Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Moscoviada > Rubel / 10.12.2020
Agnieszka Bryc

W Rosji korupcja nie jest patologią, lecz metodą zarządzania państwem

Korupcja w Rosji to coś więcej niż zwykłe łapówkarstwo. Dla większości to sposób przetrwania, dla wybranych – bogacenia się, natomiast dla wszystkich – zasada życia. Przez skomplikowany i nieprecyzyjny system transferów budżetowych, organizacji zakupów i dystrybucji zamówień państwowych samo państwo zachęca do korupcji.
Foto tytułowe
(Shutterstock)

Trudno jest być Rosjaninem. Zanim urodzi się mu dziecko, musi opłacić darmową opiekę szpitalną, bo strzeżonego Pan Bóg strzeże. Chce wysłać dziecko do przedszkola, musi zapłacić. Chce, by duma rodziny dostała się na studia, daje; by zaliczała egzaminy, daje regularnie co semestr; by znalazła pracę, daje bez wahania, bo znajomości to zdecydowanie za mało. Prawo jazdy? Opłata manipulacyjna dla egzaminatora. Budowa domu? Bez łapówki trwa przez większość życia, z łapówką Rosjanin otrzymuje wymagane pozwolenia i kredyt. Nie daj Bóg, jeśli jego potomek popadnie w konflikt z prawem, musi dać i to od serca. Choruje albo najbliżsi potrzebują zabiegu? Musi dać nie tylko od serca, lecz drugie tyle, żeby wyszło dobrze.

Reguły te każdy Rosjanin ma wpisane w instynkt przetrwania. Przybysz z Zachodu uczy się ich przez bolesne doświadczenia, chyba że zdążył przyswoić trzy niezbędne rosyjskie wyrażenia. Po pierwsze, wzjatka (wziątka): dajesz, a pytasz tylko: "Ile?". Po drugie, otkat (dola), czyli zasada lojalności: wzjatką należy się podzielić z kumplami. I po trzecie, sztraf budiet (będzie kara) – to nie zapowiedź mandatu, a zwykła inicjacja negocjacji finansowych.

Jeśli więc wielbiciel Puszkina, Kremla czy wysokoprocentowego Russkowo Standarda zdecyduje się na podróż życia, może nie od razu trasą transyberyjską, ale – załóżmy – z Paryża do Moskwy, jeśli nie będzie leniwy i zamieni lot na podróż pociągiem, to pierwsze lekcje – nielzja (nie wolno) i nada (trzeba) dostanie już na granicy polsko-białoruskiej. Jeśli będzie inteligentnym obserwatorem, otwartym na nowe rozwiązania, szybko zrozumie, że wzjatka uratuje go przed służbistami na granicy, a także pozwoli, by później drogówka lub zwykły policejskij (policjant) odwrócił wzrok lub stracił pamięć.

(Shutterstock)
Jeśli natomiast jadąc metrem do dworca Biełorusskowo zdarzy się – wstyd przyznać – wysiąść z wagonu bez jednego bagażu i jakimś cudem (tak, one w Rosji się zdarzają) wróci on do właściciela kilka minut później powrotnym metrem, wówczas wzajtka nie jest łapówką, a najbardziej zasłużonym podziękowaniem. Nie musi być wcale gotówkowym, bo Rosjanie to naród serdeczny, dziękujesz, jak umiesz i na ile cię stać.

Nie dziwi więc, że Rosja we wszystkich światowych rankingach przejrzystości od lat uczciwie plasuje się na bardzo odległych pozycjach. Według raportu Transparency International z 2019 r., w którym przebadano 180 państw, zajęła 137. miejsce z 28 punktami na 100 możliwych. Oznacza to, że znacznie mniej skorumpowana od Rosji jest Arabia Saudyjska (53 pkt., 51. miejsce w rankingu), Białoruś (45 pkt., 66. miejsce w rankingu) i Turcja (39 pkt., 91. miejsce). Według oficjalnych szacunków skala korupcji w Rosji to przynajmniej 15% PKB, natomiast według nieoficjalnych – może sięgać nawet 25%.

