Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Transatlantyk / 08.01.2026
Kazimierz Kulik

Ameryka pokazuje siłę. Demokracja nie zwycięża w Wenezueli

Nie ma co płakać po odsuniętym od władzy przez Amerykanów prezydencie Wenezueli Nicolasie Maduro, ale świat nie stanie się z powodu jego dymisji lepszy. Euforii w Wenezueli nie ma. Może raczej uczucie ulgi. Radość panuje w Miami na Florydzie oraz w innych ośrodkach, gdzie osiedlili się emigranci z Wenezueli. Maduro nie był ulubieńcem Wenezuelczyków, cieszył się mniejszym autorytetem niż jego charyzmatyczny poprzednik Hugo Chavez, ale prezydent Donald Trump i szerzej Stany Zjednoczone, to też nie jest wielka miłość mieszkańców Ameryki Łacińskiej.
Foto tytułowe
(Shutterstock)



Posłuchaj słowa wstępnego szóstego wydania magazynu online!



Racjonalne argumenty Waszyngtonu na rzecz interwencji w Wenezueli są mocne. System w Caracas od lat prowadził antyamerykańską politykę nie tylko w słowach. Od nacjonalizacji sektora naftowego jeszcze w latach 70. zdominowanego przez firmy z USA poprzez coraz głębszy flirt z Chinami i Rosją w ostatnich latach, a także wspieranie przemytu narkotyków do USA, na co Amerykanie muszą mieć twarde dowody. Maduro miał carte blanche światowych wrogów USA, by drażnić imperium, osłabiać je, angażować, testować. Był jak wrzód na ciele, od którego się co prawda nie umiera, ale który jest nieprzyjemny i bolesny. Decyzja o jego usunięciu nie dziwi. Można się nawet zastanawiać, dlaczego tak późno.
Pobierz magazyn ZA DARMO
Magazyn Nowa Europa Wschodnia Online
jest bezpłatny.

Zachęcamy do wsparcia nas na Patronite


Trudno powiedzieć, czy operacja wojskowa USA zniechęci Moskwę i Pekin od uderzania w podbrzusze mocarstw zachodnich. Może na jakiś czas powstrzyma Rosję i Chiny, ale oba te państwa będą nadal rzucać wyzwanie Zachodowi, gdzie się tylko da. Tak jest taniej i bezpieczniej niż rywalizować czy walczyć wprost. Chińczycy zaczęli testować tę politykę w Afryce jeszcze w latach 90., kiedy mało kto zwracał na ten kontynent uwagę. Oferowali państwom afrykańskim tanie kredyty i pomoc rozwojową bez konieczności prowadzenia reform. Była to kusząca alternatywa dla wszelkiej maści watażków i domorosłych dyktatorów. By dostać pomoc z instytucji międzynarodowych jak Bank Światowy czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy musieliby zobowiązać się do reform, przestrzegania demokracji i praw człowieka, organizacji uczciwych wyborów pod groźbą wstrzymania kolejnych transz wsparcia. Chińczycy zaoferowali im pomoc bez obciążeń politycznych. Ceną była lojalność oraz zatrudnianie przy realizacji kontraktów chińskich firm i specjalistów.

Szybko okazało się, że rozdając takie prezenty tanim kosztem można na nowo skolonizować w białych rękawiczkach sporą część kontynentu. Chińska pomoc polegała nie tylko na budowie infrastruktury i transferze technologii, ale przejęciu dostępu do intratnych surowców w wielu krajach Afryki. Chińskie firmy zajmujące się pomocą rozwojową stały się gigantami i mają dziś swoje przedstawicielstwa w wielu regionach, nie tylko w Afryce, ale także w Azji Centralnej, Ameryce Łacińskiej, a nawet na Białorusi, gdzie Chińczycy w ramach pomocy zmodernizowali m.in. sieci energetyczne. Łączą pomoc rozwojową z biznesem, a przede wszystkim umacniają chińskie wpływy.

Po kilku latach dawne państwa kolonialne jak Francja czy Anglia poczuły się zagrożone w Afryce, ale było już za późno. Rosja wybrała inny model budowania wpływów. Wchodziła do Afryki ze swoją bronią oraz prywatnymi armiami, które za gotówkę lub dostęp do surowców eliminowały lokalnych przeciwników lub pozwalały zachować władzę oraz terroryzować ludność, żeby nie upominała się o swoje prawa. Lekceważona początkowo rosyjska Armia Wagnera w ciągu kilkunastu lat znacząco osłabiła wpływy Francji w Afryce środkowej. Pochłonięty sobą i przekonany o własnej wspaniałości Zachód przegapił ten moment. Takie państwa jak Chiny, Rosja czy Iran zaczęły uderzać w Zachód, przejmując małe upadłe państwa w strategicznych regionach albo wspierając partyzantki w takich krajach jak Somalia czy Jemen, żeby np. zakłócały żeglugę na ważnych szlakach handlowych.

