Nasza strona używa ciasteczek do zapamiętania Twoich preferencji oraz do celów statystycznych. Korzystanie z naszego serwisu oznacza zgodę na ciasteczka i regulamin.
Pokaż więcej informacji »
Drogi czytelniku!
Zanim klikniesz „przejdź do serwisu” prosimy, żebyś zapoznał się z niniejszą informacją dotyczącą Twoich danych osobowych.
Klikając „przejdź do serwisu” lub zamykając okno przez kliknięcie w znaczek X, udzielasz zgody na przetwarzanie danych osobowych dotyczących Twojej aktywności w Internecie (np. identyfikatory urządzenia, adres IP) przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego i Zaufanych Partnerów w celu dostosowania dostarczanych treści.
Portal Nowa Europa Wschodnia nie gromadzi danych osobowych innych za wyjątkiem adresu e-mail koniecznego do ewentualnego zalogowania się przy zakupie treści płatnych. Równocześnie dane dotyczące Twojej aktywności w Internecie wykorzystywane są do pomiaru wydajności Portalu z myślą o jego rozwoju.
Zgoda jest dobrowolna i możesz jej odmówić. Udzieloną zgodę możesz wycofać. Możesz żądać dostępu do Twoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, przeniesienia danych, wyrazić sprzeciw wobec ich przetwarzania i wnieść skargę do Prezesa U.O.D.O.
Korzystanie z Portalu bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza też zgodę na umieszczanie znaczników internetowych (cookies, itp.) na Twoich urządzeniach i odczytywanie ich (przechowywanie informacji na urządzeniu lub dostęp do nich) przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego i Zaufanych Partnerów. Zgody tej możesz odmówić lub ją ograniczyć poprzez zmianę ustawień przeglądarki.
Jedwabny Szlak / 18.01.2026
Mateusz Chudziak
Alewici pozostają niewidoczni. Turecka polityka wciąż ich nie uznaje
Alewici to największa, a zarazem najbardziej niedostrzegana mniejszość religijna Turcji. Choć ich historia splata się z dziejami imperium i republiki, wciąż pozostają poza oficjalnym porządkiem państwa. Dziś, gdy turecka władza wykonuje pozornie pojednawcze gesty, pytanie o realne uznanie alewitów powraca ze zdwojoną siłą.
(Shutterstock)
Posłuchaj słowa wstępnego piątego wydania magazynu online!
W połowie października 2025 r. minął rok od momentu, gdy lider tureckich nacjonalistów Devlet Bahçeli wezwał wieloletniego przywódcę Partii Pracujących Kurdystanu (PKK), Abdullaha Öcalana, do wyrzeczenia się terroru i nakazania swoim bojownikom złożenia broni. Te 12 miesięcy przyniosło tureckim demokratom istną huśtawkę nastrojów, od nadziei na faktyczne wznowienie procesu pokojowego po obawy związane ze staczaniem się państwa w otwartą dyktaturę. W tym czasie lider Partii Ruchu Nacjonalistycznego (MHP), we współrządzącej z Partią Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana, wykonał pojednawczy gest w stronę tureckich alewitów.
Alewici są największą mniejszością religijną w Turcji (serwis Minority Rights Group szacuje ich liczbę na 20–25 milionów), tradycyjnie sympatyzującą z lewicą, lecz w przeciwieństwie do Kurdów, pozbawioną spójnej reprezentacji politycznej. Mimo to w przeszłości alewici byli brutalnie zwalczani przez nacjonalistów. Tym razem jednak Bahçeli, występując przed zgromadzeniem partyjnym, stwierdził, że alewickie domy modlitw, zwane cemevi, powinny zostać oficjalnie uznane za miejsca kultu. Sam niedawno, z własnych środków, kupił działkę w miasteczku Hacıbektaş w środkowej Anatolii – miejscu o szczególnym znaczeniu dla alewitów – gdzie w połowie października 2025 r. oddano do użytku największe w kraju cemevi.
Sytuacja wydaje się niespójna. Szef MHP, w przeszłości partii jawnie faszystowskiej, której bojówki (Szare Wilki) dokonywały masakr na – uznawanych za komunistów – alewitach, w ciągu roku stał się twarzą pojednania ponad podziałami. W połowie lipca 2025 r. zasugerował nawet, że nowa konstytucja powinna gwarantować po jednym stanowisku wiceprezydenta dla Kurda i alewity.