Co łaska, lecz nie mniej niż

Korupcja w Rosji to coś więcej niż zwykłe łapówkarstwo. Dla większości to sposób przetrwania, dla wybranych – bogacenia się, natomiast dla wszystkich – zasada życia. Znany rosyjski politolog Władisław Inoziemcew, autor Nienowoczesnego kraju (2019), widzi w niej "bazową cechą dzisiejszej Rosji". Zasadniczo jednak funkcjonują tam dwa nakładające się na siebie rodzaje korupcji – bytowaja, czyli codzienna, oraz "elitarna", czyli tzw. wielka korupcja. Ta pierwsza dotyka każdej sfery życia obywatela, co potwierdzają badania socjologiczne Maksima W. Nowokonowa i Anny A. Rusanowej z 2017 r. Oczywiście rankingi sytuacji korupcyjnych są różne i zależą od wielu zmiennych: wielkości miasta, odległości od stolicy czy szczebla władzy. Niemniej wśród ankietowanych panuje zgoda wobec tego, że najwięcej okazji korupcyjnych pojawia się w kontaktach z drogówką i inspekcją drogową (62% odpowiedzi), służbami komunalnymi (60%), organami władz miejskich (58%) oraz wymiarem ścigania – policją i prokuraturą (50%). Niewiele mniej okazji daje szkolnictwo wyższe (40%), wymiar sprawiedliwości na poziomie rejonowym i okręgowym (36%), służba zdrowia (32%), a także szkoły średnie (26%). Opłacać się trzeba więc wszędzie.

Według oficjalnych (a zatem z pewnością zaniżonych) danych Prokuratury Generalnej średnia wzjatka w 2018 r. wynosiła 600 tys. rubli., czyli ok. 30 tys. złotych, przy czym suma wszystkich sięgała kwoty 1,8 mld rubli (ok. 100 mln złotych). Tyle dane oficjalne. Te codzienne łapówki są jednak znacznie niższe, często ograniczają się do równowartości kilku, kilkudziesięciu dolarów. W zasadniczy sposób odmieniają jednak ciężki, codzienny żywot Rosjanina. Potwierdzają to badania, zgodnie z którymi w prawie trzech czwartych przypadków (71%) zmiana na korzyść po wzjatce była natychmiastowa. Cennik jest niesformalizowany, trochę przypomina katolickie "co łaska, lecz nie mniej niż". Rosjanie najczęściej mają lub są w stanie zdobyć niezbędną wiedzę o "stawkach", co potwierdza ponad dwie trzecie badanych.

Skala korupcji nie wszędzie jest jednakowa. W dużych miastach, jak stołeczna Moskwa czy Sankt Petersburg tzw. ryzyko korupcji sięga ponad 60%. Jeszcze wyższe jest na prowincji, w lokalnych organach władzy wykonawczej, czyli tam, gdzie trzeba załatwić urzędowe zezwolenia, zarejestrować meldunek czy po prostu uzyskać (teoretycznie darmowe) usługi komunalne. Nie inaczej jest na szczytach władzy. A na górze nie ma polityka, urzędnika wyższego szczebla, deputowanego, ministra czy szefa państwowej spółki, który nie byłby zaangażowany w mechanizmy korupcyjne. O tym, że władza w pełni bądź w większości jest skorumpowana, według sondażu Centrum Lewady z marca 2017 roku jest przekonanych prawie 70% Rosjan.