Podobny model zastosowano w Wenezueli. Zarówno Rosjanie jak i Chińczycy dostarczali tam technologie, broń, doradców, umacniali swoje wpływy w miękkim podbrzuszu USA. Amerykanie twierdzą, że to Chiny dostarczały do Wenezueli komponenty do produkcji syntetycznego narkotyku fentanylu, który potem trafiał do USA, siejąc spustoszenie w tamtejszych miastach. Ktoś na tym zarabiał krocie, a przede wszystkim niszczył od środka najbogatsze państwo świata.

Wydawało się, że ten model będzie trwał w nieskończoność, a kraj bogaty w ropę nie będzie miał problemów ze spłatą zobowiązań wobec swoich sponsorów. Szacuje się, że chińskie inwestycje i pomoc dla Wenezueli to kilkanaście miliardów dolarów, a rosyjskie co najmniej kilka. Na interesach z reżimem Chaveza a potem Maduro próbowała także zarobić Białoruś, zwłaszcza w sektorze budowlanym. Ale pierwsza sparzyła się, że reżim nie chce płacić i wycofała się z tego rynku.

Od strony wojskowej operacja w Wenezueli została przeprowadzona bez zarzutu, wręcz po mistrzowsku. Amerykanie mają czym się chwalić. Wizerunkowy efekt operacji armii amerykańskiej robi wrażenie i potęguje przekonanie, że mimo słabości i rozmaitych kryzysów USA wciąż pozostają największą globalną potęgą, z którą Chiny wciąż nie mogą się równać, a Rosja pozostaje daleko w tyle. Ale z punktu widzenia prawa międzynarodowego to nie jest dobra wiadomość dla tych, którzy chcieliby wzmocnić a nie osłabiać i tak mocno nadwyrężony i skompromitowany porządek międzynarodowy. Prezydent Trump pokazał, że jeśli uzna, iż coś jest na rękę USA, to może sięgnąć po dowolne metody dla osiągnięcia celu, tylko trochę dbając o legalizm oraz uzasadnienie prawno-międzynarodowe. O ile jego ataki na łodzie przemycające narkotyki do USA były jeszcze akceptowane, to interwencja w formalnie suwerennym państwie wywołuje poważne kontrowersje, które są coraz głośniej wyrażane przez państwa i organizacje międzynarodowe. Słusznie powstaje pytanie, czy to nie jest zaproszenie do budowania stref wpływów przez inne mocarstwa, w tym także te antyzachodnie i niedemokratyczne jak Rosja czy Chiny.

Prezydent Trump szybko rozwiał także nadzieję na prawdziwą transformację demokratyczną Wenezueli, dając wyraźnie do zrozumienia, że nie widzi miejsca w rządzeniu krajem dla opozycji zdecydowanie popieranej przez część społeczeństwa oraz m.in. przez Unię Europejską. Jego pomysł polega na tym – przynajmniej tak to na razie wygląda – żeby porozumieć się z dotychczasowym zapleczem Maduro i wymusić na nich zmianę polityki na korzyść USA, czyli zaprzestanie wspierania przemytu narkotyków, otwarcie na współpracę z amerykańskimi koncernami naftowymi oraz ograniczenie współpracy z Chinami i Rosją, przynajmniej w zakresie zagrażającym interesom USA. Z punktu widzenia Waszyngtonu to racjonalne. Z punktu widzenia obrońców praw człowieka i zwolenników demokracji to słaby deal. Trochę tak jakby po usunięciu Aleksandra Łukaszenki na Białorusi dogadać się z jego zapleczem, że pozostaną u władzy, jeśli tylko nie będą drażnić Zachodu np. wspierając przerzut nielegalnych migrantów z Unią Europejską i aresztując ludzi tysiącami. A poza tym róbcie sobie co chcecie, byle tylko nie rzucało się to w oczy. Można narzekać na takie podejście, ale jest ono w pełni zgodne z nową strategią bezpieczeństwa USA, która zakłada raczej dogadywanie się z reżimami, zwłaszcza tymi które chcą się dogadać, niż ich obalanie. Wenezuela raczej była wyjątkiem, bo znajdowała się zbyt blisko, za bardzo dopiekła Amerykanom w ostatnich latach i była w sumie łatwym celem.

