Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Międzymorze / 03.11.2022
Nikodem Szczygłowski

Przemyśl wiele już widział. Ukraińcy uciekający przed armią Putina wpisują się w okrutną historię

Sceny z dworca kolejowego Przemyśl Główny, które obserwowałem jako wolontariusz i tłumacz po inwazji Rosji na Ukrainę, wywoływały we mnie wyobrażenia o masowej ucieczce cywilów z Galicji Wschodniej w obliczu rosyjskiej ofensywy w 1914 roku.
Foto tytułowe
Marszałek polowy Friedrich wizytuje fort w Przemyślu w 1915 roku (fot. Wikicommons)

Jak zauważył w swoim eseju opublikowanym w maju na portalu zbruc.eu Całkowite rozpuszczenie się ukraiński pisarz i publicysta Andrij Bondar, w dokumencie Olivera Stone’a Wywiad z Putinem z 2017 roku jest jeden szczególnie ciekawy moment, gdy jego główny bohater opowiada o swoim dziadku, Spiridonie Putinie, i jego udziale w I wojnie światowej. Podczas bitwy miał on strzelić z okopu do austriackiego żołnierza i natychmiast pobiec z apteczką i opatrzyć jego ranę, by uratować mu życie. „Gdyby nie strzelił, Austriak by go zabił” – tłumaczył Putin Stone’owi.

Pozostawiając na boku inne aspekty tego epizodu, które dokładnie analizuje w swoim tekście Bondar, warto przyjrzeć się bliżej retrospektywie okoliczności, w jakich mieszkańcy austriackiej Galicji rzeczywiście po raz pierwszy zetknęli się z Rosjanami, kiedy to carska armia okupowała Galicję wschodnią i dążyła do przełamania frontu w Karpatach.

Zadziwiające w tym kontekście, jak ponownie aktualnie brzmią dziś fragmenty z Przygód dobrego wojaka Szwejka Jaroslava Haška. Zwłaszcza te, które opisują jego przygody w Galicji.

„Po południu Szwejk dotarł do niedużego stawu, gdzie natknął się na zbiegłego jeńca rosyjskiego. Zbieg kąpał się właśnie, ale gdy ujrzał Szwejka, wyskoczył z wody i nagi zaczął uciekać. Szwejk był ciekaw, czy pasowałby mu rosyjski mundur leżący nad stawem pod wierzbami, więc rozebrał się i przywdział mundur nieszczęsnego zbiegłego nagusa, który uciekł z transportu zakwaterowanego we wsi za lasem. Szwejk chciał się dokładnie przejrzeć przynajmniej w wodzie stawu, więc tak długo chodził po grobli, aż go tam dostrzegł i zabrał patrol żandarmerii polowej, szukając zbiegłego jeńca. Byli to Węgrzy, więc pomimo protestów Szwejka odprowadzili go na etap w Chyrowie, gdzie został włączony do szeregu jeńców rosyjskich, pracujących właśnie przy naprawie toru linii kolejowej wiodącej do Przemyśla”.

Rzeczywiście, umundurowanie carskiego żołnierza, składające się z bufiastych spodni i tzw. „gimnastiorki” (ros. гимнастëрка), czyli koszuli z grubego płótna zapinanej pod szyją i przepasanej pasem, na tle austriackiego munduru wyglądało dość archaicznie i egzotycznie.

Za pudełko zapałek

Chociaż z Przemyślem Szwejka łączyły niezbyt przyjemne doświadczenia (siedział tu zamknięty na odwachu i omal nie został skazany przez sąd wojenny na śmierć za zdradę ojczyzny i cesarza), jednak obecnie miasto chętnie się do tych epizodów wymyślonych przez czeskiego pisarza przyznaje. Na przemyskim Rynku znalazła zatem miejsce nie tylko rzeźba niedźwiedzia – symbolu miasta – ale również pomnik dobrego wojaka, siedzącego na skrzyni z amunicją prawie naprzeciwko ratusza, nieco dalej – przy secesyjnym gmachu Domu Ukraińskiego – znajduje się też zaułek Dobrego Wojaka Szwejka.
(fot. Wikicommons)