(Shutterstock)
Dlatego w świecie zachodnim Rosję określa się często mianem kleptokracji, gdzie korupcja nie jest wyłącznie patologią, lecz metodą zarządzania państwem. Na tle innych państw wyróżnia ją skala zjawiska, jak w anegdocie: "Spotyka się dwóch polityków, Amerykanin i Rosjanin. Amerykanin zaprasza kolegę z Rosji do siebie w Waszyngtonie. Cudowny dom, sad, widok na Potomak. – Ależ wspaniale ci się żyje – komplementuje Rosjanin. – Skąd na to wszystko miałeś? – pyta. – Widzisz most przez Potomak? – No, widzę – odpowiada rosyjski gość. – Jego budżet wynosił 75 mln dolarów, sobie wziąłem 5% i z tego właśnie wybudowałem ten dom i zasadziłem przed nim sad. Przyjeżdża ten sam Amerykanin do Moskwy. U rosyjskiego kolegi – oszałamiający penthouse. Amerykanin nie może wyjść z podziwu. Pyta: – Skąd takie luksusy? Takich nie widziałem nawet w Ameryce! – A tam, daleko, widzisz? – wskazuje gospodarz na horyzont za oknem – most przez rzekę Moskwa. – Nie, nie widzę – mówi Amerykanin. – Tam nie ma żadnego mostu – stwierdza. – No widzisz – odpowiada Rosjanin. – Na jego budowę przeznaczono 100 mln i wszystkie trafiły do mnie".

Mechanizmy akumulacji kapitału

Państwo rosyjskie zachęca do korupcji. Posiada skomplikowany i nieprecyzyjny system transferów budżetowych, organizacji zakupów i dystrybucji zamówień państwowych. W  2006 r. Duma Państwowa ratyfikowała konwencję ONZ przeciw korupcji, lecz bez zapisów o karania nielegalnie bogacących się urzędników państwowych. A posiada ich całą armię, bo ponad 7 milionów. Są oni relatywnie nieźle opłacani, lecz mimo to poszukują okazji do poprawy swojego statusu majątkowego i awansu do klasy wyższej średniej, wakacji nie tyko w Turcji, nart nie w Zakopanem, wysłania dzieci na studia do Wielkiej Brytanii lub USA czy nabycia nieruchomości w Czarnogórze. Dlatego wykorzystują możliwości, jaki stworzył system, by czerpać zyski z otkatu, którym opłaca się przede wszystkim rosyjski biznes.

Zwyczajowo więc w koszt produkcji, handlu czy usług wlicza się przynajmniej 15% "doli" dla urzędników. Nie można nie układać się z miejscowymi czinownikami, trzeba przecież mieć kryszę, czyli w miarę bezpieczny biznes. Wystarczy bowiem ulubiona metoda wymuszania ze strony urzędników, czyli "naloty" służb, by skutecznie sabotować wszelki (mały, średni oraz duży) biznes w regionach. Każdy zaradny rosyjski przedsiębiorca "zmiękcza" więc inspekcje – sanepidu, straży pożarnej, nadzoru budowlanego, a także kontroli skarbowej, oddaje dolę urzędnikowi za pozytywne rozpatrzenie wniosku o ulgę, dotację, czy licencję. A w banku odpowiedni procent za udzielenie kredytu. Stawka idzie w górę w zależności od wielkości biznesu oraz rangi urzędnika. Im wyższy poziom, tym więcej pośredników, a ci oznaczają przecież kolejną dolę.

