Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Kaukaz / 07.12.2020
Weronika Rzeżutka, Bartosz Wróblewski

Dobrze tam, gdzie nas nie ma. O Polakach w Kazachstanie

W ZSRR nie mogli mówić po polsku, więc uczyli się rosyjskiego. Teraz powinni poznać kazachski. Mogą też wrócić do historycznej ojczyzny przodków, ale nie wszyscy Polacy z Kazachstanu się na to decydują.
Foto tytułowe
Lekcja polskiego w Nursułtanie (foto. Bartosz Wróblewski)

Konstanty Guzowski z dumą oprowadza po ukochanych Ałmatach. Zatrzymuje się co kilka kroków, opowiada o pomniku lub budynku, przy którym stajemy, robi zdjęcia. Proponuje też wycieczkę w góry, jeśli tylko będzie pogoda. Czasem brak mu słów, ale upiera się, żeby rozmawiać wyłącznie po polsku. Bo możemy.

– Jak byłem małym chłopcem, to rodzice w domu mówili po polsku, chociaż nie było wolno. Ale mamie zaczęło się wydawać, że ktoś chodzi pod oknami i słucha. Przestraszyła się, zapłakała i od tej pory rozmawiali już tylko po rosyjsku – wspomina.
Większość Polaków w Kazachstanie nie mówi po polsku. Ale nie możemy im zarzucić, że nie są Polakami. Przez lata nie mieli możliwości, by uczyć się języka. Jeżeli osoba zesłana rozmawiała w języku ojczystym, była uznawana za szpiega lub kogoś, kto ma coś do ukrycia. I mogła być nawet rozstrzelana – tłumaczy Witalij Chmielewski, prezes polonijnego stowarzyszenia z Karagandy.

"W życiu publicznym każdy używający języka polskiego był uważany za wroga Związku Sowieckiego. […] Gdy u kogoś z Polaków przeprowadzano rewizję, stawiając mu jakieś zarzuty, a przypadkiem znaleziono polską książkę, to oskarżonemu podczas rozprawy dokładano kilka lat do wyroku. W obliczu zachodzących zmian i antypolskich szykan sami rodzice, chcąc zapewnić lepszą przyszłość swoim dzieciom, nie kładli nacisku na naukę języka polskiego" – pisze o sytuacji Polaków w radzieckim Kazachstanie z początków ZSRR socjolog kultury Robert Wyszyński w książce Polacy czy cudzoziemcy? Polacy za wschodnią granicą napisanej wspólnie z Ewą Nowicką-Rusek oraz Iwoną Kabzińską. "Psychoza antypolska była bardzo silna. Rosły też pośród Polaków posiadających polskie książki i utrzymujących kontakty z ojczyzną obawy przed ponownymi represjami. Doprowadzało to do takich sytuacji, o których opowiadała mi pewna stara kobieta. Nocą, słysząc odgłos pukania do drzwi, nie mogąc wytrzymać napięcia i strachu, wyrzuciła przez okno swoją jedyną płytę z polskimi kolędami. Zbyt dobrze jeszcze pamiętano nocne rewizje z czasów stalinowskich".

Sytuacja ta uległa zmianie dopiero po uzyskaniu przez Kazachstan niepodległości w 1991 r. Polacy znów mogli uczyć się swojego języka i kultywować tradycje. Ale pojawiła się presja, by uczyć się także kazachskiego.

Na styku trzech kultur

Jako inżynier chemik Konstanty Guzowski zjeździł niemal cały Związek Radziecki. Pracował m.in. przy wydobyciu uranu. Teraz razem z żoną, Rosjanką, korzystają z zasłużonego odpoczynku na emeryturze. Cieszą się pobliskimi górami, a on spędza też wolny czas w polskim stowarzyszeniu, do którego należy od początku jego istnienia, czyli od 1992 r. – Wtedy wszyscy chcieli wyjeżdżać – wspomina. – Upadł Związek Radziecki i sytuacja była niepewna. Jedni wszystko tracili, inni się bogacili. Sami mieliśmy problem z wyżywieniem trójki dzieci. Poza tym baliśmy się. Kazachowie odzyskują niepodległość, będą budować własne państwo. A co stanie się z nami?

