Nasza strona używa ciasteczek do zapamiętania Twoich preferencji oraz do celów statystycznych. Korzystanie z naszego serwisu oznacza zgodę na ciasteczka i regulamin.
Pokaż więcej informacji »
Drogi czytelniku!
Zanim klikniesz „przejdź do serwisu” prosimy, żebyś zapoznał się z niniejszą informacją dotyczącą Twoich danych osobowych.
Klikając „przejdź do serwisu” lub zamykając okno przez kliknięcie w znaczek X, udzielasz zgody na przetwarzanie danych osobowych dotyczących Twojej aktywności w Internecie (np. identyfikatory urządzenia, adres IP) przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego i Zaufanych Partnerów w celu dostosowania dostarczanych treści.
Portal Nowa Europa Wschodnia nie gromadzi danych osobowych innych za wyjątkiem adresu e-mail koniecznego do ewentualnego zalogowania się przy zakupie treści płatnych. Równocześnie dane dotyczące Twojej aktywności w Internecie wykorzystywane są do pomiaru wydajności Portalu z myślą o jego rozwoju.
Zgoda jest dobrowolna i możesz jej odmówić. Udzieloną zgodę możesz wycofać. Możesz żądać dostępu do Twoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, przeniesienia danych, wyrazić sprzeciw wobec ich przetwarzania i wnieść skargę do Prezesa U.O.D.O.
Korzystanie z Portalu bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza też zgodę na umieszczanie znaczników internetowych (cookies, itp.) na Twoich urządzeniach i odczytywanie ich (przechowywanie informacji na urządzeniu lub dostęp do nich) przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego i Zaufanych Partnerów. Zgody tej możesz odmówić lub ją ograniczyć poprzez zmianę ustawień przeglądarki.
Ukraina / 02.08.2026
Marek Kozubel
Ukraina wyrosła z polskich wyobrażeń. Warszawa nie nadąża za zmianą
Każda kolejna awantura o UPA to nie tylko spór o historię. W pierwszej kolejności to test naszej zdolności do zrozumienia, że Ukraina nie jest już przedmiotem polityki innych państw. Jest samodzielnym i asertywnym graczem, który kieruje się własnym interesem narodowym, a przede wszystkim – państwem starającym się przetrwać wojnę z regionalnym mocarstwem atomowym. Aktualna awantura w polsko-ukraińskich relacjach unaoczniła masę problemów polskiej debaty publicznej, związanych m.in. z wpływem social mediów, ale przede wszystkim wynikających z braku wizji strategicznej na kierunku ukraińskim. Dają o sobie znać również kompleksy względem Kijowa.
(Shutterstock)
Posłuchaj słowa wstępnego siódmego wydania magazynu online!
20 czerwca prezydent Karol Nawrocki opublikował nagranie, w którym tłumaczył powody odebrania Zełenskiemu Orderu Orła Białego, wiążąc tę decyzję z uhonorowaniem UPA przez ukraińskiego prezydenta. Choć jednocześnie zadeklarował, że jego decyzja nie jest wymierzona przeciwko narodowi ukraińskiemu, to nad Dnieprem właśnie tak to odebrano. Ukraińcy. „zjednoczyli się wokół sztandaru”, czego przykładem był nie tylko ton wypowiedzi komentatorów, wyniki badań opinii publicznej, ale przede wszystkim reakcja byłych oraz czynnych polityków ukraińskich, w tym tych, którzy znajdują się w opozycji do Zełenskiego. Gdy prezydent Ukrainy ogłosił, że zwraca Order Orła Białego drogą pocztową, w jego ślady poszli poprzedni prezydenci: Kuczma, Juszczenko, a nawet rywal Poroszenko. W tym samym czasie podobnie zachowali się niektórzy ukraińscy dyplomaci oraz gen. Kyryło Budanow, obecnie szef Biura Prezydenta, który zwrócił odznaczenie nadane mu przez polskie władze. W odpowiedzi część polskich polityków, w tym Jarosław Kaczyński i Michał Kamiński, oddali swoje ukraińskie ordery.
Tymczasem w Polsce decyzja prezydenta Nawrockiego została przyjęta niejednoznacznie. O ile elektorat prawicy i skrajnej prawicy odebrał ją pozytywnie, to wśród sympatyków obecnego rządu i lewicy stosunek do tej decyzji był mieszany. Według sondażu SW Research dla portalu Onet 36,4 proc. ankietowanych uważa, że posunięcie prezydenta wzmocni Polskę na arenie międzynarodowej, 31,6 proc. jest przeciwnego zdania, a aż 32 proc. nie zajęło stanowiska w tej sprawie.
