Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Jedwabny Szlak / 20.05.2026
Patryk Kulpok

Świat zbroi się szybciej, niż odbudowuje powojenne zniszczenia. Rekordowe wydatki militarne nie gwarantują trwałego pokoju

Globalne wydatki wojskowe osiągnęły rekordowy poziom, a państwa świata coraz szybciej inwestują w odstraszanie, armie i nowoczesne uzbrojenie. Jednocześnie odbudowa krajów zniszczonych przez wojny – od Ukrainy po Gazę i Syrię – pozostaje chronicznie niedofinansowana, odsłaniając rosnącą dysproporcję między finansowaniem bezpieczeństwa militarnego a bezpieczeństwa humanitarnego.
Foto tytułowe
(Shutterstock)



Posłuchaj słowa wstępnego szóstego wydania magazynu online!



Globalne wydatki wojskowe znów pobiły rekord. Według najnowszych danych Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI), w 2025 roku państwa świata przeznaczyły na wojsko łącznie 2,887 bilionów dolarów. To 11. z rzędu rok wzrostu i najwyższy poziom od początku pomiarów SIPRI. W przeliczeniu na mieszkańca planety oznacza to około 350 dolarów rocznie na armie, broń, amunicję, systemy obrony powietrznej, okręty, samoloty, drony i zaplecze wojskowe. Globalny „ciężar militarny”, czyli udział wydatków obronnych w światowym PKB, wzrósł do 2,5 procent, najwyżej od 2009 roku.
[wstawka]
Magazyn Nowa Europa Wschodnia Online
jest bezpłatny.

Zachęcamy do wsparcia nas na Patronite

Sama liczba jest abstrakcyjna. Prawie 3 biliony dolarów trudno przełożyć na codzienne doświadczenie. Dlatego warto zestawić ją z inną rubryką światowego rachunku: z pieniędzmi potrzebnymi na ratowanie ludzi po wojnach, klęskach głodu, bombardowaniach i katastrofach klimatycznych. ONZ i organizacje humanitarne proszą w 2026 roku o około 33 miliardy dolarów, by dotrzeć z pomocą do 135 milionów ludzi w najcięższych kryzysach. To mniej więcej tyle, ile świat wydaje na wojsko w cztery dni. Według danych Biura ONZ ds. Koordynacji Pomocy Humanitarnej (OCHA) tegoroczny globalny apel humanitarny był sfinansowany zaledwie w około jednej piątej.

Ten kontrast nie oznacza, że państwa mogą po prostu zamienić czołgi na worki mąki. W Europie, zwłaszcza po rosyjskiej inwazji na Ukrainę, argument bezpieczeństwa nie jest abstrakcją. Polska, kraje bałtyckie, Finlandia, Rumunia, Niemcy czy Norwegia nie zwiększają budżetów obronnych z powodu mody na militaryzację, lecz dlatego, że rosyjska wojna stała się dla nich realnym punktem odniesienia. SIPRI szacuje, że wydatki wojskowe w Europie wzrosły w 2025 roku o 14 procent, do 864 miliardów dolarów. Wydatki wszystkich państw NATO wyniosły 1,581 biliona dolarów, czyli 55 procent globalnej sumy.

Właśnie dlatego pytanie o proporcje staje się politycznie ważniejsze, a nie mniej ważne. Jeżeli wojna wymusza zbrojenia, to jednocześnie generuje koszty, które później znikają z pierwszych stron gazet: zburzone domy, uszkodzone elektrownie, zaminowane pola, szkoły bez dachów, szpitale bez prądu, ludzie żyjący latami w tymczasowych obozach. Budżety obronne rosną szybko, regularnie i przy silnym poparciu politycznym. Budżety odbudowy oraz pomocy humanitarnej są natomiast przedmiotem corocznego targu darczyńców, zmęczenia opinii publicznej i nagłych cięć.

Najbardziej jaskrawym przykładem jest Ukraina. Według wspólnej oceny Banku Światowego, ONZ, Komisji Europejskiej i rządu Ukrainy, potrzeby odbudowy i naprawy kraju po trzech latach pełnoskalowej wojny sięgały 524 miliardy dolarów. To suma rozłożona na dekadę, obejmująca między innymi mieszkania, transport, energetykę, edukację, zdrowie i przemysł. Jest ogromna, ale w skali globalnych wydatków wojskowych nie aż tak nieosiągalna: odpowiada mniej więcej jednej piątej tego, co świat wydał na wojsko tylko w 2025 roku.

Podobnie wygląda rachunek Gazy. W lutym 2025 roku Bank Światowy, ONZ i Unia Europejska szacowały, że odbudowa i odtworzenie podstawowych funkcji gospodarki w Gazie i na Zachodnim Brzegu wymaga 53,2 miliarda dolarów w ciągu 10 lat, z czego około 20 miliardów w pierwszych trzech latach. To kwota niewielka w porównaniu z globalnym rachunkiem zbrojeniowym, ale ogromna wobec realnych możliwości terytorium, którego infrastruktura, mieszkalnictwo, gospodarka i usługi publiczne zostały głęboko zniszczone.

