Nasza strona używa ciasteczek do zapamiętania Twoich preferencji oraz do celów statystycznych. Korzystanie z naszego serwisu oznacza zgodę na ciasteczka i regulamin.
Pokaż więcej informacji »
Drogi czytelniku!
Zanim klikniesz „przejdź do serwisu” prosimy, żebyś zapoznał się z niniejszą informacją dotyczącą Twoich danych osobowych.
Klikając „przejdź do serwisu” lub zamykając okno przez kliknięcie w znaczek X, udzielasz zgody na przetwarzanie danych osobowych dotyczących Twojej aktywności w Internecie (np. identyfikatory urządzenia, adres IP) przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego i Zaufanych Partnerów w celu dostosowania dostarczanych treści.
Portal Nowa Europa Wschodnia nie gromadzi danych osobowych innych za wyjątkiem adresu e-mail koniecznego do ewentualnego zalogowania się przy zakupie treści płatnych. Równocześnie dane dotyczące Twojej aktywności w Internecie wykorzystywane są do pomiaru wydajności Portalu z myślą o jego rozwoju.
Zgoda jest dobrowolna i możesz jej odmówić. Udzieloną zgodę możesz wycofać. Możesz żądać dostępu do Twoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, przeniesienia danych, wyrazić sprzeciw wobec ich przetwarzania i wnieść skargę do Prezesa U.O.D.O.
Korzystanie z Portalu bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza też zgodę na umieszczanie znaczników internetowych (cookies, itp.) na Twoich urządzeniach i odczytywanie ich (przechowywanie informacji na urządzeniu lub dostęp do nich) przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego i Zaufanych Partnerów. Zgody tej możesz odmówić lub ją ograniczyć poprzez zmianę ustawień przeglądarki.
Międzymorze / 15.12.2025
Bartosz Chmielewski
But Saatse i nierozliczone rachunki graniczne. Atmosfera sensacji nie służy Estonii
Gdy niewielka grupa rosyjskich żołnierzy pojawiła się na granicy z Estonią, w europejskich i polskich mediach wybuchła panika. W sensacyjnych nagłówkach można było przeczytać o incydencie, prowokacji i „zielonych ludzikach” zbliżających się do granicy z Estonią. W rzeczywistości nic poważnego się na estońskich granicach nie wydarzyło, a na pewno nic, co wykraczałoby poza dotychczasowe incydenty. Rosja jednak osiągnęła swój cel – wywołała panikę.
(X/Twitter)
Posłuchaj słowa wstępnego piątego wydania magazynu online!
Wydarzenia 10 października przy granicy z Estonią Rosjanie wyreżyserowali w ten sposób, by wyglądały groźnie, budziły emocje, generowały kliki na platformach społecznościowych i sensacyjne wiadomości w mediach tradycyjnych. Kilkunastu uzbrojonych rosyjskich żołnierzy pojawiło się na dość nietypowym odcinku estońsko-rosyjskiego pogranicza, w tzw. bucie Saatse. Ta anomalia graniczna jest skrawkiem terytorium należącym do Federacji Rosyjskiej wbijającym się klinem w terytorium Estonii. Mieszkańcy okolicznych wiosek do niedawna korzystali z tego kilometrowego skrótu biegnącego przez „rosyjski but”, by dostać się do sąsiednich miejscowości. Jedynym warunkiem korzystania ze skrótu (alternatywna droga liczy ok. 20 km) był przejazd bez zatrzymywania się.
Jakie konsekwencje mogła mieć manifestacyjna obecność rosyjskich żołnierzy 10 października w bucie Saatse? Mogło dojść do wypadku z udziałem estońskiego kierowcy, nielegalnego zatrzymania estońskiego samochodu czy porwania pasażerów i kierowcy. Żaden z tych scenariuszy nie wydarzył się, gdyż estońska straż graniczna (PPA) zawczasu zamknęła przejazd od strony Estonii. Wydarzenie to trudno określić nawet prowokacją, gdyż Rosjanie przebywali na własnym terytorium. Rozgłos i sensacja, jakie nadały temu media, okazują się niewspółmierne do rzeczywistości. Zwrócił na to uwagę nawet szef MSZ Estonii Margus Tsahkna, który w komentarzu dla krajowej prasy stwierdził, że zagrożenie związane z obecnością Rosjan w bucie jest wyolbrzymione.