Sprawa orderu szybko stała się też elementem wewnątrzpolskich sporów politycznych. Minister Radosław Sikorski zwrócił uwagę na to, że powyższą decyzję przyjął z aplauzem Dmitrij Miedwiediew, były prezydent Federacji Rosyjskiej. Tak w polskich, jak i ukraińskich mediach długo podkreślano, że de iure Zełenski przestanie być kawalerem Orderu Orła Białego dopiero po złożeniu pod rozporządzeniem prezydenckim podpisu polskiego premiera, czyli tzw. kontrasygnaty. Miałaby ona być dla Donalda Tuska ogromnym dylematem. Poparcie decyzji Nawrockiego wzmacniałoby prezydenta, a na dodatek mogło narazić wizerunek premiera na arenie międzynarodowej. Odmowa uderzyłaby z kolei w sondaże Tuska i jego partii. Ukraińcy bardzo szybko się zorientowali w tej sytuacji. Prawdopodobnie z tego wynikała niezwłoczna reakcja Zełenskiego z odesłaniem Orderu Orła Białego. Skoro sam z niego zrezygnował, to można było uznać, że sprawa już jest rozwiązana, a polski premier, postrzegany nad Dnieprem jako sojusznik Kijowa, nie musiał już stawać przed trudnym dylematem.
Decyzja prezydenta Nawrockiego niemal zbiegła się z organizowaną w dniach 25–26 czerwca w Gdańsku konferencją na temat odbudowy i modernizacji Ukrainy. Z uwagi na to, że w gronie organizatorów znajdował się polski rząd, natychmiast pojawiły się spekulacje, że obóz prezydencki chciał sabotować to wydarzenie. W świetle ustaleń Onetu jednym z głównych założeń było sprowokowanie Zełenskiego do tego, by nie przybył do Gdańska, a tym samym ogłosić klęskę inicjatywy rządowej. Choć prezydent Ukrainy ostatecznie rzeczywiście na konferencję nie przyjechał, to Kijów zdecydował się na wysłanie delegacji pod kierownictwem premier Julii Swyrydenko. Utrzymano tym samym rangę dyplomatyczną równą polskiej (obecny był również premier Tusk), a konferencję oceniono jako udaną.
Przekleństwo własnej bańki
Natychmiast po wybuchu polsko-ukraińskiego skandalu w polskiej sferze informacyjnej, szczególnie prawicowej, pojawiły się omówienia reakcji zagranicznych mediów i polityków. W tym przypadku dał o sobie znać proces znany jako „cherry picking”, czyli wybiórcze podejście do gromadzenia faktów i informacji. Redaktor Michał Kolanko z „Rzeczpospolitej” stwierdził, że Zełenski doprowadził do „efektu Streisand”, gdy próba zablokowania jakiejś informacji doprowadza do odwrotnych skutków. Wedle tej narracji jakoby dzięki decyzji Zełenskiego i reakcji Nawrockiego świat dowiedział się o zbrodniach ukraińskiego podziemia i przyjął polską perspektywę oceny tych wydarzeń.
Jednak na ogół w mediach zagranicznych, które relacjonowały tę sprawę, przeważał informacyjny ton, przypominający najważniejsze fakty i interpretacje, a polsko-ukraiński spór nie znajdował się wcale w czołówce tematów omawianych w ostatnich tygodniach – np. prasa i portale brytyjskie w swojej narracji zwracały uwagę na destrukcyjny wpływ tego sporu na solidarność państw zachodnich w konfrontacji z Rosją. Takie media jak „Guardian” zajęły tym samym lekko proukraińskie stanowisko, nie broniąc jednak przy tym nadania jednostce SZU nazwy „Bohaterów UPA”. Media francuskie stosowały podobną narrację, podając przy tym przykład pojednania francusko-niemieckiego jako godny naśladowania. Większy rozdźwięk było widać w prasie niemieckiej. „Frankfurter Allgemeine Zeitung” krytykował przede wszystkim uhonorowanie UPA przez Zełenskiego, ale „Süddeutsche Zeitung” kierował uwagę czytelnika na to, że premier Tusk niepotrzebnie oddaje inicjatywę obozowi prezydenckiemu w kształtowaniu relacji z Ukrainą, które stały się zakładnikiem polskiej polityki wewnętrznej.