Za tym zwrotem w kierunku inkluzywności stoją zapewne doraźne kalkulacje, gdyż władzom potrzebna jest nowa konstytucja, która pozwoli Erdoğanowi pozostać na stanowisku prezydenta. Jednak wszystkie te paradoksy, typowe dla sceny politycznej Turcji, obrazują szerszy problem – wieloznaczność posuniętą do granic absurdu. Najdobitniej manifestuje się ona na przykładzie samych alewitów – grupy pozbawionej efektywnego przedstawicielstwa politycznego, choć będącej stałym elementem pejzażu społecznego Turcji – którzy nie mogą liczyć na podobną uwagę jak Kurdowie, a przecież podobnie jak oni są społecznością boleśnie doświadczoną przez osmańską i republikańską historię.
Jak nie wpisywać się w państwo
Społeczność alewicka stanowi w prostej linii pozostałość Imperium Osmańskiego, a ściślej tego, czym było jego społeczeństwo. W klasycznym dla współczesnych studiów nad Turcją artykule Center-Periphery Relations: A Key to Turkish Politics? z 1973 r. znany turecki socjolog Şerif Mardin stwierdził, że państwo Osmanów, a potem republika, rozwijało się dwutorowo. „Centrum”, rozumiane zarówno przestrzennie – jako stolica, jak i społecznie – jako elity, skupiało władzę wraz z rozbudowaną biurokracją państwową i religijną oraz stało na straży muzułmańskiej ortodoksji. „Peryferie” natomiast pozostawały rozdrobnione, amorficzne, luźno rządzone – pstrokate etnicznie i religijnie. To one stanowiły obszar synkretyzmu i heterodoksji.
Na przestrzeni wieków przez Anatolię przetoczyły się rozmaite wichury – wojny, najazdy i wędrówki ludów. W tym procesie dochodziło do długotrwałej fermentacji rozmaitych prądów ideowych i religijnych, powstawania muzułmańskich herezji i synkretycznych wierzeń, rozprzestrzenianych przez wędrownych sufich – muzułmańskich mistyków, którzy skupiając wokół siebie licznych uczniów, tworzyli tarikaty – mistyczne wspólnoty, z braku lepszego odpowiednika zwane na Zachodzie „zakonami”.
Jednym z takich świątobliwych mężów był żyjący w XIII w. Hadżi Bektasz Wali, który przywędrował z Chorasanu w Azji Środkowej i osiadł w środkowej Anatolii, gdzie dziś znajduje się miasteczko nazwane jego imieniem i gdzie Bahçeli ufundował nowe cemevi. Tam Bektasz założył (choć możliwe też, że założyli je dopiero jego uczniowie) mistyczne bractwo bektaszytów (bektaszijja), luźno interpretujące literę Koranu. Jego nauki opierały się na szyickim kulcie 12 imamów, potomków Mahometa, poczynając od zięcia proroka – Alego, kończąc na Mahdim, który w X w. zniknął ze świata i ma wrócić na końcu dziejów. Równie ważne były nauki mistyczne szejchów, osobiście zjednoczonych z Wszechmogącym, przekazywane w sufickiej poezji. Bektaszyci szybko stali się istotnym wsparciem dla państwa osmańskiego, a ortodoksja sunnicka w Imperium Osmańskim ukształtowała się dopiero w XVI w. Związali się z korpusem janczarów, zasilanym w drodze przymusowej branki spośród chrześcijańskich chłopców, których konwertowano na islam – nie sunnicki, ale bardziej „przyjazny”, w wersji bektaszyckiej. Nie oznaczało to jednak, że janczarzy nie stawali się później fanatycznymi wojownikami. Ten związek utrzymał się aż do końca istnienia korpusu (1826).
Na przełomie XV i XVI w. we wschodniej Anatolii i na obszarach dzisiejszego Azerbejdżanu aktywne było bractwo safawidzkie nazywane Kyzyłbaszami (dosłownie „czerwonogłowi” – od czerwonych nakryć głowy). Oprócz fanatycznego kultu 12 imamów oraz swojego szejcha (uznawanego za boską emanację) stworzyli sprawny organizm militarny, który podbił – pod wodzą Ismaila I – cały Iran. Ismail został szachem, zakładając dynastię Safawidów, a szyizm ustanowił religią państwową. W swoim bezwzględnym poświęceniu sprawie uznawał ówczesnego osmańskiego sułtana Selima I Srogiego za śmiertelnego wroga. Szybko doszło do konfrontacji, którą Ismail wraz z Kyzyłbaszami sromotnie przegrali. Odtąd Imperium Osmańskie konsekwentnie broniło sunnickiej ortodoksji, obudowując ją instytucjonalnie, a jej przeciwników bezwzględnie tępiąc. Pozostałych na terytorium osmańskim Kyzyłbaszów albo wybito (na rozkaz Selima zabito 40 tys. ludzi), albo zesłano na Bałkany. Ci, którzy uniknęli represji, stali się niepodnoszącą już poważniejszych buntów mniejszością, która w późniejszych czasach zlała się z bractwem bektaszytów w nierozerwalny amalgamat. Jedyna poważna różnica pomiędzy tymi grupami nie dotyczy nauk ani wierzeń – o ile do bractwa można wstąpić, to w przypadku Kyzyłbaszów (w XIX w. nazwa ta zastąpiona została przez „alewitów”) o przynależności decyduje urodzenie.