Jeszcze inny wymiar pokazuje Syria. Po ponad dekadzie wojny Bank Światowy oszacował koszty odbudowy kraju na 216 miliardów dolarów. To niemal dziesięciokrotność przewidywanego PKB Syrii z 2024 roku. Oznacza to, że kraj zniszczony przez wojnę nie ma możliwości samodzielnego sfinansowania powrotu do elementarnej normalności. Odbudowa staje się więc nie tylko problemem technicznym, lecz także geopolitycznym: zależy od tego, kto zechce zapłacić, na jakich warunkach i w zamian za jakie wpływy.

Świat jest w stanie co roku znaleźć niemal 3 biliony dolarów na bezpieczeństwo rozumiane jako odstraszanie, gotowość bojowa i zdolność do prowadzenia wojny. Ma natomiast znacznie większy problem ze znalezieniem kilkudziesięciu miliardów dolarów na bezpieczeństwo rozumiane jako żywność, woda, dach nad głową, szpital, szkoła i odbudowany most. Pierwszy rodzaj bezpieczeństwa jest wpisany w budżety państw. Drugi często zależy od konferencji darczyńców, nadzwyczajnych apeli i obrazów cierpienia, które muszą przebić się przez informacyjny hałas.

Nie chodzi o moralizowanie, że każde euro na obronność jest euro odebranym głodnym dzieciom. Taki argument byłby nadmiernym uproszczeniem, zwłaszcza w Europie Środkowo-Wschodniej. Dla Polski, Litwy czy Finlandii obrona granic nie jest abstrakcyjnym luksusem, lecz warunkiem tego, by nie dołączyć do listy krajów wymagających później odbudowy. Ukraina jest najdobitniejszym dowodem, że zbyt słabe odstraszanie również generuje rachunek humanitarny. Gdy państwo nie potrafi się obronić, koszty spadają na ludność cywilną, infrastrukturę i przyszłe pokolenia.

Problem polega raczej na tym, że światowy system polityczny znacznie lepiej organizuje wydawanie pieniędzy na przygotowanie do wojen niż na ich skutki. Zakup systemu obrony powietrznej ma harmonogram, wykonawcę, kontrakt, lobbystów, miejsca pracy i argument narodowego bezpieczeństwa. Odbudowa kanalizacji w zniszczonym mieście albo wieloletnie leczenie ofiar bombardowań nie mają takiej samej siły politycznej. Nie budują prestiżu rządów w taki sposób, w jaki robią to nowoczesne samoloty czy baterie rakiet. Nie zawsze mają też jedno polityczne zaplecze. Są rozproszone między agencje ONZ, organizacje pozarządowe, banki rozwoju, lokalne samorządy i rządy, które często same ledwo funkcjonują.

W efekcie wojna ma dwa budżety. Pierwszy – na jej prowadzenie lub odstraszanie – stale rośnie. Drugi – przeznaczony na sprzątanie po wojnie – regularnie okazuje się za mały. Kiedy konflikt trafia na nagłówki, pieniądze płyną szybciej. Kiedy kamery się wycofują, zostają potrzeby: protezy, odbudowa szkół, odgruzowywanie, oczyszczanie pól z min, leczenie traumy, przywracanie miejsc pracy. To są wydatki mało spektakularne, ale decydują o tym, czy pokój będzie czymś więcej niż tylko brakiem ostrzału.

W danych SIPRI widać jeszcze jedną prawidłowość: zbrojenia są globalne, ale ich uzasadnienia – lokalne. Rosja zwiększa wydatki, bo prowadzi wojnę. Ukraina zwiększa wydatki, bo walczy o przetrwanie. Europa zwiększa wydatki, bo boi się Rosji. Chiny rozbudowują armię, bo chcą potwierdzić status mocarstwa i zmienić równowagę sił w Azji. Indie wydają więcej, bo patrzą jednocześnie na Chiny i Pakistan. Izrael utrzymuje bardzo wysokie wydatki per capita, bo funkcjonuje w stanie ciągłego zagrożenia. Każde państwo ma własne racje. Suma tych racji tworzy jednak spiralę, w której bezpieczeństwo jednych zwiększa niepewność drugich.

Spirala ta jest szczególnie widoczna w Europie. Jeszcze dekadę temu wiele państw NATO traktowało cel 2 procent PKB na obronność jako odległy punkt odniesienia. Dziś dyskusja przesuwa się w stronę znacznie wyższych wydatków. W praktyce oznacza to trwałe przestawienie finansów publicznych: więcej pieniędzy na wojsko, przemysł zbrojeniowy, amunicję, logistykę i infrastrukturę wojskową. Nawet jeśli jest to strategicznie uzasadnione, będzie miało konsekwencje społeczne. Każdy dodatkowy punkt procentowy PKB na obronność musi skądś pochodzić: z wyższych podatków, długu, inflacyjnej presji albo z ograniczenia innych wydatków.