Niepokojące wydarzenia przy granicach Estonii (ale i dwóch państw bałtyckich) występują z dość dużą częstotliwością. Przybierają różną skalę i charakter. Część z nich jest mało poważna i przypomina grę w kotka i myszkę. Do tej kategorii można zaliczyć wydarzenia w Saatse czy kradzież przez Rosjan boi granicznych z rzeki Narwa. Zdarzenia te są irytujące i generują koszty finansowe oraz społeczne, ale nie są poważnym zagrożeniem dla życia Estończyków. Ale są też takie działania, które mogą budzić uzasadnione obawy: zagłuszanie sygnału GPS na terytorium Estonii, obecność floty cieni w Zatoce Fińskiej. I w końcu te, które są realnym pogwałceniem granicy, jak porwanie oficera kontrwywiadu (KaPo) Estona Kohvera w 2014 roku, czy 12-minutowe wtargnięcie rosyjskich myśliwców w estońską przestrzeń powietrzną we wrześniu 2025 roku.
Wydaje się, że zdarzeń tych jest na tyle dużo i są na tyle powtarzalne, że powoli stają się statystyką. Tylko w tym roku odnotowano „jedynie” cztery przekroczenia przestrzeni powietrznej (w 2016 roku było ich aż 10), a od 2014 roku było ich łącznie około 50. Zdecydowana większość wtargnięć rosyjskich samolotów trwała kilkadziesiąt sekund. Problemy z brakiem boi granicznych i zakłócaniem sygnału GPS na Narwie generują znaczną liczbę przypadkowych przekroczeń. Problemy ze statkami floty cieni w Zatoce Fińskiej zdarzają się co kilka miesięcy, ale nie zawsze dzieją się w estońskiej wyłącznej strefie ekonomicznej.
Co jednak łączy naruszenia przestrzeni powietrznej, kradzież boi rzecznych i żołnierzy w Saatse? Większość incydentów na granicy odbywa się w regionach, które mają charakter anomalii i gdzie nakładają się na siebie różne systemy limitacji granic. Rosyjskie myśliwce najczęściej przekraczają przestrzeń powietrzną Estonii nad wyspą Vaindloo w Zatoce Fińskiej, gdzie nakładają się na siebie rejony informacji powietrznej obu państw. Koryto rzeki Narwy, po którym biegnie granica, jest ruchome, ale do 2023 roku fakt ten nie stanowił problemu. Rosjanie i Estończycy każdej wiosny wspólnie ustalali dokładny przebieg torów wodnych. W końcu but Saatse i kilka innych podobnych miejsc na granicy powinny zostać uregulowane już wiele lat temu. Powodem istnienia anomalii i dziwacznych odcinków granicy jest nieratyfikowana rosyjsko-estońska umowa graniczna.
Granica zwana tymczasową linią kontroli granicznej
Spór między Tallinnem a Moskwą o ratyfikację trwa od 20 lat. Jego źródłem jest zapis wprowadzony przez Estończyków do preambuły dokumentu ratyfikacyjnego z 2005 roku odwołujący się do historycznego traktatu z Tartu z 1920 roku. Zapis ten został potraktowany przez Rosjan jako próba podważenia ustaleń zawartych w umowie i podstawa ewentualnych roszczeń terytorialnych ze strony Tallinna. Traktat z 1920 roku regulował inny przebieg granicy od obecnego (Iwangorod i Pieczory znalazły się wówczas po estońskiej stronie). Spór próbowano rozwiązać kolejny raz w 2014 roku, jednak wówczas zabrakło woli politycznej po obu stronach.
Nie oznacza to jednak, że przebieg granic Estonii i Rosji nie został ustalony. Tymczasowa linia kontroli granicznej, jak w niektórych dokumentach i komunikatach Estończycy nazywają linię graniczną z Rosją, określono na podstawie przebiegu granicy między Estońską SSR a Rosyjską Federacyjną SRR w połowie lat 90. Stan ten jest uznany międzynarodowo, bez tego nie byłaby możliwa chociażby akcesja Estonii do NATO. Zasadniczym problemem, który ma wpływ na obecne bezpieczeństwo kraju, jest brak korekt przeprowadzonych po ratyfikacji umowy granicznej. Wówczas granica w bucie Saatse zostałaby „wyprostowana”, likwidacji uległyby obszary niejasności czy to w Zatoce Fińskiej, czy na rzece Narwie.
