy tego świata, to dwa. I trzy: użyteczność dyplomatyczna. Kreując problem, a następnie działając na rzecz jego rozwiązania, prezydent Turcji tworzy sytuację, w której zyskuje wpływ na Rosję, NATO i UE.

Francja, która bardziej chce aniżeli może

Europejskim łącznikiem w tym konflikcie jest Francja. Wraz z Moskwą i Waszyngtonem Paryż współprzewodniczy Grupie Mińskiej. Prezydent Emmanuel Macron nie może nie interesować się Karabachem (nawet jeśli wyłącznie epizodycznie), skoro Francję zamieszkuje trzecia do wielkości diaspora ormiańska na świecie i jednocześnie największa w Europie (ok. 600 tys. osób). Z tego właśnie powodu Paryż oficjalnie uznał w 2001 r. mord na Ormianach za ludobójstwo, a w 2016 r. zdelegalizował jego negowanie. Od zeszłego roku 24 kwietnia we Francji obchodzi się Narodowy Dzień Pamięci o Ludobójstwie Ormian, co stanowi realizację obietnicy wyborczej Macrona sprzed trzech lat.
Proormiańska polityka Francji rzutuje na trudne relacje z Turcją. Ostatnie zderzenie francusko-tureckie miało zresztą miejsce w sierpniu bieżącego roku, podczas poszukiwań przez Turcję złóż gazu ziemnego w greckiej strefie ekonomiczną, której Turcja nie uznaje.
W sporze tym Paryż poparł Ateny, więc gdy doszło do incydentu greckiego i tureckiego okrętu wojennego na Morzu Śródziemnym, Francja wysłała na pomoc swoje jednostki marynarki wojennej. Skończyło się poważnym kryzysem o zasięgu międzynarodowym, który odbił się echem w NATO i UE, a Cypr zablokował sankcje wymierzone w Białoruś po sfałszowanych tamtejszych wyborach prezydenckich, wiążąc je z żądaniem przyjęcia analogicznych wobec Turcji.

USA, które mogłyby chcieć, ale nie chcą

Obok Francji i Rosji Grupie Mińskiej współszefują Stany Zjednoczone. W przeszłości nieraz wspierały rozmowy pokojowe w sprawie Karabachu, na przykład organizując w 2001 r. rokowania w Key West na Florydzie, które – jak wszystkie inne – zakończyły się fiaskiem.

Od lat Górski Karabach jest dla Amerykanów kwestią trzeciorzędną. Kluczowe znaczenie ma przy tym pat polityczny, który skutecznie gasi większą aktywność. W 1992 r., gdy rozgorzała wojna w Górskim Karabachu, w USA zderzyły się dwa wielkie środowiska wpływu. Lobby zbrojeniowe i surowcowe popierały pomysł zacieśnienia kontaktów z Azerbejdżanem. Liczono na ogromne profity z wydobycia azerskiej ropy i sprzedaży uzbrojenia do Baku nieradzącego sobie z ofensywą Erywania. Po drugiej stronie zaktywizowała się diaspora ormiańska, świetnie wykorzystująca swoje kontakty w Kongresie. W efekcie Biały Dom przychylił się do wspierania Azerów, ale Kongres przyjął w 1992 r. 907. poprawkę do Freedom Support Act (kluczowej ustawy dla wspierania ruchów wolnościowych i demokratycznych), która zakazała dozbrajania Azerbejdżanu.

Waszyngton wciąż pozostaje zainteresowany Kaukazem Południowym, lecz w konflikcie karabaskim ma związane ręce. Ponadto prezydent Donald Trump koncentruje się na sprawach, które mogą przynieść mu chwałę i zyski finansowe. Stąd brak nominacji ambasadorskiej dla Andrew Schofera, amerykańskiego chargé d’affaires w Grupie Mińskiej, co symbolizuje, jak nieznaczący dla USA jest to konflikt.

Izrael, który wie, że nie chce

Kłopotliwy jest natomiast dla Izraela. Już w pierwszych dniach walk tamtejszy armeński ambasador Armen Smbatyan został wezwany na konsultacje do kraju. W języku dyplomatycznym to jasny przekaz, tym bardziej znaczący, że ledwie dwa tygodnie wcześniej, w święto Rosz ha-Szana (żydowski nowy rok), inaugurowano otwarcie ambasady Armenii w Tel Awiwie.