W Panama Papers nie pojawia się wprost nazwisko prezydenta, lecz jego córki Kateriny Tichonowej i najbliższych przyjaciół, m.in. wiolonczelisty Sergieja Rolduga oraz Jurija Kowalczuka, nieoficjalnie nazywanego "osobistym bankierem" prezydenta Rosji. W grę wchodzą 2 miliardy dolarów ukryte na rachunkach w Panamie, Szwajcarii i na Cyprze. Bez zgody prezydenta takie transakcje nie byłyby możliwe
Dlaczego więc dziwić się skandalom, które na tle korupcyjnym wybuchają z dużą częstotliwością, a które poruszają znacznie bardziej społeczeństwa zachodnie aniżeli samych Rosjan? Obrazują one nieprawdopodobną skalę zawłaszczania majątku państwa począwszy od Putina, przez byłego premiera Dmitrija Miedwiediewa, oligarchów, po mera Moskwy Jurija Łużkowa i jego żonę Jelenę Baturinę czy prokuratora Jurija Czajkę. Jeśli korumpować i kraść – przepraszam: optymalizować i akumulować kapitał – to tylko liczony w miliardach rubli. Nie przez przypadek rosyjscy miliarderzy regularnie pojawiają się w rankingach najbogatszych ludzi świata. Nie uświadczymy tam jednak Putina ani wysokich oficjeli administracji, choć machinacje majątkowe prezydenta zostały opisane w przeciekach Panama Papers, a rosyjskich oligarchów i celebrytów w Paradise Papers.

Bardzo obrazowo mechanizmy "akumulacji kapitału" przedstawił Aleksiej Nawalny w dokumencie opublikowanym na YouTubie Ja wam nie Dimon ("Nie jestem dla was Dimką", to poufałe zdrobnienie imienia Dmitrij), który bije rekordy popularności i dziś ma prawie 37 mln odsłon. Wyjawił typową sieć transferów finansowych między Kremlem, oligarchami a majątkiem państwowym przykładzie Dmitrija Miedwiediewa. Pokazał tajne rezydencje, w tym na Rublowce (elitarnej dzielnicy polityków i oligarchów) o wartości 5 mld rubli i na Krasnoj Polanie, gdzie oficjalnie funkcjonuje kompleks olimpijski, a w rzeczywistości dacza zimowa ówczesnego premiera. Pokazał także prawdziwe źródła zmian legislacyjnych. Na przykład gdy Miedwiediew przejął winnicę Skalisty Brzeg w Kraju Krasnodarskim, to postarał się, żeby oficjalnie zmienić status wina z "alkoholu" na "produkt rolniczy". Pozwoliło to na sprzedaż własnej produkcji win rolnikom, a nie – jak dotąd – wyłącznie przedsiębiorstwom, a przy okazji na korzystanie z dopłat do produkcji rolnej. A poza tym zezwolił na reklamę telewizyjną win, a także zmniejszył ich akcyzę. Nawalny udokumentował ponadto kanały defraudacji miliardów rubli oraz mechanizmy ukrywania realnego majątku. Przykład Miedwiediewa jest do bólu typowy. Oficjalnie nie jest on właścicielem żadnej z posesji, bo zarządza nimi fundacja Dar. Fundację tę obdarowują natomiast oligarchowie i koncerny, które chcą zapewnić sobie kryszę (ochronę). Jak na przykład sumą 33 mld rubli Novatek, rosyjski prywatny koncern gazowy.

Krysza od Kremla

Mechanizm zawłaszczania majątku państwowego nie jest niczym nowym. W ten sposób działa kormlienie (mechanizm karmienia, i to od czasów Rusi. Jeszcze do XVIII wieku uważano, że "łatwiej i taniej jest urzędnika nakarmić na koszt narodu, aniżeli kosztem carskiej kaźni". Karmienie władzy i urzędników majątkiem państwa utrwaliło się na dobre w XIX w. Legło również u podstaw "nowej" Rosji po rozpadzie ZSRR. Bogacili się ci, którzy mieli ponjatie, czyli pojęcie tego, jak funkcjonują głębokie struktury państwa. Nie bogacili się więc jak ich zachodni odpowiednicy, spokojnie i w ciągu pokoleń. Fortuny Noworuskich eksplodowały jak fajerwerki na kremlowskim Placu Czerwonym w Dzień Zwycięstwa 8 maja. Mechanizm bogacenia się był nie tylko korupcyjny, lecz wręcz kryminalny. W efekcie do lat 90. większość gospodarki rosyjskiej znalazła się w prywatnych rękach niewielkiej grupy oligarchów, którą nie bez powodu nazywano Gangiem Siedmiu Banków (siemibankirszczina).