Największe napięcie dopiero się ujawni. Państwa będą jednocześnie finansować transformację energetyczną, starzenie się społeczeństw, ochronę zdrowia, migracje, adaptację do zmian klimatu i wzrost wydatków obronnych. W krajach biedniejszych rachunek będzie jeszcze wyższy. Jeżeli pomoc rozwojowa i humanitarna stanie się rezerwuarem cięć, konsekwencje wrócą do bogatszych państw w innej postaci: niestabilności, migracji przymusowych, epidemii, kryzysów żywnościowych i nowych konfliktów. Niedofinansowana odbudowa nie jest więc aktem oszczędności, ale często odroczeniem kosztów.

Warto też pamiętać, że pomoc humanitarna i odbudowa nie są tym samym. Pomoc humanitarna ratuje życie tu i teraz: dostarcza wodę, żywność, leki, schronienie, szczepienia, podstawową opiekę. Odbudowa zaczyna się tam, gdzie trzeba odtworzyć zdolność społeczeństwa do normalnego funkcjonowania: mieszkania, sieci energetyczne, drogi, szkoły, administrację, miejsca pracy. Jeśli zabraknie pierwszej, ludzie umierają. Jeśli zabraknie drugiej, kryzys się utrwala. Obozy tymczasowe stają się miastami na lata, dzieci dorastają bez edukacji, gospodarki nie wracają do produkcji, a frustracja społeczna staje się paliwem dla kolejnych wojen.

Dlatego zestawienie wydatków wojskowych z kosztami odbudowy nie powinno służyć wyłącznie oburzeniu. Powinno służyć zadaniu bardziej praktycznego pytania: czy bezpieczeństwo narodowe można dłużej oddzielać od bezpieczeństwa humanitarnego? Państwo, które inwestuje w obronę przed wojną, ale ignoruje skutki wojen u sąsiadów, buduje tylko część odporności. W świecie połączonych rynków, migracji, szlaków dostaw i kryzysów klimatycznych ruiny rzadko pozostają lokalne. Zniszczona infrastruktura energetyczna, głód, brak wody czy masowe przesiedlenia stają się problemami regionalnymi, a czasem globalnymi.

Można sobie wyobrazić inny mechanizm: każdy duży wzrost wydatków wojskowych w państwach najbogatszych byłby powiązany z automatycznym wzrostem funduszy na odbudowę i pomoc humanitarną. Nie jako gest dobroczynności, ale jako element szeroko rozumianej polityki bezpieczeństwa. Jeśli świat akceptuje, że wojna wymaga długoterminowych kontraktów, rezerw i planowania, powinien podobnie traktować pokój. Odbudowa nie może zaczynać się dopiero wtedy, gdy milkną działa. Musi być finansowana i planowana równolegle, bo opóźnienia kosztują więcej niż prewencja.

Najtrudniejsze jest jednak to, że zbrojenia dają politykom poczucie sprawczości. Można pokazać nowy sprzęt, podpisać kontrakt, ogłosić wzrost nakładów, sfotografować się na tle wyrzutni. Odbudowa generuje mniej widowiskowe obrazy: działającą oczyszczalnię, naprawioną szkołę, odbudowany blok, dostawę leków. A jednak to właśnie te obrazy decydują, czy społeczeństwo po wojnie odzyska przyszłość. Bez nich nawet zwycięstwo militarne może zostawić po sobie państwo kruche, zależne od zewnętrznej pomocy i podatne na kolejne kryzysy.

Rekordowe wydatki wojskowe są więc nie tylko informacją o stanie armii, lecz również diagnozą wyobraźni politycznej. Świat coraz lepiej potrafi liczyć zagrożenia militarne, ale wciąż zbyt słabo liczy koszty nieodbudowanych krajów, niedożywionych dzieci, niewyleczonych ran i straconych lat edukacji. W rachunku bezpieczeństwa te pozycje powinny stać obok siebie. Bo wojna zaczyna się od decyzji politycznych i militarnych, ale kończy się – albo nie kończy – w szkołach, szpitalach, mieszkaniach i budżetach rodzin, które próbują wrócić do życia.
Patryk Kulpok – polski historyk i dziennikarz, mieszkający w Holandii. Współzałożyciel polskiego podcastu o Holandii i Belgii „Polderownia”. Członek zespołu Trias Politica.

Inne artykuły Patryka Kulpoka

Największym paradoksem dzisiejszych czasów nie jest zatem to, że świat się zbroi. W wielu miejscach ma ku temu powody. Paradoks polega na tym, że ten sam świat, który potrafi zmobilizować biliony na przygotowanie do konfliktów, ma problem ze zmobilizowaniem ułamka tej kwoty na odbudowę po nich. Jeśli ta proporcja się nie zmieni, będziemy coraz skuteczniej produkować bezpieczeństwo militarne i coraz mniej skutecznie produkować pokój.