Powodem była izraelska broń sprzedawana Baku: tuż przed wybuchem konfliktu i kilka dni po nim azerskie transportowce lądowały w bazie Owda na pustyni Negew po jej odbiór. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że Izrael i Azerbejdżan od lat ściśle współpracują według formuły "ropa za broń". Według Sztokholmskiego Instytutu Badań nad Pokojem w latach 2006–2019 Azerbejdżan zakupił w Izraelu samoloty bezzałogowe, amunicję sterującą i systemy ziemia-powietrze za kwotę 825 mln dolarów. W izraelskich mediach Hikmet Hajiyev, doradca prezydenta Ilhama Alijewa, chwalił się: "Mamy jedną z największych flot bezzałogowców w regionie. Wśród nich także izraelskie maszyny, głównie bojowe, rekonesansu i «kamikadze», które okazały się bardzo skuteczne".

Poza biznesem we wspólnym interesie Izraela i Azerbejdżanu leży powstrzymywanie Iranu, wroga Jerozolimy i kłopot Baku. Teheran jest naturalnie zainteresowany pogłębianiem wpływów w Azerbejdżanie, bo Azerowie stanowią najliczniejszą nieperską mniejszość w Iranie. Dla Jerozolimy z kolei stanowią oni tylne drzwi do państwa ajatollahów. Co więcej, od 2006 r. pojawiają się medialne doniesienia o cichym porozumieniu w sprawie użyczenia Izraelowi azerskiej przestrzeni powietrznej na potrzeby ewentualnej operacji przeciwko irańskiemu programowi jądrowemu. W głównej mierze chodzi o zapewnienie możliwości lądowania samolotów po wykonanej operacji na jednym z nieużywanych postradzieckich lotnisk.

Niebagatelne znaczenie ma także fakt, że Azerbejdżan jako państwo szyitów (choć świeckie) utrzymywało dobre relacje z diasporą żydowską. Baku już w XIX wieku, jeszcze w ramach imperium rosyjskiego, stało się centrum aktywności syjonistycznej. Wspierała ją słynna żydowska rodzina Rothschildów, do której pod koniec XIX wieku należała jedna z pierwszych kampanii naftowych w Baku.

Azerbejdżan korzysta również ze wsparcia żydowskich organizacji w Stanach Zjednoczonych, które są w stanie równoważyć silne lobby ormiańskie w Waszyngtonie. Ma to kapitalne znaczenie dla kraju, który był poddany przez Kongres USA w 1992 r. sankcjom wykluczającym go z pomocy w ramach programu Freedom Support Act. Otwarte wykorzystanie izraelskich samolotów bezzałogowych postawiło więc Jerozolimę w niezręcznej sytuacji. Dlatego rząd Netanyahu przyjął postawę formalnie neutralną i nie udziela komentarzy w sprawie konfliktu w Górskim Karabachu.

Pokój, który może być, ale go nie będzie

Czego można się spodziewać? W grę wchodzą dwa scenariusze. Pierwszy – czarny, w którym rozwój wypadków wymyka się spod kontroli, a konflikt rozlewa się na cały region Kaukazu, angażując sąsiednią Gruzję i Iran. Dlatego oba państwa prewencyjnie oferują usługi mediacyjne. Wciągnięte w wojnę Moskwa i Ankara mogłyby próbować unikać wykorzystania własnych sił zbrojnych oraz ograniczać koszty operacji, wykorzystując najemników, którzy w znacznym stopniu już tam operują. W takim wariancie Erdoğan traciłby najmniej, ponieważ realnie to z nim należałoby rozmawiać w sprawie wygaszenia walk. Aby uniknąć tego scenariusza, Rosja, Francja i USA będą musiały wybrać kij albo marchewkę, by skłonić Turcję do wywarcia presji na Azerbejdżan. Kijem mogą być rozmaite sankcje i międzynarodowa izolacja. Marchewką – więcej pieniędzy, przymykanie oczu na politykę ekspedycyjną na Bliskim Wschodzie lub… jeszcze więcej pieniędzy.

Scenariusz drugi jest tylko nieco bardziej optymistyczny. Przede wszystkim dlatego, że jakiekolwiek zawieszenie broni będzie rozwiązaniem tymczasowym. Rozmowy pokojowe, kluczowe dla trwałego uregulowania, nie udają się od 30 lat i – jak się wydaje – obie strony są do nich wyraźnie zniechęcone. Pytaniem jednak pozostaje, na ile prawdopodobny jest wariant wojny na wyczerpanie. Wydaje się, że Baku rozgrywa właśnie ten scenariusz, dociskając Ormian w Karabachu, aż będą zmuszeni zasiąść do stołu negocjacyjnego na gorszych warunkach. Wtedy gra przejdzie na nowy poziom, a jej wynik będzie w znacznym stopniu zależeć od siły argumentów protektorów obu zwaśnionych stron.
Agnieszka Bryc - adiunkt na Wydziale Nauk o Polityce i Bezpieczeństwie UMK w Toruniu. Była członkini Rady Ośrodka Studiów Wschodnich. Specjalizuje się w problematyce międzynarodowej aktywności Rosji.