Oczywiście nie tylko lektura Haška, ale też ogólnie rzecz biorąc doświadczenia Przemyśla z obu wojen światowych są niezwykle istotne i cenne z historycznego punktu widzenia, gdyż dają dokładne świadectwo tego, jak mogłaby się potoczyć alternatywna historia ziem położonych dalej na zachód od tego miasta, gdyby w pierwszym przypadku ofensywa Rosjan się powiodła – a w drugim, gdyby porozumienia ZSRR z III Rzeszą nie ograniczyły się podziałem miasta wzdłuż linii rzeki San, kiedy promenadę nadrzeczną „ozdobiły” zasieki graniczne, a na frontonach pobliskich kamienic przy dzisiejszym wybrzeżu Marszałka Józefa Piłsudskiego zawisły ogromne portrety Stalina, Mołotowa i Lenina, dobrze widoczne z „niemieckiego” Zasania po drugiej stronie rzeki.

Kamienice stały puste, gdyż władze sowieckie uprzednio wysiedliły z nich wszystkich mieszkańców strefy nadgranicznej.

Sceny z dworca kolejowego Przemyśl Główny, które obserwowałem jako wolontariusz i tłumacz pod koniec lutego, w marcu i kwietniu bieżącego roku, wywoływały we mnie wyobrażenia o masowej ucieczce cywilów z Galicji Wschodniej w obliczu rosyjskiej ofensywy w 1914 roku, podczas której został zajęty m.in. Lwów. Z kolei oblężenie Twierdzy Przemyśl, które trwało od września 1914 do marca 1915 roku, ze względu na jego przebieg i okoliczności, które mu towarzyszyły – obsesyjne wręcz dążenie do przejęcia kontroli nad Przemyślem przez Rosjan oraz ogromna liczba ofiar z tym związana – wywoływały wiosną i latem roku bieżącego skojarzenia z sytuacją oblężonego Mariupola nad morzem Azowskim w Ukrainie. Jedno jest pewne – obydwa oblężenia były bezsensowne z wojskowego punktu widzenia, natomiast bardzo istotne dla rosyjskiej propagandy „wyzwolenia” – w pierwszym przypadku na tyle, że Przemyśl po kapitulacji austriackiego garnizonu nawet odwiedził osobiście car Mikołaj II. Obydwa pociągnęły za sobą setki tysięcy ofiar – z tą różnicą, że w przypadku Przemyśla jednak znacznie więcej było ofiar wojskowych niż cywilnych.

Austriacki komendant Twierdzy Przemyśl generał pułkownik Hermann Kusmanek poddał miasto Rosjanom ze względu na „tragiczną sytuację ludności cywilnej w mieście” i brak porozumienia ze stroną rosyjską w sprawie korytarzy humanitarnych. W mieście rzeczywiście panował głód. Zaopatrzenie wojsk rosyjskich prowadzących oblężenie – zresztą jak podczas całej ich kampanii galicyjskiej – również było tragiczne. Godne uwagi są liczne zachowane świadectwa z tego okresu, jak chociażby cytowane w pracy Ilony Florczak Obraz armii rosyjskiej w okupowanej Galicji w świetle dzienników i wspomnień (1914–1915) z serii „Acta Universitatis Lodziensis” z 2018 roku. Przykładowe świadectwo żołnierza austriackiego z czasów walk w Karpatach w 1915 roku: „Za pudełko zapałek [Rosjanie – przyp. red.] gotowi są nawet dać dwie korony. Żołnierze nasi (czyli austro-węgierscy) dobrze o tym wiedzą i gromadzą puste pudełka. Wypisują różne dowcipne rzeczy po rosyjsku na karteczkach, które wsadzają do pudełka, a gdy idą na patrol, wyrzucają wszędzie, w lasach, na drogach, mostach, nawet w pobliżu okopów wroga. Rosjanie to na pewno podniosą. Oczywiście wewnątrz nie ma zapałek tylko wiadomości. Większość pudełek przekonuje ich, że mają się poddać, że traktujemy ich dobrze. Często sami jeńcy piszą to po rosyjsku. Namawiają też innych”.

