Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Jedwabny Szlak / 16.04.2024
Marta Burza

Byle nie Afganistan. Długa droga migrantów na ateński plac Victoria

Plac Victoria mógłby być symbolem upadku człowieczeństwa. Ateńczycy przechodzą nim, ale nie wchodzą w interakcje ze śpiącymi tam rodzinami, głównie z Afganistanu. „Dlaczego nie przeniosą się do obozów utrzymywanych przez rząd i UE?” – zastanawiają się Grecy. A oni już tam byli. I nie chcą wracać.
Foto tytułowe
Uchodźcy na Placu Victoria w Atenach (fot. Shutterstock)



Posłuchaj słowa wstępnego drugiego wydania magazynu online!



Nad placem czuwa pomnik Tezeusza. Mityczny bohater spogląda na wszystkich obecnych na Victorii, jakby chciał ich chronić.

Na szarym kocu naprzeciwko pomnika siedzi Ahad. Ma na sobie białą koszulkę, jeansowe szorty i sportowe, granatowe buty. Kiedy się uśmiecha, w kącikach ust pojawiają mu się lekkie zmarszczki. Wygląda na 30–35 lat. – Nie znam swojego wieku. W Afganistanie kilkadziesiąt lat temu nie zawracano sobie głowy dokumentami. Mama opowiadała mi, że któregoś dnia po prostu wyrzucała śmieci, źle się poczuła i zaczął się poród. Bez lekarza czy szpitala. Nie wie dokładnie, kiedy – mówi.

Nosi ze sobą przewieszoną przez ramię saszetkę z podrobionym logo Adidasa. W środku trzyma leki przeciwbólowe, telefon i power bank. Nie chowa tam tylko pieniędzy. Odkąd go okradli, zostawia je u znajomych, którym udało się załatwić pokój. Nie chce im się narzucać, więc tam nie nocuje, zresztą nigdy mu tego nie proponowali. Sami mają ciasno, dwie rodziny z dziećmi w kawalerce.

Ahada okradziono, kiedy spał. Stracił dokumenty i pieniądze – wszystkie, jakie miał, czyli 110 euro. Odkładał z kieszonkowego, które dostawał jeszcze podczas pobytu w obozie dla uchodźców. W Afganistanie powodziło mu się dość dobrze, a przynajmniej było go stać na dach nad głową i jedzenie, ale oszczędności pochłonęła kosztowna podróż przez granice i opłaty dla szmuglerów, którzy wyłudzali coraz to większe kwoty.


Pod ciężarówką ze stolicy talibów


Na placu Victoria znajdują się ruchome schody prowadzące do stacji metra. Obok nich stoi mały kiosk, a młody sprzedawca obsługuje klientów, na każdej zmianie patrząc przez małe okienko na migrantów. – Rząd ich tutaj przysłał. Myślę, że są z Lesbos. Zabrali ich stamtąd, żeby zostawić wyspę turystom – twierdzi. Nigdy nie zgłębił tematu, nie wie, że Lesbos to migracyjna klęska Europy. Tamtejszy obóz był dla wielu pierwszym punktem po dotarciu na kontynent i to nie rząd ich tu przysłał, ale sami uciekli z wyspy. Wciąż jednak pozostało tam kilkanaście tysięcy ludzi. W miejscu zaprojektowanym na przyjęcie trzech tysięcy. Tego młody chłopak z kiosku nie wie.

Still better than Afghanistan – mówi Ahad. Świetnie zna angielski, uczył się, oglądając amerykańskie filmy. Jego ulubiony to Mission Impossible. – Mój region, prowincja Helmand w południowo-zachodniej części kraju, to stolica talibów. Wychodząc z domu, nie wiesz, czy nie trafisz na minę. Rodzina? Moi rodzice są już starszymi ludźmi, mają ponad 80 lat. Dla nich jakakolwiek dłuższa podróż, a szczególnie niepewna, długa i wyczerpująca droga do Europy, to pewna śmierć. Oboje zostali w Afganistanie, ale chcieli, żebym chociaż ja wyjechał. Chcę mieć normalne życie. Kocham mój kraj, zostałbym, gdybym tylko nie musiał martwić się o swoje życie. Ale wszystkim powtarzam, żeby choćby nie wiem co, nie jechali do Afganistanu.

Prowincja Helmand, z której pochodzi Ahad znana jest z uprawy opium (fot. Wikicommons)
Od siedmiu lat Misja Wsparcia Organizacji Narodów Zjednoczonych w Afganistanie dokumentuje co roku śmierć ponad 3 tys. cywilów. Zdaniem Michelle Bachelet, Wysokiego Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka, kraj ten pozostaje jednym z „najbardziej śmiercionośnych miejsc na świecie dla ludności cywilnej”.