Wątek wykorzystywania historii w konkurencji wewnątrzpolitycznej w Polsce poruszali również analitycy i komentatorzy zachodnich mediów. Na łamach „The Bulwark” Dalibor Rohac sugeruje, że działania podjęte przez prezydenta Nawrockiego miały niewiele wspólnego z niefortunnym podpisem Zełenskiego pod wnioskiem o nazwie jednostki wojskowej. Zamiast tego zwraca on uwagę na wcześniejsze, wymierzone w Ukrainę decyzje polskiego prezydenta, uznając, że znajduje się on pod wpływem protrumpowskiego ruchu MAGA, który nie jest życzliwy Ukrainie.
Zachodni politycy unikają angażowania się w spory historyczne, również polsko-ukraińskie, ale gdy już to robią, to kierują się głównie interesem teraźniejszości i przyszłości, co nie współgra z podejściem obozu polskiego prezydenta i nastrojami na polskiej prawicy. Podczas manewrów odbywających się na Litwie ministrowie obrony Niemiec i Litwy, Boris Pistorius i Robertas Kaunas, odnieśli się do tego tematu. Pierwszy z nich zasugerował, „by nie patrzeć wyłącznie w lusterko wsteczne”, a jego litewski kolega dodał, że „dyskusje [o historii] powinni prowadzić historycy, a politycy powinni patrzeć w przyszłość”. Z kolei 27 czerwca podczas spotkania w Juracie ofertę mediacji między Polską a Ukrainą złożył prezydent Litwy Gitanas Nausėda. Oświadczył, że „przeszłość jest ważna, ale jeszcze ważniejsza jest teraźniejszość, zwłaszcza gdy trwa brutalna rosyjska wojna przeciwko Ukrainie”. Tymczasem uczestniczący z gdańskiej konferencji premier Estonii Kristen Michal stwierdził, że: „Często bywa tak, że nawet najlepsi przyjaciele mają inne zdanie w pewnych kwestiach. Ważne jest jednak to, na co patrzymy. Jeśli skupimy się na różnicach, one nas pochłoną. A przecież mamy wspólnego wroga – Rosję. (…) Nieobecność prezydenta [Zełenskiego] nie zmienia faktu, że wszyscy stoimy murem za Kijowem (…)”.
Niejednoznaczna jest też reakcja zachodnich aktywistów i intelektualistów. Wybitny historyk Timothy Snyder, choć odniósł się krytycznie do decyzji Zełenskiego w kwestii wyboru patronów dla jednostki SZU, to ostrzej wypowiedział się o polskich uczestnikach sporu:
„Wojna o pamięć jest dla polskich polityków o wiele wygodniejsza niż prawdziwa wojna. Mogą mówić: mamy rację, jesteśmy niewinni, znamy historię. Ale trzeba zacząć od tego, co się dzieje teraz, a nie od pamięci. Jeśli to pominiemy, zaczniemy od kłamstwa. Ocenianie decyzji Zełenskiego o nazwaniu jednostki imieniem UPA bez kontekstu prawie czterech i pół roku wojny byłoby błędem. (…) Ukraińcy myślą o UPA głównie przez pryzmat tej trzeciej fazy [jej szlaku bojowego], walki z Armią Czerwoną po 1945 roku. Polacy pamiętają pierwszą fazę: 1943 rok, kiedy UPA zabiła dziesiątki tysięcy Polaków na Wołyniu. Błędem jest zapominanie o reszcie historii”.
Posiadający duże zasięgi w social mediach sympatycy Ukrainy, jak np. Pekka Kallioniemi, fiński badacz śledzący działania propagandowe sympatyków Rosji na Zachodzie, uderzył w polskiego prezydenta za jego poparcie dla prorosyjskiego Viktora Orbána w czasie kampanii wyborczej na Węgrzech oraz kontrowersyjne weto wobec ustawy o SAFE. Przypominanie na tym tle o tym, że wśród kawalerów Orderu Orła Białego wciąż znajdują się m.in. włoski faszysta, rosyjska cesarzowa i jej feldmarszałek mający na rękach krew wielu tysięcy polskich cywili, tworzy niewygodny dla Nawrockiego kontekst.