Jak pisze w swojej pracy Florczak, jest to przykład jednej z form ówczesnej propagandy strony austro-węgierskiej, która m.in. według cytowanego w pracy rosyjskiego gen. Mikołaja Gołowina, była „istotną przyczyną masowych dezercji i dobrowolnego poddawania się w niewolę”. Strona rosyjska próbowała straszyć swych żołnierzy, opowiadając im o nieludzkim traktowaniu jeńców przez Austriaków, jednak nie odnosiło to pożądanego skutku. W 1915 roku dezercja wśród Rosjan na froncie lub w drodze na front stawała się, według płk. Borysa Engelhardta, zjawiskiem powszechnym, szczególnie widocznym podczas odwrotu armii rosyjskiej latem.

Okrutna egzotyka

Po wkroczeniu do Przemyśla w marcu 1915 roku nowy rosyjski komendant miasta i twierdzy Leonid Artamonow wydał niemal natychmiast dwa rozporządzenia. Nie były to bynajmniej decyzje, które miały rozwiązać problem z zaopatrzeniem czy tragiczną sytuację epidemiologiczną – w mieście szerzyły się rozmaite choroby i panował głód. Komendant rosyjski nakazał opuszczenie miasta wszystkim obywatelom narodowości żydowskiej oraz zakaz posługiwania się językiem polskim w administracji. Rozpoczęto też przygotowania do wspomnianej już wizyty w mieście cara Mikołaja II, do której doszło 23 kwietnia 1915 roku. Car odwiedził m.in. X fort „Orzechowce” i wygłosił przemówienie, w którym podkreślił „odwieczny rosyjski charakter ziemi galicyjskiej”, „wyzwolonej” spod austriackiego jarzma i „na wieki” ponownie złączonej ze „świętą Rosją”.
Uchodźcy pod Przemyślem w czasie I Wojny Światowej (fot. Wikicommons)

Po wkroczeniu do Galicji władze rosyjskie rozpoczęły bezwzględną politykę prześladowania ludności żydowskiej. Był to jeden z elementów rosyjskiej propagandy uzasadniającej wojnę z „żydowską” Austrią o „wyzwolenie Słowian”. Jej skala zaskoczyła nawet antysemicko nastawionych mieszkańców Galicji.

Przykładowo mieszkanka Przemyśla Helena Seifert-Jabłońska (1864–1936) która od 1 sierpnia 1914 do 29 września 1915 roku prowadziła dziennik (wydany następnie drukiem pt. Wspomnienia z oblężonego Przemyśla), zapisała w nim: „18. IV. Niedziela – Straszne rozpoczęły się rządy. Znika uprzejmość, występuje terror. Znowu obława na Żydów. Żydów setkami wyłapują, gonią, ale nie tylko Żydów, i naszych wyłapują, zmuszając do robót. I tak po wsiach wypędzają dla naprawy dróg i zakopywania zdechłych koni. Nawet dzieci od 8–10 lat pędzą nahajkami, dają im łopaty i pilnują pracy, nie płacą nic. Na obiad [na] godzinę puszczają do domu i biada, gdy się kto nie zjawi. Żydom każą odprawiać w niedzielę! Mężczyźni w ogóle, nawet inteligencja boją się wychodzić z domu”.

Natomiast w kwestii wojsk rosyjskich duże zainteresowanie wśród autorów wspomnień wzbudzali przykładowo Czerkiesi i przedstawiciele innych „egzotycznych” narodowości w wojsku carskim. Zazwyczaj byli przedstawiani jako główni sprawcy wszystkich wojennych patologii, takich jak mordowanie i torturowanie ludności cywilnej i jeńców, grabieże, podpalenia i gwałty. Opowieści o ich czynach budziły powszechny lęk.