Droga Ahada zaczęła się, kiedy w naczepie ciężarówki przekraczał pierwszą granicę. Wertepy nie dawały zebrać myśli, czas coraz bardziej się dłużył. Celem była Turcja, gdzie chciał dotrzeć wraz z kuzynem. Ten czuł się źle już w Afganistanie, ciężkie warunki po drodze okazały się dla niego za trudne. Nie przeżył.

Do Turcji Ahad dotarł więc sam. Nie mógł tam zostać, bo nie dostał papierów, a praca na czarno groziłaby deportacją do Afganistanu. Wciąż śnią mu się odgłosy wybuchów – to echo życia w prowincji Helmand, gdzie naloty, eksplozje bomb i strzelaniny są na porządku dziennym.

W ciągu ostatnich kilku lat Talibowie przejęli kontrolę nad około 80% regionu. To największa z afgańskich prowincji, przebiega przez nią krajowa autostrada, która łączy zachodnie prowincje z Kandaharem i Kabulem. Brakuje tam szkół, dostępu do opieki medycznej i elektryczności, a walki między siłami rządowymi i talibami spędzają mieszkańcom sen z powiek.


Prawo dżungli


Kolejny krok to przeprawa drogą morską. Do Grecji dotarło w ten sposób ok. 60 tys. osób w 2019 r., nieco ponad 9 tys. w 2020, a do maja 2021 na tę trudną przeprawę zdecydowały się 2793 osoby. – Odzyskaliśmy kontrolę, zmniejsza się napływ ludzi – mówił w kwietniu Notis Mitarakis, grecki minister ds. migracji i azylu, który wielokrotnie już podkreślał, jak ważna jest „ochrona granic Grecji, które są jednocześnie granicami Unii Europejskiej”. Dodał, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy więcej ludzi opuściło kraj legalnie (11,5 tys.) – w ramach deportacji, dobrowolnych wyjazdów lub relokacji – niż przyjechało (7,3 tys.). Minister nie wspomniał, że część z nich odesłano do ich krajów po tym, jak podpisali dokumenty deportacyjne, nie rozumiejąc z nich ani słowa. Nie wspomniał też o wielu osobach, które zniknęły bez wieści po tym, jak zostały aresztowane.

Ahad rozpoczął swoją podróż rozchybotanym pontonem razem z grupą 35 innych migrantów. Obiecano im, że dotrą do Grecji, a taka podróż kosztowała każdego z pasażerów około 700 euro. Bali się. Do tego szmuglerzy nie mieli ludzi, którzy by wsiedli na ponton i nim kierowali. To scenariusz, który powtarza się w wielu historiach, znają go prawie wszyscy, którzy przeżyli taką przeprawę. Kilka minut przed wypchnięciem łódki na morze jeden z przemytników krzyczy tylko, żeby jedna osoba zajęła kierowaniem. Ktoś w końcu się zgłosił i wypłynęli. Było ciemno, zimno, ponton niebezpiecznie się przechylał, a dzieci płakały. Ukazał się brzeg, ale do łodzi podpłynął statek, z którego słychać było wyraźne okrzyki: „Wracajcie do Turcji, nic tu po was!”. Ahad nie jest w stanie powiedzieć, co to była za łódź ani kto krzyczał.
Uchodźcy docierają do wyspy Lesbos - tu rok 2015 (fot. Shutterstock)
Mogła to być straż przybrzeżna, lub inne służby odpowiedzialne za tzw. push backi – odpychanie łodzi z migrantami z powrotem na morze. Grecja regularnie stosuje tę brutalną praktykę, o czym wielokrotnie alarmowały organizacje pozarządowe i sami uchodźcy (rząd zaprzecza). Ahad nie chciał słuchać. Wskoczył do wody, dostał się na statek. Załoga nie miała już wyjścia, zabrała go na ląd, na wyspę Samos, a tam trafił do obozu dla uchodźców. Nie wie, co z resztą. Niektórzy wskoczyli do wody, innych być może odepchnęli? Nie potrafi odpowiedzieć. Wierzę mu, jest zestresowany, kiedy poruszam ten temat, więc nie drążę. O obozie mówi jednoznacznie: – To było piekło, traktowali nas jak śmieci. Od razu zaprowadzili mnie do rejestracji, zapytali o podstawowe dane, a potem dali do rąk koc i powiedzieli, żebym szedł, gdzie chce, mam sobie radzić. Prawo dżungli – opowiada. Kolejki pod prysznic, kolejki do toalety. Ahad wspomina godziny, które spędził w oczekiwaniu na kilkuminutową „kąpiel” w lodowatej wodzie. Na Victorii jeszcze w 2016 roku stały publiczne toalety, ale usunięto je, żeby zniechęcić migrantów do pobytu na placu. Na szczęście w pobliżu jest kilka afgańskich knajpek, do których migranci mogą swobodnie wejść i bezpłatnie skorzystać z łazienki. – Jest lepiej niż w tamtym obozie – kwituje Ahad.