Podczas gdy w Iranie stopniowo kształtowała się doktryna dominującego tam dziś szyizmu dwunastkowego (od liczby czczonych imamów), na którą wpływ wywarli uczeni z Libanu i Iraku, w Turcji mniejszość religijna rozwijała się odrębną trajektorią. Wojowniczy fanatyzm ustąpił miejsca pokojowym i tolerancyjnym naukom, choć janczarzy do samego końca byli oporni. Rozwijała się też religijność czerpiąca z zastanego w Anatolii chrześcijaństwa, a wizerunki Alego i jego żony Fatimy do złudzenia przypominają ikony Chrystusa i Matki Boskiej. Pozostały także elementy przedislamskiego szamanizmu, czego przykładami są grobowce zmarłych świętych mieszkających w kamieniach i drzewach, obudowane czymś na kształt kapliczek, czy zoroastryzmu, a więc kultu żywiołów, w tym ognia. Do czasów współczesnych w alewizmie ukształtowała się religijność, obrzędowość i obyczajowość radykalnie odmienna od sunnickiej – alewici prawie w ogóle nie wypełniają pięciu filarów islamu (wyznanie wiary, jałmużna, modlitwa, post i pielgrzymka do Mekki), modlą się nie w meczetach, ale w cemevi, gdzie odprawiają cem – ceremonię prowadzoną przez duchowego przewodnika, „dziadka” (dede), w czasie której śpiewa się poetyckie hymny, pije wino i wykonuje rytualny taniec sema. Poszczą nie w czasie ramadanu, ale w miesiącu muharram, którego kulminacyjnym momentem jest aszura – dzień, w którym zginął syn Alego i trzeci imam szyizmu Husajn – zabity w bitwie pod Karbalą w 680 r. Radykalnie różna od sunnickiej jest też alewicka obyczajowość – relacje między mężczyznami i kobietami są bardziej egalitarne, małżeństwa łączą się związki typu musahiplik (zawarta w obecności przywódcy duchowego relacja dwóch małżeństw, które zobowiązują się do wzajemnej pomocy i opieki), kobiety nie zakrywają włosów, zaś nauki religijne są jedynie luźnym drogowskazem, nie zbiorem literalnie traktowanych nakazów.
Świecka republika i wielki zawód
W czasach osmańskich alewici poddawani byli systemowej dyskryminacji. Jak wskazuje badaczka politycznego wymiaru alewizmu, Élise Massicard, podczas gdy oficjalnie uznane w Imperium Osmańskim wspólnoty – takie jak żydzi i różne kościoły chrześcijańskie – miały status milletów, w obrębie których cieszyły się autonomią, alewici dla państwa osmańskiego pozostawali niezauważalni w sensie instytucjonalnym – nie byli ani sunnitami, ani chronioną mniejszością, jak ludy Księgi wyznające inne niż islam wersje monoteizmu.
Nadzieją na poprawę sytuacji była proklamacja laickiej republiki. W niej jednak objawił się jeden z największych paradoksów i grzechów nowoczesności. Jak stwierdził Zygmunt Bauman, nowoczesność ze swoim pooświeceniowym pędem do jasnego określania rzeczywistości, jej klasyfikowania i upartego uściślania – nie znosi wieloznaczności i ją zwalcza. Niemożność osiągnięcia sukcesu w tej walce dodaje jej tylko zapalczywości. Dyskryminujący alewitów osmański system polityczny przewidywał pewne „luzy” – nie dawał heterodoksyjnej mniejszości żadnego oficjalnego statusu, ale przynajmniej do pewnego momentu gotów był godzić się z jej istnieniem, o ile nie sprawiała problemów, lub też wykorzystywać jej odłam jako narzędzie mobilizacyjne (np. bektaszyci w korpusie janczarów). Tymczasem republika to typowe – mówiąc baumanowskim językiem – „państwo ogrodnik”. Ciekawostką ilustrującą historyczną ironię jest imię i nazwisko lidera MHP, Devleta Bahçelego, które oznacza „państwo” (devlet) i „ogród” (bahçe). Nowoczesne państwo ustanowiło scentralizowaną biurokrację, wchłaniając instytucje religijne, które odtąd miały działać pod jego pieczą. Bractwa sufickie, jako instytucje ludowego islamu, zdelegalizowało, a ich majątki znacjonalizowało. Powstał naród, który odtąd miał być jednolitą wspólnotą ze spisaną historią, symbolami i pożądaną, narzuconą odgórnie świadomością.