Próby obrony niektórych z tych postaci, szczególnie Mussoliniego, przez sympatyków polskiego prezydenta, przy użyciu wszelkich fikołków logicznych i merytorycznych, tylko pogarszają sytuację. Nie do obrony jest również argument, że rosyjska cesarzowa i włoski dyktator nie mogą zostać pozbawieni Orderów Orła Białego, bo już nie żyją. Po pierwsze, nie zabrania tego ustawa, po drugie – istnieją już precedensy, jak np. z pozbawieniem Leonida Breżniewa, przywódcy ZSRR, Orderu Virtuti Militari.
Ukraina nie jest tylko peryferyjnym terytorium
W centrum tych wszystkich problemów tkwi utrzymujący się w polskiej debacie politycznej od lat dziewięćdziesiątych sposób myślenia o Ukrainie. Opiera się on na przekonaniu, że Polska jest wyłącznym pośrednikiem między Ukrainą a Zachodem, Ukraina potrzebuje Polski bardziej niż Polska Ukrainy, a Warszawa odgrywa rolę adwokata Kijowa w UE i NATO.
Ukraina w tej wizji stanowiła przedmiot polityki międzynarodowej, który może znajdować się albo pod wpływem politycznym Moskwy, albo Zachodu – za pośrednictwem Polski. Zmieniło się to jednak radykalnie w 2014 roku pod wpływem rewolucji godności oraz wybuchu wojny rosyjsko-ukraińskiej, a inwazja rosyjska z 2022 przyspieszyła proces upodmiotowienia Ukrainy.
Paradoksalnie, ale to wojna sprawiła, że Ukraina stała się jednym z najważniejszych państw Europy Wschodniej. Ukraina posiada obecnie największą armię lądową na kontynencie, jeśli nie liczyć Rosji. Kijów zbudował bezpośrednie relacje z Berlinem, Paryżem, Londynem i Waszyngtonem. Co więcej, potrafi stawiać się partnerom tam, gdzie ci przekraczają jego granice, jak było w przypadku nacisków ze strony Donalda Trumpa.
Obecnie Ukraina jest traktowana po partnersku niemal przez wszystkie państwa europejskie, a nawet liczących się geopolitycznych graczy z innych kontynentów. Wytrzymanie ponad roku bez wsparcia finansowego i sprzętowego ze strony USA (Amerykanie mieli pozostawić Ukrainie wsparcie wywiadowcze, ale należy pamiętać, że nadzór nad służbami specjalnymi hegemona przejęła w tym czasie Tulsi Gabbard, prorosyjska polityk z Hawajów) oraz zwiększenie własnych zdolności do rażenia Rosji w głębi jej terytorium u jednych wywołują szacunek i uznanie, ale u innych – jak widać po stanie polskiej debaty publicznej – zawiść i obawy.
Już latem 2023 roku w środowisku eksperckim specjalistów zajmujących się wojskowością i militariami można było usłyszeć, że „Ukraina gra powyżej swojej ligi”. Mowa była o państwie, które odpierało rosyjską agresję i miało już za sobą pierwszą zimę pod ostrzałami, które niszczyły energetykę. Ukraińcy w tej sytuacji zaczęli rozwijać obecność w Afryce i na Bliskim Wschodzie, gdzie starają się przeciwdziałać wpływom rosyjskim.
W tym roku pojawił się nowy kontekst, bo Ukraina zaczęła systematycznie ostrzeliwać terytorium Rosji, co doprowadziło do kryzysu paliwowego w tym kraju. Szokiem dla Zachodu była też operacja „Pajęczyna” z 1 czerwca 2025 roku, która zadała dotkliwe straty rosyjskiemu lotnictwu strategicznemu, stanowiącemu część atomowej triady. W czerwcu 2026 roku Ukraina postawiła siedmiodniowe ultimatum sojusznikowi Kremla, czyli Białorusi. Alaksandr Łukaszenka pod koniec jego upływu prawdopodobnie kazał wyłączyć nadajniki pomagające w rosyjskich nalotach na Ukrainę, a także pokazowo powiedział ambasadorowi Rosji, że nie pozwoli wciągnąć swego kraju w wojnę przeciwko Kijowowi. Tego typu działania, podejmowane z pominięciem partnerów z Zachodu, dodatkowo podkreślają podmiotowość Ukrainy i budują jej kapitał polityczny.
Wśród części polskich polityków oraz komentatorów pojawiły się obawy o to, że Ukraina ma ambicję odebrania Polsce umownego tytułu „lidera Międzymorza/Europy Środkowo-Wschodniej”. Nawet jeśli, to tytuł ten jest raczej retoryczną iluzją niż faktem.