– Na Samos spałem pod gołym niebem, przykryty płótnem od stóp do głów, bo w nocy biegały po nas szczury. Zresztą noce były krótkie. Jeśli chciałem załapać się na śniadanie, musiałem już o 3:00 ustawić się w kolejce, żeby kilka godzin później, może o 9:00, dostać jednego, suchego rogalika – wspomina. Największym problemem jest przeludnienie. Na Samos, gdzie wylądował Ahad, w obozie przeznaczonym dla 648 osób jeszcze w październiku mieszkało 4,5 tys. migrantów – relacjonowała grupa zrzeszająca wolontariuszy świadczących tam pomoc. W takich warunkach nie sposób zapewnić mieszkańcom godnych warunków. Wszędzie są kolejki: do jedzenia, wody, prysznicy i toalet. Polityka migracyjna jest dysfunkcyjna: obozy, które powinny być jedynie tymczasowym schronieniem, stają się domem na lata.

Rytm dnia na placu Victoria wyznaczały dostawy posiłków. Imam Atta-ul Naseer z muzułmańskiej społeczności Ahmediyya wraz z organizacją Humanity First przywoził jedzenie na plac. Było dobre, dużo lepsze niż w obozach. – Na placu Victoria zaczęliśmy wydawać jedzenie w  czerwcu 2020 roku. Na początku był to jeden posiłek dziennie, ale odpowiadając na potrzeby ludzi, którzy tam przebywali, zaczęliśmy wydawać dwa posiłki, o godz. 12:00 i 19:00. Czasem było ich 500-600 dziennie. Do każdego posiłku dodawaliśmy wodę i butelki z mlekiem dla rodzin z dziećmi – opowiada mi imam.

Obserwowałam, jak wolontariusze (zwykle czwórka), roznoszą paczki zgromadzonym na placu. Mieli maseczki i rękawiczki, pilnowali, aby wszyscy dostali posiłek.

Trwało to do listopada 2020 roku. Następnie, ze względu na ograniczony budżet, liczba rozdawanych posiłków spadła do jednego dziennie, z końcem marca 2021 r. społeczność Ahmediyya musiała przerwać tę działalność. Wciąż jednak stara się, jak może. – Prowadzimy projekt, dzięki któremu możemy wspierać uchodźców, którzy mają już zakwaterowanie, comiesięcznymi racjami żywnościowymi – tłumaczy imam.





Byle do kolejnej granicy

Kontakt ze szmuglerami nie kończy się na wejściu na łódkę w Turcji. Nocą po placu Victoria przechadzają się mężczyźni, którzy mają znajomości i busy. Obiecują transport do granicy grecko-macedońskiej, przekroczenie jej pieszo, bus do kolejnej granicy, przekroczenie jej pieszo. I do kolejnej, i kolejnej. Aż do Niemiec. Kto ma pieniądze, albo może jeszcze pożyczyć je od krewnych – próbuje szczęścia. Byle do granicy. Próbowałam dowiedzieć się czegoś o przemytnikach od ateńskiej policji, ale ta konsekwentnie odmawia komentarza. Szmuglerzy to nie jedyni, którzy ludzi z Victorii ładują do busów i przerzucają w inne miejsce. Są też greckie służby mundurowe, które co jakiś czas – zwykle nocą lub wczesnym rankiem – zabierają część osób do pobliskiego obozu Eleonas. – To więzienie, nie obóz. Uciekłem – mówi Ahad. I znów trafił na Victorię, do punktu wyjścia.
Jeden z obozów uchodźców w Grecji (fot. Shutterstock)


Imam Atta-Ul Naseer tłumaczy mi, dlaczego migranci wybierają akurat Victorię: – W latach 2015–2016 sytuacja była podobna, uchodźców było wielu, a kiedy nie mieli się gdzie podziać, zaczęli sypiać na tym placu. W pewnym momencie pojawiły się tam organizacje pozarządowe i wolontariusze oferujący wsparcie. Victoria to miejsce, które kojarzy się z możliwością uzyskania pomocy.

Kilka metrów od ludzi leżących na kocach z logiem UNHCR stoją należące do pobliskich knajp ogródki. Niezależnie od pory dnia przebywają w nich turyści i Grecy – jak gdyby nigdy nic. Jakby siedzieli za weneckim lustrem.