Helena Rogowska i młodzi Polacy z Nursułtanu (foto. Bartosz Wróblewski)
Nie zdecydował się jednak na wyjazd do Polski ani wtedy, ani później. W Kazachstanie był inżynierem. W Polsce czekał go nowy start, prawdopodobnie praca fizyczna. Poza tym urodził się w Ałmatach i chciał tu zostać. Wyjechały za to jego dzieci. – Mógłbym się do nich przeprowadzić, gdyby miały warunki, żeby nas przyjąć. Ale same są na dorobku, a my z żoną nie chcemy siedzieć im na głowie. Nie chcemy też żebrać w innym kraju o pomoc. Tu nam dobrze, bo jesteśmy niezależni – twierdzi.

Historyczną ojczyznę odwiedził po raz pierwszy dopiero w 2018 r., gdy poleciał na ślub córki. Został na miesiąc. Zwiedził Warszawę, Kraków i Katowice. Na żywo podobały mu się bardziej niż na zdjęciach i w opowieściach z lekcji polskiego. Ale wyjeżdżając, nie żałował, bo wiedział, że wraca w ukochane góry.

– Moje dzieci w Warszawie nie znalazły dobrej pracy, ale w Kazachstanie też o nią trudno. Kiedyś, jak się szło ulicą, to 80% ludzi to byli rosyjskojęzyczni, a 20% Kazachowie. Teraz zaczyna być odwrotnie. Pracy jako urzędnik albo w firmach państwowych nie dostanie nikt bez języka kazachskiego. A ja nie mówię po kazachsku. I moje dzieci też nie. Kiedyś nie było potrzeby, żeby uczyły się tego języka – opowiada. – Zresztą różni nas nie tylko język. Europejczycy, jak Polacy czy Rosjanie, są indywidualistami. A Kazachowie kładą większy nacisk na życie społeczne. W rodzinie wiedzą o sobie wszystko, załatwiają sobie nawzajem pracę i trzymają się blisko. Ale chyba nie przeszkadza im to, że jesteśmy inni. Postanowiliśmy z żoną tu zostać i tak sobie żyjemy na styku trzech kultur: kazachskiej, rosyjskiej i polskiej.

Po kazachsku

Kazachowie przez lata byli zmuszani, żeby myśleć, mówić, uczyć się i pracować po rosyjsku. Od kiedy uzyskali niepodległość, starają się podkreślać swoją niezależność, także przez język. To okazało się jednak trudniejsze, niż sądzili. Ze spisu ludności z 2009 r. wynika, że kazachski w przyzwoitym stopniu opanowało niespełna dwie trzecie mieszkańców kraju, natomiast rosyjski wciąż funkcjonuje jako lingua franca. Nie tylko w życiu codziennym, lecz także publicznym, gdzie jest używany na równi z kazachskim.

Polacy z Karagandy (foto. Bartosz Wróblewski)
Podobne wyniki dało przeprowadzone rok wcześniej badanie Centrum Studiów Alternativa i  Program Studiów Regionalnych Fundacji Open Society. Okazało się, że choć ponad 98% Kazachów wskazuje kazachski jako język ojczysty, tylko 75% płynnie porozumiewa się w tym języku. Znalazły się też całe regiony Kazachstanu, w których język państwowy wciąż nie był powszechnie używany.

Nursułtan Nazarbajew, wieloletni przywódca Kazachstanu, w 2007 r. uznał, że trzeba nauczyć rodaków języka. Solą w oku stali się liczni przedstawiciele mniejszości narodowych (Rosjanie, Ukraińcy, Niemcy i Polacy), wśród których znajomość kazachskiego jest najsłabsza.

– W czasach radzieckich, ale także obecnie, komunikowanie się w języku kazachskim uważano za przejaw zacofania, nieznajomości rosyjskiego. Powinniśmy pozbyć się tych negatywnych skojarzeń, promować ideę, że znajomość języka kazachskiego jest oznaką sukcesu, wolności, wyrafinowania i kompetencji zawodowych – mówił niedługo po spisie ludności ówczesny minister kultury Mukhtar Kul-Mukhammed, który nadzorował politykę językową.

Pojawiły się postulaty opracowania "mechanizmu przymusu" nauki kazachskiego. Dos Kushim, lider ruchu Ult Tagdyry (Los Narodu) stwierdził w 2010 r., że jeśli w kimś przez 20 lat nie zrodziła się chęć poznania języka, to nie ma co się łudzić, że to się jeszcze wydarzy. – Trzeba stworzyć konieczność nauki kazachskiego, która wynika z prawa, jeśli jesteśmy państwem prawa – nawoływał.