Aleksiej Nawalny w sądzie w 2017 r. (Shutterstock)
Skala zawłaszczania majątku państwa była oszałamiająca. Do kryzysu rublowego w Rosji w 1998 r., czyli momentum rosyjskiej transformacji, z 17 prywatyzowanych największych kompanii naftowych wartych łącznie przynajmniej 17 mld dolarów do skarbu państwa wpłynęło 1,4 mld dolarów, czyli nawet nie jedna dziesiąta ich rzeczywistej wartości. Mechanizmem przejmowania majątku państwa były „pożyczki za udziały”, które polegały na tym, że oligarchowie, a konkretnie ich prywatne banki udzielały pożyczki państwu pod zastaw konkretnych przedsiębiorstw. Najczęściej po roku niespłacanych zobowiązań zastawione przedsiębiorstwo przechodziło w ręce oligarchów. A ci oczywiście dzielili się dolą (otkat) z politykami, którzy umożliwili tak intratną transakcję. W ten sposób przykładowo Michaił Chodorkowski przejął jedną trzecią kampanii Jukos oraz wydzierżawił kolejne 45% jej udziałów. Nieprawidłowość polegała na tym, że Menatep Chodorkowskiego był w tej samej sprawie zarówno licytatorem, jak i jedynym oferentem w przetargu. Przejęcie odbywało się także za przyzwoleniem władz, gdyż 10% udziałów Menatepu znajdowało się w rękach państwa.

Bez przyzwolenia z góry takie praktyki nie byłyby możliwe. To władza, czyli Kreml, daje kryszę (krysza to dach; dawać kryszę oznacza zapewniać ochronę), natomiast klient dzieli się zyskiem z patronem i pozostaje wobec niego lojalny. Innymi słowy, nie wykazuje ambicji politycznych, ani nie podważa władzy patrona. Błąd ten popełnił Chodorkowski. Po wyjeździe z Rosji Borysa Bieriezowskiego oraz Władimira Gusińskiego posiadał on najsilniejszą pozycję spośród starych oligarchów, a przy tym także ambicje polityczne. Sposób rozprawienia się Kremla z Chodorkowskim, to jak pozbawiono go nie tylko większości majątku, który przeszedł w ręce państwa, ale także wolności, skazując na wieloletnie osadzenie w łagrze, było czytelnym sygnałem dla każdego oligarchy, czym grozi naruszanie niepisanych reguł gry.

Chodorkowski mógł wcześniej wyciągnąć wnioski z problemów Borysa Bieriezowskiego, który w latach 90. był niekwestionowanym oligarchą numer 1 w Rosji, który trząsł prezydentem Borysem Jelcynem. Miał też na tyle dobrą intuicję, by zdążyć przetransferować część swojego majątku za granicę i samemu ostatecznie wyemigrować do Londynu. Nie zauważył jednak, że Londyn coraz bardziej stawał się Londongradem, gdzie pod nosem służb JKM operują swobodnie oficerowie FSB czy GRU. Pierwsze ostrzeżenie od Kremla dostał więc w 2006 r., kiedy polonem został otruty jego prywatny ochroniarz, były podpułkownik KGB/FSB Aleksander Litwienienko. Bieriezowski wprawdzie zamilkł na jakiś czas, lecz na niewystarczająco długo. Dlatego w marcu 2013 r. został znaleziony martwy w łazience swojego apartamentu, gdzie był uprzejmy "popełnić samobójstwo".