Przy małym stoliku w cieniu drzew siedzą trzy kobiety, na oko trzydziestoparoletnie. Ubrane kolorowo, wakacyjnie, jedna ma mocno rozmazaną szminkę. Piją pomarańczowy Aperol Spritz i żywo rozmawiają. Śmieją się. Może dwa metry dalej na rozłożonym kocu też siedzą trzy kobiety, też uśmiechnięte, z kwiecistymi chustami zasłaniającymi włosy. Piją herbatę z termosu, co jakiś czas odbijają piłkę ze znudzoną dziewczynką.

Nadia ma 14 lat. Uśmiecha się, chce ćwiczyć swój angielski, którego trochę uczyła się w domu, w Afganistanie. – Tam nie chodziłam do szkoły, nie było możliwości. Tutaj też na razie się nie uczę, ale będę! No i w Grecji już się nie boję, nawet kiedy śpimy na Victorii. Jest bezpiecznie – mówi, a jej matka zza drzewa dyskretnie pokazuje jej, żeby przestała już zawracać mi głowę.


Czy Grecja wykarmi więcej ludzi


Plac Victoria w Atenach (fot. Shutterstock)
Próbuję obudzić Ahada. Byliśmy umówieni na 8:00, ale wciąż śpi. Daje mu kuksańca w ramię. – Zostaw go, nie wiadomo, czym może cię zarazić – mówi przechodząca obok zbrzydzona Greczynka, jednocześnie plując na mnie przez szparę w zębach. Wycieram z ramienia te dobre, bo greckie zarazki i idę kupić dwie kawy w pobliskiej kawiarni. – Grecja nie wykarmi więcej ludzi. Dla nas brakuje pracy, a mamy dawać innym? Ten kraj nie pomieści nikogo więcej, jest za ciasno. Kartą czy gotówką? – rzuca zirytowana baristka w lokalu przylegającym do Victorii.

Mimo niechęci Ateńczyków są też dobre momenty, kiedy radość z rozmowy przyćmiewa smutek i frustrację. Plac jest miejscem spotkań. Nawet dla tych, którzy znaleźli już własny kąt.

Ahad woli spać na Victorii, w środku miasta. Do upokorzenia w obozie nie zamierza wracać. Ale tego George, fizjoterapeuta po czterdziestce mijający plac w drodze do pracy, nie wie. – Przecież w obozie byłoby im lepiej! – powtarza, kręcąc głową.

Ahad chciałby znaleźć legalną pracę. Mógłby pracować fizycznie. O czym marzy? O powrocie do Afganistanu, do znajomej kultury, rodziny i przyjaciół – tych, którzy jeszcze nie uciekli i nie zginęli. Wie, że to niemożliwe, to zbyt duże niebezpieczeństwo. Pozostaje mu starać się o papiery, które zalegalizują jego pobyt.

Kiedy migrant dociera do Grecji i trafia na policję, zostaje przesłuchany. Opowiada o sobie, o tym, dlaczego zdecydował się opuścić swój kraj, gdzie jest jego rodzina. Po wypełnieniu odpowiednich dokumentów aplikacyjnych, ubiegający się o status uchodźcy musi poczekać na specjalny wywiad w tej sprawie.

Marta Burza - indolog, turkolog i absolwentka Podyplomowych Studiów Pomocy Humanitarnej, a z pasji dziennikarka. W wolnych chwilach włóczy się po świecie. Pisała dla Gazety Krakowskiej, Krytyki Politycznej i portalu Popmoderna.pl, a w Gazeta.pl redaguje newsy. Interesują ją migracje, nierówności społeczne i Azja Południowa
W praktyce oczekiwanie może potrwać nawet dwa lata. W tym czasie miejscem zamieszkania staje się obóz. Jeśli po wywiadzie migrant otrzyma status uchodźcy, ma 30 dni na to, żeby go opuścić i zacząć żyć samodzielnie. Przestanie również dostawać od rządu zapomogę finansową. W efekcie ludzie zostają porzuceni bez środków do życia, bez dachu nad głową i bez pracy. Jadą na Victorię. W przypadku decyzji negatywnej migrant ma w perspektywie deportację. Albo ucieczkę.

Jeśli Ahadowi nie uda się dostać papierów – czeka go kolejna podróż. Byle do granicy. Byle nie do Afganistanu.

Tekst powstał dzięki współpracy z Minority Rights Group i zaufaniu Ahada, który podzielił się ze mną swoją historią na ateńskim placu Victoria. Piliśmy kawę, świeciło słońce.

Artykuł został wznowiony.
Data pierwszej publikacji: 07.06.2021