Władze opracowały "Państwowy program funkcjonowania i rozwoju języków na lata 2011–2020". Postanowiono w nim cel: do końca 2020 r. 95% obywateli ma mówić po kazachsku przy jednoczesnym zachowaniu znajomości języka rosyjskiego na poziomie 90%. Wprowadzono więcej obowiązkowych godzin nauki kazachskiego do szkół. Wsparcie finansowe otrzymały media w języku narodowym. Znajomość języka państwowego wymuszono także na urzędnikach – od 2010 r. oficjalne pisma urzędowe i akty prawne są sporządzane po kazachsku.

Niepokój rosyjskojęzycznej części społeczeństwa złagodził program trójjęzyczności, który zaczęto wprowadzać w 2010 r. Zgodnie z jego założeniami w szkole na poziomie liceum po kazachsku mają być nauczane historia i geografia państwa oraz literatura kazachska, po rosyjsku – literatura rosyjska i historia powszechna, a przedmioty ścisłe i przyrodnicze – w języku angielskim. Efekty nowej polityki językowej zaczynają być widoczne.

– Dominującą kulturą była i wciąż jest kultura rosyjska. Rosyjskojęzyczna telewizja, literatura i nauka nadają ton życiu w Kazachstanie – mówi Witalij Chmielewski z Karagandy. – Ale Kazachom zależy na tym, żeby rozwijać swoje tradycje, kulturę i naukę. W tym roku aż 80% dzieci, które poszły do pierwszej klasy szkoły podstawowej, mówi po kazachsku. Za 10 lat na rynku pracy ci, którzy mówią tylko po rosyjsku, zaczną się czuć niekomfortowo. Przyjdziesz do restauracji i menu będzie po kazachsku. Trzeba będzie się uczyć nowych słów.

Mimo to Witalij także nie wyjechał do Polski. W wieku 16 lat, kiedy wyrabiał paszport obywatela ZSRR, musiał wybrać narodowość. Matka radziła rosyjską, która wtedy ułatwiała życie. Zdecydował się jednak na polską, po ojcu. Ale wpis w paszporcie mu nie wystarczył. Zapisał się do polonijnego stowarzyszenia i na lekcje polskiego. – Język to kod kulturowy. Jak zaczynasz się go uczyć, poznajesz też tradycje, historię i całe dziedzictwo kulturowe – twierdzi. Lekcje prowadził wykładowca karagandyjskiej politechniki, którego rodzice byli polskimi zesłańcami oddelegowanymi do budowy kolei z Moskwy w głąb Azji Centralnej. Dzięki niemu poznawał nie tylko język, lecz także losy rodaków. Coraz aktywniej angażował się też w działalność polonijną, aż w końcu 10 lat temu został wybrany na prezesa Karagandyjskiego Obwodowego Stowarzyszenia Polaków "Polonia". Jego żona również ma polskie korzenie i mówi po polsku. Nie planują jednak opuszczać Kazachstanu.

– Jest takie powiedzenie: dobrze tam, gdzie nas nie ma. Co się zmieni w moim życiu, kiedy wyjadę do Polski? Tu jestem przedsiębiorcą, a tam musiałbym zaczynać wszystko od początku. Tutaj mamy swoją Polonię: kilkaset osób, które uczą się polskiego i uczestniczą w naszych imprezach, kilkadziesiąt dzieci w pierwszym polskim przedszkolu w Kazachstanie. Nie wiem, czy miałbym to komu przekazać, bo większość osób przychodzi do nas na dwa-trzy lata, a potem wyjeżdżają. Poza tym musiałby to być ktoś, kto ma serce do pracy społecznej – tłumaczy. – A dzieci? Trudno powiedzieć, czego zapragną. Może zakochają się w kulturze Chin i tam wyjadą? Chcę wychować je tak, żeby same potrafiły podejmować decyzje, brać za nie odpowiedzialność. Moja rola to poszerzać ich horyzonty, ale życiowe wybory będą należeć do nich – dodaje.