Wykorzystywanie w polskich kampaniach wyborczych tematów historycznych, retoryki o „niewdzięczności Ukraińców” czy rzekomego spisku niemiecko-ukraińskiego wywołuje wśród wielu decydentów w Ukrainie obawy o długoterminową przewidywalność Polski jako sąsiada. Dodatkowo groźby blokad na granicy lub blokowania tranzytu uzbrojenia dla Sił Obrony Ukrainy budzą wśród zwykłych Ukraińców gniewne reakcje. Trudno zrozumieć, jaki jest sens i oczekiwany skutek podobnych gróźb, skoro ukraińskiego społeczeństwa nie złamało kilka już zim pod zmasowanym rosyjskim ostrzałem. Czy w takim przypadku może ich złamać polski szantaż z remontem lotniska pod Rzeszowem? To co najmniej infantylne założenie.
Brak strategicznej wizji
W polskiej debacie można dostrzec paradoks, który staje się coraz bardziej dotkliwy. Z jednej strony wielu polityków mówi o strategicznym znaczeniu Ukrainy. Ma być ona buforem, odgradzającym Polskę od rosyjskiego zagrożenia i wiążącym na swoim terytorium zasoby militarne Kremla, a przy okazji ważnym rynkiem zbytu dla polskich towarów i miejscem ekspansji polskiego biznesu. Z drugiej strony część klasy politycznej zachowuje się tak, jakby zakładała całkowity upadek państwa ukraińskiego. Z tego wynikałoby, że nie ma sensu zabiegać o dobre relacje z Kijowem, planować obliczonej na wiele lat do przodu współpracy ani dotrzymywać zawartych umów.
Efektem jest brak konsekwentnej strategii. W polskiej debacie publicznej mieszają się jednocześnie wzajemnie wykluczające się głosy dotyczące tych samych tematów. Przykładowo w kwestii gospodarczej zderzają się hasła o ogromnym zagrożeniu ze strony Ukrainy dla polskiego rolnictwa – co obrazują np. wypowiedzi Piotra Zgorzelskiego z Polskiego Stronnictwa Ludowego, zawierające mocno przesadzone tezy o totalnym zdewastowaniu kraju nad Dnieprem i niskiej jakości ukraińskiej produkcji rolnej. Podobnie wygląda kwestia omawiania rzeczywistej siły wojska ukraińskiego. Gdy z jednej strony, szczególnie w social mediach, padają oceny deprecjonujące zdolności Sił Obrony Ukrainy, to z innej możemy się dowiedzieć, że… Ukraina zagraża Polsce wojną.
Nie da się też ukryć, że czołowe polskie siły polityczne często oddawały pole w dyskusji o Ukrainie środowiskom radykalnym, a także algorytmom social mediów, które podbijają silnie negatywne emocje. Zresztą za część tej internetowej antyukraińskiej działalności odpowiadają rosyjskie służby. Doprowadziło to do wykreowania antyukraińskiej narracji o ogromnym zasięgu, a przez to do kształtowania poglądów znacznej części polskiego społeczeństwa, co ostatecznie wpływa także na elektoraty partii politycznych głównego nurtu.
Z drugiej strony warto jednak zapytać samego Zełenskiego i jego otoczenie, jak widzą przyszłe relacje swego kraju z Polską. Niezależnie od intencji, wydaje się oczywiste, że zgoda prezydenta Ukrainy na nadanie oddziałowi specjalnemu nazwy „Bohaterów UPA” wywoła skandal w relacjach obu państw.
Marek Kozubel – doktor nauk humanistycznych oraz magister prawa. Ukończył Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu. Autor wielu komentarzy, analiz oraz codziennych podsumowań poświęconych wojnie ukraińsko-rosyjskiej. Jest również autorem kilkudziesięciu opracowań na temat historii Polski, Ukrainy i Rosji w XIX i XX wieku.
Każda kolejna awantura o UPA to nie tylko spór o historię. W pierwszej kolejności to test naszej zdolności do zrozumienia, że Ukraina nie jest już przedmiotem polityki innych państw. Jest samodzielnym i asertywnym graczem, który kieruje się własnym interesem narodowym, a przede wszystkim – państwem starającym się przetrwać wojnę z regionalnym mocarstwem atomowym. Niestety, jak to już w historii bywało, z całej tej awantury największe zyski czerpie Kreml. Pozostaje z nami pytanie: czy polscy i ukraińscy decydenci znajdą w sobie wolę wyjścia ze ślepej uliczki?