Imperialne dziedzictwo zwalczano, a amorficzności muzułmańskiej ummy, która miała stać się narodem, zaradzono, tworząc zwartą, świecką wspólnotę. Jej rdzeniem stali się etniczni Turcy, będący zlaicyzowanymi sunnitami. Alewitów potraktowano jako podejrzany element, niepasujący do modelu. Jeszcze tragiczniej wyglądała sytuacja alewitów będących Kurdami – gdy w 1938 r. w prowincji Dersim podnieśli bunt, nie rozumiejąc nowych porządków i myśląc, że ze stolicą i tak się dogadają, prowincję zbombardowano, ludność cywilną zabito z użyciem gazów bojowych, a dziesiątki tysięcy wysiedlono. Potomkowie ocalałych nadal widzieli w Mustafie Kemalu – który choć już umierał, zatwierdził tę operację – postać mityczną. Etnolożka Krisztina Kehl-Bodrogi zanotowała w latach 90., że mieszkańcy uważali go za inkarnację Hadżiego Bektasza lub szejcha Ismaila I.
W czasach powojennych społeczność alewicka, nadal marginalizowana, lecz konsekwentnie opowiadająca się za świeckością, zaczęła skłaniać się ku lewicy. W końcu lat 60. założono Partię Jedności (Birlik Partisi), lecz ta w 1973 r. została zdelegalizowana za naruszanie zasady świeckości państwa. W jej logotypie znajdował się lew i 12 gwiazd na czerwonym tle, czyli symbole Alego i imamów. Kolejne wcielenie partii przetrwało do zamachu stanu w 1980 r., ale większość alewitów i tak już sympatyzowała z lewicą. Badaczka Emma Sinclair-Webb zanotowała nawet, że ówcześnie określenia „alewita” i „lewicowiec” stały się niemal synonimami, co ściągnęło nienawiść nacjonalistycznej prawicy oraz islamistów. W końcu lat 70. doszło do kilku masakr, z których najkrwawszej dokonano w Kahramanmaraş w grudniu 1978 r., gdy z rąk prawicowych bojówkarzy zginęło 111 osób, a przeszło tysiąc odniosło rany. Kilkuset winnych skazano, lecz w 1992 r. wszystkich objęto amnestią.
Państwo na przemoc wymierzoną w alewitów reagowało obojętnością. Gdy w 1993 r. w mieście Sivas fanatyczny tłum skandujący „Chcemy szariatu!” podpalił hotel, w którym odbywał się alewicki kongres kultury, w wyniku czego zginęło 36 osób, lider konserwatywnej Partii Ojczyźnianej (ANAP) Mesut Yılmaz obwieścił, że podobne zajścia „równie dobrze mogły mieć miejsce na meczu piłki nożnej”. Tansu Çiller – ówczesna premierka – z ulgą zauważyła, że „ogień nie rozprzestrzenił się na sąsiednie budynki”, a winnym masakry uznała uczestniczącego w kongresie Aziza Nesina – pisarza i sympatyzującego z alewitami ateistę, który wcześniej ogłosił chęć przełożenia na turecki „Szatańskich wersetów” Salmana Rushdiego. Obecność pisarza na wydarzeniu rzeczywiście sprowokowała tłum, a Çiller stanęła po stronie napastników. Stara republika długo reagowała obojętnie na symboliczny sadyzm – w odnowionym budynku hotelu ktoś później założył restaurację z kebabem (przyrządzanym na przypalanym ruszcie). Skargi społeczności alewickiej, że utrzymywanie w miejscu tragedii takiego lokalu jest nie tylko niestosowne, ale i bolesne, władze ignorowały.