Dlatego reakcja Rosji i Chin na interwencję USA w Caracas nie jest tak ostra jak mogłaby być. Rosjanie, zwłaszcza po inwazji na Ukrainie – ale wcześniej zresztą też ze względu na długą historię bratnich interwencji - nie mają moralnego prawa krytykować Amerykanów poza rytualnymi oświadczeniami. Natomiast Chińczycy mogą zrozumieć amerykańską akcję opacznie jako zachętę do ich działań wobec Tajwanu czy w innych miejscach, byle tylko były przeprowadzone szybko i skutecznie. Najbardziej zakłopotane są kraje, których bezpieczeństwo zależy bezpośrednio od USA jak Tajwan, Korea Południowa czy Japonia, bo dla ich interwencja w Wenezueli może mieć nieobliczalne konsekwencje. Jednym słowem można stwierdzić mimo radości amerykańskiego prezydenta i jego otoczenia, że świat nie stanie się lepszy po obaleniu Maduro. Na pewno nie jest to dobra wiadomość dla demokratów w innych regionach świata, którzy na początku reagowali euforycznie a potem im mina zrzedła. Widać to po stonowanych komentarzach w kręgach opozycji białoruskiej, rosyjskiej czy gruzińskiej. Trump nie przejął Wenezueli, by oddać jej tamtejszym demokratom, ani nie zrobi tego co wobec Maduro z Putinem, Łukaszenką czy Iwaniszwilim, bo są oni daleko i nie stanowią takiego zagrożenia z punktu widzenia USA. Dyktatorzy, którzy nie sąsiadują zbyt blisko z Ameryką i nie drażnią jej bezpośrednio mogą więc spać spokojnie, a nawet odetchnąć i myśleć, jak wzmocnić oddziaływanie we własnym sąsiedztwie. To nie jest dobra wiadomość dla Świata, chociaż nie należy specjalnie płakać po Maduro.

Amerykańska interwencja w Wenezueli przypomina także, że motorem działań nie tylko mocarstw w polityce zagranicznej jest często sytuacja wewnętrzna. Norweski Instytut Pokoju twierdzi, że z 57 toczących się obecnie konfliktów na świecie 49 ma przyczyny wewnętrzne, a pozostałe często także wynikają z powodów wewnętrznych np. próby wydzielenia się regionu w samodzielne państwo ze względu na sztuczne granice często występujące w świecie postkolonialnym.

Trump nieprzypadkowo wybrał na datę ataku na Caracas początek stycznia. W listopadzie w USA odbędą się tzw. połówkowe wybory do Kongresu, które mogą pozbawić Republikanów niewielkiej przewagi w parlamencie, i to w obu izbach. A to może mieć ogromne konsekwencje dla Trumpa i jego środowiska, włącznie z wszczęciem procedury impeachmentu głowy państwa. Natomiast w łagodniejszej wersji demokratyczny Kongres może blokować realizację planów Trumpa, nie przyznawać środków na jego działania czy np. zachęcać Ukrainę do dalszego oporu wobec Rosji, obiecując jej dalsze znaczące wsparcie wojskowe i finansowe.

Groźba utraty większości i możliwość ponownej, choćby nawet symbolicznej procedury usunięcia głowy państwa, wydaje się spędzać sen z powiek Republikanom, bo sojusze nie są dla nich korzystne. Interwencja w Caracas czy pomruki o przejęciu Grenlandii to symboliczny początek kampanii wyborczej i możliwość odbicia w sondażach dla republikanów. Plan stary jak świat i często stosowany przez tych, którzy sobie mogą na to pozwolić. Nie idzie ci w polityce wewnętrznej, to rozpętaj małą zwycięską wojenkę i dzięki niej wygraj najbliższe wybory. Ale na tej strategii można się poślizgnąć jak na skórce od banana. Zwłaszcza jeśli się poczuje zawrót głowy od sukcesów, co wyraźnie widać z tonu wypowiedzi prezydenta Trumpa i jego otoczenia. Wielokrotnie porażek z powodu nadmiernego poczucia własnej siły doświadczyła Rosja, ale także inne kraje nie umiejące racjonalnie skalkulować swojego potencjału i podjąć właściwego ryzyka. Zobaczymy, czy kalkulacja Trumpa jest właściwa, czy dopisze mu szczęście, czy będzie to dopiero początek jego kłopotów.