Jak pisze w swojej pracy Florczak, zwracano przy tym uwagę na wyjątkowe zacofanie kulturowe mieszkańców imperium rosyjskiego. Żołnierzy rosyjskich często nazywano wprost „dziczą”, zdolną jedynie do „rabunków i gwałtów”. Dezawuowano też wartość bojową armii rosyjskiej jako całości, podkreślając częste przypadki oddawania się w niewolę, powszechną dezercję i tchórzostwo. Próbowano tłumaczyć postawy żołnierzy rosyjskich, szukając głębszych powodów takiego stanu rzeczy. Przyczynę widziano przede wszystkim w stosunkach panujących wewnątrz imperium rosyjskiego, we wstecznictwie i zacofaniu kulturowym. Nadreprezentacja przedstawicieli „narodów nierosyjskich” w wojsku carskim nie mogła oczywiście pozostać niezauważona również przez Haška:
Szwejk w Przemyślu (fot. Wikicommons)

„Jeniec rosyjski, któremu Szwejk to wszystko opowiadał, spoglądał na niego tak poczciwie, jakby chciał rzec, że ze wszystkich tych wywodów nic nie rozumie.

– Nie ponymat, ja krymski Tataryn, Allah achper – rzekł wreszcie i usiadł na ziemi, podwinąwszy nogi pod siebie, po czym złożył ręce na piersi i zaczął się modlić: Allah, achper… achper… bezmila… arachman… arachm… malinkin mustafir.

– Więc tyś bratku, Tatar – rzekł Szwejk ze współczuciem. – No, toś się udał. Naturalnie, że jeśli ty Tatar, to ani ja ciebie, ani ty mnie rozumieć nie możesz. […]

Szwejk miał osobliwe szczęście, bo znalazł się w towarzystwie przedstawicieli różnych narodów wschodnich. W transporcie jeńców znajdowali się Tatarzy, Gruzini, Osetyńcy, Czerkiesi, Mordwini i Kałmucy.

Miał też pecha, że z nikim nie mógł się dogadać, więc razem z innymi wleczono go na Dobromil, gdzie miano zacząć naprawę drogi żelaznej, idącej przez Przemyśl na Niżankowice”.

Wspomniany wyżej Dobromil leży obecnie po ukraińskiej stronie granicy, a wzmiankowana linia kolejowa powstała jeszcze w 1871 roku jako Pierwsza Węgiersko-Galicyjska Kolej Żelazna, zwana też magistralą transkarpacką, ktora łączyła Przemyśl z Budapesztem. Nieużytkowana od lat kolej, która w Polsce do początku lat 90. łączyła Przemyśl z Krościenkiem i Sanokiem, dziś w obliczu wojny w Ukrainie i potrzeby zwiększenia przepustowości granicy polsko-ukraińskiej jest ponownie poddawana rewitalizacji, naprawa torów po stronie ukraińskiej idzie już pełną parą. Obok znajduje się także nieczynne, choć właściwie prawie gotowe do użytku drogowe przejście graniczne Malhowice-Niżankowicze, w pobliżu jest też cmentarz wojskowy z czasów I wojny światowej, a w położonych parę kilometrów dalej Hermanowicach stoi jedno z umocnień wchodzących w skład Twierdzy Przemyśl – III Fort „Łuczyce”.

Czy zostaną choćby płyty

Na wiosnę razem z L., przyjacielem z Przemyśla, oraz znajomym literatem z Wiednia zwiedzaliśmy Fort XI w Duńkowiczkach, na północ od Przemyśla. Był słoneczny wiosenny dzień, gdzie nie gdzie leżał śnieg, stojąc na murach fortu oglądaliśmy panoramę łagodnych wzgórz doliny Sanu. Następnie zeszliśmy w dół, wewnątrz fortu.