Doprosić się uznania
Obojętność świeckiej republiki wobec aktów przemocy wymierzonej w alewitów jest tylko jednym z wymiarów bolesnych doświadczeń tej społeczności. Wyznawcy niedającej się kontrolować za pomocą aparatu państwowego synkretycznej heterodoksji nie mogli liczyć na uznanie. Przeciwnie – stosowano wobec nich polityki asymilacyjne, czego przykładem było budowanie szkół z internatami na wschodzie kraju, gdzie do dziś żyje większość alewitów. Zaś po zamachu stanu w 1980 r., który miał ocalić kemalistowski porządek przed zagrożeniami z lewa i z prawa, wprowadzono do szkół obowiązkowe lekcje religii – rzecz jasna sunnickiej, ale w formie akceptowanej przez wojsko. Cemevi nadal były miejscami zgromadzeń, ale nie mogły uzyskać statusu miejsc kultu. Gdyby było inaczej, musiałyby zostać objęte państwową ochroną i finansowaniem. Podobnie z duchownymi, w przypadku alewitów i bektaszytów odpowiednio zwanymi dede i baba, którzy nadal nie mogą uzyskać oficjalnego statusu przywódców religijnych. W państwie republikańskim, które wchłonęło instytucje religijne w obręb swego aparatu, sunniccy imamowie stali się de facto państwowymi urzędnikami świadczącymi usługi religijne, utrzymywanymi na państwowej pensji. Państwowe uniwersytety mają wydziały teologii kształcące późniejszych imamów, jednak teologia alewicka jako taka w ogóle nie istnieje, bo nie ma gdzie jej uprawiać.
Na początku XXI wieku wydawało się, że zmiana nastąpi wraz z demokratyzacją rządów przez Recepa Tayyipa Erdoğana i jego ekipę. Gdy proces akcesyjny do UE wydawał się realny, kwestia alewicka (podobnie jak kurdyjska) znajdowała się w czołówce priorytetów. W czasie drugiej kadencji erdoğanowskiej AKP (2007–2011) ogłoszono „alewickie otwarcie”, a ówczesny premier mianował nawet pisarza i działacza, Rehę Çamuroğlu, swoim doradcą do spraw alewitów. Sam Çamuroğlu, w tamtej kadencji poseł rządzącej partii, szybko jednak zrezygnował z funkcji doradcy, widząc, że jego postulaty, w tym uznanie cemevi za miejsca kultu, a dede i babów za duchownych, utworzenie państwowego instytutu pozwalającego rozwijać teologię alewicką oraz zniesienie obowiązkowych lekcji religii w szkołach, nie spotykają się ze zrozumieniem. Jeszcze przez jakiś czas utrzymywano pozory otwarcia. W większych miastach władze municypalne otwierały domy kultury, gdzie odprawiano cem, zaś niektórzy alewici, zachęceni rozrzedzeniem atmosfery, zaczęli otwarcie przyznawać się do swojej wiary i tożsamości w miejscach pracy i przy innych publicznych okazjach. Równocześnie rozwijała się polityka nawiązująca do przeszłości osmańskiej, czego przykładem jest budowany w latach 2012–2016 most na Bosforze nazwany imieniem sułtana Selima I Srogiego, który kazał zabić 40 tys. Kyzyłbaszów.
„Otwarcie” po cichu przeminęło. Politycy rządzącej partii cyklicznie odpowiadali na postulaty uznania cemevi, że „meczety stoją otworem” i „każdy jest tam mile widziany”, lecz w miarę zaostrzania się sytuacji politycznej (konflikt z PKK, wojna w Syrii, nieudany zamach stanu z 2016 r. i czystki oraz umacnianie personalnej władzy Erdoğana) największa mniejszość religijna Turcji, pozbawiona przedstawicielstwa politycznego i zorganizowana wokół stowarzyszeń kulturalnych, została zapomniana.
Niedoszły prezydent i dalsza niepewność
Po latach marazmu i narastającego przekonania o zabetonowaniu jedynowładztwa Erdoğana, tym większym zaskoczeniem był coming out Kemala Kılıçdaroğlu kandydującego w wyborach prezydenckich w 2023 r. W toku kampanii, niemal na ostatniej prostej, ówczesny lider Republikańskiej Partii Ludowej (CHP) opublikował na X wideo podpisane krótko: „Alewita”, w którym oświadczył „Jestem alewitą. Prawdziwym muzułmaninem”. O jego przynależności konfesyjnej wiadomo było od dawna. Rodzina Kılıçdaroğlu pochodziła z Dersim (dziś Tunceli), prowincji, którą spacyfikowano w 1938 r., gdzie zdecydowana większość mieszkańców to alewici. Jednak on sam musiał pokonać psychologiczną barierę, gdyż krótko po objęciu przywództwa w partii w 2010 r., zapytany przez dziennikarkę o wyznanie, odparł, że „to nie ma żadnego znaczenia”. Teraz alewickość pierwszy raz miała być nie obciążeniem, ale atutem i odmianą po dwóch dekadach rządów AKP rehabilitującej sunnicki islam.