Wybierz sobie wersję

Tatiana Sławecka, prezes Centrum Kultury Polskiej "Więź" w Ałmatach, nie mogła nauczyć się polskiego od rodziców, ponieważ już oni go nie znali. Jej dziadkowie nie chcieli, by ich dzieci nabrały polskiego akcentu, bo to mogło oznaczać kłopoty. – W końcu język polski był zabroniony. Tak jak kultywowanie polskich tradycji czy modlenie się po polsku – tłumaczy Tatiana, która w szkole nauczyła się angielskiego, a dopiero potem – już w dorosłym życiu – polskiego. Niewiele brakowało, by języka przodków znacznie wcześniej nauczyli ją właśnie dziadkowie. – Gdy byłam mała, zamiast chodzić do przedszkola spędzałam czas u rodziców taty. A oni rozmawiali ze mną w regionalnej odmianie surżyku, na którą składały się polski, rosyjski i ukraiński. Jak tłumaczył dziadek, na Ukrainie z jego młodości ludzie w domach rozmawiali po polsku, na ulicy po ukraińsku, a w szkole i pracy po rosyjsku. Kiedy zostali zesłani na wschód, z tych trzech języków powstał jeden, którym do tej pory porozumiewa się w Kazachstanie wiele osób. Ale ja go nie znam, bo kiedy w końcu poszłam do przedszkola, okazało się, że wychowawczynie mnie nie rozumieją. I rodzice zakazali dziadkom rozmawiać ze mną w surżyku.

Tatiana Sławecka, prezeska Centrum Kultury Polskiej "Więź" w Ałmatach (foto. Bartosz Wróblewski)
Tatiana wychowywała się więc po rosyjsku, choć nieświadomie uczyła się też polskich słów i zwrotów. – Dopiero jako dorosła kobieta zorientowałam się, że "szuflada" czy "kamizelka" nie są rosyjskimi słowami. Takich drobiazgów było więcej. Jak chodziłam z rodzicami do dziadków, to na powitanie zawsze się mówiło "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus". Jako dziecko nie rozumiałam, że to po polsku – wspomina.

Rodzice oraz dziadkowie chcieli, aby poza rosyjskim znała angielski oraz – ze względu na pochodzenie – polski. Nie spodziewali się upadku ZSRR ani tego, że w dorosłym życiu może jej być potrzebny jeszcze jeden język. – Kazachskiego nie znam. Skąd miałabym, skoro w domu czy szkole mówiliśmy tylko po rosyjsku?

Uczyła się go jedynie w dwóch ostatnich latach szkoły, bo dopiero wchodził do programu jako przedmiot obowiązkowy. – Teraz dzieci uczą się go już od przedszkola. Za to spadł poziom nauczania angielskiego i rosyjskiego. A może i całej edukacji? W końcu każdy, kto tylko ma możliwość, wysyła dzieci do liceum lub na studia do Rosji albo do Europy – twierdzi. I dodaje, że naciski władz oraz presja społeczna na naukę kazachskiego są coraz mocniej odczuwalne. A pozycja Kazachstanu w edukacyjnym rankingu PISA w 2019 roku była najniższa w historii.

– Mam bliską przyjaciółkę Kazaszkę, która chce iść na kurs, żeby nauczyć się języka. Dzisiaj potrafi się przywitać, zrobić small talk przy herbacie. Ale żeby porozmawiać o czymś poważnym czy pracować po kazachsku? Na to nie ma szans – opowiada Tatiana. – Kiedy jej córka miała pójść do szkoły, to zastanawiała się, czy nie wysłać jej na rok na kazachską wioskę, żeby nauczyła się języka – wspomina.
Nowe słowo wchodzi do języka kazachskiego, gdy zostanie zaakceptowane przez Republikańską Komisję Terminologiczną. Pod jej auspicjami działa portal internetowy, który informuje obywateli o stanie terminologii i podstawowych zasadach tworzenia neologizmów. Uruchomiono również otwartą platformę elektroniczną do konsultowania nowych terminów z obywatelami. W 2019 r. Komisja wprowadziła do języka 2700 nowych słów.

Mimo to Tatiana nie zamierza uczyć się kazachskiego. – Ten język jest dla mnie zbyt sztuczny. W innych występują zapożyczenia, na przykład z angielskiego, francuskiego czy niemieckiego. A Kazachowie mają specjalną Komisję Terminologiczną, która na wszystko wymyśla nowe nazwy. I tak na całym świecie internet to "internet", a oni mają na to swoje słowo, gałamtor. Wszyscy się z tego śmieją. Poza tym w każdym regionie ludzie rozmawiają trochę inaczej, nie ma jednej oficjalnej wersji języka pisanego dla całego kraju. Pracowałam kiedyś w szkole i pamiętam sytuację, że trzeba było napisać: "Witamy uczestników olimpiady z fizyki". Przyszły cztery nauczycielki kazachskiego, każda miała swoją wersję tekstu i wytykała pozostałym błędy – dodaje Tatiana.