W kilku salach połączonych długimi, wilgotnymi korytarzami w jednym z dobrze zachowanych skrzydeł fortu znajdowały się ułożone płyty grobowe, które zawierały proste inskrypcje – imię, nazwisko, urodzony w roku pańskim takim a takim, szarża w wojsku CK, oddał życie za cesarza i ojczyznę w roku pańskim (przeważnie) 1915. Po odbiciu Przemyśla z rąk Rosjan Austriacy niemal natychmiast rozpoczęli prace nad stworzeniem cmentarzy wojskowych, w tym celu były ekshumowane zwłoki z licznych tymczasowych masowych grobów w okolicach fortów, sporządzano listy na podstawie danych ewidencji, specjalna komisja działała na terenie całej Galicji (podzielonej w tym celu na trzy okręgi – Krakowski, Przemyski i Lwowski, prace do końca wojny udało się zakończyć w pełni jedynie w pierwszym z nich). Dotykałem starych, stuletnich kamiennych płyt z piaskowca, czytałem dobrze widoczne wyryte na nich imiona i nazwiska – niemieckie, polskie, czeskie, ukraińskie, słoweńskie, chorwackie, węgierskie. Wyobrażałem sobie twarze tych ludzi, ich życiorysy, skąd pochodzili, jak przeżyli ostatnie chwile w Twierdzy Przemyśl. Musk. Stanislaus Zawisza, Unteroffizier Joseph Phahler, Infanterist Joseph Rauh, Ers. Res. Anton Przybylski czy Obrst. Theodor Zorič.

Raptem L. zwrócił moją uwagę na płytę, na której wyryty był tylko jeden wyraz. Cyrylicą, dość niezgrabnie było tam napisane „Ruski” (Русский).

W odróżnieniu od Austriaków Rosjanie nie prowadzili dokładnej ewidencji szeregowych, którzy nie mieli też tzw. nieśmiertelników. Podobnie jak nie posiadali normalnych, wygodnych i praktycznych mundurów, sznurowanych butów z grubą podeszwą, tornistrów i praktycznych bagnetów, gdyż do archaicznej już wtedy względem austriackiego Mannlichera strzelby Mosina był dodawany równie archaiczny bagnet. Takich niezidentyfikowanych Rosjan, którzy na wzgórzach galicyjskich nad Sanem walczyli za cara i o wielką ideę „wyzwolenia Słowian”, zginęło co najmniej kilkadziesiąt tysięcy, o dokładną liczbę ofiar historycy wciąż się spierają, wiadomo natomiast, że przykładowo tylko w ciągu jednego dnia, kiedy Rosjanie po raz kolejny bezskutecznie prowadzili szturm na XII Fort, według austriackich szacunków ich wojska poniosły straty rzędu od 8 do 12 tysięcy ludzi.
Nikodem Szczygłowski - podróżnik, pisarz, eseista, reporter. Absolwent Archeologii śródziemnomorskiej Uniwersytetu Łódzkiego i CEMI - Central European Management Institute w Pradze. Biegle włada językiem litewskim i słoweńskim, znawca kultury słoweńskiej. Laureat nagrody za osiągnięcia w publicystyce Ministerstwa Kultury Republiki Litewskiej (2020).

Więcej artykukłów Nikodema Szczygłowskiego

Myślałem o tym wtedy, stojąc nad płytą z napisem „Ruski”, myślę o tym również dziś, zastanawiając się nad tym, ilu jeszcze ludzi, wyekwipowanych w archaiczne mundury, kirzowe buty, parciane worki zamiast plecaków, hełmy wzoru czasów II wojny światowej, bez środków ochrony i nieśmiertelników – ilu z nich musi jeszcze zginąć już nie w Galicji, lecz w stepach nadczarnomorskich i nadazowskich oraz wśród hałd Donbasu za „cara” i jego urojone fantazje o „wyzwoleniu” kolejnych Słowian.

Z tą różnicą, że dziś nie zostaną po nich prawdopodobnie nawet płyty kamienne z wyrytym jednym słowem – „Русский”.