Zwycięstwo alewity w wyborach prezydenckich byłoby jednak zbyt rewolucyjne. Po dekadach prześladowań, w których państwo pobłażało sprawcom, a samo negowało alewicką odrębność, wykonawcza prezydentura w rękach alewity wyglądała jak scenariusz rodem z filmów science fiction. Na krótką chwilę istnienie tych co najmniej kilkunastu milionów ludzi, których wiara, obrzędowość i obyczaje radykalnie odstają od sunnickiej wersji islamu, stało się tematem ważnym. Jednak wraz z upadkiem nadziei na pokonanie Erdoğana zainteresowanie mediów i polityków przeminęło. Wróciło dopiero w marcu 2025 r., gdy na ulice tureckich i europejskich miast wylegli alewici solidaryzujący się z alawitami w Syrii – wówczas masakrowanymi przez zdemoralizowane oddziały islamistycznej opozycji syryjskiej, która w grudniu 2024 r. obaliła reżim Baszszara al-Asada (również alawity).
Syryjscy alawici stanowią odmienną grupę religijną, z tureckimi alewitami łączą ich tylko korzenie szyickie, cześć oddawana Alemu oraz synkretyczny charakter wierzeń. Jednak w tym synkretyzmie zupełnie inne są proporcje różnych wpływów, a wiara syryjskich alawitów opiera się na ezoterycznych naukach żyjącego w IX w. Muhammada ibn Nusajra (stąd alternatywna nazwa – nusajryci). Zupełnie inna jest też obrzędowość i szczegółowe wierzenia. Mimo to tureccy alewici odczuwają z alawitami solidarność. Pomostem są tutaj bowiem zamieszkujący turecką prowincję Hatay arabskojęzyczni alawici, zwani w Turcji Arap Alevileri, i pomimo różnic uznawani za braci. Masakry w Syrii wywołały falę oburzenia, ale też strach. Żywa jest bowiem pamięć islamistycznych zamachów bombowych wymierzonych w Kurdów, które przed dekadą przetoczyły się przez Turcję. W społeczności alewickiej w Turcji akty przemocy wymierzone w alawitów syryjskich były przypomnieniem, że względne bezpieczeństwo nie jest dane raz na zawsze.
Poczucie niepewności jest tym większe, że w 2025 r. Recep Tayyip Erdoğan robił, co mógł, aby nie potępiać tych zbrodni, a nowe władze syryjskie są wszak politycznymi klientami Turcji (choć przyznać trzeba, że nie ma dowodów, aby kontrolowali sytuację, a zbrodnie nie obciążają ich bezpośrednio). Prezydent Turcji wolał mówić o „prowokacjach”, przy innej okazji zasugerował irański ślad, a na koniec obwinił CHP, że cynicznie próbowała sprawę wykorzystać na użytek polityki wewnętrznej. Kilka miesięcy później do akcji wkroczył Bahçeli i przedstawił inkluzywne propozycje. Z perspektywy alewitów pojednawcze słowa przywódcy ruchu, który ich brutalnie zwalczał z wykorzystaniem Szarych Wilków, młodzieżówki MHP, wyglądają absurdalnie. Podobnie mało wiarygodnie brzmią słowa odwołania do narodowej jedności i braterstwa międzywyznaniowego,
Mateusz Chudziak – doktor historii. Zajmuje się najnowszymi dziejami Turcji. Pracował w Zakładzie Bliskiego Wschodu i Azji Środkowej Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie (2023–2025) oraz w Ośrodku Studiów Wschodnich (2015–2021).
które w republikańskiej historii Turcji oznaczały konieczność dostosowania się do sunnickiej większości. Oczywiste wydają się doraźne kalkulacje polityczne, gdy rządowa koalicja stara się zapewnić kolejną kadencję Erdoğanowi, co z kolei wymaga przyjęcia nowej konstytucji. Poczyniła już w tym celu kroki, by pozyskać Kurdów. Jak będzie z alewitami, zapewne niebawem się okaże.