Obecny stan rzeczy daje Moskwie możliwość wykorzystywania i naginania rzeczywistości granicznej mocniej, niż mogłaby to zrobić na Łotwie czy Litwie. Poważne wtargnięcia i manifestacyjne zachowanie tuż przy granicy z perspektywy Kremla można nie tylko zanegować, zbyć milczeniem, ale nawet uargumentować. Wielokrotnie Rosja stała na stanowisku, że realizowane z premedytacją przez lata naruszenia przestrzeni powietrznej są spowodowane skomplikowanymi granicami i „trudnościami nawigacyjnymi”. W ten sposób zgodnie z własnym interesem może rozwadniać poważne incydenty lub nadawać wydarzeniom mało istotnym przesadnie sensacyjny ton. W każdym z przypadków działając tak, by uniknąć poważnych i kosztownych konsekwencji ze strony państw NATO.
Siewcy strachu
Działania prowadzone przez Rosję wbrew pozorom nie są skierowane jedynie przeciwko Estonii, choć to głównie ona ponosi koszty społeczne i gospodarcze wrogiej aktywności. Wydaje się, że rosyjskie machinacje o wiele mocniej mają oddziaływać na opinię publiczną poza Estonią, wywoływać (czasem) nadmierne poczucie strachu, niepewności i tworzyć wizerunek mocnej i bezkarnej Rosji. Przemieszanie medialnych doniesień o poważnych zdarzeniach z tymi sensacyjnymi, ale nieznaczącymi, wzmacnia jedynie przekaz, w którym „Estonia jest następna” na rosyjskiej liście celów, a możliwy wybuch wojny gdzieś na granicy państw bałtyckich jest coraz bliższy.
Nasycenie strachem i fałszywymi sensacyjnymi nagłówkami opinii publicznej na zachodzie Europy może stać się dla Estończyków większym problemem niż kolejna rosyjska akcja w pobliżu anomalii granicznej. O ile jeszcze dwa, trzy lata temu sensacyjne informacje, np. wojna u granic UE za trzy lata, mogły mieć aspekt mobilizacyjny i wymuszać na Europejczykach wolę większego wysiłku obronnego, to dzisiaj budowanie nadmiernego napięcia i atmosfery strachu może mieć odwrotny skutek od zamierzonego.
Utrwalenie obrazu Estonii, ale i pozostałych bałtyckich sąsiadów jako obszaru ciągłego zagrożenia będzie rodzić pytania, czy warto inwestować w tych państwach? Czy nie jest zbyt ryzykowne wybrać się na wakacje do Tallinna? Rosja z pewnością chciałaby takie wątpliwości wzmacniać. To uderzyłoby nie tylko w gospodarkę nad wschodnim Bałtykiem, ale i w wizerunek państw regionu, które stałyby się wiecznie nękanym pograniczem Zachodu, nie zaś jego integralną częścią.
Bartosz Chmielewski – historyk, politolog. Analityk Ośrodka Studiów Wschodnich ds. państw bałtyckich i współpracownik portalu przegladbaltycki.pl. Interesuje się regionem Morza Bałtyckiego, relacjami krajów nordyckich i bałtyckich z Rosją.
Najgorszy jednak wydaje się scenariusz podobny do tego, jaki czekał pasterza w jednej z bajek Ezopa. Ten wielokrotnie wzywał okolicznych mieszkańców do pomocy w walce z wilkiem, którego nie było. W dniu, w którym pojawił się prawdziwy wilk, pasterz nie uzyskał pomocy, a drapieżnik pożarł jego owce. To, co różni tę bajkę od rzeczywistości, w jakiej znajduje się Estonia, to to, że rosyjski wilk rzeczywiście wygląda zza krzaków w Saatse i grasuje w okolicy. A pasterzem wzywającym na darmo pomoc wcale nie są Estończycy, którzy do swojego bezpieczeństwa podchodzą odpowiedzialnie, lecz globalne media nadające niegroźnym wydarzeniom sensacyjny ton.