Swoich państwo skrzywdzić nie da

Zagrożeni utratą majątku są nie tylko wielcy, dokładnie taka sama zasada lojalności dotyczy tych bogacących się na majątku państwa na niższych szczeblach władzy i biznesu. Jeśli pamiętamy wielkie uroczystości w Jerozolimie w styczniu tego roku, na których głównym gościem był prezydent Władimir Putin, to pamiętamy także jednego z organizatorów tego przedsięwzięcia, prezydenta Europejskiego Kongresu Żydów Mosze Kantora. A w istocie Wiaczesława Mosze Kantora – Rosjanina z urodzenia, Izraelczyka z kalkulacji, a oligarchę dzięki pieriestrojce. Dzięki przyjaźni z Gienadijem Burbulisem z kręgu doradców Borysa Jelcyna Wiaczesław Kantor wszedł w bliski kontakt towarzyski z Michaiłem Prusakiem, ówczesnym gubernatorem Nowgorodu. A że Prusak był zainteresowany prywatyzacją zakładów azotowych, natomiast Kantor, który wcześniej przeprowadził tam ekspertyzę ekologiczną, dostrzegł potencjał nie tyko zakładów, lecz całej branży chemicznej, to zmodyfikowali znany mechanizm prywatyzacji "pożyczka za udziały". Kantor najpierw otrzymał z przedsiębiorstwa (które zamierzał nabyć) wystarczającą ilość surowca, by za jego sprzedaż zdobyć kapitał pozwalający przejąć jedną trzecią akcji Azotów. W ten sposób w 1993 r. stworzył fundament pod swoją flagową firmę, a później grupę kapitałową Akron, która zresztą swojego czasu była zainteresowana przejęciem polskich Azotów i z czasem stała się potentatem nawozowym w Rosji.

Prędzej czy później musiał się zderzyć z silniejszym od siebie. Okazało się, że nie tyko Kantor jest zainteresowany przejęciem murmańskiej spółki wydobywczej Apatite, lecz także koncern Chodorkowskiego. Po przegranej Kantor przekazał prokuraturze informacje, które przyczyniły się do "sprawy Jukosu" w 2003 r., czyli rozprawienia się Kremla z Chodorkowskim. Dlatego obawiając się kłopotów, poszukiwał nowej kryszy, czyli zabezpieczenia. A najlepiej paszportu państwa, które nie pozwala na ekstradycję swoich obywateli. Wybór był więc oczywisty. Wiaczesław Kantor został Izraelczykiem.

Wiaczesław Mosze Kantor w Izraelu w 2018 r. (Shutterstock)
Kantor – podobnie jak Chodorkowski, lecz na mniejszą skalę – złamał niepisane reguły gry. Częścią ponjatia jest świadomość tego, że system władzy w Rosji jest powiązany z własnością. System wymaga lojalności, za nieponjatie się karze, a za zdradę – karze się bez litości. I odwrotnie. Lojalnych, czyli "swoich" państwo dające kryszę nie pozwoli skrzywdzić. Dlatego gdy wybuchł skandal związany z ukrytym majątkiem Miedwiediewa, władze milczały, a media państwowe zarzucały Nawalnemu intencje polityczne i szkalowanie premiera. Jeszcze ciekawiej wyglądała "sprawa Czajki", czyli prokuratora generalnego wykorzystującego nadzorowane przez siebie organy ścigania do ochrony brudnych interesów swoich synów. Bulwersuje ona Rosjan od 2015 r., po publikacji przez Fundację walki z korupcją Aleksieja Nawalego raportu na temat kryminalnych praktyk prokuratora. Nawet prezydent Putin podczas dorocznej konferencji z dziennikarzami odniósł się do sprawy. Odpowiedział wówczas rosyjskiej dziennikarce: "Dobrze, że zwracacie na to uwagę. Jesteśmy jako państwo w obowiązku zareagować". Jednak brak reakcji w Rosji może być także reakcją. Chyba że za dobrą monetę uznamy, że po pięciu latach, czyli w styczniu 2020 r., prezydent Putin zapowiedział odejście Jurija Czajki ze stanowiska prokuratora generalnego. W 2020 r. skończył on 69 lat, więc nie była to jednak dymisja, bo urząd prokuratora generalnego ma ograniczenie wiekowe do 70 lat. Prezydent Putin nagrodził go wręcz za wieloletnią lojalność, zapowiadając przesunięcie Czajki na inne stanowisko w administracji państwa.