Dalsze problemy wynikają z planów zmiany do 2050 roku alfabetu z cyrylicy na łaciński. Proces zapoczątkował prezydencki dekret z 26 października 2017 r. Od 2025 r. podręczniki i oficjalne publikacje mają już być wydawane łacinką. Na razie funkcjonuje system mieszany, który stanowi źródło nieporozumień, ponieważ nie zawsze wiadomo, jak zapisać niektóre dźwięki. Na przykład "Dzień dobry" można po kazachsku zapisać "Қайырлы күн" albo "Qayırlı kün".

Prezeska ałmatyńskiej :Więzi" podkreśla jednak, że polityka językowa Kazachów jest znacznie mniej opresyjna niż w ZSRR. – Jako mniejszość narodowa otrzymaliśmy prawo do nauki języka polskiego dopiero po odzyskaniu przez nich niepodległości. Pozwolili nam zakładać polonijne stowarzyszenia, zapraszać nauczycieli z Polski. Jednocześnie umożliwiają chętnym naukę kazachskiego za darmo. I nie można mieć do nich pretensji, że żądają od swoich obywateli, by porozumiewali się w języku narodowym. Proszę sobie wyobrazić, że ktoś w Polsce po odzyskaniu niepodległości uważa, że może mówić po rosyjsku lub niemiecku, bo ten język dotąd obowiązywał.

Tatiana zauważa jednak, że nowa polityka językowa to jeden z powodów, dlaczego każdego roku setki Polaków z Kazachstanu starają się o Kartę Polaka i wyjeżdżają. W latach 2015–2018 obywatele Republiki Kazachstanu złożyli 1134 wnioski o przyznanie Karty Polaka i możliwość wyjazdu. W 2018 roku, z którego pochodzą ostatnie dostępne dane, przyznano 142 takie Karty, rok wcześniej było ich 363.

– W mojej rodzinie pierwsza wyjechała kuzynka. Mieszkała pod Ałmatami. Kiedy jej syn poszedł do szkoły, miał wybór: uczyć się w klasie kazachskiej albo ujgurskiej. Nie było nawet rosyjskiej. Wtedy pomyślała – czemu nie jechać? Jak ma się uczyć kazachskiego, to równie dobrze może się nauczyć polskiego. A tam Unia Europejska, więcej perspektyw – tłumaczy.

Polonijna działaczka nie wyjechała jednak do Polski. – Całe życie mieszkam w Kazachstanie i mówię po rosyjsku, ale nie czuję się ani Kazaszką, ani Rosjanką – twierdzi. – Podczas podróży do Polski zrozumiałam, że mam europejską mentalność. Ale zasiedziałam się już w Ałmatach. Zawsze brakowało mi śmiałości, żeby wyjechać. Najpierw nie byłam pewna, czy mój poziom polskiego jest wystarczający. Później bałam się, że nie znajdę pracy. A przecież mogłam jechać już na studia. Jedna moja znajoma pojechała w ciemno i było jej ciężko, bo miała tylko 17 lat, nie znała języka i była sama w obcym kraju. Ale wytrzymała, skończyła studia i jest dumna, że się nie poddała. A ja ciągle siedzę w Ałmatach. Na razie skupiam się na działalności polonijnej, ale tak naprawdę nic mnie tu nie trzyma. Nie mam męża ani dzieci. Może w końcu się odważę? Wszystko jeszcze przede mną! – uśmiecha się Polka.

Na jedną kartę

Alla Berdnikowa długo się nosiła z decyzją o porzuceniu Kazachstanu, ale w październiku 2019 r. razem z mężem i dwójką dzieci wreszcie złożyli wniosek i zdecydowali się na pobyt w ośrodku repatriacyjno-adaptacyjnym w Pułtusku. Przyjechali w grudniu i mieli spędzić tam pół roku, szlifując język polski oraz przechodząc kursy zawodowe. Ze względu na pandemię mieszkali tam jednak trzy miesiące dłużej, niż planowali. Do Warszawy wyprowadzili się dopiero pod koniec lata.

Przedszkole polskie w Karagandzie (foto. Bartosz Wróblewski)
– Dziadkowie i rodzice zawsze powtarzali, że jesteśmy Polakami. Jeszcze jako dzieci pojechałyśmy z siostrą do Polski na wakacje. Wtedy postanowiłyśmy, że chcemy tu studiować – wspomina Alla. Obie już w wieku szkolnym uczyły się polskiego i dostały się na wymarzone studia. Starsza poznała w Polsce męża i już tu została. Młodsza Alla rozpoczęła prawo na Uniwersytecie Warszawskim, ale pewnego lata życie postawiło ją przed trudnym wyborem.

– Podczas wakacji w Kazachstanie poznałam mojego obecnego męża. Zakochałam się i nie wróciłam do Polski na studia. Ale od początku mu mówiłam, że chcę, żebyśmy po ślubie pojechali razem do Polski i tutaj wychowywali dzieci – opowiada. W Kazachstanie mieszkali jednak jeszcze 10 lat. Potrzebowali czasu na załatwienie wszystkich dokumentów dla męża, który nie ma polskich korzeni, a także dla dzieci, które przyszły na świat w Ałmatach. Poza tym mieli tam dom, dobrą pracę i życie towarzyskie. Niełatwo było to rzucić. Ale Alla wciąż wędrowała myślami do kraju przodków, a od niedawna także siostry.

– Wiedziałam, że jeśli wkrótce nie wyjedziemy do Polski i zwiążę moje życie z Kazachstanem, to będę musiała się nauczyć kazachskiego. I dzieci też powinny się go uczyć. Rządzący naciskają na naukę kazachskiego i nawet to rozumiem. Problem w tym, że nie oferowali wcześniej kursów na odpowiednim poziomie, a teraz dużo wymagają. Jeśli nie znasz języka, masz problem. Mój mąż nie mógłby mieć wysokiego stanowiska, gdyby pracował w kazachskim banku. Na szczęście SberBank, który go zatrudniał, jest rosyjski.

Obawy nie dotyczyły wyłącznie języka, lecz także narodowości. – Gdybym znała kazachski, byłoby mi oczywiście łatwiej, ale i tak nie jestem Kazaszką. A Kazachów łączy specyficzna więź. Nawet na policji szybciej pomogą swoim niż nam, którzy się tu urodziliśmy, ale mamy obce korzenie – tłumaczy. – Pamiętam też pewną sytuację ze sklepu moich rodziców w Ałmatach. Wszedł mężczyzna i zaczął mówić do sprzedawczyni po kazachsku, mimo że go nie rozumiała, on zaś znał rosyjski. Kazał jej wyjechać do Rosji, a przecież jej rodzina od pokolenia pradziadków mieszkała w Kazachstanie – wspomina Alla. – Tak napięta była sytuacja na punkcie języka dwa, trzy lata temu. Tuż przed naszym wyjazdem.

Po przyjeździe do Polski rodzina szybko się zaadaptowała, w czym pomogła znajomość języka na dobrym poziomie. Córka właśnie poszła do pierwszej klasy szkoły podstawowej, a syn do przedszkola. – Chcę, by moje dzieci były takie jak inni. Kiedy chodziłam do szkoły w Kazachstanie, w mojej klasie byli uczniowie 15 różnych narodowości. I każdy był dumny ze swojego pochodzenia. Wielokulturowość oczywiście miała w sobie coś ciekawego, bo byliśmy takimi dziećmi świata. Ale podczas studiów w Polsce odkryłam, jakie to piękne, kiedy całe rodziny chodzą do kościoła na Wielkanoc czy Boże Narodzenie. Spodobało mi się, że cały kraj może mieć te same tradycje i świętować w tym samym czasie – wspomina.

Weronika Rzeżutka - Studiowała socjologię i antropologię stosowaną oraz kulturoznawstwo Europy Środkowo-Wschodniej na UW. Publikowała m.in. w "Dużym Formacie", "Kontynentach" i magazynie "Kontakt". Pracuje w Centrum Edukacji Obywatelskiej.

Bartosz Wróblewski - Studiował polonistykę i filozofię na UW. Współpracuje z Fundacją Centrum Badań i Edukacji im. Ryszarda Kapuścińskiego. Publikował m.in. w "Dużym Formacie", "Kontynentach", "FilmPRO".
Alla razem z mężem trafili na trudny czas. Nie zamierzają się jednak poddawać. Ona chce otworzyć cukiernię w Warszawie, on założył internetowy sklep z telefonami. – Wiem, że nie jesteśmy do końca "tutejsi" i że ludzie mogą mieć różny stosunek do repatriantów. Zrozumiałam to już w trakcie studiów. Wydawało mi się wtedy, że Polacy są znacznie bardziej zamknięci niż Kazachowie. Ale z perspektywy czasu, od kiedy mieszkam w Polsce, sądzę, że jest odwrotnie. A może po prostu mamy szczęście, bo trafiamy na dobrych ludzi? – opowiada z uśmiechem. I chociaż tęskni za rodziną, przyjaciółmi i widokami, do Kazachstanu wracać nie zamierza, bo razem z mężem postawili wszystko na jedną kartę. Kartę Polaka.