Jeśli więc prokurator generalny wykorzystuje swój urząd do mafijnej działalności, a państwo udziela mu w tym procederze kryszy, to jak ma wyglądać przeciwdziałanie korupcji i walka z nią? Dokładnie tak samo, jak buduje się w Rosji demokrację. Jest ona państwem demokratycznym, bo taki zapis widnieje w konstytucji. Rosja zwalcza więc korupcję, bo powołała w tym celu szereg instytucji. Co więcej, w 2008 r. Dmitrij Miedwiediew – wówczas pełniący urząd prezydenta – ogłosił "narodowy plan antykorupcyjny". Z kolei prezydent Putin w każdym swoim dorocznym orędziu wspomina o konieczności jej zwalczania. Regularnie również zapowiada, że rozprawi się z łapownikami. A póki co rozprawia się z Aleksiejem Nawalnym, który skalę korupcji władzy w Rosji obnaża.

Szansa na skruszenie kryszy

Z korupcją bezwzględnie walczyli bolszewicy. W 1918 r. łapówkarstwo obciążono karą więzienia do 5 lat, a także konfiskatą mienia, kilka lat później dodano karę rozstrzelania. A strzelano głównie do wrogów reżimu. Każdy bowiem wróg to z pewnością również łapówkarz. Sam Feliks Dzierżyński powiązał łapówkarstwo z działalnością kontrrewolucyjną. W swoich meldunkach pisał, że korupcja jest przejawem "drobnomieszczańskiego kapitalizmu" i dlatego każdego urzędnika swojego resortu złapanego na łapówkarstwie postawi pod ścianę. Z czasem dodano do tego przekonanie o czystości państwa socjalistycznego, co pozwoliło w 1957 r. ukuć powiedzenie, że "w młodym państwie socjalistycznym łapówkarstwo jest rzadkością". W ten sposób "wyeliminowano" problem korupcji w ZSRR. Publicznie nikt nie brał ani nie dawał na łapu (w łapę), płacono bowiem "pod stołem" czym się dało – wódką, papierosami i wszelkim możliwym towarem, bo każdy towar był deficytowy.

Agnieszka Bryc - adiunkt na Wydziale Nauk o Polityce i Bezpieczeństwie UMK w Toruniu. Była członkini Rady Ośrodka Studiów Wschodnich. Specjalizuje się w problematyce międzynarodowej aktywności Rosji.
Rosyjskiej korupcji nie zwalczy się, powołując dziesiątki instytucji antykorupcyjnych. Ani zapowiadaniem kolejnych narodowych strategii. Dopóki korupcja będzie częścią krwioobiegu systemu państwa, które karmi "swoich", dopóki będzie przyzwolenie na zachowania korupcyjne na co dzień, dopóty Rosja pozostanie na 137. miejscu w rankingu Transparency International. Potrzebna jest głęboka zmiana świadomości oraz przekonanie samych Rosjan, że można żyć w państwie bez korupcji. Dlatego "efekt Nawalnego" będzie postępował powoli. Opozycjonista jednocześnie uczy Rosjan, czym jest "inteligentne głosowanie" (czyli głosowanie na każdego polityka spoza partii władzy), co daje coraz bardziej zauważalne efekty także w regionach, a więc tam, gdzie korupcja rządzi niepodzielnie. Jeśli dodać do tego fenomen nowej generacji młodych Rosjan wychowanych na mediach społecznościowych, YouTubie oraz Telegramie – czyli pokolenia, które buduje swoje poglądy w oparciu nie o tradycyjne media, które w pełni kontroluje władza, lecz o nowoczesne, w tym społecznościowe – to kruszenie kryszy Kremla nie jest kwestią "czy", tylko "kiedy".